Ciężko, ale do przodu

startelvamotpolen

Ile spośród widocznych na zdjęciu piłkarek znajdzie się ostatecznie w kadrze na Igrzyska? (Fot. Bildbyrån)

Przedolimpijski przegląd kadr zakończył się ostatecznie dwubramkowym zwycięstwem, ale końcowy wynik nie w pełni odzwierciedla to, co wydarzyło się dziś wieczorem na boisku w Łodzi. Raz jeszcze obejrzeliśmy bowiem powtórkę z lutowego zgrupowania, kiedy to po koncercie przeciwko Austrii, mecz z Maltą nie wyglądał już tak okazale. Podobnie jak wtedy, z pomocą przyszedł nam jednak perfekcyjnie wykonany stały fragment, a w doliczonym czasie gry o swojej kapitalnej dyspozycji raz jeszcze przypomniała rezerwowa dziś Lina Hurtig, powiększając w ten sposób rozmiary wygranej. Warto jednak pamiętać, że do 86. minuty na tablicy wyników utrzymywał się rezultat remisowy, na który żadną miarą nie można było narzekać.

Piłka nożna to gra błędów i to właśnie po nich szwedzkie piłkarki straciły dziś oba gole. W pierwszej połowie przytrafił się on FIlippie Curmark, która w bardzo niefrasobliwy sposób straciła w środkowej strefie boiska piłkę na rzecz Dominiki Grabowskiej. Pomocniczka Häcken zdecydowanie nie wyciągnęła właściwych wniosków z ostrzeżeń, które grające stosunkowo wysokim pressingiem Polki wysyłały właściwie od pierwszego gwizdka i tym razem za taką postawę przyszło niestety zapłacić wysoką cenę. Oczywiście, zagranie Amandy Ilestedt w kierunku Curmark także było dalekie od doskonałości, ale zawodniczka mistrza Szwecji mogła, a nawet powinna zachować się zdecydowanie lepiej. A tak futbolówka kilka sekund później znalazła się pod nogami Ewy Pajor, która uderzeniem przy dalszym słupku nie dała Zecirze Musovic żadnych szans na udaną interwencję. Powrót napastniczki Wolfsburga do reprezentacji Polski okazał się więc niezwykle udany, a tuż po przerwie kadrowiczki Petera Gerahrdssona zrobiły naprawdę wiele, aby uczynić go jeszcze bardziej spektakularnym. Seria błędów i nieporozumień poskutkowała tym, że w szesnastkę dośrodkowała Zofia Buszewska, a Pajor wygrała pojedynek główkowy, którego wygrać nie miała prawa i po raz drugi tego wieczora mogła celebrować zdobycie gola. Możemy oczywiście pocieszać się faktem, że pięcioosobowy, szwedzki blok obronny występował w tym cokolwiek eksperymentalnym ustawieniu po raz pierwszy (i zapewne ostatni), ale w tym konkretnym przypadku o całym nieszczęściu zadecydował błąd w komunikacji pomiędzy Musovic oraz Ilestedt, które akurat okazji do wspólnych występów miały naprawdę wiele. Tak, czy inaczej, jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, jak wiele spokoju i solidności wnoszą do postawy tej formacji Glas, Eriksson, czy Sembrant, to dziś otrzymał w tym temacie całkiem klarowną odpowiedź.

Skoro było już o błędach, to może pora zastanowić się nad potencjalnymi zwyciężczyniami dzisiejszego dnia. Oczywiście po szwedzkiej stronie, gdyż prawdziwym odkryciem wieczoru bez wątpienia okazała się polska skrzydłowa Natalia Padilla-Bidas, która najpewniej nie pogra przesadnie długo na boiskach ligi szwajcarskiej. W drużynie trenera Gerhardssona mały plus na pewno warto postawić przy nazwisku Hanny Bennison, gdyż osiemnastolatka ze Skanii zaprezentowała nam dokładnie to, czego od niej oczekiwaliśmy. I choć w trójkącie z Seger oraz Kaneryd wyglądała jeszcze lepiej niż w wyjściowym ustawieniu obok Angeldal i Curmark, to niezmiennie możemy pochwalić ją za wizję i świetny przegląd pola (choć pod presją ze strony rywalek i jej przytrafiały się całkowicie niepotrzebne błędy). Asysty drugiego stopnia przy dwóch golach wyraźnie pokazują jednak, że w tym konkretnym przypadku pozytywy znacząco dominują nad negatywami. Swoje zadanie wykonała także Stina Blackstenius, na której skuteczność (nie bez przyczyny) lubimy sobie zazwyczaj ponarzekać. W pierwszej połowie dzisiejszej potyczki napastniczka Häcken trafiała jednak do siatki nawet w sytuacji, w której nikt nie pogniewałby się na nią za niecelny strzał i w perspektywie czekających nas niebawem poważnych wyzwań jest to niewątpliwie miła odmiana. Trudno natomiast o jednoznaczną ocenę występu szwedzkich skrzydłowych. Z jednej strony Schough, Blomqvist, a także ustawiona tym razem nieco bardziej centralnie Kaneryd cały czas starały się pozostawać pod grą, ale z drugiej mogliśmy oczekiwać, że taka aktywność przełoży się na znacznie więcej ofensywnych konkretów. Sprawiedliwość musimy oddać także Filippie Curmark, która w pełni udanie, a do tego dwukrotnie, zrehabilitowała za opisany powyżej błąd przy golu na 0-1. Zawodniczka z Göteborga najpierw sprytnym, prostopadłym podaniem wypuściła w bój Blackstenius, a następnie – już przy drugim trafieniu swojej klubowej koleżanki – popisała się niesamowicie efektownym zagraniem, bez którego Blomqvist nie miałaby okazji wykonać decydującej centry w pole karne. Swoje dołożyły oczywiście również rezerwowe dziś Hurtig, Jakobsson, Andersson, czy Seger, ale akurat one chyba w najmniejszym stopniu muszą obawiać się o utratę miejsca w wąskiej kadrze.

Przed Igrzyskami czeka nas już tylko jedno reprezentacyjne zgrupowanie, ale nie oznacza to, że najbliższe dni będą w kontekście kadry mało interesujące. Już 21. kwietnia w siedzibie FIFA czeka nas losowanie grup turnieju olimpijskiego, a dziewięć dni później dowiemy się, z jakimi rywalkami kadra Petera Gerhardssona zmierzy się w rywalizacji o przepustki na mundial 2023. Dzisiejszy mecz zdecydowanie utwierdził nas w przekonaniu, że w tym drugim losowaniu lepiej byłoby uniknąć Polek, które na tle pozostałych drużyn z trzeciego koszyka prezentują się naprawdę solidnie. To jednak w żaden sposób nie dziwi, bo mówimy przecież o reprezentacji, która w dwóch poprzednich cyklach eliminacyjnych potrafiła urwać punkty ekipom z pierwszego koszyka. I ani trochę nie zdziwimy się, jeśli jesienią historia ta się powtórzy. Tyle o kadrze, a już w najbliższy weekend czekają nad kolejne, futbolowe emocje w postaci długo wyczekiwanego startu Damallsvenskan i Elitettan. Kto wie, być może to na ligowych boiskach ostatecznie rozstrzygnie się walka o przynajmniej jedno miejsce w składzie na Tokio?

Dumni po remisie

Eyor_y9XMAAAMZ8

Tak prezentuje się kadra, z której można (a nawet wypada!) być dumnym (Fot. SvFF)

Sześć minut i kilkanaście sekund – tak niewiele zabrakło, aby na Friends Arenie w Sztokholmie reprezentacja USA doznała pierwszej od 38 spotkań porażki. Imponującą serię mistrzyń świata celnym strzałem z rzutu karnego przedłużyła ostatecznie niezawodna Megan Rapinoe, ale w niczym nie zmienia to faktu, że z postawy szwedzkiej kadry możemy być dziś po prostu dumni. I choć wypuszczone niemal w ostatniej chwili zwycięstwo zawsze generuje pewien niedosyt, to nie zapominajmy, że moment największej próby czeka nas dopiero za trzy miesiące. To właśnie na przełomie lipca i sierpnia gra będzie toczyć się o medale i miejsce w historii, a zakończony przed kilkoma godzinami mecz dobitnie pokazał nam, że drużyna prowadzona przez Petera Gerhardssona doskonale wie, dokąd i w jakim celu zmierza.

Przed pierwszym gwizdkiem długo analizowaliśmy ustawienie szwedzkiej formacji defensywnej. Porzucenie klasycznego, czteroosobowego bloku na rzecz trójki stoperek i wahadłowych w osobach Andersson i Glas wydawało się niezwykle odważnym posunięciem. Mierzyliśmy się wszak z najlepszą drużyną świata, która zwykła w sposób bezlitosny wykorzystywać każdy, nawet najmniejszy błąd po stronie rywalek. Zgłaszane wątpliwości dodatkowo potęgował fakt, że Fischer, Sembrant oraz Eriksson w swoich klubach także grają najczęściej czwórką z tyłu. Im dłużej jednak trwał mecz, tym bardziej docierało do nas, że wszelkie obawy były tym razem mocno przesadzone. Owszem, Amerykanki dochodziły do sytuacji strzeleckich, momentami efekty przynosił będący znakiem firmowym USWNT wysoki pressing, ale w grze szwedzkich obrończyń trudno było dostrzec panikę lub zdenerwowanie. Fischer i Eriksson wygrywały zdecydowaną większość kluczowych pojedynków powietrznych, a ustawiona między nimi Sembrant bez zarzutu wywiązywała się z roli ostatniej defensorki, dobrze czyszcząc przedpole. Stoperkę turyńskiego Juventusu pochwalić możemy ponadto za doskonałe czytanie gry, dzięki czemu raz po raz amerykańskie napastniczki łapane były na spalonym. To wszystko imponuje tym bardziej, że napędzające ofensywę mistrzyń świata Lindsey Horan i Rose Lavelle długimi fragmentami rozgrywały naprawdę niezłe zawody, a gra toczyła się na stosunkowo wysokiej intensywności. To wszystko nie wystarczało jednak na skruszenie solidnej, szwedzkiej defensywy, na której pojawiały się jedynie niewielkie rysy. Ale w tych właśnie chwilach do akcji wkraczała Jennifer Falk, dla której dzisiejszy mecz był prawdziwym egzaminem dojrzałości.

27-letnia golkiperka Häcken w seniorskiej kadrze debiutowała zaledwie rok temu i choć kibice Damallsvenskan od lat doceniają jej umiejętności, to na niwie reprezentacyjnej jedynym poważnym testem była dla niej jak dotąd rewanżowa potyczka przeciwko Islandii. Dziś miało być jeszcze bardziej wymagająco i Amerykanki rzeczywiście zadbały o to, aby Falk między słupkami nie musiała się nudzić. Efektownych parad w jej wykonaniu doliczyliśmy się dwóch, ale sposób gry mistrzyń świata sprawiał, że szwedzka bramkarka znajdowała się pod niemal ciągłą presją, nie mogąc pozwolić sobie choćby na chwilę dekoncentracji. Na takim poziomie napięcia zdecydowanie nie gra się łatwo, ale zawodniczka z Göteborga podjęła wyzwanie i spisała się niemal bezbłędnie. Nie przytrafiały się jej ani puste przeloty, ani niepewne interwencje, po których Amerykanki mogłyby starać się wykorzystać zamieszanie w szwedzkim polu karnym. A gdy do ustawionej na jedenastce futbolówki w 87. minucie podchodziła Rapinoe, Falk raz jeszcze głośno przypomniała swoim koleżankom, aby uważały na dobitkę. Zupełnie jakby była przekonana, że uderzoną przez MVP francuskiego mundialu piłkę uda jej się odbić. I trzeba przyznać, że w swoich przewidywaniach pomyliła się bardzo niewiele, gdyż od skutecznej interwencji dzieliły ją centymetry.

Tyle o defensywie, ale szwedzkich bohaterek nie brakowało także wśród piłkarek zdecydowanie bardziej ofensywnych. Tu na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Lina Hurtig, czyli zimowe odkrycie Petera Gerhardssona na dziewiątce. Dziś ponownie mieliśmy przyjemność oglądać zawodniczkę Juventusu w pierwszej linii, a obserwując jej zachowanie na boisku naprawdę trudno uwierzyć, że do niedawna zarówno w klubie, jak i w kadrze, grywała ona niemal wyłącznie na skrzydle. Trzeba było jednak dopiero Gerhardssona (do spółki z Ritą Guarino), aby piłkarka nazywana przez turyńskich kibiców Stelliną wróciła do korzeni, ponownie stając się prawdziwym postrachem każdej defensywy świata. Coś o tym wiedzą już w Lyonie, dziś swoją lekcję odrobiła Tierna Davidson, a wydaje się, że nie jest to jeszcze ostatnie słowo pochodzącej z Avesty napastniczki. Warto podkreślić, że to od przechwytu Hurtig rozpoczęła się akcja, po której na pustą bramkę nie trafiła Fridolina Rolfö. Dla przedstawicielki Wolfsburga miniony wieczór okazał się o tyle frustrujący, że była to już druga zmarnowana przez nią stuprocentowa wydawałoby się sytuacja. Tuż przed przerwą indywidualny rajd Rolfö skuteczną interwencją zatrzymała bowiem Alyssa Naeher. Co ciekawe, w samej końcówce przed równie wielką szansą na rozstrzygnięcie meczu na korzyść Szwedek stanęła Hanna Glas, ale jej również nie udało się oddać czystego strzału na amerykańską bramkę. O ile jednak w obrazku wszystkie te okazje wydawały się stosunkowo łatwe do wykończenia, o tyle w rzeczywistości wymagały one niesamowitego refleksu i przewidywania. Na poziomie reprezentacyjnym, szczególnie w takich meczach, oczekujemy jednak, aby przynajmniej jedną z nich udało się zamienić na gola.

Jak zatem padła bramka dla Szwecji? Oczywiście, po stałym fragmencie! Gdybyśmy szukali ostatniego meczu, w którym kadra Petera Gerardssona nie strzeliła przynajmniej jednego gola po rzucie wolnym lub rożnym, musielibyśmy cofnąć się do czasów sprzed pandemii! Tym razem w głównych rolach wystąpiły w bramkowej akcji aktorki zdecydowanie pierwszoplanowe: z narożnika boiska dośrodkowała Kosovare Asllani, a Lina Hurtig wyskoczyła tak wysoko, jak potrafi jedynie ona i bezbłędnie zmieściła futbolówkę tuż przy słupku bramki gości. Amerykanie jak najbardziej mogą zwracać uwagę na mało przekonującą postawę Naeher, a także na przestrzeń, jaką w tym sektorze boiska zostawiono piłkarce Juventusu, ale my widzieliśmy te schematy tak wiele razy, że doskonale wiemy, iż nawet wzorowa postawa defensywy USA niekoniecznie zapobiegłaby utracie gola. Fraza världens bästa på fasta (najlepsze na świecie w stałych fragmentach) nie wzięła się w końcu znikąd. Na Friends Arenie gole padały zresztą wyłącznie po stałych fragmentach, gdyż mistrzynie świata do remisu doprowadziły po bezbłędnie wykonanym rzucie karnym. Szarżującą na prawej flance Kelley O’Harę nieprzepisowo powstrzymała jedna z najlepszych piłkarek na boisku Sofia Jakobsson i choć przewinienie zawodniczki madryckiego Realu nie podlegało dyskusji, to wydaje się, że miało ono miejsce jeszcze przed polem karnym. Trójka sędziowska z Finlandii widziała to jednak inaczej, a dalszy ciąg tej historii doskonale pamiętamy. Skoro jesteśmy już przy pani Linie Lehtovaarze i jej asystentkach, to pół-żartem możemy powiedzieć, że większy żal niż o 87. minutę, powinniśmy chyba mieć o sytuację, która miała miejsce dosłownie kilkadziesiąt sekund później. Szwedzkiej kadrze należał się wówczas rzut rożny, ale arbiter główna zarządziła, że grę od własnej bramki wznowi Alyssa Naeher. I choć na placu gry nie było już wówczas Liny Hurtig, to Sembrant czy Eriksson też lubią sobie w szesnastce poskakać. Z całkiem przyzwoitymi zresztą efektami.

We wtorek czeka nas kolejny ważny sprawdzian i możemy spodziewać się, że w zdecydowanie większym wymiarze czasowym szansę otrzymają w nim zawodniczki występujące na co dzień w Damallsvenskan. I dobrze, gdyż przegląd kadr wciąż trwa, miejsc w samolocie do Tokio pozostaje niezmiennie osiemnaście, a Schough, Angeldal, Blackstenius, czy Kaneryd ani myślą oddawać pola bez walki. Tym bardziej, że wyjściowa jedenastka z dzisiejszego meczu w komplecie wykonała właśnie olbrzymi krok w kierunku znalezienia się w wąskiej kadrze na japońskie Igrzyska.

Znamy finalistów

20200725-163049-001-3813

Eskilstuna United po raz pierwszy awansowała do finału Pucharu Szwecji (Fot. WSO)

To była piękna pucharowa przygoda drugoligowca z Umeå, ale półfinałowe starcie z Eskilstuną okazało się dla podopiecznych Samuela Fagerholma ostatnim jej przystankiem. Choć trzeba uczciwie przyznać, że również w sobotniej potyczce z wyraźnie faworyzowanym rywalem, zawodniczki z Västerbotten zadbały o to, aby zapewnić widzom kapitalne emocje, a samym sobie kolejną porcję jak najbardziej pozytywnych wspomnień. Bo przecież nieczęsto zdarza się, aby golkiperka klasy Emmy Holmgren w jednym meczu musiała aż dwukrotnie wyciągać piłkę z siatki. I choć dwa strzelone gole tym razem do awansu nie wystarczyły, to dzięki nim jego losy ważyły się w zasadzie do końcowego gwizdka. Pieczętujące zwycięstwo gości trafienie Fanny Andersson padło bowiem już w doliczonym czasie gry, gdy podbudowane kontaktowym golem piłkarki z Umeå rzuciły niemal wszystkie siły do ataku. Bohaterką numer jeden w zespole United bez wątpienia możemy nazwać Loretę Kullashi, która jeszcze w pierwszej połowie otworzyła wynik meczu, a już po przerwie – w najbardziej newralgicznym momencie – wywalczyła dla swojej ekipy rzut karny, który z kolei na gola pewnie zamieniła Felicia Rogic. Różnicę na plus w drużynie gości zrobiły jednak nie tylko uznane nazwiska w formacji ofensywnej, ale i znacznie bardziej stabilna niż u gospodyń defensywa. W zespole z Västerbotten z bardzo dobrej strony pokazała się natomiast Rosa Herreros i wiele wskazuje na to, że filigranowa pomocniczka rodem z Hiszpanii może być w najbliższych miesiącach jedną z największych gwiazd boisk Elitettan. W Umeå mogą już bowiem skupić się wyłącznie na lidze, natomiast w Eskilstunie niebawem rozpoczną się przygotowania do pierwszego w historii klubu finału Pucharu Szwecji. I wszyscy na Tunavallen mają nadzieję, że w pełnym wymiarze czasowym zagra w nim Kullashi, która wczoraj z powodu kontuzji opuściła murawę nieco wcześniej niż pierwotnie planowała.

A kto będzie finałowym przeciwnikiem zespołu prowadzonego przez Magnusa Karlssona? BK Häcken! Obrończynie tytułu po niezwykle intensywnym i wyrównanym meczu w najskromniejszych rozmiarach pokonały FC Rosengård, w efekcie czego piłkarki z Malmö w niespełna trzy dni odpadły z dwóch rozgrywek pucharowych. Choć jak na ironię, w obu przypadkach dokonało się to po naprawdę niezłym występie w ich wykonaniu. W futbolu zdecydowanie najbardziej liczą się jednak gole, a jedyne trafienie na Bravida Arenie padło dziś łupem Stiny Blackstenius. Przyjezdne odpowiedziały dwoma strzałami w poprzeczkę, rajdami niezmordowanej Olivii Schough i okazją niezwykle aktywnej Hanny Bennison, która w końcówce mogła za sprawą jednego kopnięcia piłki stać się ulubienicą całej Skanii (no, a przynajmniej tej jej części, która sympatyzuje z Rosengård). Osiemnastoletnia reprezentantka Szwecji zamiast do siatki trafiła jednak w Jennifer Falk i w ten sposób to bramkarka z Göteborga zebrała po zakończeniu meczu w pełni zasłużone pochwały. W Malmö natomiast raz jeszcze mogą zastanawiać się, dlaczego pomimo naprawdę niezłej gry, znów przytrafił się mecz na zero z przodu. A dzisiejsza porażka boli tym bardziej, że w Pucharze nie ma okazji do nadrobienia poniesionych wcześniej strat, a na kolejną okazję gry o to trofeum przyjdzie poczekać aż do jesieni. W majowym finale mogła bowiem zagrać wyłącznie jedna z rywalizujących dziś na Bravida Arenie drużyn i miejsce to – po naprawdę wyrównanej i ciężkiej walce – wywalczyły sobie podopieczne trenera Matsa Grena.

UWAGA: W wyniku losowania to BK Häcken będzie gospodarzem finału rozgrywek o Puchar Szwecji przeciwko Eskilstunie United. Dla klubu z Göteborga będzie to piąty w historii finał i jednocześnie szansa na wywalczenie czwartego tytułu. Co ciekawe, w dotychczasowej historii zawodniczki z Västergötland trzykrotnie rozgrywały decydujący mecz w swoim mieście i za każdym razem wychodziły z tej konfrontacji zwycięsko. Jedyną jak dotąd finałową porażkę zaliczyły dziewiętnaście lat temu, na stadionie w Sztokholmie.

Z honorem

fcr

Nic się nie stało! Rosengård żegna się z Ligą Mistrzyń po dobrym występie przeciwko Bayernowi (Fot. Johan Nilsson)

W całkiem niezłym stylu i w naprawdę godnym towarzystwie pożegnały się z tegoroczną edycją Ligi Mistrzyń piłkarki FC Rosengård. Siląc się na żart można nawet zauważyć, że podopieczne Jonasa Eidevalla pozostały w grze o dzień dłużej niż takie potęgi europejskiego futbolu jak Wolfsburg czy Manchester City, a już zupełnie poważnie warto podkreślić, że druga połowa rewanżowego starcia z Bayernem to zdecydowanie najlepsze trzy kwadranse w wykonaniu szwedzkiego klubu w pucharach od czasu wizyty w Monachium ekipy z Göteborga. O tym, jak dobrze zaprezentowały się wczorajszego wieczora zawodniczki z Malmö, najlepiej świadczy fakt, że naprawdę niewiele dzieliło nas od tego, aby właśnie w stolicy Skanii przerwana została zwycięska passa liderek niemieckiej Bundesligi. I choć do tego ostatecznie nie doszło, to ambitnie szukające przynajmniej wyrównującego gola piłkarki Rosengård naprawdę zostawiły na murawie swojego stadionu mnóstwo zdrowia. A nie zapominajmy, że już w niedzielę czeka je niełatwe przecież starcie w półfinale Pucharu Szwecji z broniącym trofeum Häcken.

Wróćmy jednak do Ligi Mistrzyń, gdyż to właśnie tym rozgrywkom poświęcaliśmy w ostatnich dniach zdecydowanie najwięcej uwagi. Oglądane z nieco bardziej neutralnej perspektywy potyczki Wolfsburga z Chelsea oraz Barcelony z Manchesterem dobitnie uzmysłowiły nam, jak wysoki poziom reprezentują obecnie najlepsze kluby na kontynencie. I z jedną z tych drużyn wicemistrzynie Szwecji rozegrały naprawdę wyrównane 45 minut, potrafiąc momentami zepchnąć rywalki do naprawdę głębokiej defensywy. Oczywiście, niektórzy nie bez racji zauważą, że działo się to w chwili, gdy dwumecz był już absolutnie rozstrzygnięty, a Bayern świadomie zwolnił tempo gry, oszczędzając siły i energię na mecz z Wolfsburgiem. Tyle tylko, że … Rosengård miał pełne prawo zrobić dokładnie to samo, a jednak z tej furtki nie skorzystał. W mocno okrojonym składzie i w cokolwiek eksperymentalnym ustawieniu zawodniczki ze Skanii rzuciły wyżej notowanym przeciwniczkom wyzwanie i zabrakło naprawdę niewiele, aby na zakończenie europejskiej przygody udało im się sprawić bardzo miłą niespodziankę. Raz jeszcze przekonaliśmy się, jak wielki potencjał drzemie w Jelenie Cankovic, która bez wątpienia była wczoraj najlepsza na placu gry. Reprezentantka Serbii imponowała nie tylko kapitalnym przeglądem pola, ale również technicznymi sztuczkami, wobec których klasowe przecież rywalki były z reguły całkowicie bezradne. To właśnie po jednym z typowych dla Cankovic zagrań w sytuacji sam na sam z Laurą Benkarth znalazła się ustawiona tym razem wyjątkowo na szpicy Olivia Schough, ale golkiperka z Bawarii bez trudu poradziła sobie ze strzałem byłej zawodniczki Djurgården. Swoją wartość potwierdziła wczorajszym występem również Caroline Seger, która mistrzynią szybkości może już nie zostanie (z czego raz po raz skwapliwie korzystała zresztą Lineth Beerensteyn), ale na pozycji między szóstką a ósemką daje drużynie mnóstwo tak bardzo potrzebnych spokoju i pewności. Dziewięćdziesiąt minut na poziomie ćwierćfinału Ligi Mistrzyń było także nie lada wyzwaniem dla osiemnastoletniej Hanny Bennison, która swój indywidualny egzamin zdała może nie z wyróżnieniem, ale na delikatny plus. Choć od zawodniczki o tej charakterystyce na pewno możemy w przyszłości oczekiwać nieco więcej konkretów z przodu, a także nieco bardziej zdecydowanej postawy w pojedynkach stricte fizycznych. Wiele wskazuje jednak, że w rozgrywkach Damallsvenskan Bennison będzie ustawiana nieco wyżej, co najpewniej przełoży się na zdecydowanie bardziej imponujące, ofensywne liczby. Te ostatnie z reguły zgadzają się w przypadku Mimmi Larsson, która wczorajsze starcie rozpoczęła dość nieoczekiwanie na ławce, ale w samej końcówce miała szansę wyrównać stan rywalizacji, stając się tym samym bohaterką dnia w Malmö. Ku rozpaczy fanów ze Skanii, ta sztuka nie udała się jednak ani jej, ani żadnej z klubowych koleżanek.

A w jaki sposób padł jedyny tego wieczora gol na Malmö IP? Bayern zagrał to, co potrafi najlepiej, czyli najpierw wyraźnie zwiększył intensywność, a następnie perfekcyjnie rozklepał defensywę Rosengård. Mówiąc bardziej konkretnie dokonał tego tercet Dallmann – Simon – Schüller, a ta ostatnia – w niełatwej przecież sytuacji – przymierzyła pod poprzeczkę tak precyzyjnie, że Stephanie Labbe nie miała w zasadzie czasu na skuteczną reakcję. Tuż przed przerwą piłkarkom z Monachium raz jeszcze udało się umieścić futbolówkę w siatce gospodyń, ale gol zdobyty po efektownym uderzeniu Beerensteyn zza pola karnego nie został ostatecznie uznany. Na szczęście dla wicemistrzyń Szwecji piłka kilkanaście sekund wcześniej całym obwodem przekroczyła bowiem linię boczną boiska. Nie ma więc najmniejszych wątpliwości co do tego, że Bayern zameldował się w półfinale w pełni zasłużenie i pozostaje jedynie życzyć piłkarkom Jensa Scheuera powodzenia w pokonywaniu kolejnej przeszkody na drodze do Göteborga. Gratulując zwyciężczyniom, tym razem trzeba jednak wyraźnie docenić także pokonane, gdyż właśnie takie występy przedstawicielek Damallsvenskan w europejskich pucharach najbardziej lubimy oglądać. 1. kwietnia 2021 szwedzki futbol oficjalnie pożegnał się z tegoroczną edycją Ligi Mistrzyń, a następna próba jej zawojowania odbędzie się już na nowych, bardziej sprawiedliwych, ale z naszej perspektywy zdecydowanie trudniejszych zasadach. I choć doskonale zdajemy sobie sprawę, że na wiosenne, pucharowe emocje przyjdzie nam być może poczekać nieco dłużej, to gorąco wierzymy, że latem i jesienią Häcken, Rosengård oraz Kristianstad dostarczą nam swoimi występami w Europie wielu pozytywnych emocji. Awans do fazy grupowej przynajmniej jednego ze szwedzkich klubów będzie oczywiście nie lada sukcesem, gdyż piłkarska Liga Mistrzyń już za chwilę stanie się wreszcie naprawdę elitarna. I bardzo dobrze, bo ewentualne zwycięstwa smakują tym lepiej, im więcej wysiłku trzeba było włożyć w ich osiągnięcie. A zatem: do zobaczenia, Europo! Do następnego razu!