Nadeshiko nad Bałtykiem

Hanne Gråhns, jedna z niewielu piłkarek Örebro, które mogą zaliczyć początek obecnego sezonu do udanych, uzupełniła skład reprezentacji na mecze z Polską i Mołdawią. Dodatkowe powołanie dla prawej defensorki, która w seniorskiej kadrze nie rozegrała póki co ani minuty, jest oczywiście bezpośrednią konsekwencją urazu Jessiki Samuelsson, choć zawodniczka Linköping cały czas pozostaje do dyspozycji selekcjonerki. W ostatnich tygodniach w wybornej dyspozycji znajduje się także aspirująca do gry na prawej flance Lina Nilsson, więc pomimo przejściowych problemów, akurat o obsadę tej pozycji nie powinniśmy się przesadnie martwić.

Po weekendowych meczach ligowych, wszystkie kadrowiczki z ligi szwedzkiej zameldowały się wczoraj w Göteborgu, gdzie na dobre rozpoczęły się przygotowania do czekającego nas w najbliższych dniach eliminacyjnego dwumeczu. Niestety, z powodu kontuzji stopy indywidualnie ćwiczyła Linda Sembrant i jej występ w spotkaniu przeciwko Polsce stoi pod dużym znakiem zapytania. Czasami nie wszystko wygląda tak, jak sobie tego życzymy. Decyzję co do występu Lindy podejmiemy jutro. – tak do sprawy urazu stoperki Montpellier odniosła się Pia Sundhage. Jeśli Sembrant nie zdąży wykurować się na czas, to niewykluczone, że w Łodzi od pierwszej minuty zobaczymy na boisku doskonale znający się ze wspólnych występów w Rosengård duet Berglund – Ilestedt.

******

Reprezentacja Japonii będzie rywalem naszych piłkarek w meczu będącym ostatnim testem przed Igrzyskami Olimpijskimi w Brazylii. Pojedynek z wicemistrzyniami świata zaplanowano na 21. lipca, a więc już po ogłoszeniu nazwisk osiemnastu piłkarek, które znajdą się w samolocie odlatującym do Rio. Mecz z drużyną Asako Takakury będzie punktem kulminacyjnym pięciodniowego zgrupowania w Kalmar, gdyż to właśnie w tej nadmorskiej miejscowości odbędzie się pierwszy etap przygotowań do sierpniowego turnieju. Wszystkich, którzy nie wybierają się do Brazylii, a chcieliby osobiście pożegnać reprezentację udającą się na Igrzyska, gorąco zapraszamy więc nad Bałtyk. Rywalizacja Szwecji z Japonią będąca przy okazji konfrontacją dwóch odmiennych stylów, to zawsze gwarancja wspaniałej, piłkarskiej uczty.

Reklamy

Örebro udaje Greka

Zderzenie greckiej myśli szkoleniowej z Damallsvenskan póki co przynosi efekty dalekie od oczekiwanych. Wysoka porażka w derbowym starciu z Eskilstuną była dla Örebro o tyle bolesna, że poniesiona została w znacznej części na własne życzenie. Piłkarki George’a Papachristou do tego stopnia postanowiły ułatwić lokalnym rywalkom zadanie, że z własnej, całkowicie nieprzymuszonej woli, podarowały im cztery gole. Trudno bowiem nie zauważyć, że każda z bramkowych sytuacji dla Eskilstuny poprzedzona była festiwalem błędów i pomyłek zawodniczek z Behrn Areny. Nie trzeba dogłębnej analizy, aby dojść do wniosku, że na tym poziomie niezwykle rzadko drużyna musi zrobić tak niewiele, aby wyjść na czterobramkowe prowadzenie.

Gol na 0-1 – Johansson i Nault pozostawiły Svensson tyle miejsca we własnej szesnastce, że ta zdążyłaby jeszcze pojechać do Eskilstuny, zrobić zakupy, wyjść z psem na spacer, wrócić na Behrn Arenę i strzelić gola. Inna sprawa, że znów sporo od siebie dołożyła Söberg, która ostatnimi czasy bardzo często próbuje (z nienajlepszym skutkiem) imitować styl gry Hedvig Lindahl.

Gol na 0-2 – owszem, nie byłoby gola gdyby nie fenomenalna asysta Diaz, ale trudno przejść obojętnie obok faktu, że defensywa Örebro biernie przyglądała się, jak dwie piłkarki United wychodzą na czystą pozycję. Jedyną, która zdecydowała się na jakąkolwiek reakcję była … Veronica Perez, ale w decydującym momencie i Meksykanka zamiast pójść do końca za Quinn zdecydowała się poczekać na odgwizdanie spalonego. Oczywiście, o żadnym ofsajdzie nie mogło być mowy, więc – jak łatwo się domylić – wyczekiwała na próżno.

Gol na 0-3 – raz jeszcze w roli głównej Diaz, która tym razem gra prostopadłą piłkę do Larsson. Napastniczką gości teoretycznie opiekuje się Kristjansdottir, ale Islandka postanawia uskuteczniać krycie na odległość, w efekcie czego piłkarka Eskilstuny może nie niepokojona przez nikogo uderzyć z szesnastu metrów. Po jej strzale piłkę odbija Söberg, ale natychmiast dopada do niej również niepilnowana przez nikogo Schough i spokojnie umieszcza ją w siatce.

Gol na 0-4 – Jansson wypuszcza w bój Schough, która przyjmuje futbolówkę w okolicach linii środkowej i rozpoczyna rajd na bramkę Söberg. Próbuje ją gonić Nault, ale piłkarka Eskilstuny z piłką przy nodze przebiega dystans czterdziestu metrów szybciej niz kanadyjska defensorka bez niej i bez większych problemów podwyższa rezultat.

Rzecz jasna, niesprawiedliwością byłoby tłumaczenie wysokiego wyniku jedynie fatalną dyspozycją ekipy z Örebro. Po pierwsze, prezenty – nawet te najbardziej szczodre – trzeba jeszcze umieć wykorzystać. Po drugie, Eskilstuna rozegrała kolejne solidne zawody i absolutnie zasłużenie umocniła się na trzeciej pozycji w ligowej tabeli, z zaledwie czteropunktową stratą do liderującego duetu. Fanom United, którzy nota bene stanowili na trybunach Behrn Areny liczniejszą grupę niż sympatycy Örebro, radzimy jednak póki co nie spoglądać jeszcze w kierunku Malmö oraz Linköping. Bezpośrednio po przerwie na reprezentację ekipę Viktora Erikssona czeka niezwykle ważny mecz z Göteborgiem i to na nim nalezy teraz skupić całą uwagę. Jeśli na Tunavallen uda się ugrać dobry wynik, to niewykluczone, że drugi rok z rzędu Eskilstunę może czekać wspaniała jesień i kolejna okazja, aby zakończenie sezonu świętować na Fristadstorget.

W Örebro nastroje całkowicie odmienne, czemu zresztą trudno się dziwić. Jedno zwycięstwo w siedmiu meczach i zaledwie sześć zdobytych punktów to wynik zdecydowanie poniżej oczekiwań, nawet biorąc pod uwagę zimową przebudowę kadry. Wprawdzie na Eyragatan jeszcze nikt na alarm nie bije, ale czerwcowo-lipcowy czwórmecz niespodziewanie nabrał dla ekipy George’a Papachristou ogromnego znaczenia. Bezpośrednio przed letnią przerwą piłkarki z Behrn Areny zmierzą się kolejno z Piteå, Kvarnsveden oraz dwukrotnie z Mallbacken. Do podniesienia z murawy będzie dwanaście punktów, a każdy inny wynik niż cztery kolejne zwycięstwa może oznaczać dla Örebro koniec marzeń na uratowanie sezonu i konieczność walki o zupełnie inne cele. A tego nikt w klubie z pewnością nie chciałby doświadczyć.

******

Solidarnie swoje mecze przegrały ekipy znajdujące się w strefie spadkowej, choć zarówno Umeå, jak i Kristianstad wcale nie musiały schodzić z boiska pokonane. Drużyny Marii Bergkvist oraz Elisabet Gunnarsdottir nie potrafiły jednak wykorzystać choćby jednej spośród stwarzanych przez siebie sytyuacji, a sztuka ta bezbłędnie udawała się ich rywalkom.

Wydaje się, że nieco więcej powodów do niepokoju mogą mieć w Umeå. Drużyna od początku sezonu boryka się z ogromnymi problemami kadrowymi, kontuzje eliminują z gry kolejne czołowe piłkarki, a na domiar złego całkowicie zacięła się Jenny Hjohlman, która nie potrafi wykorzystać tak dogodnych okazji na przełamanie strzeleckiej niemocy jak rzut karny czy sytuacja sam na sam. Na swoim poziomie gra oczywiście Chikwelu, ale jedną Nigeryjką utrzymać się w ekstraklasie będzie niezwykle ciężko. Spadek do Elitettan na stulecie klubu byłby niezwykle bolesnym przeżyciem, ale niewykluczone, że w rundzie jesiennej trzeba będzie wznieść się na wyżyny swoich umiejętności, aby ów katastroficzny scenariusz się nie spełnił.

O fatalnej sytuacji finansowej Kristianstad pisaliśmy jako pierwsi (!) jeszcze przed rozpoczęciem sezonu i niestety w tym aspekcie niewiele się zmienia. Klub ze Skanii próbuje wprawdzie wszystkiego, aby utrzymać się na powierzchni, ale przedstawienie prognozy finansowej, która pozwoli na uzyskanie licencji na występy w Damallsvenskan w sezonie 2017 wydaje się na ten moment celem bardzo odległym. Na boisku tych wszystkich problemów jednak nie widać, a mecz przeciwko Piteå był kolejnym, w którym ekipa Elisabet Gunnarsdottir nie prezentowała się gorzej od rywalek. Cóz jednak z tego, skoro komplet punktów za sprawą Josefin Johansson i Felicii Karlsson pojechał do Norrland. Piteå wprawdzie nie zachwyca swoją grą jak w poprzednim sezonie, ale szybkie i składne kontrataki ekipa Stellana Carlssona wciąż potrafi wyprowadzać z niesamowitą skutecznością.

Faster … Stronger … Harder!

Najważniejszy mecz pierwszego półrocza 2016, pojedynek na szczycie, czy po prostu seriefinal – dzisiejsze starcie ligowych gigantów zapowiadano na wiele sposobów, ale wszystko i tak miało sprowadzić się do dziewięćdziesięciu minut wspaniałej, sportowej walki. Po ostatnim gwizdku dobrze prowadzącej to niełatwe przecież do sędziowania widowisko Sary Persson nie jesteśmy jednak ani trochę mądrzejsi. Mistrzowski tytuł, dokładnie jak kilkanaście godzin temu, cały czas znajduje się mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Malmö i Linköping, choć długo wydawało się, że to klub ze stolicy Skanii znajdzie się nieco bliżej końcowego sukcesu. Święto na Malmö IP popsuła jednak fenomenalna Pernille Harder, a jej gol był kolejnym punktem zwrotnym i tak niezwykle emocjonującego sezonu szwedzkiej gry o tron.

Obie ekipy przystapiły do meczu świadome jego stawki, co w znacznym stopniu determinowało ich taktykę. Wprawdzie spotkanie rozpoczęło się od bardzo mocnego uderzenia, kiedy to najpierw goście, a następnie gospodynie w odstępie kilkudziesięciu sekund stworzyły sobie dobre okazje, ale w kolejnych minutach rywalizacja przypominała już bardziej pojedynek pięściarek wagi ciężkiej, doskonale zdających sobie sprawę z siły ciosu przeciwniczki. Stroną aktywniejszą był jednak bez wątpienia Rosengård. Drużyna Jacka Majgaarda prezentowała bardzo urozmaicony futbol, na wiele sposbów starając się znaleźć wyrwę w niezwykle szczelnym murze z Linköping. Udało się w 13. minucie; Martens w swoim stylu ruszyła na przebój lewą flanką, doskonale dostrzegła dobrze ustawioną w szesnastce gości Andonową, a napastniczka rodem z Macedonii bardzo inteligentnie pozwoliła się sfaulować interweniującej Slegers. Do ustawionej na jedenastym metrze futbolówki podeszła Marta i zrobiła dokładnie to, co do niej należało. Gwiazda reprezentacji Brazylii spokojnie wyczekała Cajsę Andersson i posłała piłkę w lewy róg jej bramki.

Gdyby ów gol okazał się trafieniem na wagę trzech punktów (na co długo się zanosiło), teraz najpewniej najwięcej pochwał kierowalibyśmy pod adresem brazylijsko-holenderskiego duetu, który skutecznie rozstrzelał kolejnego rywala. Po murawie Malmö IP, ubrana w granatową koszulkę, biegała jednak zawodniczka, która miała zupełnie inne plany. Pernille Harder, bo o niej mowa, postanowiła ukraść show miejscowym bohaterkom i zrobiła to w niezwykle spektakularny sposób. Nie od dziś wiadomo, że piłkarki dobre od wybitnych odróżnia to, iż te drugie potrafią wziąć na swoje barki odpowiedzialność wtedy, gdy drużyna najbardziej potrzebuje ich wsparcia. W takiej właśnie sytuacji znalazł się dziś Linköping. W pierwszym kwadransie po przerwie, podopiecznym Martina Sjögrena gra się ewidentnie nie układała. Harder potrzebowała jednak jedynie pół sytuacji, aby uszczęśliwić grupkę fanów, która przyjechała za swoją drużyną aż do Malmö. Snajperka z Danii przytomnie zauważyła, że Amanda Ilestedt na moment straciła równowagę, co pozwoliło jej podciągnąć z piłką jeszcze kilka metrów i oddać soczysty strzał, z którym Lundgren nie miała prawa sobie poradzić. Duży udział przy bramce miała także Claudia Neto, która kilkanaście sekund wcześniej błyskawicznie wykonała rzut wolny, uruchamiając Harder jednym, prostopadłym podaniem i nie pozwalając defensywie Rosengård na zwarcie szeregów. Całą resztę w pojedynkę zrobiła już Dunka, która jeszcze kilka dni temu apelowała, aby w żadnym wypadku nie nazywać jej gwiazdą Linköping. Będziecie mogli tak mówić dopiero, jak będę najlepsza na świecie – ripostowała Harder, a nam wydaje się, że ten moment może nadejść szybciej, niż ktokolwiek by się tego spodziewał.

Remis w Malmö z pewnością bardziej satysfakcjonować może gości, choć to własnie ekipa z Linköping w ostatnich sekundach mogła za sprawą Stiny Blackstenius pokusić się o zwycięstwo. Swoje okazje miały również gospodynie, ale Cajsa Andersson broniła ze sporym szczęściem, a gdy zachodziła konieczność (strzał piętą Gunnarsdottir), to wyręczały ją także koleżanki z formacji defensywnej. Na prawej obronie Rosengård kolejny solidny mecz rozegrała Lina Nilsson, co z punktu widzenia reprezentacji jest o tyle istotną informacją, że na kwadrans przed końcem boisko musiała opuścić narzekająca na uraz Jessica Samuelsson. Dobre zawody mają za sobą także obie środkowe pomocniczki z Malmö. Zarówno Masar, jak i Gunnarsdottir wielokrotnie nękały defensywę gości wejściami z głębi pola, stwarzając w ten sposób liczebną przewagę na przedpolu bramki Andersson. W drużynie Martina Sjögrena, oprócz niezawodnej Harder, wyróżnić można z całą pewnością Portugalkę Neto, która imponowała nie tylko dokładnymi podaniami oraz świetnym przeglądem pola, ale przede wszystkim ofiarną postawą w obronie i dużą liczbą przechwytów. Tak naprawdę, na pochwałe zasłużyły jednak wszystkie zawodniczki, dzięki którym obejrzeliśmy w Malmö spektakl godny najwyższego uznania. Przez najbliższe dwa tygodnie na pierwszy plan wysunie się wprawdzie reprezentacja, ale już 11. czerwca ponownie zobaczymy oba kluby w akcji. Na dziś pewne jest wszakże tylko jedno – walka o tytuł dopiero się rozpoczęła!

Wspaniałe show beniaminków

Dziś w Borlänge spodziewaliśmy się wielkiej piłki i rzeczywiście dwie drużyny, które w poprzednim sezonie mierzyły się jeszcze na boiskach Elitettan stworzyły fantastyczne widowisko. Ci, którzy zdecydowali się spędzić sobotnie popołudnie na Ljungbergsplanen, obejrzeli przede wszystkim koncert w wykonaniu dwóch najlepszych snajperek zaplecza ekstraklasy w poprzednim sezonie. Tabitha Chawinga i Mia Jalkerud dwukrotnie umieszczały dziś futbolówkę w siatce rywalek, raz jeszcze udowadniając, że także w Damallsvenskan należą do ligowej czołówki. Ich pojedynek, podobnie jak cała rywalizacja Kvarnsveden i Djurgården, nie doczekały się jednak rozstrzygnięcia, w związku z czym obie ekipy musiały zadowolić się podziałem punktów.

Zdecydowanie lepiej weszły w mecz gospodynie i to one po niespełna kwadransie zasłużenie znalazły się na prowadzeniu. Kibiców w Dalarnie uszczęśliwiła oczywiście Chawinga, korzystając z przytomnego zgrania piłki przez Elnicky oraz zbyt mało agresywnej postawy defensywy gości. Kolejne minuty należały już jednak do drużyny ze stolicy, która w końcówce pierwszej połowy przejęła całkowitą kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Pod bramką Gay kotłowało się niemal bez przerwy, a napór Djurgården w końcu przyniósł efekt. Mendes prostym zwodem uwolniła się spod opieki kryjącej ją defensorki z Dalarny, odegrała do nabiegającej na bliższy słupek Jalkerud, a ta uprzedziła mało zwrotną Salander i precyzyjnym, półgórnym strzałem doprowadziła do remisu.

Druga połowa także przez większość czasu przebiegała pod dyktando gości, ale to gospodynie stworzyły sobie więcej okazji z gatunku tych stuprocentowych. Nie będzie wielkiej przesady w stwierdzeniu, że mecz dla Kvarnsveden mogła wygrać w pojedynkę Chawinga. Napastniczka z Malawi najpierw w 62. minucie drugi raz tego dnia pokonała Gunnarsdottir, tym razem popisując się pięknym uderzeniem zza pola karnego, a następnie przy stanie 2-1 miała jeszcze dwie okazje, aby podwyższyć prowadzenie swojego zespołu. Za każdym razem do pełni szczęścia brakowało jednak kilkunastu centymetrów. Yvonne Ekroth próbowała wszystkiego, aby wyłączyć Chawingę z gry, ale podwajanie, a nawet potrajanie nie przynosiło spodziewanych efektów. Znacznie skuteczniejsza okazała się za to taktyka polegająca na oddawaniu przez piłkarki Djurgården licznych strzałów z dystansu. Zawodniczki ze Sztokholmu starały się celować tuż pod poprzeczkę, mając na uwadze niezbyt imponujące warunki fizyczne strzegącej bramki Kvarnsveden Adelaide Gay. Wyrównujący gol na 2-2 był efektem jednej z takich właśnie prób, choć trzeba wyraźnie podkreślić, że w zdobyciu tej bramki spory udział miała także wspomniana przed chwilą golkiperka z New Jersey, która z sobie tylko znanych powodów postanowiła wybrać się na spacer na przedpole.

Bramka Jalkerud ostatecznie zapewniła sztokholmiankom jeden punkt, choć w drugiej minucie doliczonego czasu gry piłkę meczową miała jeszcze na nodze Winroth. Ani pomocniczka Kvarnsveden, ani żadna z jej koleżanek nie była jednak w stanie w olbrzymim zamieszaniu wepchnąć piłki do siatki Djurgården i mecz zakończył się ostatecznie sprawiedliwym remisem. Rezultat ten bardziej cieszyć może ekipę ze Sztokholmu, która zachowała w tabeli czteropunktową przewagę nad dzisiejszym rywalem. Zadowolone ze swojej postawy nie tylko w tym spotkaniu, ale i w całej pierwszej części sezonu w pełni mogą być jednak piłkarki obu klubów. Tak efektownej pary beniaminków nie mieliśmy w Damallsvenskan od dawna.

******

Jeśli kibice w Sunne liczyli na to, że w pierwszych minutach uda się zaskoczyć drużynę z Göteborga, to tym razem srodze się zawiedli. Na pierwszego gola na Strandvallen nie musieliśmy wprawdzie czekać długo, ale był on udziałem gości. Wrzutką z lewego skrzydła popisała się Landström, a akcję strzałem głową sfinalizowała Hammarlund, która po przeprowadzce z Norrland na zachodnie wybrzeże ani myśli zwalniać tempa. W kolejnych minutach oglądaliśmy teoretycznie wyrównane spotkanie, zawodniczki grające w zielonych strojach od czasu do czasu próbowały postraszyć defensywę gości, ale w ich grze ewidentnie brakowało płynności. Na tle nieco chimerycznego Mallbacken, Göteborg prezentował się znacznie bardziej dojrzale i – co najważniejsze – skutecznie. W drugiej połowie zawodniczki Stefana Rehna stworzyły sobie trzy bramkowe okazje i aż dwie z nich zakończyły się powodzeniem. O takiej efektywności mogły jedynie pomarzyć gospodynie, które starały się szarpać raz lewą, raz prawą flanką, ale w tym wszystkim trudno było dostrzec jakikolwiek koncept.

Zwycięstwo Göteborga nie byłoby jednak aż tak wyraźne, gdyby nie znakomita postawa Jennifer Falk. Bramkarka, która w poprzednim sezonie miała ogromny udział w uratowaniu ekstraklasy dla Mallbacken, powróciła na Strandvallen ze swoją nową drużyną i bezsprzecznie należała do najlepszych na placu gry. Falk dwukrotnie wygrywała pojedynki sam na sam z zawodniczkami z Värmland (kolejno z Ness i Janogy), imponowała także świetnym refleksem (instynktowna obrona po strzale Göransson) oraz bezbłędną grą w powietrzu. O ile w poprzednim sezonie defensywa Göteborga wydawała się być bardziej dziurawa niż budżet Kristianstad, o tyle obecnie przynajmniej na pozycji bramkarki Stefan Rehn ma kłopoty bogactwa. Ani Falk, ani Holenderka Loes Geurts najzwyczajniej nie zasługują na to, aby w aktualnej dyspozycji przesiadywać na ławce rezerwowych.

Sąd nad Rosengård

Żaden inny szwedzki klub nie wzbudza tak bardzo skrajnych emocji jak FC Rosengård. W tym względzie akurat nie różnimy się specjalnie od reszty piłkarskiego świata, gdyż wszędzie najwięcej i najbardziej kontrowersyjnie mówi się o najlepszych. W przeddzień ligowego klasyka postanowiliśmy sprawdzić, czy liczne zarzuty kierowane pod adresem mistrza kraju mają w ogóle racjonalne uzasadnienie.

Zarzut 1: Dominacja Rosengård zmniejsza atrakcyjność ligi

Brzmi to trochę, jakby ktoś zgłaszał pretensje, że Shelly-Ann Fraser czy Dafne Schippers biegają zbyt szybko, przez co zmniejsza się atrakcyjność biegów sprinterskich. Pomijając jednak absurdalne założenie, przyjrzyjmy się faktom, gdyż i one są w tym przypadku dość jednoznaczne. W trzech spośród pięciu ostatnich sezonów walka o mistrzostwo rozstrzygnęła się dopiero w ostatniej kolejce, nie zawsze zresztą na korzyść FC Rosengård. Co więcej, w tym tylko okresie na ligowym podium oprócz hegemona z Malmö stało aż siedem (!) innych klubów (Göteborg, Umeå, Tyresö, Linköping, Örebro, Eskilstuna oraz Piteå). Pomijając angielską WSL, trudno byłoby znaleźć w Europie inną czołową ligę, w której w rywalizację o najwyższe laury zamieszanych byłoby aż tyle ekip.

Nie da się ukryć, że pod względem ekonomicznym Rosengård znajduje się obecnie o kilka długości przed większością ligowych rywali. Należy jednak zadać pytanie, czy aby na pewno ów fakt ma negatywny wpływ na pozycję Damallsvenskan. Osobiście jestem przeciwnikiem teorii, że rozgrywki ligowe są silne siłą najsłabszej drużyny i zawsze kibicowałem projektom podobnym do tego, który realizowany jest aktualnie w Malmö, upatrując w nich szansy także dla … pozostałych klubów. Czy tego chcemy, czy nie, to Rosengård jest na ten moment wizytówką i najlepszą reklamą szwedzkiej piłki w Europie i na świecie. Mozliwość gry w tej samej lidze, co chociażby Marta może stanowić magnes dla niejednej adeptki futbolu. Na tej samej zasadzie, wiele młodych Afrykanek z pewnością zechciałoby zmierzyć się na boisku z Gaelle Enganamouit. Nie zapominajmy, że obecność Marty w kadrze Umeå IK była jednym z głównych powodów, dla których na przyjazd do Szwecji zdecydowała się szesnastoletnia wówczas Ramona Bachmann.

Zarzut 2: Rosengård to tak naprawdę reprezentacja „reszty świata”

Oj, ten temat rzeczywiście rozgrzał i spolaryzował wczesną wiosną szwedzkie środowisko piłkarskie. Podczas jednego z przedsezonowych sparingów w pewnym momencie w koszulkach Rosengård biegały po boisku zawodniczki pochodzące z … jedenastu różnych krajów, przy okazji reprezentujące pięć różnych kontynentów! Był to oczywiście pierwszy taki przypadek w historii szwedzkiej, a wcale niewykluczone, że i światowej piłki nożnej. W inaugurującym sezon meczu o Superpuchar sytuacja wyglądała bardzo podobnie (dwie Szwedki w wyjściowej jedenastce, dziesięć reprezentowanych nacji), co jedynie podgrzało atmosferę i rozpoczęło ogólnonarodową dyskusję, w której głos zabrały najważniejsze osoby w szwedzkiej piłce.

Zaczęło się od komentarza Pii Sundhage, która w dość ostrych słowach skrytykowała kosmopolityzm Rosengård, zarzucając drużynie ze Skanii dbanie jedynie o własne interesy. Na odpowiedź z Malmö nie musieliśmy czekać długo. Przedstawiciele mistrza kraju jednoznacznie podkreślili, że w klubowej piłce chodzi o to, aby na boisku występowały zawodniczki „najlepsze, a nie najbardziej szwedzkie” i od tej zasady żadnego odstępstwa nie będzie. Ciąg dalszy tej historii mogliśmy oglądać w Popradzie, gdzie żadna z piłkarek Rosengård nie zagrała choćby minuty w eliminacyjnym spotkaniu przeciwko Słowacji. Wydaje się jednak, że dla dobra wszystkich zainteresowanych sprawą stron, chwilowy na szczęście konflikt na linii reprezentacja – mistrz kraju został już definitywnie zażegnany.

Wróćmy jednak do głównej osi problemu: czy rzeczywiście powinniśmy mieć klubowi z Malmö ze złe, że ten szuka potencjalnych wzmocnień w najodleglejszych zakątkach globu? Niestety, czasy w których Jitex stworzył ligową potęgę dysponując jedynie zaowdniczkami pochodzącymi z Möldnal i z Göteborga stanowią już bardzo odległą przeszłość. Taki model mógł przynieść efekty czterdzieści lat temu, ale dziś rywalizacja o piłkarski prymat toczy się przede wszystkim na polu ekonomicznym. Nie sposób zaprzeczyć, że w głównym stopniu względy finansowe decydują, iż obecnie to największe metropolie na kontynencie i mające w nich siedziby kluby-przedsiębiorstwa zaczynają odgrywać dominującą rolę w światowej piłce nożnej. To właśnie do takich ośrodków jak Paryż, Lyon, Londyn czy Monachium należy przyszłość i to one mogą na długie lata wyznaczyć granicę, której żaden klub nieposiadający potężnego zaplecza finansowego nie będzie mógł przeskoczyć. Nie szukając specjalnie daleko, dwudziestopięciotysięczne, położone tuż pod północnym kołem podbiegunowym miasteczko Umeå, niestety zupełnie nie wpisuje się w ten nowopowstający piłkarsko-ekonomiczny krajobraz. Wpisać w niego próbuje się za to Rosengård i w Malmö doskonale zdają sobie sprawę, że bez głośnych transferów (także, a może przede wszystkim tych zagranicznych) nie da się podjąć rywalizacji z najpotężniejszymi piłkarskimi przedsiębiorstwami na kontynencie.

Zarzut 3: W Rosengård nie szkoli się młodzieży

Prawdą jest, że o sile wyjściowej jedenastki drużyny z Malmö rzeczywiście nie stanowią wychowanki. Jedyną zawodniczką wyszkoloną w klubie, która może liczyć na mniej lub bardziej regularne występy w lidze jest Ebba Wieder. Prawdą jest również, że w tym względzie Rosengård niczym nie różni się od czołowych ekip z Anglii oraz kontynentalnej Europy, z którymi ma ambicje rywalizować. Piłkarscy romantycy z pewnością tęsknią za epoką, w której mistrzowską drużynę dało się wychować, a pozycja w ligowej tabeli nie zależała od wielkości klubowego budżetu, ale niestety, co podkreślono już powyżej, czasy te przeszły do historii w okolicach lat osiemdziesiątych minionego stulecia. W dzisiejszym futbolu silniejszy i bogatszy może po prostu więcej, czego dowodem był chociażby pamiętny transfer Lindsey Horan do francuskiego PSG i każdy klub chcący być częścią wielkiej gry, musi zaakceptować jej zasady i według nich postępować.

To, że wychowanek Rosengård próżno szukać wśród największych gwiazd ekipy z Malmö nie oznacza jednak, że praca z młodzieżą nie jest traktowana w klubie priorytetowo. Co więcej, można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby od jutra wszystkie szwedzkie kluby zmuszone były korzystać wyłącznie z wyszkolonych przez siebie piłkarek, Rosengård cały czas zachowałby status czołowej drużyny w kraju. Jeśli spojrzymy na kadry Damallsvenskan i Elitettan na rundę wiosenną sezonu 2016 to okaże się, że tylko Umeå może równać się z drużyną ze Skanii pod względem liczby występujących obecnie na szczeblu centralnym wychowanek. Sposród dwudziestu sześciu klubów zaledwie jeden (!) dostarczył do dwóch najwyższych klas rozgrywkowych podobną liczbę piłkarek, co krytykowany bez większej refleksji Rosengård. Żeby było ciekawiej, główny konkurent w tegorocznej walce o mistrzowski tytuł znajduje się na przeciwnym biegunie tej listy, a za systemowe szkolenie młodzieży na poważnie wzięto się w Linköping stosunkowo niedawno.

Zarzut 4: Rosengård nie jest symbolem Malmö

Opinie, że Rosengård nie wykorzystuje wizerunkowej szansy, aby stać się symbolem miasta i regionu podnoszone są z niezwykłą regularnością. Oprócz zbyt mało odważnego zdaniem ekspertów stawiania na lokalną młodzież, klubowi zarzuca się między innymi częstą zmianę nazwy oraz niespójność w budowaniu wizerunku. Rzeczywiście, w swojej niemal pięćdziesięcioletniej historii drużyna z Malmö dwukrotnie zmieniała nazwę, ale podobne zabiegi mogliśmy obserwować także w Linköping (dawniej Kenty DFF) oraz Göteborgu, gdzie przenieniono nawet siedzibę klubu (z wysepki Landvetter do ścisłego centrum miasta, w okolice hali Scandinavium). Nie możemy zatem mówić, że w tym aspekcie Rosengård jakoś znacząco odbiega od średniej krajowej.

Zdecydowanie trudniej o jednoznaczną ocenę działań klubu w zakresie public relations. Z jednej strony naprawdę widać, że Rosengård powoli buduje swoją markę i pierwsze efekty tych działań widoczne są gołym okiem. Frekwencja ustabilizowała się na przyzwoitym jak na szwedzkie wielkomiejskie warunki poziomie, pojawiła się także niezbyt jeszcze liczna, ale bardzo aktywna grupa kibiców identyfikujących się z klubem. Nie można pominąć również faktu, iż Rosengård zaczął być wreszcie widoczny w mediach społecznościowych, a także w eventach promujących drużynę wśród najmłodszych mieszkanek i mieszkańców Malmö i okolic. Zdecydowanie pochwalić należy ponadto społeczne inicjatywy, jak chociażby podchwycona przez resztę ligi akcja Rosengård przeciw homofobii czy Zielona kartka, które ocieplają wizerunek klubu. Być może rację mają ci, którzy twierdzą, że na polu PR potencjał do wykorzystania jest jeszcze większy, ale z pewnością nadejdzie czas, że i te rezerwy zostaną w odpowiedni sposób spożytkowane.

Wnioski z powyższej analizy każdy musi wyciągnąć samodzielnie. Na kilkanaście godzin przed pierwszym gwizdkiem najważniejszego meczu pierwszego półrocza 2016 roku trzeba jednak jednoznacznie podkreślić, że nasza liga, a co za tym idzie cała szwedzka piłka, potrzebuje silnego Rosengård. Tak samo zresztą, jak potrzebuje silnego Linköping. A o tym, kto na chwilę obecną bardziej zasługuje na to, aby zasiąść w fotelu lidera, niech zdecyduje boisko.