Raz jeszcze zwycięskie

FCptBDpXIAUBu-L

Deszczowa aura nie przeszkodziła szwedzkim piłkarkom w odniesieniu kolejnego zwycięstwa (Fot. Bildbyrån)

Kolejny mecz, kolejne zwycięstwo, kolejne czyste konto – choć styl bywa różny, to pod względem wyników kadra Petera Gerhardssona jest ostatnimi czasy wybitnie przewidywalna. Tym razem przekonała się o tym reprezentacja Szkocji, która całkiem długo była zresztą dla wiceliderek rankingu FIFA jak najbardziej równorzędnym rywalem. Nie zdało się to jednak na wiele, gdyż w drugiej połowie szwedzki selekcjoner posłał do boju między innymi Magdalenę Eriksson, Sofię Jakobsson i Fridolinę Rolfö i to właśnie rezerwowe (choć na co dzień podstawowe) piłkarki zadbały o to, aby końcowy rezultat w pełni zgadzał się z naszymi oczekiwaniami. Dzięki temu licznik dni bez porażki szwedzkiej kadry wciąż bije i już pojutrze pojawi się na nim całkiem imponująca liczba 600.

Analizę rozegranego w miasteczku Paisley meczu moglibyśmy tak naprawdę rozpocząć od trzydziestej piątej minuty, gdyż wcześniej na murawie działo się stosunkowo niewiele. Obie ekipy starały się oczywiście grać w piłkę, ale mocno utrudniał im to silny wiatr, który w teorii sprzyjał Szwedkom, a w praktyce skutecznie wybijał z uderzenia każdego, kto próbował w tych warunkach zbudować coś konstruktywnego. Oczywiście, nie sposób było nie zanotować kolejnych celnych, prostopadłych podań w wykonaniu Elin Rubensson, czy Filippy Angeldal, ale największe zagrożenie pod obiema bramkami w tej fazie meczu było przede wszystkim dziełem przypadku. Tak było między innymi po fatalnie wykonanym przez Olivię Schough rzucie rożnym, który jednak wykreował dogodną sytuację strzelecką najpierw Angeldal, a następnie Anvegård. Szkocka defensywa umiejętnie zażegnała jednak niebezpieczeństwo i mając na uwadze towarzyski charakter meczu może to nawet dobrze, że jego pierwszy gol nie padł w tak kuriozalnych okolicznościach.

Tym bardziej, że Szwedki ewidentnie rozkręcały się z minuty na minutę i w końcówce pierwszej połowy przeszły już do zmasowanej ofensywy. Po akcji Rebecki Blomqvist poprzeczkę szkockiej bramki obiła Anvegård, a chwilę później raz jeszcze przed szansą na udokumentowanie swojej świetnej postawy wpisaniem się na listę strzelczyń stanęła Angeldal. Złożona niemal wyłącznie z piłkarek, które sezon 2021 rozpoczynały w klubach Damallsvenskan jedenastka poczynała sobie na murawie coraz śmielej, a to z kolei sprawiało coraz więcej problemów gospodyniom. Podopieczne trenera Martineza Losy ani myślały bawić się w bezmyślne wybijanie futbolówki spod własnego pola karnego, ale o ile w pierwszych dwóch kwadransach udawało im się wychodzić spod szwedzkiego pressingu w sposób wręcz wzorowy, o tyle później co i już przytrafiała im się niebezpieczna strata w newralgicznym sektorze boiska. A to z kolei bezpośrednio wiązało się z potencjalnym zagrożeniem pod bramką Jenny Fife, której umiejętności wicemistrzynie olimpijskie z Tokio postanowiły mocno przetestować. Golkiperka Rangers do przerwy broniła jednak nad wyraz szczęśliwie, a gdy i ona nie dała rady, to na linii bramkowej niespodziewanie pojawiła się Erin Cuthbert, zapobiegając niemal pewnej utracie gola po strzale Madelen Janogy. Ofiarna interwencja gwiazdy Chelsea okazała się o tyle istotna, że do szatni oba zespoły schodziły dzięki niej przy bezbramkowym remisie.

Drugą połowę otworzyła w fenomenalnym stylu Johanna Kaneryd, która dwukrotnie zabawiła się z defensorką Leicester Sophie Howard. Skrzydłowej Häcken, podobnie zresztą jak w ostatnim meczu ligowym, zabrakło jednak wykończenia, choć w drugiej spośród wspomnianych sytuacji wystarczyło jedynie skierować futbolówkę do pustej już bramki. W odpowiedzi, na dośrodkowanie w szwedzkie pole karne zdecydowała się Caroline Weir, ale strzał głową w wykonaniu Howard został skutecznie zablokowany przez szczelny mur żółtych koszulek. W kolejnych minutach to Szwedki przejęły inicjatywę i przy akompaniamencie coraz mocniej padającego deszczu próbowały znaleźć sposób na rozmontowanie szkockiej defensywy. Ta sztuka udała się jednak dopiero w 72. minucie, kiedy to Eriksson zagrała do Fridoliny Rolfö, a napastniczka Barcelony, nie zastanawiając się długo, huknęła lewą nogą w okienko bramki Jenny Fife. Mogliśmy zatem powiedzieć, że gola na 1-0 przyniosła nam akcja dwójki (a będąc jeszcze bardziej precyzyjnym – trójki) rezerwowych, choć w przypadku akurat tych zawodniczek trudno kreować aż tak karkołomną narrację. Bo nawet jeśli Eriksson i Rolfö dzisiejsze spotkanie rozpoczęły na ławce, to podczas najważniejszych meczów kadry są one piłkarkami jak najbardziej podstawowymi. Podobnie mają się zresztą sprawy z Sofią Jakobsson, która to dokładnie kwadrans później zainicjowała rajd lewą stroną boiska. Dośrodkowania w szkocką szesnastkę nie zamknęła wprawdzie ani Rolfö, ani Kaneryd, ale w wykończeniu dobrze rozpoczętej akcji skutecznie wyręczyła je grająca niesamowicie pechowo Howard, pakując piłkę do własnej bramki. Samobójczy gol ustalił ostatecznie wynik na 0-2 i choć rozegrany na zachodnich przedmieściach Glasgow mecz stosunkowo długo nabierał tempa, to jego rezultat jak najbardziej oddaje to, co we wtorkowy wieczór wydarzyło się na murawie St. Mirren Park.

Gdyby wskazać największe wygrane październikowego dwumeczu, to z całą pewnością w gronie tym musiałoby się znaleźć miejsce dla Filippy Angeldal. Całkiem udany powrót do kadry po niemal dwuletniej przerwie zaliczyła ponadto Elin Rubensson, a Magdalena Eriksson każdym kolejnym występem potwierdza, że to właśnie ona będzie w najbliższych latach centralną postacią szwedzkiej defensywy. Na plus przeciwko Irlandii pokazała się ponadto Stina Blackstenius, która na chwilę obecną wydaje się być coraz bardziej wyraźnym numerem jeden w nieoficjalnym rankingu środkowych napastniczek. Jeśli zaś chodzi o kwestie czysto taktyczne, to pochwalić musimy płynne przejścia z ustawienia 3-4-2-1 na 4-4-2, które to konsekwentnie sprawiały niemały ból głowy hiszpańskiemu selekcjonerowi reprezentacji Szkocji. Cieszy ponadto fakt, że stosunkowo niegroźny okazał się uraz Liny Hurtig, a szybkiego powrotu do zdrowia życzymy teraz Blackstenius oraz Zecirze Musovic, które nabawiły się przeziębienia podczas brytyjskich wojaży. Za miesiąc obie powinny być już jednak w pełnej gotowości, a jest to o tyle dobra informacja, że wielkimi krokami zbliża się pierwszy od ponad dwóch lat mecz na wypełnionym Gamla Ullevi. Tak przynajmniej wygląda sytuacja na dziś i pozostaje trzymać kciuki, aby żadne kwestie pozasportowe znów nam w kalendarzu nie namieszały.

W Dublinie bez strat

FCPtptmWQAEXrKk

Hanna Bennison rozpoczęła mecz w Dublinie w wyjściowej jedenastce (Fot. Bildbyrån)

Trzy mecze, dziewięć punktów, zero straconych goli – w liczbach niby wszystko się zgadza, ale jednak początek eliminacji piłkarskich mistrzostw świata w wykonaniu kadrowiczek Petera Gerhardssona trudno nazwać wybitnym. Zwycięstwo na niełatwym terenie w Dublinie, po samobójczym golu doskonale znanej wszystkim sympatykom Damallsvenskan Louise Quinn, także przywołuje niejednoznaczne odczucia. Bo z jednej strony gospodynie niby nie zagroziły w poważniejszy sposób bramce Hedvig Lindahl, a z drugiej o wywiezienie kompletu punktów z Tallaght Stadium drżeliśmy tak naprawdę do szóstej minuty doliczonego czasu gry. Nie ma jednak wątpliwości, że dziś mierzyliśmy się z rywalem potrafiącym grać w piłkę i doskonale zorientowanym, o co w tej grze chodzi. I nawet jeśli stosunkowo pewne zwycięstwo Szwecji typowała przed pierwszym gwizdkiem większość … irlandzkich ekspertów, to nie mamy wątpliwości, że historyczny awans piłkarek z Zielonej Wyspy na wielką imprezę jest wyłącznie kwestią czasu. Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę błyskawiczny rozwój ligi angielskiej, w której to na co dzień występuje trzon kadry prowadzonej obecnie przez Verę Pauw. Chociażby z tego powodu osiągnięty dziś wynik naprawdę warto potraktować z należytym szacunkiem, bo za jego sprawą właśnie wykonaliśmy wielki krok w kierunku bezpośredniej kwalifikacji na mundial w Australii i Nowej Zelandii.

Wykonanie planu nie oznacza jednak, że na murawie w Dublinie wszystko wyglądało doskonale. W oczy rzucała się przede wszystkim spora bezradność przy ofensywnych stałych fragmentach, które to jeszcze nie tak dawno były wręcz znakiem firmowym kadry Gerhardssona. Dziś jednak, podobnie jak przed miesiącem na Słowacji, nie udało się przełożyć na konkretną zdobycz żadnego z rzutów wolnych lub rożnych, choć na przestrzeni całego meczu okazji było kilkanaście. A na placu gry przez większą część spotkania znajdowały się przecież w komplecie Hurtig, Blackstenius i Eriksson. Jakimś usprawiedliwieniem może być tu oczywiście nieobecność podstawowej egzekutorki stałych fragmentów gry Kosovare Asllani, ale szwedzkiej niemocy pod bramką Courtney Brosnan nie da się tłumaczyć wyłącznie w ten sposób. Tym bardziej, że na przykład Bennison i Schough już wielokrotnie udowadniały, że potrafią idealnie dograć ze stojącej piłki.

Trochę więcej oczekiwaliśmy także po postawie obu bocznych defensorek, które zdecydowanie zbyt rzadko wspomagały w ofensywnych poczynaniach Sofię Jakobsson i Linę Hurtig. Trzeba jednak od razu oddać, że gdy już to robiły, to często wynikało z tego sporo pozytywnego zamieszania, a Hanna Glas musiała dodatkowo uważać na szalejącą po jej stronie boiska Katie McCabe. Skrzydłowa londyńskiego Arsenalu w pierwszej połowie zaprezentowała bowiem próbkę swoich umiejętności, kiedy to indywidualnym rajdem wdarła się w szwedzkie pole karne i naprawdę niewiele brakowało do tego, aby gospodynie stanęły wówczas przed stuprocentową szansą na otwarcie wyniku. Bardzo ciekawi byliśmy ponadto występu dość eksperymentalnego tercetu w środku pola Angeldal – Bennison – Rolfö i o ile pierwsza z wymienionych całkowicie stanęła na wysokości zadania, o tyle od dwóch ostatnich możemy i powinniśmy wymagać zdecydowanie więcej. Tym bardziej, że piłkarka Barcelony zagrała dziś na pozycji numer dziesięć, która najbardziej jej odpowiada. Tej doskonale znanej chociażby z japońskich Igrzysk lekkości w grze nie było jednak dziś zbyt wiele i nawet jeśli spora w tym zasługa walecznych Irlandek, to i tak nie był to występ, który była zawodniczka między innymi Linköping i Wolfsburga będzie długo wspominać.

Plusem meczu po szwedzkiej stronie była za to Filippa Angeldal, która sprawiła, że ani przez sekundę nie odczuliśmy na boisku nieobecności Caroline Seger. Pomocniczka Manchesteru City była dziś ustawiona nieco głębiej niż zazwyczaj, ale ani trochę nie przeszkodziło to jej w zainicjowaniu jedynej bramkowej akcji meczu, czy też w oddaniu najgroźniejszego strzału z dystansu na bramkę Brosnan. A gdyby zliczyć wszystkie jej podania otwierające przestrzeń koleżankom, to uzbierałaby się ich naprawdę pokaźna liczba. Inną zawodniczką, którą bez wahania należałoby dzisiejszy występ wyróżnić, jest Stina Blackstenius. Napastniczka Häcken miała w ostatnich tygodniach dość trudny czas w drużynie klubowej, ale na murawie w Dublinie absolutnie nie było tego widać. I jeśli są tacy, co uważają, że wysunięta napastniczka nie może być najciężej pracującą piłkarką na boisku, to 26-latka z Vadsteny właśnie rozbiła tę tezę w pył. Oczywiście, snajperki rozliczamy w pierwszej kolejności z goli, ale i w tej rubryce Blackstenius miała dziś swój wcale niemały udział. To właśnie ona była bowiem adresatką wspomnianego już podania od Angeldal i to ona sprytnym zwodem posadziła na ziemi Savannę McCarthy. Próba samego strzału była już rzecz jasna zdecydowanie mniej udana, ale – na szczęście dla Szwedek – futbolówka odbiła się jeszcze po drodze od Louise Quinn, co całkowicie zaskoczyło nieprzygotowaną na taki przebieg zdarzeń Brosnan.

Tak zdobytego prowadzenia podopieczne Gerhardssona już nie oddały, w czym dla odmiany spora zasługa Magdaleny Eriksson. Kapitanka Chelsea imponowała pewnością siebie, zarówno w pojedynkach powietrznych, jak i zdecydowanie bliżej murawy, gdzie wślizgami musiała także naprawiać pojedyncze błędy koleżanek. A warto wspomnieć o tym, że czujności szwedzka defensywa nie mogła stracić ani na chwilę, gdyż najpierw Heather Payne, a następnie Leanne Kiernan tylko czekały na ten jeden moment, kiedy będą mogły stanąć oko w oko z Hedvig Lindahl. Do występu idealnego zawodniczce mistrzyń Anglii zabrakło chyba tylko choćby jednej, konkretnej pieczątki z przodu, ale sztab Very Pauw najwyraźniej dobrze odrobił zadanie domowe, dzięki czemu gospodynie doskonale zdawały sobie sprawę, z czyjej strony może czyhać zagrożenie przy stałych fragmentach gry. A skoro już mowa o rzutach wolnych, to nasze defensorki pochwalić należy także za to, że nie dały Katie McCabe zbyt wielu okazji na wykonanie dośrodkowań ze stojącej piłki w szwedzką szesnastkę. Także z tego tytułu mały plusik moglibyśmy postawić również przy nazwisku Amandy Ilestedt, choć nie da się ukryć, że serca zabiły nam mocniej, gdy w 83. minucie stoperka PSG starła się w polu karnym z Denise O’Sullivan. Prowadząca to spotkanie Szwajcarka Deborah Anex nie zdecydowała się jednak na podyktowanie jedenastki i trzeba przyznać, że była w tym aspekcie konsekwentna, pozwalając piłkarkom obu ekip na kontaktową, fizyczną grę. Choć pewnie gdyby był to mecz w ramach finałów mundialu lub EURO, a w użyciu byłaby technologia VAR, to obejrzelibyśmy w Dublinie aż cztery rzuty karne, po dwa dla każdej ze stron. Na szczęście, na etapie eliminacji radzimy sobie jeszcze bez wielominutowego analizowania każdego kontaktu, dzięki czemu nie ucierpiała ani płynność meczu, ani żadna z drużyn.

Ucierpiała za to Lina Hurtig, która po upływie godziny gry musiała przedwcześnie opuścić boisko. Znając historię tej piłkarki pozostaje jedynie trzymać kciuki, aby nie była to poważna kontuzja, bo tych urodzona w Avescie skrzydłowa przeżyła już aż nadto. W jej miejsce na placu gry pojawiła się Olivia Schough i raz jeszcze okazało się, że zawodniczka Rosengård gra w tym roku swoją absolutną życiówkę. Swoją obecność na murawie zdążyła zaakcentować także Nilla Fischer, która w samej końcówce zmieniła Sofię Jakobsson. Decydując się na tę roszadę, Gerhardsson postanowił bronić wyniku, a stoperka Linköping wydatnie mu w tym pomogła, wygrywając dwie arcyważne główki w bezpośrednich okolicach szwedzkiego pola karnego. A było to o tyle istotne, że Irlandki naprawdę ambitnie szukały wyrównującego gola i być może gdyby Lucy Quinn nie zdecydowała się na oddanie kompletnie nieprzygotowanego strzału z dystansu, udałoby im się raz jeszcze zmusić do wysiłku Hedvig Lindahl. Ostatecznie starcie w Dublinie zakończyło się jednak skromnym zwycięstwem reprezentacji Szwecji i coś podpowiada nam, że w perspektywie całej kampanii będą to naprawdę istotne punkty.

Poczet mistrzyń 2021

05

Tradycja rzecz ważna, a skoro w ostatnich dniach poznaliśmy nowe mistrzynie Szwecji w piłce nożnej, to warto również tutaj ów fakt w odpowiedni sposób odnotować. Tym bardziej, że w tym roku możemy zaśpiewać wzorem naszych angielskich przyjaciół: football’s coming home. Mistrzowski tytuł powraca bowiem po przerwie do chyba najbardziej piłkarskiego regionu kraju, a konkretnie do jego stolicy. I przez kolejnych dwanaście miesięcy to Malmö ponownie będzie siedzibą najlepszego klubu w Szwecji.

Nie da się ukryć, że dwunasty w historii tytuł dla Rosengård jest jak najbardziej zasłużony. Klub ze Skanii prezentował najrówniejszą formę niemal od samego początku rozgrywek i choć szczególnie jesienią nie brakowało także tych nieco trudniejszych chwil, to drobne kryzysy udało się w kapitalny sposób przezwyciężyć. Jasne, w ostatnich tygodniach styl prezentowany przez piłkarki z Malmö nie zawsze zachwycał, ale pamiętajmy, że na świecie nie ma drużyn, które potrafią w sezonie rozegrać trzydzieści równie efektownych meczów. No, może jest jedna taka w Katalonii, ale zgodzimy się chyba co do tego, że jest ona absolutnym ewenementem. Wracając na nasze podwórko, raz jeszcze gratulujemy mistrzostwa zawodniczkom, trenerom, sztabowi oraz wszystkim kibicom Rosengård, życząc przy okazji powodzenia w realizacji kolejnych celów, które – jak doskonale wiemy – zostały już w Malmö jasno określone. Nam wszystkim życzymy natomiast, aby sezon 2021 został zapamiętany jako ostatni spośród rozgrywanych w pandemicznej rzeczywistości. Zanim jednak odmieniona Damallsvenskan powróci do nas na wiosnę, warto wymienić z imienia i nazwiska wszystkie osoby, które w tym roku dołożyły cegiełkę do sukcesu Rosengård, dzięki czemu przez kolejny rok mogą dumnie tytułować się mistrzami i mistrzyniami Szwecji.


Prezes: Håkan Wifvesson

Wiceprezeska: Karolina Westberg

Dyrektorka sportowa: Therese Sjögran

Zarząd: Hans Andersson, Emelie Condrup, Johan Glennmo, Anna Heide, Lotti Jænecke, Kenny Jönsson, Pirkko Kyllönen, Dan Magnusson, Karin Jarl Månsson, Erika Nettrander, Anna Nystedt, Daniel Persson, Dzijat Redzep, Per Trydling

Trenerzy: Jonas Eidevall, Renée Slegers

Asystenci: Kenneth Mattsson, Patrick Winqvist

Sztab medyczny: Lisbeth Jönsson, Tina Lindqvist, Malin Lundgren, Elina Maleki, Suad Mujkovic


KADRA 2021:

01

02

03

04


Podsumowanie 20. kolejki

damf

Podsumowanie 20. kolejki sezonu 2021 w Damallsvenskan:


Najlepszy mecz: Piteå 2-3 Rosengård. Ten mecz z wiadomych względów doczekał się osobnego artykułu, ale skoro w nim chwaliliśmy piłkarki z Malmö, to tutaj powiedzmy kilka ciepłych słów pod adresem Piteå. Bo przecież do dobrego futbolu, zupełnie jak do tanga, trzeba dwojga. A prawda jest taka, że na zmrożonej murawie LF Areny oba zespoły wsadziły nas na rollercoaster, z którego zeszliśmy dopiero po ostatnim gwizdku sędziego Pontusa Olofssona. Gospodynie mogą oczywiście żałować niewykorzystanych szans, bo remis, a nawet zwycięstwo było tego dnia jak najbardziej w ich zasięgu. Zarówno Sofie Wännerdahl, jak i Anam Imo obijały przecież poprzeczkę bramki Angel Mukasy, a nigeryjska napastniczka przegrała jeszcze pojedynek sam na sam z młodą golkiperką Rosengård. Zwyciężczyń jednak się nie sądzi, tym bardziej, że przyjezdne także miały okazje, aby swój bramkowy dorobek jeszcze bardziej podreperować. Prawdę mówiąc, niewielu spodziewało się, że nowego mistrza Szwecji poznamy jeszcze przed rozpoczęciem październikowego okienka reprezentacyjnego, ale jak już najważniejsze rozstrzygnięcia mają zapadać, to najlepiej tylko i wyłącznie po tak pasjonujących meczach.

Wydarzenie kolejki: Znamy mistrza, znamy spadkowicza. Dwudziesta kolejka Damallsvenskan przyniosła nam odpowiedzi na dwa, a być może nawet trzy (jeśli dodamy do tego tytuł wicemistrzowski dla klubu z Hisingen) najważniejsze przedsezonowe pytania. Oba zostały zresztą w odpowiedni sposób zauważone, więc aby się nie powtarzać, tutaj zapraszam sympatyków Rosengård (jeśli zechcą choć na chwilę przerwać kompletnie niespodziewaną fetę), a tutaj zdecydowanie mniej radosnych fanów Växjö.

Bohaterka kolejki: Clare Polkinghorne (Vittsjö). Doświadczona, australijska stoperka przez cały sezon była podporą defensywy Vittsjö, ale miniony tydzień okazał się w jej wykonaniu wyjątkowo efektowny i efektywny. Najpierw 32-latka z Brisbane poinformowała kibiców, że na kolejny sezon zostaje w północnej Skanii, a następnie rozegrała przeciwko Hammarby swój najlepszy mecz na szwedzkich boiskach. I to niezależnie od gola i asysty, które w sobotę pojawiły się przy jej nazwisku. A zwycięstwo nad bezpośrednim rywalem w ligowej tabeli było o tyle cenne, że w Vittsjö wciąż mogą marzyć o zostaniu najmniejszą wsią, która kiedykolwiek wystawiła klub w europejskich pucharach. Szanse na realizację tego celu już w tym roku wydają się być co najwyżej umiarkowane, ale przecież dopiero co byliśmy w naszej lidze świadkami wydarzeń kompletnie wymykających się prawom logiki.

Gol kolejki: Eveliina Summanen (Kristianstad). Z reguły takie strzały akurat na tym portalu nie pojawiają się w tej rubryce. Bo, nie oszukujmy się, większość lobów z połowy boiska to po prostu koszmarne błędy bramkarek. Tym razem mamy jednak do czynienia z wyjątkiem potwierdzającym regułę, bo choć Kelsey Daugherty zachowała się w rzeczonej sytuacji absolutnie katastrofalnie, to jednak nie sposób odebrać Summanen jej zasługi. A te były całkiem niemałe, bo zarówno kąt oddania strzału, jak i wiatr nie były bynajmniej jej sprzymierzeńcami. Nie mówiąc już o braku czasu na jakiekolwiek przygotowanie uderzenia. Reprezentantka Finlandii zrobiła jednak, co do niej należało i to także jej gol sprawił, że Kristianstad nagle znalazł się na czele peletonu rywalizującego o miejsce na najniższym stopniu ligowego podium.

Sensacja kolejki: Häcken powstrzymane przez beniaminka. Jeśli na wiosnę wygrywasz z ligowym rywalem 10-0, a jesienią nie potrafisz strzelić mu choćby jednego gola, to … na własne życzenie przegrywasz mistrzostwo. Strzelecka niemoc piłkarek Häcken trwa już jednak prawie siedem godzin i choć wliczają się w to mecze Ligi Mistrzyń z Lyonem i z Bayernem, to taki bilans musi budzić niepokój. W najbliższych tygodniach trener Mats Gren z pewnością spróbuje poszukać wyjścia z obecnego impasu, choć zadania nie ułatwi mu fakt, że ponad pół kadry pierwszego zespołu rozjedzie się w tym czasie na zgrupowania reprezentacji narodowych. A w Hisingen wciąż mają tej jesieni wiele do ugrania, bo choć starcia ligowe będą od tej pory miały dla Häcken znaczenie wyłącznie prestiżowe, to w europejskich pucharach cały czas jest o co grać. Szczególnie w kontekście czekającego nas już w listopadzie niezwykle interesującego dwumeczu z portugalską Benfiką Lizbona.

Liczba kolejki: 1474. Dokładnie tyle dni upłynęło od awansu Växjö do Damallsvenskan do dnia, w którym klub ze Småland stracił resztki szans na utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Pierwszoligowa przygoda nie okazała się więc ani bardzo krótka, ani nadzwyczaj długa, choć doskonale wiemy, że plany i ambicje sięgały zdecydowanie wyżej.


20. kolejka statystycznie:

Gole: 22  (średnia 3.67 / mecz)

Rzuty karne: 0

Żółte kartki: 11

Czerwone kartki: 0

Najszybszy gol: Olivia Schough (Rosengård) – 8. minuta (vs. Piteå)

Najpóźniejszy gol: Amanda Rantanen (Örebro) – 90+5. minuta (vs. Eskilstuna)


Jedenastka kolejki:

lag20

Milla-Maj Majasaari (AIK) – Berglind Ros Agustsdottir (Örebro), Clare Polkinghorne (Vittsjö), Sandra Adolfsson (Vittsjö), Sofie Wännerdahl (Piteå) – Amalie Vangsgaard (Linköping), Yuka Momiki (Linköping), Paulina Nyström (Eskilstuna) – Sveindis Jane Jonsdottir (Kristianstad), Olivia Schough (Rosengård) – Stefanie Sanders (Rosengård)


Komplet wyników:


Klasyfikacja strzelczyń:

skytte

Klasyfikacja asystentek:

assist

Piłkarka kolejki:

lirare

Mistrz, mistrz, Rosengård!

FB6AZPfX0AgXtV0

(Grafika: FC Rosengård)

Ileż to razy padały już słynne słowa, że Damallsvenskan to taka liga, w której niemożliwe naprawdę nie istnieje. Nie może jednak być inaczej, skoro każdy kolejny tydzień przynosi nam historie, których nawet najbardziej wprawny reżyser nie byłby w stanie wyreżyserować. Ot, weźmy chociażby na tapet dzisiejszą rywalizację AIK z Häcken. Doskonale pamiętamy wiosenne starcie tych zespołów i choć drużyna z Solnej wystąpiła wówczas w składzie dalekim od optymalnego, to jednak wynik 10-0 dość jednoznacznie sugerował znaczną różnicę klas. Nic więc dziwnego, że nie było wielu takich, którzy prorokowali ekipie prowadzonej przez Matsa Grena kłopoty na Skytteholms IP. Oczywiście, gdzieś z tyłu głowy pozostawał fakt, że ustępujące mistrzynie kraju mają obecnie niezwykle napięty terminarz, a regeneracja po czwartkowej, wyjazdowej rywalizacji z Bayernem nie będzie pełna, ale jednak potencjał kadrowy Häcken wydawał się na tyle duży, że na stosunkowo pewne pokonanie beniaminka ze stolicy powinien spokojnie wystarczyć. Cóż, nic bardziej mylnego! Piłkarki z Hisingen nie dość, że rozegrały swój czwarty z rzędu (!) mecz na zero z przodu, to jeszcze po jego zakończeniu nie mają prawa narzekać, że przegrały swoją szansę przez wyjątkowy niefart. Jasne, to przyjezdne przez większą część meczu dyktowały warunki gry na sztokholmskim stadionie, ale klarownych okazji na pokonanie Milli-Maj Majasaari nie stworzyły sobie znowu aż tak wiele. I choć Blackstenius, Kaneryd, czy Ökvist spokojnie mogły (a może nawet powinny) wcisnąć gola na wagę trzech punktów, to swoje szanse na zgarnięcie pełnej puli miały dziś także podopieczne Maiju Ruotsalainen. Co więcej, to gospodynie stanęły przed szansą na rozstrzygnięcie meczu w czwartej minucie doliczonego czasu gry po stałym fragmencie, co niejako potwierdza tezę, że o żadnej nawałnicy na bramkę AIK w końcówce nie mogło być mowy. A strata punktów okazała się z punktu widzenia Häcken o tyle problematyczna, że tym samym Rosengård stanął przed szansą, aby już dziś definitywnie zakończyć mistrzowski wyścig. Aby tak się stało, trzeba jednak było jeszcze przywieźć komplet punktów z dalekiego Piteå, gdzie pogoda bynajmniej nie zachęcała do gry w piłkę.

Nie było to zdecydowanie problemem dla Olivii Schough, która już w ósmej minucie rozpoczęła strzelanie na LF Arenie. Pozyskana przed rozpoczęciem obecnego sezonu ze stołecznego Djurgården skrzydłowa, która kilka miesięcy temu świętowała swoje trzydzieste urodziny, nie zamierzała jednak się w tym punkcie zatrzymywać. I zupełnie jak przed tygodniem w rywalizacji z Linköping, znów poniosła swój zespół ku zwycięstwu. Do szybko zdobytego gola dołożyła jeszcze asystę, a na kwadrans przed końcem zabrakło jej dosłownie centymetrów, aby ponownie wpisać się na listę strzelczyń. Nas szczęście dla Rosengård, w tej fazie meczu w zdobywaniu goli skutecznie wyręczyła ją Stefanie Sanders. Pozyskana z Freiburga niemiecka napastniczka, która nie cieszyła się zaufaniem ani Jonasa Eidevalla, ani Renée Slegers, wystąpiła dziś w wyjściowej jedenastce wyłącznie dlatego, że kontuzjowana jest Mimmi Larsson, a Loreta Kullashi musiała pauzować za kartki. I z prawdopodobieństwem bliskim pewności możemy założyć, że tego meczu urodzona w miasteczku Soltau piłkarka nie zapomni do końca kariery. Dwa strzelone przez nią gole znacząco przyczyniły się do tego, że komplet punktów pojechał ostatecznie do Malmö, a efektowne (choć sytuacyjne) trafienie z 78. minuty stało się golem na wagę dwunastego w historii tytułu dla Rosengård. To właśnie Schough, Sanders, kreatorka drugiej linii Ria Öling oraz długo wyczekiwana rekonwalescentka Jelena Cankovic dołożyły zdecydowanie największą cegiełkę do tego, że już dziś możemy oficjalnie słać wiadomości gratulacyjne do Skanii. Defensywa FCR znów nie zachwyciła, aż dwukrotnie dała się zaskoczyć, ale z przodu tym razem zgadzało się absolutnie wszystko. Znacie powiedzenie, że atak wygrywa mecze, a obrona mistrzostwo? Jest w nim oczywiście mnóstwo prawdy, choć z drugiej strony … nie da się przecież wygrać mistrzostwa bez zwyciężania pojedynczych meczów. W Malmö coś na ten temat wiedzą i dlatego to właśnie tam mają w tej chwili powody do świętowania. Bo trzeba uczciwie i całkowicie bezstronnie przyznać, że tytuł wywalczyła drużyna w przekroju całego sezonu najlepsza. A zatem: gratulacje i dobrej zabawy podczas długiego lotu do domu! Mistrz, mistrz, Rosengård! 

Do zobaczenia, Växjö!

svt

Cztery lata i czas na przerwę – Växjö żegna się z Damallsvenskan (Fot. SVT)

Ten projekt miał być naznaczony pasmem wielkich sukcesów i kto wie, być może w przyszłości właśnie tak się stanie. Póki co trzeba jednak zrobić jeden całkowicie nieplanowany krok w tył. Rok 2021 zapisze się bowiem w historii futbolu w Växjö jako rok spadku miejscowego klubu z Damallsvenskan. Po czterech latach gry w najwyższej klasie rozgrywkowej, drużyna ze Småland żegna się z pierwszoligowym graniem i w kolejnym sezonie będzie występować na boiskach Elitettan.

Długi czas zanosiło się na to, że już poprzedni sezon okaże się dla piłkarek z Växjö pechowy. Na półmetku rozgrywek klub zajmował ostatnią lokatę w ligowej tabeli, ale letnie roszady w sztabie szkoleniowym przyniosły wówczas oczekiwany impuls. Pod wodzą Marii Nilsson ekipa ze Småland nie tylko uratowała ligowy byt, ale dzięki zabójczemu wręcz finiszowi wdarła się do górnej połówki. Szóste miejsce na koniec rozgrywek było najlepszym jak dotąd osiągnięciem w historii pierwszoligowych występów piłkarek z VISMA Areny, co jeszcze bardziej podkręcało oczekiwania przed kolejnym sezonem. Niestety, rok 2021 rozpoczął się dla Växjö równie katastrofalnie i choć druga połowa rundy jesiennej raz jeszcze przyniosła mocny zryw, to tym razem poniesionych wcześniej strat nie udało się już nadrobić. I choć pieczątkę na degradacji ostatecznie postawiły wczoraj Momiki, Selerud, Ellingsen, Kanu i Vangsgaard, to walkę o uratowanie Damallsvenskan drużyna Marii Nilsson przegrała zdecydowanie wcześniej. Przegrała, choć na pewno na przestrzeni minionego roku nie była najsłabszym ogniwem szwedzkiej pierwszej ligi. Futbol to jednak o tyle brutalna gra, że wszystko tak naprawdę determinuje w nim wynik. A jeśli nie potrafi się udokumentować niezłej gry golem, to jest to zazwyczaj zapowiedź nadchodzących problemów. W Växjö problemy ze skutecznością były ostatnimi czasy elementem klubowej codzienności, więc nie możemy się dziwić, że na wiosnę przyszłego roku VISMA Arenę odwiedzać będą kluby z Sunne i Alingsås, a nie z Kristianstad, czy Eskilstuny.

Mecz na Linköping Arenie był zresztą doskonałą ilustracją tego, jak wyglądał sezon 2021 w wykonaniu piłkarek Växjö. Przez pierwsze dwa kwadranse to do podopiecznych Marii Nilsson należała inicjatywa i to one – za sprawą Juliette Kemppi – stworzyły sobie najlepszą okazję do otwarcia wyniku. Strzał fińskiej snajperki minął jednak o kilkanaście centymetrów słupek bramki Cajsy Andersson, a dynamiczny rajd Stiny Lennartsson udanie zastopowała Nilla Fischer. Gospodynie natomiast, gdy już zaatakowały, to zrobiły to na tyle skutecznie, że już do przerwy w zasadzie całkowicie rozstrzygnęły losy meczu. Formą dnia w ekipie Andrée Jeglertza imponował przede wszystkim japońsko – szwedzko – duński tercet złożony z Yuki Momiki, Alvy Selerud oraz Amalie Vangsgaard i to on dołożył ogromną cegiełkę do tego, że Linköping w naprawdę świetnym stylu przełamał ostatecznie passę meczów bez zwycięstwa. W Växjö poniżej swojego standardowego poziomu zagrała przede wszystkim defensywa, która szczególnie w końcówce pierwszej połowy zdecydowanie zbyt łatwo dawała się ogrywać piłkarkom LFC, ale w przekroju całego sezonu akurat do tej formacji mogą mieć w Småland najmniejsze pretensje. Kiedy jednak definitywnie i nieodwołalnie spadasz na zaplecze Damallsvenskan już na trzy kolejki przed końcem sezonu, jest to naprawdę małe pocieszenie. A w Växjö będą musieli wykorzystać jesienno-zimowe wieczory na to, aby poniesioną w tym roku porażkę spróbować przekuć w coś zdecydowanie bardziej konstruktywnego. Bo choć może wydawać się to nieco abstrakcyjnie, to w sporcie na bazie prawie każdej klęski da się zbudować sukces. Trzeba tylko mieć na niego naprawdę dobry pomysł.

Historia szwedzkiej piłki klubowej doskonale zna jednak przypadki, w których degradacja okazywała się w dalszej perspektywie szansą na ponowne otwarcie i wyciągnięcie wniosków z popełnionych wcześniej błędów. Nowemu zarządowi Växjö pozostaje zatem życzyć, aby pobyt na zapleczu Damallsvenskan rzeczywiście okazał się swoistym, futbolowym katharsis. A gdy to już nastąpi, będziemy względnie spokojni o to, że historia wielkiej piłki w zielonej stolicy Szwecji dopiero zaczyna się pisać, a jej najwspanialsze rozdziały wciąż są przed nami. Póki co z pierwszoligowym graniem trzeba się na chwilę rozstać, ale w Växjö wciąż dysponują na tyle mocnymi kartami, że być może już wiosną znów będziemy zapraszać na hitową transmisję z VISMA Areny. Wszak nie tak dawno Umeå dało przykład, jak powracać na boiska Damallsvenskan w naprawdę spektakularnym stylu.