Ligowy maraton czas zacząć

rebecka_blomqvist_kgfc

Rebecka Blomqvist wypatruje tytułu mistrzowskiego dla Göteborga (Fot. Bildbyrån)

Wspaniała, mundialowa historia, napisana przez kadrę Petera Gerhardssona między Rennes i Niceą, nie była bynajmniej ostatnim, piłkarskim akcentem tego roku. I choć ani trochę nie można umniejszać jej znaczenia, nie jest wcale pewne, że to właśnie ona będzie wydarzeniem, które po latach zapamiętamy najbardziej. Przecież już za dwa miesiące cała Europa spoglądać będzie w kierunku debiutującego w Lidze Mistrzyń klubu z małego miasteczka położonego tuż pod kołem podbiegunowym, który rzuci wyzwanie coraz śmielej rozpychającym się krezusom z wielkich metropolii naszego kontynentu, a nie zapominajmy, że swój własny pucharowy sen śnić będzie także powracająca na międzynarodowe salony po wieloletniej przerwie drużyna z Göteborga, tydzień po tygodniu zadająca kłam opinii, że szwedzkie zespoły nie potrafią grać piłki jednocześnie skutecznej oraz atrakcyjnej dla oka. Ale, ale … przecież nie samą Ligą Mistrzyń żyje człowiek. Wszyscy mamy jeszcze świeżo w pamięci poprzedni sezon, kiedy to w rozgrywkach Damallsvenskan i Elitettan doszło do rozstrzygnięć wymykających się jakiejkolwiek logice i najwyższy czas przekonać się, czy tej jesieni czeka nas kolejne futbolowe trzęsienie ziemi, czy może przynajmniej na chwilę powrócimy do rządzącego w niemal całej kontynentalnej Europie świata przewidywalnych zwycięzców i spadkowiczów. W Malmö pewnie nie obraziliby się, gdyby ziścił się ten drugi scenariusz, ale już w Vittsjö, czy w Kristianstad mają zdecydowanie inne pragnienia.

Rozpoczynająca się w najbliższy weekend runda jesienna będzie wyjątkowa z przynajmniej kilku względów, ale najważniejszymi z nich bez wątpienia są duża liczba oraz intensywność pozostałych do rozegrania meczów. Kto najlepiej wytrzyma ten swoisty ligowy maraton? Czy karty rozdawać będą czynniki losowe? A może o zwycięstwie jednej lub drugiej drużyny zadecyduje głębia kadry i sportowa jakość piłkarek nominalnie rezerwowych? To wszystko wydaje się bardzo prawdopodobne, tym bardziej, że szczególnie ekipy z najwyższej klasy rozgrywkowej grać będą na więcej niż jednym froncie. Dla Vittsjö, Piteå, ale także dla Göteborga czy Kristianstad będzie to swoista próba sił na niespotykaną wcześniej skalę. Nie będzie łatwo ją przejść, ale bez wątpienia warto walczyć i do końca wierzyć w sukces, gdyż na mecie sezonu czeka nagroda, która wynagrodzi każdy wysiłek.

Hitem pierwszej jesiennej (choć zdecydowanie bardziej pasowałoby tu sformułowanie: letniej) kolejki będzie potyczka Vittsjö z Göteborgiem. Jej stawką może okazać się fotel lidera, co już samo w sobie pokazuje, jak ciekawie zapowiada się rozpoczynająca się właśnie runda. Najbardziej eksplozywny duet napastniczek Blomqvist – Hammarlund postara się znaleźć sposób na Sabrinę D’Angelo i najbardziej szczelną defensywę ligi i możemy być pewni, że w północnej Skanii czeka nas całkiem interesujące spotkanie dwóch piłkarskich filozofii. Z wypiekami na twarzach czekamy także na nową wersję Linköping, już bez Kosovare Asllani, ale za to z Nillą Fischer. Czy naszpikowany medalistkami mundialu zespół Olofa Unogårda odnajdzie wreszcie swój styl, czy też raz jeszcze potknie się w Eskilstunie? O zdecydowanie inne cele zagra za to Kungsbacka, która w poszukiwaniu pierwszego w historii zwycięstwa na boiskach Damallsvenskan podejmie w swoim tymczasowym domu w Varbergu Kristianstad, a całą karuzelę rozkręcą w sobotnie popołudnie zawodniczki dzielnie walczącego o pozostanie w najwyższej klasie rozgrywkowej Limhamn Bunkeflo, które staną naprzeciw próbującego odbić się od dna i poszybować w kierunku podium Djurgården. Oj, coś trudno oprzeć się wrażeniu, że na każdej z aren zwyczajnie będzie się działo. I dobrze, bo to w końcu nasza ukochana liga powraca do nas po krótkiej przerwie. Nu kör vi!

Zestaw par 8. kolejki:

omg8_01

omg8_02

omg8_03

omg8_04

omg8_05

omg8_06

Reklamy

Życie po medalu

Football, FIFA Women's World Cup, Day 14, Sweden - USA

Caroline Seger i Linda Sembrant nie zamierzają kończyć z reprezentacją (Fot. Bildbyrån)

Jest medal! Wprawdzie od zwycięskiej, heroicznej batalii z Anglią upłynął już prawie tydzień, ale strzał Sofii Jakobsson oraz ratujące przed utratą gola interwencje Nathalie Björn i Nilli Fischer wciąż ekscytują nas tak samo, jak w minioną sobotę. Gorące powitanie kadry na lotnisku Landvetter, a także na Götaplatsen wyraźnie pokazują, że drużyna Petera Gerhardssona na nowo rozkochała kraj w piłkarkach i sprawiła, że mecze drużyny narodowej znów stały się tematem codziennych, ulicznych rozmów. I dobrze, gdyby to uczucie okazało się trwałe, gdyż już za rok przed naszymi reprezentantkami kolejne wyzwanie, tym razem na boiskach Japonii, a o sukces na Igrzyskach wcale nie będzie łatwiej niż we Francji.

Tuż po meczu z Anglią, szwedzki selekcjoner poprosił o to, aby dać kadrowiczkom czas na skonsumowanie ogromnego sukcesu, a pytania o ich reprezentacyjną przyszłość zostawić na później. Jest to całkowicie zrozumiałe, choć na przykład Caroline Seger dość jednoznacznie stwierdziła, że następnym indywidualnym celem będzie dla niej pobicie szwedzkiego (a zarazem europejskiego) rekordu Therese Sjögran, która w narodowych barwach rozegrała aż 214 spotkań. Kapitanka z pokładu schodzić więc nie zamierza i trudno się spodziewać, aby w chwili obecnej na zawieszenie reprezentacyjnej kariery zdecydowały się masowo pozostałe weteranki. Kiedyś jednak przyjdzie w końcu taki czas, że trzeba będzie ostatecznie i nieodwołalnie pożegnać drugie w historii szwedzkiego futbolu złote pokolenie. A skoro tak, to warto już teraz zastanowić się czy rzeczywiście powinniśmy aż tak bardzo obawiać się tego momentu.

Na początek warto ustalić jedno: z każdym kolejnym cyklem o miejsce w ścisłej, światowej czołówce będzie coraz trudniej i to wcale nie dlatego, że szwedzką piłkę nożną czeka jakiś poważny kryzys. Po prostu, wiele krajów dysponuje tak olbrzymimi rezerwami personalnymi, że jak tylko zacznie z nich umiejętnie korzystać, to natychmiast (no, może nie tak od razu, ale stosunkowo szybko) dołączy do coraz szerszego grona najlepszych. Taką drogę pokonały w ostatnich latach chociażby Anglia i Francja, lada moment dołączy do nich Hiszpania, a w Europie Wschodniej czy w Ameryce Południowej nietrudno wskazać tych, którzy dysponują zarówno wystarczającym zapleczem finansowym, jak i takimi zasobami ludzkimi, aby wykonać duży, jakościowy skok. Nie ma jednak większego sensu oglądać się na innych, gdyż na ich poczynania nie mamy żadnego wpływu. Warto natomiast skupić się na sobie i na tym, aby zrobić wszystko, by i w tej nowej, dopiero tworzącej się rzeczywistości, znaleźć dla siebie odpowiednie miejsce.

Pierwszymi, które będą musiały podjąć się tej misji, będą zawodniczki właśnie w tej chwili wchodzące w świat seniorskiej piłki. Niektóre z nich (Björn, Zigiotti) znalazły się nawet w kadrze na francuski mundial, inne (De Jongh, Blomqvist) cierpliwie na swoją reprezentacyjną szansę czekają. Nie da się jednak zaprzeczyć, że na zakończonych przed kilkoma dniami mistrzostwach świata byliśmy jednym z niewielu krajów bez choćby jednej piłkarki U-21 w 23-osobowej kadrze na turniej. Nieobecność ta nie bierze się bynajmniej z niechęci sztabu szkoleniowego do młodzieży, lecz z realnej oceny potencjału oraz aktualnych możliwości. Od czasu Stiny Blackstenius nie doczekaliśmy się bowiem szwedzkiej zawodniczki, która zachwyciłaby świat występami w juniorskich turniejach. I jest to zdecydowanie bardziej niepokojąca informacja niż ta, że roczniki 1998-2001 solidarnie zawodzą jako zespół, gdyż nie od dziś wiadomo, że w futbolu młodzieżowym chodzi nie o tytuły, lecz o dostarczanie piłkarek do reprezentacji A. Światełkiem w tunelu z pewnością może być pojawienie się na horyzoncie niezwykle utalentowanych Hanny Bennison (ur. 2002) oraz Eveliny Duljan (ur. 2003), ale teraz pozostaje jeszcze trzymać kciuki za ich dalszy, harmonijny rozwój, aby w przyszłości obie decydowały o obliczu szwedzkiej kadry.

Nie da się nijak ukryć, że na kolejny masowy wysyp talentów przyjdzie nam poczekać przynajmniej kilka lat. Cały czas pamiętajmy jednak o tym, że drugie złote pokolenie, podobnie zresztą jak ich równie utytułowane poprzedniczki, pozostawi po sobie przede wszystkim solidne fundamenty i dobry klimat dla rozwoju całej dyscypliny. I to właśnie to dziedzictwo może okazać się największym trwałym darem dla szwedzkiego futbolu od generacji Schelin, Seger, czy Fischer. Dzięki niemu możemy być pewni, że moda na piłkę nie przeminie, nawet w obliczu ekspansji rozrywek teoretycznie zdecydowanie bardziej atrakcyjnych dla najmłodszego pokolenia. A skoro tak, to kolejnych lat i dekad powinniśmy raczej wyczekiwać ze spokojem, choć bez nadmiernej euforii. Czyli dokładnie tak, jak miało to miejsce przed tegorocznym mundialem. I oby tylko efekty – przynajmniej co pewien czas – były podobne jak teraz. A wtedy będziemy mogli z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że francuski sukces został spożytkowany w najlepszy możliwy sposób.

******

Dziękuję bardzo wszystkim, którzy zaglądali tu podczas turnieju we Francji. Jest to ostatni tekst okołomundialowy, ale pamiętajcie, że szwedzkapilka.com wraca już za tydzień, wraz ze startem Damallsvenskan. Gratulacje dla reprezentacji USA oraz jej kibiców za czwarty tytuł mistrzowski, a także dla wszystkich pozostałych nacji, które na mistrzostwach świata zaprezentowały się na miarę własnych oczekiwań. Do usłyszenia i … powodzenia na ligowych boiskach!

Rozliczenie z Francją

blackstenius_asllani

Kosovare Asllani udźwgnęła rolę liderki (Fot. Bildbyrån)

Awans reprezentacji do strefy medalowej mistrzostw świata to bez wątpienia piękna sprawa, ale po okresie niepohamowanej radości zawsze musi przyjść czas rzetelnych podsumowań. Zanim więc ponownie rzucimy się w wir ligowych emocji (Damallsvenskan wznawia rozgrywki już za jedenaście dni!), spróbujmy ocenić występ każdej z naszych piłkarek na francuskich boiskach. Czy rzeczywiście był to najbardziej spektakularny turniej w wykonaniu szwedzkiej kadry od EURO 2013? A może w ogóle najlepszy w tym wieku? Na te pytania poszukamy odpowiedzi, używając klasycznej skali 1-5.

Hedvig Lindahl – 3. Na zawsze zapamiętamy jej obroniony w podręcznikowy sposób rzut karny Janine Beckie w 1/8 finału z Kanadą. Poza tym, występ na poziomie, do którego zdążyliśmy się przez lata przyzwyczaić. Pokazała, że nawet z ławki Chelsea da się dobrze przygotować do najważniejszego turnieju czterolecia. Na minus – zbyt łatwo puszczony gol z Tajlandią.

Hanna Glas – 3.5. Profesorka. Niemkom i Kanadyjkom całkowicie zamknęła korytarz do bramki Lindahl. Dobrze współpracowała z grającymi po jej stronie boiska skrzydłowymi. Jeśli tylko będą omijały ją kontuzje, powinna być poważną kandydatką do gry na prawej flance defensywy przez najbliższe lata.

Nilla Fischer – 4. Drżeliśmy o jej dyspozycję, ale – jak się okazało – zupełnie niepotrzebnie. Legenda Wolfsburga rosła z każdym meczem tego turnieju, a jej interwencja w starciu z Anglią już zawsze pozostanie jednym z najbardziej ikonicznych obrazków szwedzkiego futbolu. I tyko trochę szkoda, że w półfinale uderzoną przez nią futbolówkę końcami palców na słupek sparowała van Veenendaal.

Linda Sembrant – 3.5. W fazie grupowej była chyba najpewniejszym punktem szwedzkiego bloku defensywnego, a otwierając wynik w meczu z Tajlandią potwierdziła, że akurat na mundialach strzelać gole potrafi. Trochę mniej stabilna w dwóch ostatnich spotkaniach, ale – na nasze szczęście – przegrana walka o piłkę z Ellen White ostatecznie nie niosła za sobą bramkowych konsekwencji.

Magdalena Eriksson – 3. To od jej niepewnej interwencji zaczęła się bramkowa akcja dla Niemek. Nieco wyższej jakości mogły być też egzekwowane przez nią stałe fragmenty. Ogólnie poprawny, a momentami bardzo przyzwoity występ, choć na pewno nie na miarę zawodniczki regularnie wybieranej do jedenastek kolejki w pierwszej połowie sezonu FA WSL.

Amanda Ilestedt – 3. Była pierwszą zmienniczką na środku obrony i ze swoich zadań wywiązała się bez zarzutu. Dzięki temu nie denerwowaliśmy się, gdy potrzebowaliśmy czasowej alternatywy dla jednej z doświadczonych stoperek. Przeciwko Anglii pojawiła się na placu w bardzo trudnym momencie, ale ani trochę nie obniżyło to jakości szwedzkiej defensywy.

Nathalie Björn – 2.5. Miała zagrać od pierwszej minuty przeciwko Holandii, ale szansy na być może życiowy występ pozbawiła ją infekcja wirusowa. Kiedy jednak była zdolna do gry, sprawdzała się zarówno jako obrończyni, jak i na szóstce. Przyszłość przed nią.

Jonna Andersson – 1.5. Nie, to zdecydowanie nie był jej turniej. Jedyny mecz w pełnym wymiarze czasowym rozegrała przeciwko USA, ale nijak nie potrafiła znaleźć recepty na zatrzymanie Tobin Heath. Z ławki weszła w półfinale z Holandią, ale zamiast dobrego impulsu, popisała się bardzo niebezpieczną stratą.

Caroline Seger – 3. Podczas francuskiego turnieju świętowała swój 200. występ w reprezentacyjnych barwach i wciąż nie ma dość. I dobrze, gdyż cały czas ma tej kadrze sporo do zaoferowania zarówno na boisku, jak i poza nim. Nigdy nie zostanie już klasyczną rozgrywającą, ale na mistrzostwach wyjątkowo dobrze wychodziło jej rozdzielanie piłki na skrzydła, ofiarnie walczyła też przy defensywnych stałych fragmentach.

Elin Rubensson – 3. Rozpoczęła niezwykle mocno, wobec czego w końcówce turnieju trochę zabrakło jej sił. Świetny występ przeciwko Chile, pewnie wykorzystany rzut karny z Tajlandią, kluczowy odbiór, po którym padł zwycięski gol z Kanadą i mnóstwo zdrowia zostawione na murawie w potyczce z Holandią – z tego pomocniczkę Göteborga zapamiętamy najbardziej.

Julia Zigiotti – 2.5. Kolejna przedstawicielka młodego pokolenia, która na francuskim mundialu miała przede wszystkim … sporego pecha. Z meczu przeciwko USA zapamiętano jej przede wszystkim kiks przy golu na 0-1, a poza tą interwencją był to naprawdę przyzwoity występ byłej piłkarki Hammarby. Podobnie było w meczu o brązowy medal, gdzie z kolei w sytuacji sam na sam uderzyła wprost w Telford.

Kosovare Asllani – 4. Od dwóch lat niezmiennie jest liderką tej kadry, a francuski mundial tylko to potwierdził. Od początku kadencji Petera Gerhardssona pomocniczka LFC notuje w reprezentacyjnej koszulce wyłącznie występy dobre i bardzo dobre, z niewielką przewagą tych drugich. W nicejskim piekle dała z siebie absolutnie wszystko o pomimo ogromnego ubytku sił strzeliła gola, bez którego trudno byłoby o medal. Osiem lat temu była największą nieobecną na turnieju w Niemczech, dziś jest największą wygraną mundialu.

Fridolina Rolfö – 2.5. To miały być jej mistrzostwa, ale w realizacji tego planu przeszkodziła jej – co nie będzie wielkim zaskoczeniem – kolejna kontuzja. Zanim jednak musiała opuścić boisko w meczu z Anglią, popisała się między innymi kapitalnym uderzeniem zza pola karnego przeciwko Tajlandii.

Lina Hurtig – 3. Szarpała lewym skrzydłem, starała się robić użytek ze swoich warunków fizycznych i trzeba przyznać, że skutek tych starań był całkiem zadowalający. W półfinale sfaulowana w polu karnym przez van Lunteren, ale kanadyjska sędzia postanowiła nie używać gwizdka. Podobnie jak w przypadku Glas – pozostaje życzyć zdrowia, a o resztę sama zainteresowana powinna już zadbać.

Madelen Janogy – 3. Jokerka z Norrland sprawdziła się przede wszystkim w meczu otwarcia z Chile, kiedy to jej rajd w doliczonym czasie gry zapewnił nam trzy punkty. Przeciwko Holandii grało jej się już znacznie trudniej, ale niezmiennie imponowała ambicją i wolą walki. Z występu przeciwko USA wyeliminował ją drobny uraz mięśniowy, z którym na szczęście szybko sobie poradzono.

Sofia Jakobsson – 3.5. Sezon w Montpellier, podobnie zresztą jak prawie wszystkie klubowe koleżanki, miała mocno przeciętny, ale na mundialu zagrała swój najlepszy turniej w reprezentacyjnych barwach. Wreszcie przypominała tę dynamiczną piłkarkę, która swego czasu zaszokowała całe Niemcy na Pucharze Algarve. Tym razem udało jej się pokonać nie tylko niemiecką, ale i angielską golkiperkę, a ten ostatni gol sprawił, że do domu wracała z medalem MŚ.

Stina Blackstenius – 3. Chyba najtrudniejsza piłkarka do oceny w klasycznej skali. Miała niepokojąco długie momenty przestoju, podczas których była najsłabszą piłkarką na boisku. W decydujących chwilach potrafiła jednak znaleźć się we właściwym czasie i miejscu, a przełamanie strzeleckiej niemocy akurat w meczu z Kanadą było czymś, czego sama bardzo potrzebowała.

Anna Anvegård – 2. Miała być alternatywą na dziewiątce, ale w jej przypadku słaba runda wiosenna niestety przełożyła się na równie bezbarwną dyspozycję na mundialu. Dostawała szanse w meczach fazy grupowej, ale nie potrafiła jej wykorzystać, wobec czego drugą część turnieju spędziła już na ławce.

Olivia Schough, Mimmi Larsson – bez oceny. Grały zbyt krótko.

Jennifer Falk, Zecira Musovic, Julia Roddar – nie grały.

Średnia ocen na poziomie 2.94 pokazuje, że za nami zdecydowanie najlepszy występ szwedzkiej kadry na wielkim turnieju od wielu lat. I z tego, podobnie jak z wczorajszego powitania bohaterek francuskiego mundialu na Götaplatsen, możemy być bardzo dumni. Warto jednak już teraz spojrzeć w przyszłość i zastanowić się, czy rezultat ten jest zapowiedzią kolejnych sukcesów, czy może pięknym podsumowaniem historii złotego pokolenia. Ale o tym już w następnym odcinku Rozliczenia z Francją.

Brązowe bohaterki!

vm-brons2

Medale są, można wracać! Kadra Szwecji na podium MŚ (Fot. Getty Images)

Ten turniej po prostu nie mógł się zakończyć inaczej i nie ma najmniejszego znaczenia, że wszystkie logiczne przesłanki kazały upatrywać zdecydowanych faworytek w drużynie naszych dzisiejszych rywalek. Szwedzkie piłkarki, sztab szkoleniowy oraz – co być może kluczowe – sztab medyczny wspólnie dokonali bowiem cudu, dzięki któremu Caroline Seger już zawsze będzie wspominać swój 200. występ w reprezentacyjnej koszulce jako mecz na wagę brązowego medalu mistrzostw świata. Pierwsza w historii zawodniczka, która pełniła rolę kapitanki szwedzkiej kadry na trzech mundialach, zapytana tuż po końcowym gwizdku o swoje samopoczucie, odpowiedziała, że nie mogłoby być lepsze. I jestem całkowicie przekonany, że podobne odczucia towarzyszyły w tamtym momencie wielu milionom kibiców od Laponii po Skanię.

Taktyka na ostatni mecz na francuskim turnieju napisała się niejako sama. Potyczki z Kanadą, Niemcami i Holandią kosztowały nasze piłkarki tyle sił, że o pełnej regeneracji w 48 godzin nie mogło być mowy (swoją drogą, szkoda, że spotkań o trzecie miejsce nie rozgrywa się już bezpośrednio przed wielkim finałem). A skoro ewentualne odrabianie strat w końcówce nie wchodziło absolutnie w grę, to trzeba było zaskoczyć rywalki wysokim pressingiem i agresją od pierwszego gwizdka. Oczywiście, istniało ryzyko, że w starciu z tak dobrze poukładaną ekipą pójście na wymianę ciosów skończy się utratą gola, ale biorąc pod uwagę bilans zysków i strat, był to w zasadzie jedyny racjonalny wybór. A o tym, że dokonywanie racjonalnych wyborów popłaca, przekonaliśmy się już w 11. minucie. Alex Greenwood zdecydowanie zbyt nerwowo próbowała wyjaśnić sytuację po dośrodkowaniu Fridoliny Rolfö, w efekcie czego futbolówka znalazła się pod nogami Kosovare Asllani, a grająca naprawdę świetny turniej pomocniczka Linköping bez większego zastanowienia uderzyła w lewy róg bramki Telford, dając golkiperce Chelsea okazję do popełnienia błędu, z której ta ostatnia – ku rozpaczy swoich rodaczek – skrzętnie skorzystała. 1-0 nijak nie załatwiało jednak sprawy, wobec czego szwedzkie piłkarki zdecydowały się pójść za ciosem. Pierwszy strzał Sofii Jakobsson, po jeszcze jednej bardzo niepewnej interwencji Telford, zatrzymał się ostatecznie na słupku, ale poprawka w 22. minucie była już perfekcyjna.  To był prawdziwy początek-marzenie, ale wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że do końca meczu było jeszcze bardzo daleko, a mocno podrażnione Angielki w końcu musiały otrząsnąć się z szoku i ruszyć do zmasowanego ataku. I ruszyły.

Po upływie mniej więcej dwóch kwadransów, Lucy Bronze i Steph Houghton zaczęły wreszcie przypominać zawodniczki niezmiennie brylujące na boiskach FA WSL, ale prawdziwy sygnał do ataku dała Angielkom ta, która akurat sporą część sezonu ligowego straciła z powodu kontuzji. Fran Kirby zdecydowała się na zakończony perfekcyjnie wymierzonym strzałem indywidualny rajd, po którym można było jedynie cmoknąć z zachwytu i wyciągnąć piłkę z siatki. Dwubramkowa zaliczka momentalnie stopniała o połowę, a naprawdę niewiele brakowało, aby chwilę później nie zostało z niej zupełnie nic. Niesamowicie skuteczna na francuskim mundialu Ellen White wygrała walkę o pozycję z Sembrant i po raz drugi tego popołudnia skierowała futbolówkę do szwedzkiej bramki. Prowadząca to spotkanie pani Anastazja Pustowojtowa – po konsultacji z sędziami VAR – gola na 2-2 ostatecznie jednak nie uznała, dopatrując się nieprzepisowego zagrania ręką. Z odrobienia strat Angielki cieszyły się więc nadspodziewanie krótko, choć wspomniana White jeszcze przed przerwą miała kolejną, niemal stuprocentową okazję na pokonanie Lindahl. W bezpośrednim pojedynku zawodniczek FA WSL górą była jednak szwedzka bramkarka, dzięki czemu na przerwę schodziliśmy ze skromnym prowadzeniem.

Drugą połowę rozpoczynaliśmy już po dwóch zmianach dokonanych z konieczności przez Petera Gerhardssona (kontynuować gry nie były w stanie Rolfö oraz Asllani) i było jasne, że o jakichkolwiek roszadach czysto taktycznych możemy tego dnia zapomnieć. Strategia na tę część meczu także nie była przesadnie skomplikowana i polegała przede wszystkim na trzymaniu Angielek w pewnym dystansie od szesnastki Lindahl oraz wyprowadzaniu pojedynczych kontr. Te ostatnie mogły pomóc nam w odzyskaniu utraconego po golu kontaktowym Kirby buforu bezpieczeństwa, ale ani Blackstenius, ani Zigiotti – pomimo naprawdę dogodnych okazji – nie były w stanie wepchnąć piłki do bramki Telford. Na nasze szczęście, zdecydowanie lepiej funkcjonowała szwedzka defensywa, która pomimo narastającego zmęczenia nie popełniała mogących utorować rywalkom drogę do bramki błędów indywidualnych. A gdy już taki się przytrafił, to natychmiast naprawiała go jedna z koleżanek z formacji. Płynnością w grze nie zachwiała nawet zmiana taktyki, gdyż po wejściu na murawę Amandy Ilestedt, po raz pierwszy na tych mistrzostwach (!) przeszliśmy na ustawienie z trójką stoperek. Nie mogło jednak być inaczej, skoro to właśnie ta taktyka pół roku temu pomogła nam zagrać przeciwko Anglii na zero z tyłu. Tym razem także nie straciliśmy w niej gola, a gdy w 90. minucie doskonale ustawiona Nilla Fischer głową zatrzymała zmierzającą do szwedzkiej bramki futbolówkę, na dobre uwierzyliśmy, że w Nicei nic złego stać się nam już nie powinno. Drużyna zbudowana przez Petera Gerhardssona i Magnusa Wikmana sięgnęła po brązowe medale piłkarskich mistrzostw świata, ale – co równie istotne – dokonała tego w stylu, który nikomu nie pozwoli tego osiągnięcia kwestionować. Pozostaje jedynie powiedzieć: dziękujemy!

******

Trzecia drużyna francuskiego mundialu wraca do kraju już w poniedziałek i to właśnie tego dnia odbędzie się uroczyste powitanie brązowych medalistek na Götaplatsen. Cała impreza rozpocznie się o 16:00, a piłkarki pojawią się na placu w godzinach wieczornych (planowane lądowanie samolotu kadry na Lotnisku Landvetter po godzinie 18:00). Dla tych, którzy nie będą mogli być na miejscu, bezpośrednią relację z przylotu oraz z fety przeprowadzi TV4, początek transmisji już o 17:50.

W sobotę gramy o medal

hurtig

Desiree van Lunteren (nie) fauluje we własnym polu karnym (Fot. CMore)

Było blisko. Bardzo blisko. Ale w dziewiątej minucie dogrywki Jackie Groenen wyszedł TEN strzał, a na równie skuteczną odpowiedź zabrakło przede wszystkim energii. Takie minimalne, poniesione w niezwykle dramatycznych okolicznościach porażki zawsze bolą najbardziej, ale nie zapominajmy, że ten turniej wciąż się jeszcze dla nas nie skończył. Na pierwszy od 2003 roku finał mundialu będziemy musieli jeszcze trochę poczekać, ale gdyby miesiąc temu ktoś powiedział, że kadra Petera Gerhardssona zagra w ostatni weekend mistrzostw na Lazurowym Wybrzeżu o brązowy medal, to prawie wszyscy wzięlibyśmy taki scenariusz w ciemno. A gdyby ktoś jeszcze dodał, że w fazie pucharowej zagramy trzy mecze z wyżej notowanymi rywalami i w żadnym z nich nie damy się pokonać w regulaminowym czasie gry, będąc do tego równorzędnym przeciwnikiem, to bylibyśmy już całkowicie ukontentowani. A tymczasem, brakowało naprawdę niewiele, aby osiągnąć jeszcze więcej. I za to należą się tej drużynie ogromne podziękowania.

Dzisiejszy półfinał raczej na pewno nie zachwycił tych, którzy oglądają futbol wyłącznie dla goli, ale zwolennicy teorii, że perfekcyjny mecz piłkarski to taki, który kończy się bezbramkowym remisem, z pewnością będą do tego meczu wracać wiele razy. Oba zespoły postawiły bowiem na solidność, a defensorki obu ekip raz po raz neutralizowały ofensywne zapędy przeciwniczek. Odcięte od gry były holenderskie skrzydła, Nilla Fischer z pomocą Lindy Sembrant skutecznie zaopiekowały się Vivianne Miedemą, a po drugiej stronie boiska świetną partię rozgrywała Dominique Bloodworth. Swoich szans na lewej flance co pewien czas szukała tradycyjnie robiąca sporo wiatru Lina Hurtig, ale choć raz udało jej się wedrzeć w szesnastkę rywalek, to odpowiadająca za nią Desiree van Lunteren także z reguły poprawnie wywiązywała się ze swoich obowiązków. Okazje bramkowe oglądaliśmy więc przede wszystkim po stałych fragmentach gry, a tych zdecydowanie więcej miały przed przerwą podopieczne Petera Gerhardssona. Niestety, prowadząca to spotkanie Kanadyjka Marie-Soleil Beaudoin przynajmniej w dwóch przypadkach dopatrzyła się rzekomych fauli szwedzkich piłkarek w polu bramkowym, odbierając im w ten sposób szansę na stworzenie zagrożenia pod bramką van Veenendaal.

Największy błąd pani arbiter miała jednak popełnić dopiero w drugiej połowie. Zanim to nastąpiło, od straty gola instynktowną interwencją uratowała Holandię van Veenendaal, odbijając na słupek piłkę uderzoną przez Fischer. Na nasze nieszczęście, czyhająca na dobitkę Stina Blackstenius tym razem nie ustawiła się tak idealnie, jak w sobotę w Rennes i na tablicy wyników wciąż utrzymywał się rezultat bezbramkowy. Nie zmienił się on także po główce Miedemy, która próbowała zamienić na gola kolejne na tym turnieju świetne dośrodkowanie Spitse. Na posterunku była jednak Hedvig Lindahl i to za jej sprawą strzał napastniczki Arsenalu zatrzymał się dla odmiany na poprzeczce. Sytuacja, która być może miała ostatecznie największy wpływ na przebieg meczu, miała jednak miejsce w holenderskim polu karnym. To właśnie w nie wbiegła w 67. minucie Lina Hurtig i po chwili została w bezceremonialny sposób wycięta przez van Lunteren. Rzut karny? Gwizdek kanadyjskiej sędzi milczał. Co więcej, na interwencję nie zdecydował się także Włoch odpowiedzialny za system wideoweryfikacji. Na turnieju, na którym podyktowano przynajmniej dziesięć mocno kontrowersyjnych jedenastek, a system VAR mnóstwo razy długimi minutami oceniał kąt i położenie rąk w stosunku do tułowia, nie zdecydowano się nawet pochylić się nad oczywistym faulem w szesnastce. Gdyby się pochylono, to karnego trzeba by podyktować, gdyż dzień wcześniej przewinieniem okazało się zdecydowanie bardziej delikatne zahaczenie Ellen White przez Becky Sauerbrunn. Szwedzkie piłkarki przy okazji wielu turniejów podkreślały, że symulowanie i dodawanie od siebie w stykowych sytuacjach nie leży w ich DNA, gdyż to sędziowie są od tego, aby wtedy reagować. Wiele razy obracało się to zresztą przeciwko nim, ale na tych mistrzostwach działa przecież system, który miał takie błędy wyłapywać. Brytyjscy i amerykańscy eksperci byli zdania, że jedenastka po faulu na Hurtig była ewidentna, ale pani Beaudoin oraz pan Irrati byli najwyraźniej innego zdania.

A później przyszła dogrywka, w którą zdecydowanie lepiej weszły Holenderki. Pomarańczowe Lwice coraz częściej i coraz dłużej przebywały z piłką na szwedzkiej połowie, a to – mając na uwadze narastające zmęczenie – wiązało się niezmiennie ze sporym ryzykiem. Strzał Groenen, jak się okazało na wagę awansu, był więc naturalną konsekwencją przewagi, jaką podopieczne Saginy Wiegmann osiągnęły w tej fazie meczu. Trzeba oddać szwedzkim piłkarkom, że pomimo ogromnego ubytku sił do samego końca próbowały stworzyć pod bramką van Veenendaal okazję na miarę wyrównującego gola, ale na kolejne odwrócenie meczu nie było już ich stać. Tym bardziej, że Holenderki groźnie kontrowały i tylko kapitalnemu przechwytowi Zigiotti oraz rozregulowanemu celownikowi van de Sanden możemy zawdzięczać, że nadzieją na finał żyliśmy do ostatnich sekund dogrywki.

Mecz o brązowy medal już za niespełna trzy dni. Na ten moment trudno powiedzieć jaką jedenastkę pośle w Nicei do boju Peter Gerhardsson, gdyż nie da się ukryć, że faza pucharowa kosztowała nasze piłkarki mnóstwo zdrowia. Bez względu na wszystko, warto jednak potraktować ten mecz jako nagrodę za wspaniały turniej i pamiętać, że wciąż do wygrania jest bardzo wiele. A nawet jeśli się nie uda wrócić z mundialu z medalami (choć takiej opcji oczywiście póki co nie zakładamy), to i tak możemy być z tej kadry po prostu dumni. I to jest być może największa wartość, jaką wyciągniemy z turnieju we Francji.

Z radością po finał

contentmedium

Peter Gerhardsson chce, aby szwedzkie piłkarki cieszyły się grą (Fot. SvFF)

Jak zatrzymać Holandię? Na francuskim mundialu tego zadania podjęło się już pięć ekip, ale żadnej z nich nie udało się urwać aktualnym mistrzyniom Europy choćby remisu. Najbliżej powodzenia były … Nowozelandki, które nie dość, że przez 90 minut utrzymywały bezbramkowy remis, to jeszcze same – za sprawą Gregorius oraz White – były zdecydowanie bliższe otwarcia wyniku. Wystarczył jednak zaledwie jeden moment zawahania w doliczonym czasie gry, a rezerwowe Beerensteyn i Roord uszczęśliwiły kilkanaście tysięcy niderlandzkich fanów na trybunach stadionu w Hawrze. Prawda, Holenderki podczas tegorocznego turnieju nie grają aż tak efektownie, jak chociażby dwa lata wcześniej na domowym EURO ’17. Skoro jednak taka postawa wystarczyła póki co do odniesienia pięciu kolejnych zwycięstw, to aż strach pomyśleć co będzie, gdy Martens, van de Sanden i spółka zaprezentują wreszcie pełnię swoich aktualnych możliwości. Pytanie tylko, czy akurat jutro będą w stanie to zrobić.

O półfinałach piłkarskich mistrzostw świata z pewnością możemy powiedzieć, że ułożyły się one sprawiedliwie. W pierwszym z nich zmierzą się zespoły dysponujące bardzo szerokimi kadrami, które zapewniały obojgu selekcjonerom komfort ciągłych rotacji personalnych w początkowej fazie turnieju. W drugiej parze mamy natomiast drużyny, w których – z wiadomych względów – podział na pierwszą jedenastkę i ławkę jest nieco bardziej klarowny. Oczywiście, narzekanie na szwedzki lub holenderski stan posiadania byłoby sporym nietaktem w stosunku do kadrowiczek obu reprezentacji, ale faktem jest, że ani Peter Gerhardsson, ani Sarina Wiegmann nie mogą pozwolić sobie na luksus wprowadzenia na ostatni kwadrans meczu zawodniczki pokroju Horan, Lloyd, czy Stanway. Pamiętać musimy również o tym, że wiele kluczowych piłkarek w obu ekipach ma za sobą niezwykle intensywny sezon w drużynach klubowych. Czy zatem w upalnym Lyonie możemy spodziewać się kumulacji zmęczenia? Oba sztaby medyczne robią absolutnie wszystko, aby do takiej sytuacji nie doszło, ale wiadomo, że każdy organizm ma swój limit. W starciu z Niemkami przekonała się o tym chociażby Nilla Fischer, choć na szczęście występ byłej już kapitanki Wolfsburga w jutrzejszym spotkaniu nie stoi pod znakiem zapytania.

Nie trzeba posiąść wiedzy tajemnej, aby dojść do wniosku, że im bliżej bramki przeciwnika, tym bardziej niebezpieczna staje się reprezentacja Holandii. Postawa naszej defensywy może zatem stanowić klucz do ewentualnego zwycięstwa, gdyż jedynie poprzez właściwe zbilansowanie tej formacji, jesteśmy w stanie wytrącić podopiecznym Sariny Wiegmann ich największy atut. Jeśli ustawimy się zbyt wysoko, Martens oraz van de Sanden będą mogły zrobić użytek ze swej szybkości i – szczególnie w przypadku zawodniczki Barcelony – techniki użytkowej. Była zawodniczka Göteborga i Rosengård jak dotąd ani razu nie pokazała na francuskim mundialu zagrania, które w czasach występów na boiskach Damallsvenskan było niemal jej znakiem firmowym i zadaniem między innymi Hanny Glas będzie dopilnować, aby nie zrobiła tego także jutro. O ile w przypadku wysuniętej linii obrony narażamy się na zagrożenie ze strony holenderskich skrzydeł, o tyle wycofując stoperki zbyt głęboko, w zasadzie zapraszamy Vivnanne Miedemę w nasze pole karne. I znów – nie trzeba być fachowcem od angielskiej FA WSL, aby wiedzieć, co to oznacza. Młoda gwiazda Pomarańczowych Lwic nie jest być może najbardziej efektowną dziewiątką na świecie, ale efektywności mogłaby się od niej uczyć każda napastniczka. Tak, z Christen Press włącznie.

Czego jeszcze musimy jutro unikać? Oczywiście, stałych fragmentów gry z pozycji, które najbardziej lubi Sherida Spitse (a takich miejsc jest na placu gry niestety bardzo wiele). Cztery asysty w pięciu meczach holenderskiej kapitanki muszą robić wrażenie, a podziw tylko wzrasta, gdy obejrzymy sobie na spokojnie każde z jej dośrodkowań. Peter Gerhardsson jest jednak przekonany, że szwedzkie kadrowiczki jako pierwsze na turnieju poradzą sobie i z tym wyzwaniem. ale wcale nie dlatego, że dzień i noc ćwiczyły kolejne warianty obrony rzutów wolnych. Nasz selekcjoner wychodzi bowiem z założenia, że jedyną właściwą odpowiedzią na kreatywną ofensywę jest kreatywna defensywa i to właśnie taką postawę boiskową postaramy się jutro uskuteczniać. Na najbardziej klasyczne, holenderskie szablony gry będziemy rzecz jasna przygotowani, ale równie ważne jest, aby nie dać się zaskoczyć w momencie, gdy rywalki zagrają coś niekonwencjonalnego. A zarówno Spitse, jak i Groenen, choć nie są należą do wąskiego grona wirtuozek drugiej linii, potrafią przecież jednym podaniem rozbić przeciwnikowi cały, meczowy plan.

Holenderska, pomarańczowa maszyna, choć krocząca od zwycięstwa do zwycięstwa, ma jednak również swoje słabości. Gdzie ich szukać? No jasne, że przede wszystkim na bokach defensywy! Prawa obrończyni Desiree van Lunteren to solidna zawodniczka, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że delikatnie zbyt ofensywna na czteroosobowy, ustawiony klasycznie blok. Zastępująca zawieszoną za kartki Fridolinę Rolfö Lina Hurtig będzie więc miała wiele okazji, aby wykazać się pojedynkami jedna na jedną na lewej flance. I bardzo prawdopodobne, że przynajmniej część z nich wygra, a to z kolei może być już bezpośrednim zagrożeniem dla bramki van Veenendaal. Także po drugiej stronie boiska podopieczne pani Wiegmann mają spory ból głowy, bo o ile Kika van Es na wielkich turniejach zazwyczaj nie zawodziła, o tyle grająca w jej miejsce Merel van Dongen to prawdziwa, tykająca bomba. Może zagrać wybitnie, ale równie dobrze może w dowolnym momencie meczu zaliczyć asystę do Jakobsson lub Asllani. Szczególnie, jeśli dwie ostatnie będą tak dynamiczne i ruchliwe w grze bez piłki, jak w starciach z Kanadą i Niemcami. Swoje zadania do wykonania będzie miała także szwedzka dziewiątka (w tej roli najprawdopodobniej Stina Blackstenius, jeśli tylko będzie gotowa do gry), która oprócz czyhania na kiksy silnej fizycznie, lecz mało zwrotnej van der Gragt, będzie schodziła nieco głębiej, zyskując w ten sposób więcej przestrzeni dla jednej spośród trzech ofensywnych pomocniczek.

Tyle teorii, które za paręnaście godzin zapewne zweryfikuje boisko. Nie zapominajmy jednak, że na poziomie półfinału mistrzostw świata, równie ważne jak przechwyty, strzały i dośrodkowania jest przygotowanie mentalne. To właśnie ono nierzadko stanowi podstawową różnicę między sukcesem i porażką. Peter Gerhardsson podkreślał, że niezwykle istotne dla zachowania harmonii w grupie jest indywidualne podejście do każdej z zawodniczek, a także podtrzymywanie radości z gry w piłkę, bez względu na stawkę meczu. Wiem, że gdzieś w środku każdej z tych piłkarek jest pięciolatka, która kiedyś pierwszy raz kopnęła piłkę tylko dlatego, że bardzo chciała to robić – podkreślił szwedzki selekcjoner. Czyli co, z uśmiechem i radością na Holandię? Pewnie, że tak. I cieszmy się każdą sekundą, bo do przegrania nie mamy już nic, a do wygrania wszystko.