EUROkronika – dzień 14

UEFA Women EURO

Fot. EPA

Można próbować napisać naprawdę piękny wstęp do czekającego nas za kilka godzin widowiska, ale dziś około godziny 18 wszystko i tak przestanie mieć znaczenie. Liczyć będzie się wyłącznie to, co wydarzy się na stadionie w Doetinchem, który póki co nie kojarzy się nam najlepiej, ale za chwilę może stać się areną wspaniałego, szwedzkiego triumfu. Grające tym razem na niebiesko podopieczne Pii Sundhage oraz Lilie Persson zmierzą się z niepokonanymi na EURO 2017 Holenderkami, a stawką będzie miejsce wśród czterech najlepiej grających w piłkę nożną nacji w Europie. Czy przed rozpoczęciem turnieju można było wyobrazić sobie bardziej ekscytujący scenariusz? Cóż, pewnie tak, ale na brak emocji i tak raczej nie narzekamy.

Po raz pierwszy na tegorocznych mistrzostwach przyjdzie nam zagrać na stadionie zapełnionym przede wszystkim przez sympatyków naszych rywalek. Podczas meczu z Niemkami proporcje wynosiły mniej więcej 65/35 na korzyść fanów ze Szwecji, w dwóch pozostałych potyczkach grupowych atmosfera niewiele różniła się od tej, którą doskonale znamy z Gamla Ullevi, ale tym razem role się odwrócą i na De Vijverberg możemy spodziewać się żółtej wysepki na bezkresnym, pomarańczowym morzu. Czy takie warunki mogą stanowić problem? Zdaniem obu selekcjonerek, w żadnym razie nie ma takiego ryzyka. Podczas meczu z Brazylią na Maracanie graliśmy na oczach siedemdziesięciu tysięcy Brazylijczyków i udało nam się wygrać – przekonują zgodnie Persson i Sundhage i chyba musimy przyznać im rację, choć dziś jednak nie chcielibyśmy oglądać aż takiej nerwówki. Przede wszystkim z obawy o zdrowie tych, którzy drugiej tak wielkiej huśtawki nastrojów mogliby po prostu nie wytrzymać. Co ciekawe, we wspomnianym, zwycięskim półfinale szwedzka kadra także wystąpiła w niebieskich koszulkach. Czy ten kolor raz jeszcze okaże się szczęśliwy?

Dzisiejszy mecz może być dla Pii Sundhage ostatnim, w którym poprowadzi z ławki szwedzką reprezentację. Sama zainteresowana doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale zapewnia, że nie będzie to zaprzątać jej głowy podczas gry. O to najprawdopodobniej zadbają zresztą przede wszystkim Holenderki, po których możemy spodziewać się szturmu na bramkę Hedvig Lindahl w początkowej fazie spotkania. Zaczniemy od wyniku 0-0 i im dłużej się on utrzyma, tym większe będą nasze szanse – zapewnia Sundhage, uzupełniając w ten sposób wczorajszą wypowiedź Lilie Persson, która przekonywała nas, że czas będzie w tym ćwierćfinale szwedzkim sprzymierzeńcem. Obie selekcjonerki zastrzegły przy tym, że choć awans do czwórki byłby czymś wspaniałym, to ewentualnej porażki nie zamierzają rozpatrywać w kategoriach fiaska, gdyż przy tak wyrównanym poziomie o sukcesie lub jego braku bardzo często decydują teoretycznie niewielkie detale. Z taką opinią, co podkreślam z nieukrywaną radością, zgadza się także większość szwedzkich mediów, choć oczywiście nikt nie zakłada, że holenderska przygoda miałaby się już za moment skończyć. Te mistrzostwa są po prostu zbyt piękne, aby ich decydującą fazę oglądać wyłącznie w charakterze widzów.

W ostatnich godzinach sporo mówiło się o planach obu ekip na sobotnie starcie (które i tak zostaną ostatecznie zweryfikowane przez boisko), ale nie obyło się także bez dyskusji na temat personaliów. Ani Sundhage, ani Persson nie dały się rzecz jasna namówić na zdradzenie wyjściowej jedenastki, ale wszystko wskazuje na to, że parę napastniczek stworzą tym razem Schelin oraz Blackstenius. Takie przeczucie towarzyszyło również … Fridolinie Rolfö, która zaznaczyła jednak, że zarówno fizycznie, jak i mentalnie jest gotowa do gry przez 120 minut, jeśli tylko zaszłaby taka potrzeba. Na pozostałych pozycjach trudno spodziewać się wielkiej rewolucji, więc przesądzony wydaje się chociażby powrót do duetu Fischer – Sembrant, a także zastąpienie Elin Rubensson Jessicą Samuelsson. Jedyną niewiadomą stanowi na chwilę obecną obsada lewej obrony, gdzie selekcjonerki dokonają wyboru między dwiema piłkarkami grającymi wiosną w barwach Linköping. Małym zaskoczeniem może być fakt, że wczorajszą gierkę w teoretycznie silniejszym zespole rozpoczęła Jonna Andersson, choć jeszcze niedawno wydawało się, że nieco wyżej stoją akcje Magdaleny Eriksson. Czyżby w decydującym momencie miał zatem nastąpić powrót do ustawienia bloku defensywnego, które z powodzeniem sprawdzało się w zimowych i wiosennych meczach sparingowych? W takim rozumowaniu z pewnością jest jakaś logika i za kilka godzin przekonamy się, czy identyczną drogą podążył nasz sztab szkoleniowy.

Emocje przed ważnym wydarzeniem można podgrzewać na wiele sposobów. W tym miejscu mógłbym więc poszukać odpowiedniego cytatu z Hedvig Lindahl, Lotty Schelin, czy Caroline Seger, ale zamiast tego proponuję zupełnie inną metodę.

Najpierw przypomnijmy sobie inny, ważny mecz z gospodyniami wielkiej imprezy:

Następnie pozwólmy, żeby Laleh przypomniała nam o tym, że nawet najbardziej nieprawdopodobne marzenia można spełnić:

A na koniec, dajmy się porwać magii turnieju, bo bez względu na to, czy zakończy się on dla nas dziś, czy w następną niedzielę, na kolejny będziemy musieli poczekać aż cztery lata:

Co więcej? Jeden apel: jeśli przyjdzie wam oglądać dzisiejszy mecz w towarzystwie osób, które (podobnie jak Gustaf na filmiku powyżej) nie mają pojęcia co to jest spalony, bądźcie bardziej wyrozumiali niż zazwyczaj. W końcu nie codziennie gra się w ćwierćfinale EURO, a przecież nie każdy musi wiedzieć, że jeżeli w momencie podania zawodniczka drużyny atakującej … Życzę wszystkim miłego odbioru i niech zwycięży lepszy! Heja tjejer, in med bollen i mål!

EUROkronika – dzień 13

8bfcbd39-9baa-47f3-9c33-84a6ff149eca

Fot. Anna Tärnhuvud

Blisko, blisko, coraz bliżej. Ćwierćfinałowa euforia ogarnia powoli całą Holandię, ale gdyby wczoraj do bazy szwedzkiej reprezentacji zajrzał przypadkowy przechodzień, z pewnością nie zorientowałby się, że mieszka tu drużyna, która za mniej więcej 48 godzin stoczy być może swój najważniejszy w tym roku bój. Żadnej nerwowości, żadnej paniki, wszystko toczyło się według zaplanowanego jeszcze przez rozpoczęciem mistrzostw harmonogramu, który wyraźnie zakładał, że w czwartek kadrowiczki dostaną dzień wolny. Ponieważ w środowych zajęciach brały udział jedynie te piłkarki, które nie zagrały w meczu z Włoszkami przynajmniej jednej połowy, aż trzynaście zawodniczek na dobrą sprawę nie odbyło jeszcze w tym tygodniu ani jednej poważnej jednostki treningowej. Czy powinniśmy się zatem obawiać, że pewien mikrocykl został zaburzony? Zdaniem Lilie Persson, w żadnym wypadku nie ma powodów do niepokoju. Zarówno od strony fizycznej, jak i mentalnej, niezwykle istotne jest, aby ciało i umysł dostały trochę wytchnienia. Dziś wieczorem będziemy tylko rozmawiać o Holandii, a jutro i pojutrze przyjdzie czas na wykorzystanie tej wiedzy w praktyce. Skupimy się przede wszystkim na ich ofensywie i naszej defensywie, trochę czasu poświęcimy też jak zwykle na stałe fragmenty, ale dużo więcej zrobić nie zdążymy – podkreślała szwedzka współselekcjonerka, która dostrzega u naszych najbliższych rywalek także słabe punkty. W ofensywie rzeczywiście są tam cztery fenomenalne piłkarki, ale już defensywa nie wygląda tak stabilnie. Ich obrończynie mają spore braki szybkościowe – zauważyła Persson i dodała. – Będziemy bardzo dużo rozmawiać o cierpliwości, ponieważ mniej więcej w okolicach sześćdziesiątej minuty Holenderki zazwyczaj zaczynają pękać. Poza tym, wydaje się, że one są mocno uzależnione od postawy wyjściowej jedenastki, a zmienniczki nie wnoszą wiele. Ostatnie trzydzieści minut powinno więc należeć do nas, a im dłużej będzie trwał ten mecz, tym większe będą nasze szanse. Szczególnie w przypadku dogrywki.

Drugim tematem, który zdominował czwartkową konferencję, była mało sportowa postawa włoskich piłkarek we wtorkowym meczu. Lilie Persson podkreśliła, że dawno nie spotkała drużyny, która z tak wielką konsekwencją uciekała się do przekraczania przepisów, krytykując szczególnie manierę pociągania rywalek za koszulki przy każdej stykowej sytuacji. Ze swoją trenerką całkowicie zgodziła się Kosovare Asllani. Najbardziej zaskoczyło mnie, że zostałam pociągnięta za włosy. Na szczęście w tamtej sytuacji dostałyśmy przynajmniej rzut wolny – komentowała pomocniczka Manchesteru. Do sprawy odniosła się także Linda Sembrant, która podkreśliła, że Pia Sundhage oraz Lilie Persson zawsze uczulały swoje piłkarki, aby bez względu na sytuację zawsze grać i postępować fair. Wiemy tyle, że powinnyśmy starać się jak najdłużej utrzymać na nogach, więc czasami zdarza się, że wręcz bronimy się przed upadkiem, zamiast po prostu się położyć. Taki jest nasz styl i jestem z tego dumna – podkreśliła Sembrant, zauważając przy tym, że byłoby miło, gdyby sędzie częściej zwracały uwagę na przekraczanie przepisów także w sytuacjach, w których poszkodowana zawodniczka nie próbuje na nich niczego wymusić.

******

823629752_9489

Fot. Getty Images

O ile w Arnhem działo się w czwartek stosunkowo niewiele, o tyle w Tilburgu i w Deventer obejrzeliśmy najlepsze możliwe zakończenie fazy grupowej EURO 2017. Przez ostatnie dwa tygodnie przywykliśmy już do tego, że holenderskie mistrzostwa wymykają się jakimkolwiek regułom, ale jednak fakt, że zarówno Szkotki, jak i Portugalki od awansu do ćwierćfinału dzielił zaledwie jeden gol, wciąż brzmi – przynajmniej dla mnie – jak opowieść z działu fantastyka. Żeby było jeszcze ciekawiej, w trzeciej minucie doliczonego czasu gry Laura Luis miała na nodze piłkę na ćwierćfinał, ale z jej strzałem bez większych problemów poradziła sobie Chamberlain. Tę sytuację warto zapamiętać, gdyż może się jeszcze zdarzyć tak, że będziemy o niej opowiadać przyszłym pokoleniom. Od działań portugalskiej federacji w najbliższych latach zależy jednak, czy będzie to opowieść o narodzinach nowej, futbolowej potęgi, czy też o jednorazowym, lecz honorowym występie zawodniczek z tego kraju na wielkiej imprezie.

Już teraz swoją wspaniałą historię mogą za to napisać Angielki. Podobnie jak w dwóch ostatnich rozegranych przed turniejem sparingach, Mark Sampson znów zdecydował się wymienić niemal całą jedenastkę i ponownie roszady te przyniosły jego piłkarkom komplet zwycięstw. Oprócz Duggan, Christiansen, czy Parris, sporych rozmiarów cegiełkę do angielskiej wiktorii dołożyła tym razem także portugalska bramkarka, ale w końcu nie od dziś wiemy, że futbol to przede wszystkim gra błędów. Wygrana grupa oznacza, że Lwice w niedzielnym ćwierćfinale czekać będzie pojedynek z Francją, ale Toni Duggan już teraz jest przed nim w niezwykle bojowym nastroju. Jeżeli mogłabym wybrać jeden moment, w którym chciałabym zmierzyć się z Francją, to byłoby to właśnie teraz – zapowiada piłkarka grająca dotychczas w Manchesterze. Pozostaje więc trzymać za słowo!

EUROkronika – dzień 12

1200

Fot. Anna Tärnhuvud

Emocje po cokolwiek nieoczekiwanej porażce z Włoszkami na koniec fazy grupowej nie mogą opaść. To dobrze. Oznacza to bowiem dokładnie tyle, że reprezentacja prowadzona przez Pię Sundhage oraz Lilie Persson nie jest jedynie tworem stworzonym dla na potrzeby szaleńców, ale organizmem mającym bezpośredni wpływ na aktualne samopoczucie setek tysięcy ludzi. Na ten moment nie jest ono oczywiście najlepsze, choć z pewnym rozbawieniem zauważam, że zrozumienie dla niedawnych wydarzeń w Doetinchem jest wprost proporcjonalne do liczby obejrzanych meczów i treningów kadry. Nie chcę przez to powiedzieć, że sam przewidywałem taki właśnie obrót wypadków, gdyż prawda jest taka, że w ostatnim meczu liczyłem na trzy punkty nawet gdybyśmy mieli grać od pierwszej minuty Hanną Glas i Olivią Schough, ale jednak zwycięstwo Włoszek nie sprawiło, że w jednej chwili zawalił mi się cały porządek świata. Po prostu, widziałem Viborg, widziałem Chiny, widziałem Meksyk, zdawałem sobie sprawę z wielu problemów sportowych i pozasportowych dręczących tę drużynę i myślę, że w miarę obiektywnie potrafiłem oszacować jej aktualne możliwości. Temat ten poruszałem zresztą wielokrotnie, więc zainteresowanych (ze szczególnym uwzględnieniem tych, którzy wciąż widzą w obecnej szwedzkiej reprezentacji piłkarskiego hegemona) odsyłam do archiwalnych tekstów, które znajdziecie między innymi tutaj, tutaj i tutaj. Mam nadzieję, że pozwolą one choć w pewnym stopniu zrewidować oczekiwania wobec ekipy, która na czternaście ostatnich meczów na wielkich imprezach wygrała dwa (z RPA i Rosją).

Czy powyższy akapit oznacza, że przez sobotnim ćwierćfinałem jestem pesymistą? Absolutnie nie! Jak zawsze jestem realistą i takie podejście do tematu pozwala mi dostrzec mnóstwo powodów, dla których już na etapie ćwierćfinału zakończymy przygodę gospodyń EURO 2017 z turniejem. Po pierwsze, zagramy z przeciwnikiem potrafiącym grać w piłkę, dzięki czemu nie będzie trzeba przez dziewięćdziesiąt minut mordować się z atakiem pozycyjnym, który nie jest naszą najsilniejszą bronią. Po drugie, Hedvig Lindahl, w przeciwieństwie do wielu innych bramkarek, w decydujących momentach zazwyczaj nie zawodzi. Po trzecie, szybkie kontrataki i stałe fragmenty mamy dopracowane do tego stopnia, że nie będę ani trochę zaskoczony, jak coś po nich wpadnie. Po czwarte, Jessica Samuelsson wielokrotnie pokazywała, że doskonale potrafi poradzić sobie z Lieke Martens nawet wtedy, gdy ta ostatnia znajduje się w świetnej formie. Po piąte, defensywa w spotkaniu z Włoszkami chyba wyczerpała już cały limit błędów na ten turniej. Po szóste … i tak mógłbym wymieniać jeszcze długo. Nie wycofuję się z tego, że biorąc pod uwagę wyłącznie aktualny potencjał sportowy faworytkami sobotniego starcia będą Holenderki, ale jak najbardziej potrafię sobie wyobrazić scenariusz, w którym to Rolfö, Dahlkvist, czy Seger będą po ostatnim gwizdku celebrować awans do najlepszej czwórki. Dlaczego? Ponieważ w futbolu na koniec zwycięża nie ten, który ma więcej atutów, lecz ten, który potrafi zrobić z nich właściwy użytek. Coś na ten temat chyba wiemy, prawda?

Często spotykam się z porównywaniem fazy grupowej EURO 2017 do tego samego etapu ubiegłorocznych Igrzysk, ale wydaje mi się, że takie analogie są cokolwiek chybione. Na boiskach Holandii reprezentacja Szwecji prezentuje się bowiem zdecydowanie lepiej niż rok temu w Brazylii, czego dowodem są nie tylko suche liczby (bilans bramkowy 4-3 zamiast 2-5 przy identycznym dorobku punktowym), ale i zestawienie ze sobą poszczególnych meczów. Chyba nikt nie zaprzeczy, że:

– z Niemcami zagraliśmy lepiej niż rok temu z Chinami

– z Rosją zagraliśmy lepiej niż rok temu z RPA

– z Włochami zagraliśmy lepiej niż rok temu z Brazylią

Jak do tej pory, porównania wychodzą zatem jednoznacznie na plus dla tegorocznej kadry, a drabinka fazy pucharowej układa się nam niemal identycznie jak w Brazylii. Aby zagrać ewentualny finał z Niemkami znów będzie trzeba poradzić sobie z gospodyniami oraz jednymi z głównych faworytek, choć tym razem odwrócona została kolejność tych potyczek. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że przez przypadek nie odwrócą się wyniki (no, może poza samym finałem), choć jednocześnie raz jeszcze przestrzegam przed zbyt mocnym rozdmuchiwaniem oczekiwań. Jeśli wygramy ten turniej, co jak najbardziej jest realne, to zrobimy to na własnych zasadach. Jeśli nie, to najpewniej dokona tego ktoś od nas lepszy i trzeba będzie to zaakceptować. Przed najważniejszym meczem (najważniejszymi meczami) mistrzostw warto jednak pamiętać o tym, że szwedzkie piłkarki na tym etapie rozgrywek już absolutnie nic nie muszą. Ale z całą pewnością mogą, chcą i oczywiście spróbują!

******

823165706_9516

Fot. Getty Images

Gdyby ktoś dwa tygodnie temu powiedział, że Francja zagra w ćwierćfinale EURO 2017 uznalibyśmy to za równie oczywiste, co fakt, że właśnie ten kraj zorganizuje najbliższy mundial. Podopieczne Oliviera Echouafniego postanowiły jednak, że na holenderskich boiskach zrobią Szwecję i zamiast w dobrym stylu nie pozostawić niżej notowanym rywalkom złudzeń, do ostatnich chwil drżały o miejsce w ósemce. Można zażartować, że mając w pamięci wszystkie efektowne zwycięstwa w meczach fazy grupowej, po których za każdym razem następowało równie spektakularne wykolejenie, tym razem Les Bleues zapragnęły zasmakować czegoś odwrotnego, ale dopiero w niedzielę wieczorem przekonamy się, czy Francuzkom faktycznie będzie do śmiechu. czy może płakać będzie nie tylko Eve Perisset. Trochę w cieniu batalii w Bredzie, pierwsze miejsce w grupie przypieczętowały Austriaczki, których postawę na turnieju najtrafniej podsumował popularny wczoraj w mediach społecznościowych cytat z Wolfganga Amadeusza Mozarta. Doceniając niesamowity wyczyn drużyny prowadzonej przez Dominika Thalhammera trzeba jednak wspomnieć o tym, że wczoraj niezwykle ważnego gola podarowała im Gudbjörg Gunnarsdottir. Najlepszej golkiperce wiosny 2017 w Damallsvenskan przytrafił się bardzo niefortunny kiks, z którego jedyny właściwy użytek zrobiła Sarah Zadrazil, a Islandki pożegnały się z turniejem bez choćby jednego punktu, choć nie zapominajmy, że w starciu z Francją jak najbardziej im się on należał.

EUROkronika – dzień 11

DFnAytpXsAA6Jpv

Fot. Getty Images

Nie tak dawno pisałem, że dzień po zwycięstwie jest zawsze przyjemniejszy niż dzień po porażce. Niestety, trochę na własne życzenie, dziś przyjdzie nam zmierzyć się z tym drugim. Paradoksalnie, mecz z Włoszkami z całą pewnością nie był najgorszym występem kadry Pii Sundhage w ostatnich miesiącach, a biorąc pod uwagę jedynie postawę formacji ofensywnej, należałoby go nawet zaliczyć do grona tych lepszych. Współpraca w trójkącie Schelin – Rolfö – Blackstenius przez mniej więcej dwa kwadranse układała się bowiem wzorowo, niezłą zmianę dała ustawiona nieco bliżej bramki przeciwniczek niż ma to w zwyczaju Dahlkvist, a rozmach i polot w kreowaniu kolejnych sytuacji pozwolił nam na moment zapomnieć o niedawnych męczarniach z Chinami, Szkocją, czy Meksykiem. Jasne, skuteczność wciąż nieco szwankowała, bo na dobrą sprawę jedna Blackstenius mogła zakończyć mecz z hat-trickiem na koncie, ale nareszcie udawało się w miarę regularnie stwarzać realne zagrożenie pod bramką rywalek, co już samo w sobie stanowiło miłą odmianę od doskonale znanego nam mało produktywnego klepania w poprzek boiska. Cały problem jednak w tym, że we wtorkowy wieczór na nieplanowany urlop postanowiła udać się szwedzka defensywa, z czego w całkiem naturalny sposób skorzystały Włoszki. Możemy przypuszczać, że gdyby nasze obrończynie zagrały wczoraj na poziomie, do którego nas przyzwyczaiły, spotkanie najpewniej zakończyłoby się wynikiem 2-0, ale już w czwartej minucie kiks Lindy Sembrant przyniósł rywalkom pierwszego gola. Później było niestety jeszcze gorzej i chyba żadna ze szwedzkich defensorek nie może powiedzieć, że nie była zamieszana przynajmniej w jedną bramkową akcję Włoszek. Nie jest to z całą pewnością najlepsza recenzja ich występu, ale do soboty (oby dłużej!) możemy się łudzić, że limit błędów na ten turniej został już w całości wyczerpany. I jeśli kiedyś miało się to stać, to wczoraj nie był chyba nawet najgorszy moment.

Wielokrotnie wspominałem już, że wielkie turnieje to chwile, w których piłką nożną zaczynają żyć nawet ci, którzy na co dzień wyżej niż ligową młóckę w wykonaniu Hammarby i Örebro cenią sobie chociażby serial dokumentalny o weterynarzach. Są tacy, którym nie do końca się to podoba, ale ja akurat wychodzę z założenia, że jeśli reprezentacja potrafi porwać i zjednoczyć tłumy, to jest to tylko i wyłącznie powód do radości. Co więcej, nierzadko uwagi osób patrzących na ten cały futbolowy cyrk mniej wprawionym, ale jednocześnie bardziej świeżym okiem, potrafią być niezwykle cenne i właśnie z taką sytuacją spotkałem się w okolicach 90. minuty wczorajszego meczu z Włoszkami, kiedy to otrzymałem bardzo interesujące pytanie. Zadała je osoba, która piłką interesuje się jedynie przy okazji meczów kadry, a brzmiało ono następująco: Dlaczego Lotta gra w obronie? Szybko odpowiedziałem, że w dzisiejszym futbolu coraz większy nacisk kładzie się na to, aby zarówno bronić, jak i atakować potrafił w miarę możliwości cały zespół, ale w tym samym momencie dotarło do mnie jeszcze coś. Na boisku w Doetinchem postawa Lotty Schelin rzeczywiście rzucała się w oczy, gdyż nominalna napastniczka Rosengård była w zasadzie jedyną piłkarką, która stanowiła wsparcie dla ustawionej za jej plecami defensorki. Ani Asllani, ani Schough, ani Spetsmark nie wyrażały dostatecznego zainteresowania asekurowaniem pozycji, z czego raz po raz całkowicie bezkarnie korzystały Włoszki. Jasne, ani Rubensson, ani Andersson nie zagrały wczoraj wielkiego meczu, ale obie zdecydowanie zbyt często pozostawiane były same sobie, co w zderzeniu z dynamicznymi skrzydłowymi Italii nie mogło skończyć się dobrze. Co dziwne, w tym aspekcie zabrakło również jakiejkolwiek reakcji z ławki, a szczególnie Olivia Schough długimi fragmentami zdawała się w ogóle nie pamiętać o części swoich obowiązków (zakładam, że jednak je miała, bo jeśli nie, to tym gorzej).

Kwestia odpowiedniego zabezpieczenia newralgicznego sektora boiska stała się o tyle kluczowa, że w sobotnim ćwierćfinale zmierzymy się z Holenderkami, które akurat tam mają swoje zdecydowanie największe atuty. Wiadomo, że niepokoić powinien nas także zerowy dorobek strzelecki Miedemy (w końcu przecież musi zacząć trafiać), ale jednak zneutralizowanie zagrożeń w postaci niesamowicie dynamicznych Martens oraz van de Sanden będzie z całą pewnością warunkiem koniecznym do tego, aby w ogóle myśleć o ewentualnym pozostaniu w turnieju do sierpnia. Nie jest to oczywiście zadanie, które przerastałoby umiejętności szwedzkich piłkarek, ale pod warunkiem, że tym razem każda z nich zagra na sto procent. Czy możemy na to liczyć? Raczej tak, gdyż w sobotę zdecydowanymi faworytkami będą rywalki, a to właśnie w roli underdoga szwedzka kadra pod wodzą Sundhage i Persson prezentowała się ostatnio zdecydowanie najkorzystniej.

******

822537262_9498

Fot. Getty Images

Nawet jednobramkowa porażka z Włoszkami gwarantowała nam awans do ćwierćfinału bez względu na to, co wydarzy się w Utrechcie, ale w drugim meczu grupy B również działo się całkiem sporo. Niemki rzecz jasna planowo zwyciężyły, ale pomimo wyraźnej optycznej przewagi, znów nie potrafiły udokumentować jej chociażby jednym golem z gry. Na ich szczęście, aż dwukrotnie otrzymały szansę zaprezentowania swoich umiejętności strzelania rzutów karnych, choć w jednym przypadku odgwizdanie faulu w drugą stronę jak najbardziej dałoby się obronić. Inna sprawa, że prowadząca to spotkanie polska sędzia, która kilka dni wcześniej uznała gola dla Belgii z wyraźnego spalonego, tym razem postanowiła anulować zupełnie prawidłową bramkę Niemek, dopatrując się … ofsajdu.

Wracając jednak do niezwykle moim zdaniem ciekawej statystyki dotyczącej goli zdobytych z wyłączeniem stałych fragmentów gry, to zdecydowanymi liderkami spośród drużyn, które zakończyły już fazę grupową okazują się w niej Włoszki. Podopieczne Antonio Cabriniego aż pięciokrotnie zaskakiwały w ten sposób podczas EURO 2017 defensywę rywalek, a na przeciwnym biegunie znajdują się … Niemki oraz Norweżki, którym sztuka ta nie udała się jak dotychczas ani razu. Oczywiście, trzeba mieć świadomość, że wszystkie tego typu zestawienia należy traktować wyłącznie w kategoriach ciekawostki, ale jednak zazwyczaj pokazują one, które z uczestniczących w turnieju drużyn prezentowały najbardziej atrakcyjny futbol. I rankingi te, podobnie zresztą jak wyniki wielu spotkań na holenderskich mistrzostwach, są na ten moment zapowiedzią niezwykle interesujących eliminacji do francuskiego mundialu w strefie europejskiej.

******

Dziś do gry wraca grupa C, czyli ta, w której Francuzki miały gromić, ale zamiast tego zagrają ze Szwajcarią o awans. W znacznie bardziej komfortowej sytuacji znajdują się póki co debiutujące na wielkiej imprezie Austriaczki, ale możemy być pewni, że wyeliminowana już Islandia postawi im niezwykle trudne warunki. Ze szwedzkiej perspektywy zdecydowanie najbardziej interesuje nas, kto ostatecznie zakończy zmagania na drugim miejscu w tabeli, ale czy na pewno warto poświęcać temu aż tyle uwagi? Trwający właśnie turniej nauczył nas przecież tego, że w finałach EURO najlepiej trafić na Szkotki nie ma już słabych drużyn.

EUROkronika – dzień 10

tumblr_inline_ooqqou8I6H1qmbsz9_540

Fot. Instagram

Jeśli ktoś spodziewał się, że po ostatnim przedmeczowym treningu będzie można bez większych problemów wytypować wyjściową jedenastkę na mecz z Włoszkami, to niewątpliwie spotkało go ogromne rozczarowanie. Pia Sundhage oraz Lilie Persson postanowiły bowiem dać swoim piłkarkom nieco więcej luzu, dzięki czemu poniedziałkowe zajęcia toczyły się na stosunkowo niskiej intensywności. Na podstawie truchtania oraz zabaw z piłką trudno było jednak wyciągnąć jakiekolwiek konstruktywne wnioski, a gdy nadszedł czas tradycyjnej gierki, jedynym kryterium podziału okazał się być … wiek zawodniczek. Z EUROkronikarskiego obowiązku mogę dodać, że zwycięsko z niecodziennego pojedynku wyszedł ostatecznie zespół “starszych”, a świetną formą strzelecką popisała się Lotta Schelin, ale w niczym nie przybliża to nas do rozwiązania zagadki dotyczącej obsady kilku pozycji.

Skoro obserwacja zajęć dała niewiele, trzeba było wsłuchać się w słowa obu selekcjonerek, które zgodnie zapowiadały więcej niż jedną roszadę w porównaniu z meczem przeciwko Rosji. Lilie Persson przypominała, że Igrzyska w Brazylii pokazały, że Szwecja jak mało kto potrafi dokonywać zmian nie obniżających jakości zespołu i zasugerowała, że identycznej sytuacji powinniśmy spodziewać się dziś w Doetinchem. Jednoznacznie ucięte zostały ponadto spekulacje dotyczące ewentualnych kalkulacji, a wszyscy zgodnie podkreślali, że bez względu na personalia oraz rozstrzygnięcia w grupie A, w meczu z Włoszkami interesuje nas wyłącznie zwycięstwo. Niewykluczone, że zapewnić spróbuje nam je między innymi Hanna Folkesson, gdyż to właśnie pomocniczka Rosengård była wczoraj nadspodziewanie mocno komplementowana przez Sundhage. Selekcjonerka wyrażała się w samych superlatywach na temat boiskowej współpracy Folkesson z Seger i choć żadna oficjalna deklaracja nie padła, to występ tego duetu od pierwszej minuty nie będzie chyba dla nikogo wielkim zaskoczeniem. Do ostatnich chwil najprawdopodobniej ważyła się także kwestia obsady obu boków defensywy, gdzie w zależności od planu lub strategii Sundhage i Persson mogą dokonać wyboru spośród czterech piłkarek (Samuelsson, Eriksson, Andersson oraz Glas). Celem numer jeden na dzisiejszy wieczór niezmiennie pozostaje jednak spokojne wywalczenie awansu do ćwierćfinału, uniknięcie niepotrzebnych kontuzji i przystąpienie do decydującej rywalizacji z jak największą liczbą wypoczętych zawodniczek.

Tematem, który w ostatnich godzinach skutecznie rozgrzał opinię publiczną po obu stronach cieśniny Sund okazał się potencjalny ćwierćfinał EURO 2017 pomiędzy Danią i Szwecją. Nie jest bowiem wielką tajemnicą, że Magdalena Eriksson związana jest prywatnie z Pernille Harder, co niewątpliwie stanowiłoby kolejny smaczek i tak niezwykle interesującej szwedzko-duńskiej rywalizacji. Obrończyni Linköping podchodzi jednak do tematu bez niepotrzebnej ekscytacji, choć jednocześnie przyznaje, że rywalizacja z partnerką o miejsce w najlepszej czwórce turnieju byłaby czymś wyjątkowym. Wiadomo, że moje odczucia przy okazji meczu z Danią będą zupełnie inne niż podczas innych meczów, ale gdy zabrzmi pierwszy gwizdek, każda z nas skoncentruje się wyłącznie na swoich zadaniach – zapewnia Eriksson. Piłkarka LFC podkreśla ponadto, że jeszcze nie rozmawiała z Harder na temat ewentualnej konfrontacji, gdyż przed końcem fazy grupowej nie było takiej potrzeby, ale za to konsultowała z nią kwestię zmiany barw klubowych. Razem uznałyśmy, że transfer do Chelsea będzie dla mnie idealnym krokiem na tym etapie kariery. Od początku było jasne, że piłkarsko każda z nas będzie szła własną ścieżką, ale z Londynu będę miała do niej zdecydowanie bliżej, jedynie dziewięćdziesiąt minut samolotem – podsumowuje Eriksson i dodaje, że ma nadzieję, iż kiedyś w przyszłości te futbolowe ścieżki raz jeszcze się przetną. Tak, mam nadzieję, że ponownie spotkamy się na tej drodze i znów zagramy w jednej drużynie – kończy.

******

FBL-EURO-2017-WOMEN-NOR-DEN

Fot. Getty Images

Do tego, aby Eriksson i Harder faktycznie otrzymały szansę boiskowej rywalizacji, musi jednak zostać spełnionych kilka warunków. O realizację pierwszego z nich postarały się wczoraj wieczorem Dunki, jednocześnie odsyłając do domu prowadzoną przez Martina Sjögrena Norwegię. Gol na wagę trzech punktów padł już w piątej minucie, po tym jak Harder zdecydowała się na indywidualny rajd środkiem boiska, doskonale wypatrzyła Veje, a ta, wykorzystując mało zdecydowaną reakcję Minde (coś dużo tu dziś tych akcentów z Linköping), pokonała Ingrid Hjelmseth. W kolejnej fazie meczu do głosu doszły podrażnione wicemistrzynie Europy, ale pomimo wielu naprawdę dobrych okazji, nie udało im się zdobyć chociażby wyrównującego gola. Najlepszą z nich zmarnowała tuż przed końcem pierwszej połowy Caroline Hansen, ale z drugiej strony, od meczu otwarcia EURO 2013 na temat Petersen broniącej rzuty karne powiedzieć możemy całkiem sporo, a wczoraj jedynie utwierdziliśmy się w swoich przekonaniach. Zwyciężając, Dunki rzecz jasna pomogły same sobie, ale nie byłoby ich awansu do kolejnej fazy bez korzystnego dla nich wyniku na stadionie w Tilburgu. Zgodnie z przewidywaniami, Holenderki nie dały się jednak pokonać Belgijkom przed własną publicznością, choć oba trafienia dla Pomarańczowych Lwic były poniekąd szczęśliwe. Pierwszy gol był efektem zupełnie niepotrzebnego przewinienia we własnej szesnastce, drugi zaś padł po rykoszecie, który całkowicie zmylił próbującą interweniować Odeurs. Biorąc pod uwagę cały mecz, podopieczne Ivesa Serneelsa pokazały jednak się z naprawdę niezłej strony i choć na otarcie łez pozostała im jedynie honorowa bramka Wullaert (swoją drogą – gol przepięknej urody), to o debiucie Czerwonych Płomieni w finałach mistrzostw Europy z pewnością szybko nie zapomnimy. A smutnym dziś sympatykom reprezentacji Belgii przypominam, że już za dwa lata mogą mieć okazję do przeżycia kolejnej, jeszcze większej przygody i mają na to naprawdę spore szanse.

EUROkronika – dzień 9

england-spain

Fot. Getty Images

Carina Vitulano dała nam się całkiem dobrze poznać już podczas EURO 2013, czy też meczu Francja – Islandia, ale okazuje się, że każdy kolejny występ włoskiej sędzi nadaje się przynajmniej na osobny akapit. W rywalizacji Angielek z Hiszpankami zaczęło się od mocnego uderzenia, czyli nieuznanego prawidłowego gola Millie Bright, później mieliśmy sporo wątpliwości co do kilku fauli czy spalonych, ale naprawdę ciekawie zrobiło się na kwadrans przed końcem spotkania. Urodzona w Argentynie pani arbiter najpierw pewnym ruchem wskazała na jedenasty metr po tym, jak ręką we własnej szesnastce zagrała Ellen White, aby po chwili zmienić zdanie i przyznać piłkę Angielkom. Zastanawiacie się być może, co było przyczyną korekty wcześniejszej decyzji? Okazuje się, że sprawy w swoje ręce postanowiła wziąć Lucy Bronze, która … ze spokojem objaśniła włoskiej sędzi przepisy gry w piłkę nożną oraz poinformowała, gdzie Vitulano popełniła błąd. Stężenie absurdu jest w tym wszystkim nieprawdopodobnie wysokie, ale – jeśli uznać wersję lansowaną przez brytyjskie media za w stu procentach prawdziwą – cała ta sytuacja ma jeden niezaprzeczalny pozytyw. Otrzymaliśmy bowiem właśnie niepodważalny dowód na to, że istnieją zawodniczki, które podczas pogadanek na temat przepisów nie tylko nie podsypiają, nie tylko słuchają, ale nawet robią notatki. Jak widać, czasami mogą one się przydać w najmniej spodziewanym momencie i uratować drużynie komplet punktów.

Oprócz Angielek, po trzy punkty sięgnęły wczoraj skazywane na pożarcie Portugalki, dzięki czemu ich premierowy start w mistrzostwach Europy stał się jeszcze bardziej wyjątkowy. Claudia Neto na listę strzelczyń wprawdzie się nie wpisała, ale na murawie w Rotterdamie każdym kolejnym zagraniem potwierdzała, że zalicza się do grona naprawdę topowych piłkarek. Możemy się tylko cieszyć, że zawodniczka, której maestrię możemy od kilku lat podziwiać w niemal każdy weekend, dostała szansę, aby pokazać się także przed znacznie szerszą publicznością i w pełni ją wykorzystała. Trudno jednak, aby było inaczej, skoro Neto, podobnie jak chociażby Lieke Martens, to piłkarka z zasady nie schodząca poniżej pewnego poziomu. Tego samego nie da się niestety powiedzieć o Vaili Barsley, której znów przytrafiło się kilka poważnych błędów, a dwa z nich zakończyły się mało dla niej przyjemnym widokiem futbolówki radośnie trzepoczącej w bramce Gemmy Fay. Na Tunavallen mają z pewnością nadzieję, że limit błędów na ten rok szkocka defensorka wyczerpała już w Holandii, gdyż wobec odejścia Viggosdottir, najsolidniejsza dotychczas formacja Eskilstuny może nagle stracić całkiem sporo na jakości, a przewaga nad ligowym peletonem nie jest już tak bezpieczna, jak na przykład dwa miesiące temu. Z EUROkronikarskiego obowiązku dodajmy jeszcze, że w kadrze Anny Signeul zagrały wczoraj także Ifeoma Dieke oraz Fiona Brown, choć nie były to występy, które będziemy z nostalgią wspominać podczas zimowej przerwy w rozgrywkach.

******

EURO 2017 nabrało tak wielkiego tempa, że zupełnie niepostrzeżenie dotarliśmy już do trzeciej kolejki fazy grupowej. Zazwyczaj cechuje się ona niesamowitą dynamiką oraz licznymi zwrotami akcji i nic nie wskazuje na to, aby tym razem miało być inaczej. Emocje powinny być zatem gwarantowane, tym bardziej, że już grupa A zafunduje nam dziś wieczorem mnóstwo smaczków. Po pierwsze, przeciwko sobie zagrają Norwegia z Danią oraz Holandia z Belgią, co już samo w sobie jest wystarczającą reklamą. Po drugie, jeśli w tym drugim meczu padnie wynik 2-1 dla podopiecznych Ivesa Serneelsa, to obie zainteresowane drużyny zapewnią sobie awans do ćwierćfinału bez względu na to, co w tym samym czasie dziać się będzie w Deventer. Możemy być zatem absolutnie pewni, że Duńczycy (a w przypadku niezwykle korzystnego zbiegu okoliczności także i Norwegowie) będą już za chwilę nerwowo nasłuchiwać wieści dochodzących z Tilburga. Te jednak powinny być dla nich nie najgorsze, gdyż trudno przypuszczać, aby gospodynie zdecydowały się na celową, taktyczną porażkę na oczach własnych fanów, tym bardziej, że rezultat 1-2 oznaczałby jednocześnie awans z pierwszego miejsca Belgijek. Jak widać, sytuacja jest niesamowicie interesująca, a to, że sprawdzić może się jeszcze każdy scenariusz z wyjątkiem awansu Dunek i Norweżek to chyba największa zachęta, aby poniedziałkowy wieczór spędzić w piłkarskim klimacie i zafundować sobie intensywną, emocjonalną rozgrzewkę przed wtorkowym daniem głównym.

******

8bd0c52d-de36-4f65-8143-88db7d31a0b8

Fot. Anna Tärnhuvud

Na koniec tradycyjny raport z Arhnem, bo choć w szwedzkim obozie weekend upłynął nadzwyczaj spokojnie, to ostatnie godziny przyniosły nam kilka ciekawych informacji. Stina Blackstenius przyznała, że podczas pierwszego pełnego treningu po kontuzji nie czuła się jeszcze idealnie, ale jeśli zajdzie taka potrzeba, to nie widzi żadnych przeszkód w tym, aby zagrać przeciwko Włoszkom. Ta postawa jednoznacznie spodobała się Lilie Persson, choć asystentka Pii Sundhage szwedzka współselekcjonerka zapowiada, że we wtorek powinniśmy spodziewać się kilku roszad w wyjściowej jedenastce. Ilu konkretnie? W tym temacie nie padła żadna ostateczna deklaracja poza tym, że na dużych turniejach należy rotować składem szczególnie w drugiej linii oraz na bokach defensywy. Ze słowami Persson zgodziła się także Sundhage, która dodała, że kluczem do sukcesu w fazie pucharowej może być odpowiednia liczba świeżych nóg w zespole. Z jej ust również nie usłyszeliśmy jednak konkretów poza zapowiedzią dokonania trzech zmian już w trakcie potyczki z Włoszkami. Oby zatem ich skuteczność okazała się nie gorsza niż Angielek podczas meczu z Hiszpankami.