14. kolejka – zapowiedź

Emocje po pierwszej jesiennej kolejce, a także po finale Pucharu Szwecji jeszcze dobrze nie opadły, a kluby Damallsvenskan znów wracają na ligowe boiska. Interesująco z pewnością będzie w już czwartkowy wieczór, kiedy to mające za sobą najdłuższą letnią przerwę Djurgården podejmie na własnym boisku Piteå. Drużyna Yvonne Ekroth po raz ostatni grała o ekstraklasowe punkty w połowie lipca, ale doskonale wiemy, że w Sztokholmie absolutnie nie zmarnowano minionych sześciu tygodni. Czy zatem po delikatnych korektach zarówno personalnych, jak i taktycznych, beniaminek ze stolicy będzie jeszcze groźniejszy? Pierwszą odpowiedź poznamy już po meczu z ekipą Stellana Carlssona, która jak nikt inny potrafi błyskawicznie weryfikować mocarstwowe plany swoich kolejnych rywali.

Piątek upłynie nam pod znakiem walki o mistrzostwo kraju, w której liczą się – nie ma sensu zakłamywanie rzeczywistości – wyłącznie dwa kluby. Pucharowe starcie pokazało, że nieco lepiej na początku piłkarskiej jesieni prezentują się mistrzynie z Malmö, które w poszukiwaniu kolejnego ligowego zwycięstwa udadzą się do osłabionego brakiem Sary Michael (wszystko wskazuje na to, że nie zagra do końca sezonu) oraz Veroniki Perez Örebro. Teoretycznie łatwiejsze zadanie czeka pretendentki z Linköping, ale przed meczem z nieobliczalnym i znajdującym się znów na fali wznoszącej beniaminkiem z Dalarny nikt w mieście nad Stångån nie dopisuje sobie automatycznych trzech punktów. Tym bardziej, że wiosną na Ljungbergsplanen na zwycięskiego gola Stiny Blackstenius trzeba było czekać aż do 89. minuty.

W sobotę dowiemy się, czy fatalny występ piłkarek Mallbacken przeciwko Kristianstad był jedynie wypadkiem przy pracy, czy może zapowiedzią rychłego pożegnania z Damallsvenskan. Oczywiście, na Valhalla IP w Göteborgu drużyna z Sunne i tak nie byłaby faworytem, ale sympatyków Zielonych martwią już nawet nie tyle porażki, co styl (a w zasadzie jego brak), w którym są one ponoszone. W znacznie lepszych humorach – jeśli założymy, że przy obecnej sytuaci finansowej klubu jest to w ogóle możliwe – przystąpią do rywalizacji w najbliższy weekend zawodniczki Kristianstad. Na Vilans IP przyjeżdża bowiem fatalnie radząca sobie na boiskach z naturalną murawą Eskilstuna, a ewentualne zwycięstwo podopiecznych Elisabet Gunnarsdottir pozwoliłoby im oddalić się od strefy spadkowej na względnie bezpieczną odległość.

Mówienie o meczach ostatniej szansy na początku września może wydawać się przedwczesne, ale prawda jest taka, że porażka z Vittsjö bardzo mocno skomplikowałaby sytuację Umeå. Daniel Doverlind stara się wprawdzie cały czas zachowywać spokój, ale trudno zaprzeczyć, że, pomimo równie słabych wyników w ostatnich tygodniach, to Vittsjö sprawiało znacznie lepsze wrażenie od najbliższego rywala. Kibice w Västerbotten nadzieje pokładać mogą przede wszystkim w Hannie Glas oraz Hannie Folkesson, które po raz pierwszy po ponad dwunastomiesięcznej przerwie mogą pojawić się na boisku w dłuższym wymiarze czasowym, ale czasu na to, aby zawrócić ze ścieżki prowadzącej nad przepaść mają w Umeå coraz mniej.

Reklamy

Ubiegłoroczne rewelacje znów zwyciężają

Przed meczem Piteå z Örebro trudno było wskazać zdecydowanego faworyta. Od pierwszego gwizdka inicjatywę przejęły jednak gospodynie, a w kierunku bramki Caroli Söberg sunął atak za atakiem. Już w 2. minucie nieudana próba dośrodkowania w wykonaniu Blomkvist niespodziewanie zamieniła się w kąśliwy strzał, który wylądował na poprzeczce, a chwilę później drużyna gości mogła mówić o sporym szczęściu, gdy w nieprawdopodobnym zamieszaniu podbramkowym uratował ją słupek. Po okresie wyraźnej przewagi Piteå tempo nieco siadło, a obie ekipy największe zagrożenie stwarzały po stałych fragmentach gry i to właśnie jeden z nich sprawił, że w 31. minucie podopieczne debiutującego w roli pierwszego szkoleniowca Martina Skogmana objęły prowadzenie. Z rzutu rożnego dośrodkowała Perez, a centrę urodzonej w Kalifornii reprezentantki Meksyku na gola zamieniła Kristjansdottir.

Druga połowa rozpoczęła się podobnie jak pierwsza; raz jeszcze to miejscowe spróbowały szybko zaskoczyć rywalki i tym razem ta sztuka w pełni im się udała. Niezwykle aktywna June Pedersen doskonale wypatrzyła nabiegającą z głębi pola Jakobsson, a ta zrobiła doskonały użytek ze swoich warunków fizycznych i bez większych problemów pokonała Söberg. Po golu na 1-1 oglądaliśmy przede wszystkim grę od szesnastki do szesnastki, a zarówno Piteå, jak i Örebro, sprawiały wrażenie drużyn w pełni zadowolonych z podziału punktów. Od czasu do czasu trafiały się wprawdzie pojedyncze zagrania wysokiej jakości, jak chociażby czterdziestometrowe podanie zaliczającej udany powrót do szwedzkiej ekstraklasy Lisy Dahlkvist do Veroniki Perez, ale poważniejszych spięć podbramkowych nie odnotowaliśmy ani w jednym, ani w drugim polu karnym. Gdy wydawało się, że to spotkanie nieuchronnie zakończy się remisem, w doliczonym czasie gry piłkarki Örebro musiały przyjąć dwa niezwykle bolesne ciosy. Najpierw nieodpowiedzialnie zachowała się Perez i całkowicie niepotrzebnie obejrzała drugą tego dnia żółtą kartkę, a po kilkudziesięciu sekundach czyhająca na dalszym słupku Blomkvist z najbliższej odległości wpakowała futbolówkę do siatki gości. Co ciekawe, był to trzeci tego popołudnia gol zdobyty głową, który – jak nietrudno się domyślić – okazał się również trafieniem na wagę trzech punktów. Jak widać, po letniej przerwie Piteå wciąż ma tę moc.

******

Ligowy weekend miały tym razem zakończyć drużyny z Eskilstuny oraz Vittsjö i trzeba przyznać, że zrobiły to w całkiem niezłym stylu, choć fani na Tunavallen z pewnością mieli nadzieję na zupełnie inny przebieg spotkania. Mająca za sobą fatalną wiosnę ekipa z północnej Skanii przyjechała bowiem na teren wyżej notowanego rywala bez jakichkolwiek kompleksów i bardzo szybko (a co najważniejsze – w pełni zasłużenie) wyszła na prowadzenie. Strzał Sällström został wprawdzie wyblokowany przez defensywę United, ale wobec dobitki Mercik bezradna była zarówno Emelie Lundberg, jak i jej obrończynie. Vittsjö postanowiło pójść za ciosem i chwilę później po główce Benediktsson mogło 2-0 dla gości, ale piłkarki z Eskilstuny ofiarnie wygarnęły niechybnie zmierzającą do siatki futbolówkę z linii bramkowej. Niewykorzystana okazja zemściła się niezwykle szybko; Viggosdottir świetnie dojrzała Diaz, a filigranowa pomocniczka jednym dotknięciem tak zmieniła tor lotu piłki, że ta znalazła się pod nogami Mimmi Larsson, która zachowała zimną krew w sytuacji sam na sam z Shannon Lynn. Gol na 1-1 nie zmienił obrazu gry; cały czas żadna z drużyn nie zamierzała zwalniać tempa, choć to gospodynie nieco częściej zapuszczały się w okolice szesnastki Vittsjö. Najlepszą okazję na uszczęśliwienie licznie zgromadzonej na Tunavallen publiczności miała ponownie Larsson, ale efektowna interwencja Klingi, która w tej sytuacji świetnie wyręczyła Lynn, zapobiegła utracie gola. Czujność zachować musiała także Emelie Lundberg, gdyż zawodniczki ze Skanii nie zamierzały ograniczać się wyłącznie do defensywy. Groźnymi uderzeniami z dystansu popisały się kolejno Adolfsson i Björck.

Z minuty na minutę uwidaczniała się jednak przewaga miejscowych, które po przerwie coraz częściej zagrażały bramce strzeżonej przez Shannon Lynn. Raz jeszcze w dogodnej pozycji znalazła się Larsson, szczęścia próbowała także po stałym fragmencie gry Louise Quinn, ale piłkarki gości w obu przypadkach potrafiły zażegnać niebezpieczeństwo. W 61. minucie nawet grająca z wielkim poświęceniem defensywa Vittsjö nie była już w stanie zapobiec utracie gola. Bramkowa akcja także i tym razem rozpoczęła się od Islandki Viggosdottir, która doskonale wypatrzyła rozkręcającą się w drugiej połowie Olivię Schough. Srebrna medalistka Igrzysk w Rio do końca wyczekała Lynn i bez większych problemów, mierzonym strzałem po dalszym słupku, wyprowadziła swa drużynę na prowadzenie. Zawodniczki ze Skanii nie zamierzały jednak składać broni i podobnie jak niedawno w Göteborgu grały ambitnie do ostatniego gwizdka. Ani Annie Hjälmkvist, ani Lindzie Sällström nie udało się wprawdzie doprowadzić do remisu, ale porażka po takiej grze z pewnością wstydu ekipie Thomasa Mårtenssona nie przynosi.

Dziewiętnaście lat i wystarczy

W Malmö wszyscy przygotowywali się dziś do świętowania, ale aby wznieść pierwszy od 1997 roku puchar, swoją wyższość trzeba było jeszcze udowodnić na boisku. Sprawę ułatwiały nieco problemy kadrowe Linköping, ale nie zapominajmy, że drużyna Martina Sjögrena w ostatnich latach była dla mistrzyń Szwecji bardzo niewygodnym rywalem. Także w dzisiejszym finale, choć Rosengård od pierwszych minut dyktował warunki gry, bardzo długo nie udawało się sforsować defensywnych zasieków gości. Piłkarki Linköping, niczym reprezentacja Szwecji w fazie pucharowej Igrzysk Olimpijskich w Rio, skupiały się głównie na destrukcji, od czasu do czasu próbując uruchomić swój dynamiczny, ofensywny tercet Minde – Harder – Blackstenius. Ta taktyka przez ponad czterdzieści minut przynosiła pożądany efekt, ale właśnie wtedy rozpoczął się show zawodniczki, która nieprzypadkowo uznawana jest za jedną z największych gwiazd w historii futbolu.

Mająca bardzo świeże i nie do końca przyjemne doświadczenia z konkursami rzutów karnych Marta najwyraźniej stwierdziła, że tym razem nie ma sensu czekać do jedenastek i na dwie minuty przed końcem pierwszej części gry obsłużyła Lottę Schelin takim podaniem, że była gwiazda Lyonu musiała jedynie zrobić to, co potrafi robić najlepiej. Jeśli jednak na stadionie wciąż znajdowali się tacy, na których tamto zagranie nie zrobiło wielkiego wrażenia, to tuż po wznowieniu gry obejrzeliśmy popis na kształt tego, który doskonale pamiętamy z meczu przeciwko USA na MŚ 2007. Jedyną różnicą było to, iż dziś po indywidualnej akcji Marta zdecydowała się na dośrodkowanie, a futbolówkę do siatki Linköping strąciła ostatecznie Lieke Martens.

Dwubramkowe prowadzenie miejscowych wskazywało na to, że piłkarki z Malmö mają ten mecz pod kontrolą i rzeczywiście nic złego (patrząc z ich perspektywy) tego popołudnia ich nie spotkało. Nie oznacza to jednak, że na początku drugiej połowy na Malmö IP skończyły się emocje. Ambitnie grające zawodniczki gości postarały się bowiem o gola kontaktowego, którego autorką, podobnie jak w olimpijskim finale, była Stina Blackstenius. Identycznie jak na Maracanie, napastniczka Linköping wpisała się na listę strzelczyń w 67. minucie, a jedyną zmianą było nazwisko asystentki. W tej roli grającą dziś ligowy mecz Schough doskonale zastąpiła Jonna Andersson. Nadzieje LFC na całkowite odrobienie strat zgasły jednak bardzo szybko, najpierw w słupek bramki gości pocelowała Masar, a po chwili Marta – już samodzielnie – postawiła stempel na pierwszym od niemal dwóch dekad i trzecim w historii klubu pucharowym zwycięstwie. Ostatni kwadrans to już całkowita kontrola ze strony Rosengård, zwieńczona ogromnym wybuchem radości po ostatnim gwizdku dobrze prowadzącej dzisiejsze spotkanie Sary Persson. W Malmö z pewnością liczą na to, że na kolejny triumf w tych rozgrywkach nie przyjdzie czekać do roku 2035.

fcr_cup2016_2

Fot. SvFF

Gościnność kluczem do spadku

Terminarz ułożył się tak, że debiut Daniela Doverlinda w roli pierwszego szkoleniowca Umeå wypadł na być może kluczowy w kontekście walki o zachowanie ekstraklasowego bytu mecz. Nic więc dziwnego, że zarówno grające w nowym ustawieniu 4-4-2 gospodynie, jak i goście z Borlänge, skupiły się przede wszystkim na tym, aby uniknąć głupio straconych goli, co niestety w bieżących rozgrywkach obu klubom udawało się niezwykle rzadko. Bardzo szybko okazało się jednak, że podobnie jak wiosną, formacje defensywne Umeå i Kvarnsveden trudno nazwać monolitem, w związku z czym okazji strzeleckich pod obiema bramkami nie brakowało. Najpierw Sandström w sytuacji sam na sam z Gay nastrzeliła amerykańską bramkarkę, następnie Roddar ostemplowała słupek bramki Umeå, próbując wykończyć indywidualną akcję Chawingi, aż w końcu Hurtig w sobie tylko znany sposób zmarnowała klasyczną „setkę”. Trudna do wytłumaczenia obustronna indolencja strzelecka pewnie trwałaby w najlepsze, gdyby w 33. minucie Chikwelu nie wycięła we własnej szesnastce debiutującej dziś na boiskach Damallsvenskan Elisabeth Addo. Rzut karny zamieniła na gola druga z nowych piłkarek w talii Jonasa Björkgrena – Tiffany Weimer i ekipa z Dalarny znalazła się na prowadzeniu.

Zgodnie z przypuszczeniami, Umeå rzuciło się do odrabiania strat, ale pomimo przewagi w posiadaniu piłki bardzo długo jedynym wymiernym, choć mało chlubnym efektem gry gospodyń było … rozbicie głowy Robyn Decker, która na kilka minut musiała opuścić plac gry. Znacznie bardziej konkretne w działaniach były za to piłkarki gości, które na kwadrans przed końcem, za sprawą niezawodnej jak zwykle Chawingi, podwyższyły rezultat. Asystę przy trafieniu napastniczki z Malawi zanotowała Weimer, puentując w ten sposób niezwykle udany debiut na szwedzkich boiskach. W doliczonym czasie gry podopiecznym Daniela Doverlinda udało się wprawdzie zdobyć gola honorowego, ale na więcej zabrakło już zarówno czasu, jak i umiejętności. Drugie w historii wyjazdowe zwycięstwo Kvarnsveden w ekstraklasie stało się faktem i cieszyło tym bardziej, że znów odniesione zostało w meczu z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie.

Dzisiejsza porażka sprawia, że sytuacja niezwykle zasłużonego dla szwedzkiej piłki klubu z Västerbotten stała się już bardzo trudna. Jakimś światełkiem w tunelu może być wprawdzie długo wyczekiwany powrót na boisko Hanny Glas oraz Hanny Folkesson, ale jeśli za tydzień nie uda się przywieźć jakiejkolwiek zdobyczy punktowej z Vittsjö, to perspektywa spadku na stulecie istnienia klubu przybliży się na niebezpieczną odległość. A takiego scenariusza wszyscy w Umeå z pewnością woleliby uniknąć.

******

Niepisana reguła Damallsvenskan mówi wyraźnie – jeśli przegrywasz na własnym boisku z Kristianstad, raczej nie spodziewaj się utrzymania. Gdyby brać te przepowiednie dosłownie, to w Sunne już w tym momencie powwinni zacząć przypominać sobie trasę dojazdu na stadiony w Uppsali czy Östersundzie. Na szczęście dla Mallbacken sezon potrwa jeszcze ponad dwa miesiące, ale bądźmy szczerzy – z taką grą, jak dziś pozostało jedynie liczyć na cud, a o ten będzie niezwykle trudno z trzech powodów. Po pierwsze – Jennifer Falk gra obecnie w Göteborgu. Po drugie – Mimmi Larsson gra obecnie w Eskilstunie. Po trzecie – Eilish McSorley z powodu kontuzji do końca sezonu nie zagra nigdzie.

Jeszcze kilka godzin temu wydawało się, że piłkarki ze Strandvallen wygrały los na loterii, dostając domowy mecz z Kristianstad w momencie, gdy drużyna Elisabet Gunnarsdottir boryka się z olbrzymimi problemami kadrowymi. Ich skalę najlepiej oddaje fakt, że między słupkami bramki ekipy ze Skanii z konieczności stanęła dziś Sofia Almryd Andersson, która swój trzeci i zarazem ostatni jak dotychczas mecz w najwyższej klasie rozgrywkowej rozegrała siedem lat temu! Zawodniczki Mallbacken zadbały jednak, aby powrót mierzącej zaledwie 164 centymetry golkiperki do ekstraklasy przebiegał całkowicie bezstresowo. Andersson tak naprawdę ani razu nie została zmuszona do wykazania się swoimi umiejętnościami, zabrakło nawet uderzeń z dystansu, które w zaistniałej sytuacji wydawały się dość oczywistym rozwiązaniem. Gospodynie obudziły się nieco dopiero po straconym golu, ale gdy w końcu Julia Karlernäs zdecydowała się na strzał, to kopnięta przez nią futbolówka odnalazła się dopiero w okolicach rynku w Hagfors.

Drużyna z Kristianstad także nie zagrała dziś wielkiego meczu, ale na przestrzeni dziewięćdziesięciu minut na pewno bardziej zasłużyła na wywalczenie kompletu punktów. Ten ostatecznie udało się zabrać do Skanii dzięki perfekcyjnie wykonanemu rzutowi wolnemu. Rasmussen dośrodkowała na siódmy metr, Carlsson wygrała główkę z Sarą Bergman i Alexander musiała wyciągnąć piłkę z siatki. W drugiej połowie zawodniczki Elisabet Gunnarsdottir miały jeszcze dwie okazje na to, aby definitywnie rozstrzygnąć losy meczu, ale przy tak dysponowanych rywalkach pudła Guehai oraz Edgren nie niosły za sobą poważniejszych konsekwencji.

Dla kogo puchar?

Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy Therese Sjögran była obiecującą nastolatką, Norwegia mistrzem świata, a Malmö z Kopenhagą nie łączył żaden most? To właśnie wtedy piłkarki FC Rosengård (wówczas jeszcze pod nazwą Malmö FF) ostatni raz cieszyły się ze zwycięstwa w rozgrywkach o Puchar Szwecji. Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, klub, który w ostatnich trzech dekadach w zasadzie nie wypadał poza pierwszą czwórkę ligowej tabeli, w krajowym pucharze nie tylko nie potrafił potwierdzić swojej supremacji, ale nawet nie był w stanie zbliżyć się do podobnych osiągnięć.

Wszystko przemawia jednak za tym, że ta nadspodziewanie długa seria niemocy ekipy ze Skanii może zakończyć się już w najbliższą niedzielę. Choć w wielkim finale zmierzą się dwa najlepsze na ten moment szwedzkie kluby, to drużyna Jacka Majgaarda jest uważana, całkowicie zresztą słusznie, za zdecydowanego faworyta. Po pierwsze, spotkanie rozegrane zostanie na Malmö IP, gdzie Rosengård nie zwykł przegrywać. Po drugie, mistrzynie Szwecji w końcu mają komfort wystawienia jedenastki zbliżonej do optymalnej, a nikomu nie trzeba tłumaczyć, jak wielka to siła. Po trzecie, kadra Linköping – i tak stosunkowo wąska – została w ostatnich tygodniach jeszcze bardziej osłabiona w wyniku transferu Wiery Diateł i kontuzji Fridoliny Rolfö.

Nie zapominajmy jednak, że drużyna z Linköping też ma swoje atuty, dzięki którym trzeci w tym roku szwedzki klasyk wcale nie musi stać na niższym poziomie niż dwa poprzednie. Największy z nich nazywa się niewątpliwie Pernille Harder. Dunka z Viborga we wtorek strzeliła cztery gole w starciu ze Smedby i nic nie wskazuje na to, aby jej wyborna forma z wiosny zagubiła się podczas krótkiego wypoczynku w Hiszpanii. Sympatycy LFC spore nadzieje pokładają także w utrzymaniu przez Stinę Blackstenius skuteczności z Igrzysk oraz w rzutach wolnych i rożnych wykonywanych przez Magdalenę Ericsson.

Niezależnie od końcowego wyniku, będziemy w niedzielę świadkami interesującego wydarzenia. Zwycięstwo Rosengård da tej ekipie pierwszy puchar od dziewiętnastu lat, triumf Linköping sprawi, że to właśnie ta drużyna stanie się najbardziej utytułowaną w historii tych rozgrywek. Pierwszy gwizdek na Malmö IP dokładnie o 15:00, najwyższy czas w wielkim stylu rozpocząć piłkarską jesień!

13. kolejka – zapowiedź

Tak się w tym roku złożyło, że trzynasta seria spotkań w Damallsvenskan rozgrywana jest przez … trzy miesiące! Wszystko to za sprawą zaplanowanego na niedzielę finału krajowego pucharu, w którym mistrzynie z Malmö zmierzą się z obrończyniami tytułu z Linköping. To, że ścisła czołówka ligi ma na najbliższy weekend zgoła inne plany, nie oznacza jednak, że na boiskach szwedzkiej ekstraklasy nie wydarzy się nic ciekawego. Co więcej, dla czterech klubów już pierwszy jesienny mecz może okazać się kluczowym w walce o być albo nie być na najwyższym szczeblu rozgrywek.

Los sprawił bowiem, że w najbliższej kolejce zagrają przeciwko sobie drużyny najbardziej zaangażowane w walkę o uniknięcie degradacji – Umeå podejmie na własnym boisku Kvarnsveden, zaś Mallbacken zmierzy się z Kristianstad. Stawka obu tych spotkań jest dla wszystkich całkowicie jasna – po przedłużonej rundzie wiosennej różnica między dziewiątym, a dwunastym miejscem w tabeli wynosi zaledwie jeden punkt i to właśnie wyniki bezpośrednich spotkań mogą zadecydować o ostatecznym kształcie dolnych rejonów tabeli. Faworytów wskazać tu niezwykle ciężko, gdyż nie dość, że takie mecze zawsze rządzą się własnymi prawami, to jeszcze przynajmniej dwie z wymienionych powyżej ekip stanowią dla nas wielką zagadkę. Jak wyglądać będzie Umeå Daniela Doverlinda, o co będzie grać Kristianstad i jak spisze się amerykańsko-afrykański zaciąg w Borlänge? To tylko niektóre z pytań, które przynajmniej do soboty zadawać będą sobie kibice wspomnianych klubów.

Równie ekscytujące widowisko czeka nas na LF Arenie w Piteå, gdzie nieobliczalna drużyna Stellana Carlssona podejmie odmienione i gotowe do szturmu na wyższe rejony tabeli Örebro.  Nowy trener gości Martin Skogman w swoim debiucie nie będzie mógł wprawdzie skorzystać z usług Sary Michael, ale i tak najbardziej wyczekiwanym momentem jest powrót do Damallsvenskan Lisy Dahlkvist. Czy okaże się on równie efektowny, jak występu byłej już gwiazdy PSG na boiskach Brazylii?

W jedynym niedzielnym meczu broniąca lokaty na najniższym stopniu wirtualnego podium Eskilstuna podejmie jedno z największych rozczarowań rundy wiosennej, czyli ekipę Vittsjö. Faworytkami wydają się być podopieczne Viktora Erikssona, ale nie zapominajmy, że akurat starcia tych ekip są zazwyczaj niezwykle wyrównane, niezależnie od tego, na jakim poziomie toczy się rywalizacja. Jeśli zatem ktoś będzie spragniony dodatkowych emocji po finale Pucharu Szwecji, to z pewnością warto zajrzeć na Tunavallen.