Wracamy na ligowe boiska

FZf_8AGWIAE0xYM

Gabrielle Carle imponowała formą w letnich sparingach (Fot. Kristianstads DFF)

Mistrzostwa Europy za nami, a to oznacza mniej więcej tyle, że najwyższy czas wrócić do ligowego grania. Długą i intensywną (choć na szczęście nie aż tak, jak wiosna!) piłkarską jesień na dobre zainaugurują nam piątkowe derby Skanii, a później … w zasadzie cały czas będzie się działo. I choć odpowiedzi na wiele pytań zażyliśmy już poznać, a niektóre kluby mocno okopały się na bezpiecznych pozycjach, to pozostaje liczyć na to, że aż do listopada czeka nas przynajmniej kilka emocjonujących wieczorów ze szwedzką piłką klubową w roli głównej. A ponieważ lipcowe, reprezentacyjne granie sprawiło, że wielu z nas zdążyło nieco odzwyczaić się od ligowej rutyny, to warto przypomnieć sobie, z jakiego punktu przystąpimy do drugiej połowy tegorocznego sezonu i kto będzie miał w niej najwięcej do zyskania lub stracenia.

dam2

Tutaj tabela ułożyła nam się w sposób jasny i klarowny. Obrończynie tytułu z Malmö miały na wiosnę problem ze stabilizacją formy, ale ani trochę nie przeszkodziło im to w wypracowaniu sobie w miarę komfortowej przewagi nad ligowym peletonem. A jeśli podopieczne holenderskiej trenerki Renée Slegers zdobędą przynajmniej cztery punkty w sierpniowym dwumeczu przeciwko Häcken oraz Linköping, to droga do trzynastego w historii klubu mistrzowskiego tytułu stanie się jeszcze krótsza niż na tę chwilę. Nieco więcej emocji może przynieść nam rywalizacja o pozostałe miejsca na podium, gdyż faworyzowane zawodniczki z Hisingen trochę na własną prośbę zakończyły wiosenną część zmagań dopiero na czwartej pozycji, a to oznacza dokładnie tyle, że jesienią nie będą zależne wyłącznie od siebie. Medalowe aspiracje mocno zgłaszają bowiem zarówno w Kristianstad, jak i w Linköping i szczególnie perfekcyjnie zbilansowana ekipa ze Skanii wcale nie jest w tej rywalizacji pozbawiona sportowych argumentów. Z drugiego szeregu atakować powinny natomiast kluby ze stolicy, choć zarówno Hammarby, jak i Djurgården mogą mieć spore problemy  odrobieniem poniesionych wcześniej strat do czołówki.

W walce o utrzymanie mamy natomiast cztery kluby i to pomiędzy nimi rozstrzygnie się rywalizacja o jedno miejsce bezpieczne i jedno barażowe. Na papierze zdecydowanie najbardziej solidnie z grona kandydatów prezentuje się Umeå i już najbliższy weekend będzie pierwszą, poważną weryfikacją tego, czy w Västerbotten faktycznie mogą szykować się na stosunkowo spokojną jesień, czy jednak fanów tego zasłużonego dla szwedzkiej piłki klubu czeka kolejna futbolowa nerwówka. Kalmar, Bromma oraz AIK na wiosnę mocno rozczarowywały i niewiele wskazuje na to, aby ten stan miał drastycznie zmienić się po letniej przerwie w rozgrywkach. Regulamin mamy jednak taki, że przynajmniej jedną z tych ekip i tak obejrzymy przynajmniej w barażach, więc prawdopodobnie na dole do końca będzie o co grać, nawet jeśli mówimy o emocjach wygenerowanych w dość sztuczny sposób.

elit2

To jeszcze krótko o Elitettan, gdzie także na wiosnę zabrakło nam większych podniet. Na czele, zgodnie z przewidywaniami, oglądamy niepokonany duet Uppsala – Växjö i oba te kluby wydają się bezpiecznie kroczyć w kierunku powrotu do najwyższej klasy rozgrywkowej. Pewnego rodzaju niespodzianką jest trzecia lokata Alingsås, ale dysponująca najlepszą defensywą w lidze drużyna będzie musiała jesienią odpierać ataki mocno naciskającego duetu Norrköping – Lidköping. Pozostałe kluby do walki o pierwszoligową promocję włączyć się już nie powinny, a i kwestia degradacji wydaje się być zbliżona do rozstrzygniętej. Sytuacja punktowa tercetu Bergdalen – Rävåsen – Älvsjö jest bowiem nie do pozazdroszczenia.

skytte

W klasyfikacji strzelczyń na czele piłkarka, która … w ogóle nie przychodziła do szwedzkiej ligi jako napastniczka. Transfer Uchenny Kanu do ligi meksykańskiej trochę z konieczności wymusił jednak przesunięcie Amalie Vangsgaard do pierwszej linii i raz jeszcze potwierdziło się, że w futbolu czasami najlepsze decyzje biorą się po części z przypadku. Za plecami duńskiej skrzydłowej mamy północnoamerykański duet ofensywny z Kristianstad, na który mocno zwracaliśmy uwagę jeszcze przed rozpoczęciem sezonu. Tabitha Tindell oraz Evelyne Viens oczekiwań nie zawiodły i nie będzie przesady w stwierdzeniu, że to Elisabet Gunnarsdottir ma do dyspozycji najbardziej eksplozywną parę napastniczek w całej lidze. Swoją robotę bez zarzutu wykonały jesienią także zawodniczki Rosengård w osobach Olivii Schough i Lorety Kullashi. To głównie dzięki ich trafieniom zespół z Malmö może z dość bezpiecznej odległości spoglądać na goniący go ligowy peleton. Przełamania w najwyższej klasie rozgrywkowej w końcu doczekała się Amerykanka Hayley Dowd i teraz przekonamy się, czy udana runda wiosenna była w jej wydaniu jedynie chwilowym przebłyskiem, czy może początkiem właściwego trendu. Największą niespodzianką jest obecność w ścisłej czołówce Islandki Hlin Eiriksdottir, która utkwiła nam w pamięci ze względu na bezbłędne egzekwowanie rzutów karnych oraz kapitalnego hat-tricka w nocnym meczu przeciwko Djurgården.

assist

Tutaj z kolei może wydarzyć się absolutnie wszystko, łącznie ze zwycięstwem w tej klasyfikacji Jonny Andersson, która na boiskach Damallsvenskan w tym roku jeszcze nie zdążyła nawet zadebiutować. W normalnych okolicznościach bez cienia wątpliwości stawialibyśmy na Jelenę Cankovic, ale coraz więcej wskazuje, że liderki drugiej linii Rosengård jesienią już w naszej lidze nie ujrzymy. A skoro tak, to najmocniejsze argumenty wydaje się mieć jej klubowa koleżanka Olivia Schough, dla której byłoby to wspaniałe ukoronowanie rosnącej od pewnego czasu formy. Warto zwrócić także uwagę na filigranową Katrinę Gorry z Vittsjö, a także potrafiącą wyczarować coś z niczego Heidi Kollanen z Örebro. Tej ostatniej w dalszym podbijaniu statystyk może jednak skutecznie stanąć na przeszkodzie brak odpowiedniego wsparcia, gdyż klub z Närke ewidentnie nie zalicza się do grona ligowych potentatów. Póki co na czele stawki mamy jednak duet Alva Selerud – Evelyne Viens i wcale nie jest powiedziane, że ostatecznie to jedna z nich nie będzie mogła dumnie tytułować się najlepszą asystentką sezonu 2022 w Damallsvenskan.

transfery

Do końca letniego okienka transferowego pozostały jeszcze niespełna cztery tygodnie, a nową, odświeżoną wersję skarbu kibica zaprezentujemy dopiero podczas najbliższej przerwy reprezentacyjnej. Szwedzkie kluby ani myślą jednak próżnować na futbolowej giełdzie i już teraz ogłoszono kilka naprawdę ciekawych nazwisk, które niewątpliwie ubarwią nam jesienne, ligowe zmagania. Na łowy do Hiszpanii wyruszył stołeczny Djurgården, wzmacniając kadrę doświadczoną golkiperką Hedvig Lindahl, a także mocno niedocenianą defensorką Ebbą Hed. Wśród angielskich potentatów potencjalnych wzmocnień poszukał inny ze sztokholmskich klubów, w efekcie czego do Hammarby trafiły latem Jonna Andersson oraz Simone Boye. Królami polowania jak dotąd okazują się przedstawiciele Häcken, którym wprawdzie nie udało się zatrzymać w Hisingen Johanny Kaneryd, ale transfery zawodniczek pokroju Anvegård, Zeller, czy Sandberg naprawdę budzą szacunek. W Malmö wrócili do sprawdzonego przed laty systemu z penetrowaniem nieoczywistych zakamarków niemieckiej Bundesligi, dzięki czemu – śladami Stefanie Sanders oraz Rebecki Knaak – do stolicy Skanii trafiła latem Gina Chmielinski. Nowymi kartami w talii trenerki Slegers będą ponadto młoda Dunka Olivia Holdt, a także mająca za sobą naprawdę udany sezon w barwach włoskiej Fiorentiny Karin Lundin. W Kristianstad póki co stawiają na jakość i choć podczas trwającego okienka ogłoszono tam tylko jeden transfer, to nazwisko Kamerunki Easther Mayi Kith jak najbardziej budzi szacunek. Z drugiej próby podbicia europejskich boisk wraca do kraju Michelle De Jongh, która spróbuje odbudować się w Linköping pod okiem Andrée Jeglertza. Powody do radości mają także w Norrbotten, wszak do klubu z dalekiej Północy wraca po nieudanej przygodzie w Serie A wychowanka Ronja Aronsson. Transferowych ruchów nie brakowało także wśród zespołów walczących o utrzymanie, choć wydaje się, że te zdecydowanie najbardziej konkretne wykonali w Umeå, kontraktując dwa solidne wzmocnienia formacji defensywnej w osobach Ellen Schampi oraz Emmy Checker.

Dokąd zmierzasz, kadro?

peter

Mundial 2023 będzie prawdziwą weryfikacją sześcioletniej kadencji Petera Gerhardssona (Fot. Getty Images)

Nieco ponad miesiąc temu w tym miejscu pojawił się tekst analizujący szanse i potencjalne zagrożenia w kontekście występu reprezentacji Szwecji na angielskim EURO. Niestety, trochę zaginął on w gąszczu zdecydowanie bardziej krzykliwych i donośnych głosów tych, którzy z kompletnie niewiadomych przyczyn wieszczyli naszej kadrze tego lata powtórkę z Japonii. A trzeba uczciwie przyznać, że podstawy ku temu były mizerne, choć – żeby być wobec niepoprawnych optymistów całkowicie fair – przed rokiem także niewiele zapowiadało aż taką szwedzką eksplozję na boiskach dalekiej Azji. Patrząc jednak na całość potencjału naszej reprezentacji sprzed dwunastu miesięcy i z dziś, zdecydowanie więcej pozytywnych przesłanek można było doszukać się wtedy, gdy chociażby Hanna Glas czy Magdalena Eriksson miały za sobą sezon życia. Pomimo wszelkich przeciwności, brytyjska eskapada i tak zakończyła się jednak umiarkowanym powodzeniem, dzięki czemu dziś możemy tytułować się sympatykami trzeciej drużyny Europy, a przecież jeszcze niedawno podobny przywilej nam absolutnie nie przysługiwał. I jest to niewątpliwie pierwsza z dobrych wiadomości. Druga z nich jest natomiast taka, że kolejna wielka impreza już za niespełna dwanaście miesięcy i z prawdopodobieństwem bliskim pewności możemy już potwierdzić, że reprezentacja Szwecji przystąpi do niej z najsilniejszego koszyka. Jasne, w samym losowaniu jeszcze nikt niczego nie wygrał, ale jednak warto docenić fakt, że po raz pierwszy w tym wieku (!) zagramy na mundialu jako papierowy faworyt grupy. A jeśli wierzyć zapowiedziom, że turniej w Australii i Nowej Zelandii będzie swego rodzaju imprezą życia dla pokolenia ’93, to starcia z teoretycznie silniejszymi przeciwniczkami warto odłożyć sobie na fazę pucharową. Czy jednak przygotowania do podboju południowej półkuli rzeczywiście upłyną nam pod znakiem błogiego spokoju? I co równie istotne: jak mogą wyglądać realia szwedzkiej piłki reprezentacyjnej już po mistrzostwach świata 2023, na których przecież historia futbolu się nie kończy?

Zacznijmy może chronologicznie, czyli od odpowiedzi na pierwsze z pytań. Tym bardziej, że jest ona w miarę oczywista, bo pewne zasady z powodzeniem obowiązują nie tylko w sporcie, ale w zasadzie w każdej dziedzinie życia. A jedna z nich mówi jasno, że stojąc w miejscu tak naprawdę się cofamy. I nie mamy chyba najmniejszych wątpliwości co do tego, że sprawę zdaje sobie z tego także sztab reprezentacji Szwecji. Dlatego właśnie już najbliższą potyczkę z Finlandią należy potraktować jako pierwszy etap mundialowej selekcji, bo na celebrowanie zwycięskich eliminacji nie ma w tej chwili ani czasu, ani przestrzeni. Przed Peterem Gerhardssonem oraz jego najbliższymi współpracownikami jest za to niesamowicie ważny czas, w którym to trzeba będzie znaleźć poprawne rozwiązanie przynajmniej kilku równań z wieloma niewiadomymi. A ewentualny błąd w obliczeniach może okazać się niezwykle kosztowny, bo choć zwieńczenie wielu pięknych karier jednym nieudanym turniejem w żadnym wypadku nie przekreśliłoby wcześniejszych sukcesów, to jednak nieprzypadkowo w futbolu od zawsze obowiązuje niepisana zasada, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. Na własnej skórze przekonało się o tym już wiele gwiazd światowych boisk i bardzo nie chcielibyśmy, aby za rok do tej listy dopisanych zostało kilka szwedzkich nazwisk.

Problemem numer jeden, najbardziej zresztą rozgrzewającym w tej chwili opinię publiczną, jest niewątpliwie temat obsady bramki. W temacie dalszej przydatności Hedvig Lindahl do kadry wypowiedzieli się już chyba prawie wszyscy znawcy tematu i przynajmniej tysiąc osób niekoniecznie mających cokolwiek ciekawego do powiedzenia. Ale wiadomo, jak coś znajduje się w karcie na czasie, to stanowisko zająć trzeba, takie to już realia pięknych lat dwudziestych. Najciekawsze było jednak to, co w tej kwestii myśli sama zainteresowana, która pomimo ogromnego rozgoryczenia swoją postawą na EURO postawiła sprawę jasno: o żadnym ogłaszaniu oficjalnego końca reprezentacyjnej kariery nie może być mowy. Lindahl nie wykluczyła, że mecz z Anglią rzeczywiście może okazać się ostatnim podczas trwającej niemal dwadzieścia lat przygody z kadrą, ale zastrzegła, że w takiej sytuacji będzie to decyzja selekcjonera. A jeśli ten ostatni uzna, że doświadczona golkiperka wciąż ma drużynie coś do zaoferowania, to ona będzie gotowa na każde wezwanie i bez względu na rolę, która jej w zespole przypadnie. Inna sprawa, że konkurencja dla 39-latki z Katrineholm solidnie prezentuje się póki co jedynie na papierze. Jennifer Falk, po dwóch kapitalnych sezonach, zaliczyła na boiskach Damallsvenskan mało udaną wiosnę, a uznawana nie bez przyczyny za olbrzymi talent Emma Holmgren przez ostatni rok poważną piłkę oglądała najczęściej z perspektywy ławki (rzadziej), trybun (częściej) lub sofy (najczęściej). A ponieważ na tę chwilę nie ma tematu powrotu do kadry Stephanie Öhrström, a kandydatury Cajsy Andersson nie bierze chyba pod uwagę sam selekcjoner, to pozostaje nam spoglądanie z nadzieją w kierunku Londynu. Nie możemy jednak zapominać, że Zecira Musovic ma w klubie naprawdę poważną konkurencję i na regularne występy w barwach mistrzyń Anglii będzie musiała mocno zapracować.

Kariery nie zamierza kończyć nie tylko Lindahl, gdyż na ostateczną deklarację póki co nie zdecydowała się żadna z naszych doświadczonych piłkarek. Z jednej strony jest to dla selekcjonera spory komfort, ponieważ prosta matematyka podpowiada, że zawsze lepiej dokonywać selekcji z możliwie największej puli zawodniczek. Otwartym pozostaje jednak pytanie, jak postąpi Gerhardsson, jeśli wiosną i latem 2023 dotychczasowe liderki kadry znajdą się akurat w słabszej formie. Czy po sześciu latach naprawdę udanej kadencji będzie go stać na gwałtowny zwrot w przededniu imprezy, która może spuentować jego trenerską karierę? Nie podejrzewamy oczywiście o to, że ktokolwiek w szwedzkim sztabie miałby kierować się sentymentami, ale tak czysto po ludzku wiemy, że niełatwo jest odstrzelić kogoś, z kim dopiero co wspólnie osiągało się naprawdę wielkie sukcesy. Chcielibyśmy rzecz jasna, aby tak dramatyczne wybory okazały się problemem wyłącznie teoretycznym, ale nie możemy wykluczyć sytuacji, w której najtrudniejszym zadaniem dla Gerhardssona przed Australią będzie odpowiednie zbilansowanie kadry. Bo niby kandydatki do zastąpienia starszych koleżanek wcale nie szturmują szaleńczo reprezentacyjnych bram, ale jednak ostatnie tygodnie pokazały nam jasno, że w najsilniejszych piłkarsko krajach zawodniczki urodzone w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, a także na przełomie wieków, stanowią przynajmniej kilkadziesiąt procent wartości wyjściowej jedenastki i proporcje te będą z każdym kolejnym krokiem tylko rosły. U nas natomiast wydają się one do tego stopnia zaburzone, że za młode talenty cały czas uważamy naprawdę solidną ekipę z rocznika -97. I tak, Blomqvist, Angeldal, Björn czy Zigiotti to niewątpliwie piłkarki, którym nie sposób odmówić sportowej klasy, ale nie możemy zapominać, że wszystkie one za rok będą miały już 26 lat. Dotychczasowe wybory Gerharssona nie biorą się jednak wyłącznie z przyzwyczajenia do znajomych twarzy czy też niechęci do młodzieży, głównym problemem jest tu bowiem jakość potencjalnych następczyń. Nie ma bowiem ani trochę przypadku w tym, że przez ostatnie lata szwedzkie młodzieżówki męczyły się okrutnie z rywalkami pokroju Bośni, Grecji, czy Słowenii i dopiero zespół z rocznika -03 potrafił wygrać trzy kolejne mecze z poważnymi przeciwniczkami. Czas pokaże, czy był to tylko jednorazowy wystrzał, czy zapowiedź odwrócenia fatalnego trendu, ale bez względu na to już teraz trzeba zacząć nie tylko myśleć o sztafecie pokoleń, co po prostu ją rozpocząć. I dobrze byłoby, gdyby proces ten uruchomić już przed przyszłorocznym mundialem, gdyż zamrożenie kadry na dwanaście kolejnych miesięcy na pewno okazałoby się fatalne w skutkach. Podobne historie przeżywaliśmy już dwukrotnie i czas pokazać, że potrafimy uczyć się na własnych błędach. Choć trzeba uczciwie zaznaczyć, że zadanie przed Gerhardssonem wydaje się być zdecydowanie trudniejsze od tego, które miały do wykonania jego dwie słynne poprzedniczki, przede wszystkim ze względu na silną jak nigdy konkurencję międzynarodową, która zresztą ani myśli się zatrzymywać i na nas czekać.

Wybór drużyny na australijsko-nowozelandzki mundial, a także kształt wspomnianej wymiany kadrowej, mogą okazać się na koniec nie mniej ciekawe niż same występy szwedzkich piłkarek na boisku. Selekcjonerowi powinniśmy zatem życzyć przede wszystkim tego, aby nie bał się podjąć ryzyka, a gdy już to zrobi, to pozostanie nam zaufać jego wyborom i mocno ściskać kciuki za to, aby okazały się one skuteczne. W przeciwnym bowiem razie, gdzieś w okolicach mundialu 2027 (zakładając, że w ogóle się na niego zakwalifikujemy) dopiero poznamy co to znaczy przystępować do meczu w roli wyraźnego underdoga. I nie jest to absolutnie żadna klątwa, a realna i pozbawiona niepotrzebnych emocji ocena potencjału. Czasy, w których w futbol bawiły się trzy kraje na świecie, bezpowrotnie odeszły bowiem do przeszłości (i całe szczęście!), a utrzymanie się w szerokiej czołówce będzie z każdym kolejnym cyklem zadaniem coraz bardziej wymagającym. I jeśli za pięć lat marzy nam się siedzenie przy najważniejszym, piłkarskim stole, to właśnie nadszedł czas, w którym współodpowiedzialność za losy kadry powinny zacząć brać na siebie zawodniczki młodsze od koleżanek z rocznika -93. Głęboko wierzymy zatem, że etap najbardziej intensywnego rozwoju wciąż mają przed sobą 24-letnie dziś Amanda Nildén oraz Josefine Rybrink, które mogą stanowić alternatywę dla coraz bardziej wiekowej formacji defensywnej. Że sztokholmska szkoła talentów to nie tylko mit na kształt potwora z Loch Ness, a realne zjawisko, którego twarzą będzie między innymi Matilda Vinberg. Że zbierająca w ostatnich miesiącach kapitalne recenzje Anna Sandberg nie ugrzęźnie na ławce w Hisingen i wciąż będzie zachwycać nas swoją dynamiką i ambicją na boiskach Damallsvenskan. Że z problemami zdrowotnymi uporają się Rosa Kafaji i Hanna Lundkvist, a gdy już wrócą do regularnej gry, to nie pozostawią selekcjonerowi jakiegokolwiek wyboru w kwestii powołań. Że siostry Pelgander rzeczywiście okażą się objawieniem na taką skalę, jak obiecują to w Örebro, a Lisa Björk udowodni, że koniec złotej ery Umeå wcale nie musi równać się zmierzchowi futbolu w Västerbotten. I wreszcie: że Hanna Bennison zagra w końcu w kadrze turniej na miarę talentu, którym niewątpliwie dysponuje, gdyż oczekiwanie na jej wystrzał coraz bardziej zaczyna nam przypominać sagę sprzed sześciu lat ze Stiną Blackstenius w roli głównej. Wiem, wyliczanka niby długa, ale gdy porównamy to z zasobami i rezerwami Anglików, Francuzów, czy Hiszpanów, to nie wygląda to przesadnie imponująco. Co więcej, w perspektywie dekady zdecydowanie mocniejszymi kartami dysponują chociażby Holendrzy, a nawet Włosi i Brazylijczycy (pod warunkiem, że wystarczy im cierpliwości, co akurat w ich przypadku niekoniecznie bywa regułą). Futbol jest jednak o tyle piękny, że nie zawsze zwycięża w nim pojemność stadionu narodowego, czy zasobność portfela prezesów krajowej federacji. I choć ostatnie miesiące przyniosły nam wszechobecną fetyszyzację liczb, to niezmiennym wciąż pozostaje fakt, że tych najważniejszych cyferek cały czas musimy szukać w rubryce oznaczającej ilość strzelonych goli. Musimy zatem wierzyć, że te ostatnie w dalszym ciągu będą po naszej stronie, a piękne wspomnienia z EURO ’13, MŚ ’19, czy IO ’21 nie okażą się dla nas ostatnimi przed dłuższą przerwą od sukcesów. Musimy mieć świadomość, że w kolejnych latach o powtórki z tych turniejów może być coraz trudniej, ale czasami naprawdę warto oprzeć się na wierze, nadziei i … rozsądku. A jeśli nam ich nie zabraknie, to ten nowy, piłkarski ład wcale nie musi okazać się aż tak straszny. Choć na koniec warto powiedzieć sobie jedno: łatwo z całą pewnością nie będzie, łatwo to już było!

Rozliczenie z Anglią

kosse

Kosovare Asllani była na EURO 2022 liderką szwedzkiej kadry (Fot. Getty Images)

Podróżowanie tego lata bywa często wyzwaniem pełnym niespodzianek, ale trzymając się tej terminologii trzeba powiedzieć, że akurat nasza wyprawa na angielskie boiska skrajnych emocji zdecydowanie nam oszczędziła. I w przeciwieństwie do sytuacji na większości brytyjskich lotnisk, u nas wszystko od początku do końca przebiegało zgodnie z harmonogramem. Pokonaliśmy tych, których mieliśmy pokonać, przegraliśmy z tymi, z którymi mieliśmy przegrać i nawet zremisowaliśmy wtedy, gdy logika podpowiadała remis jako najbardziej logiczny scenariusz. Mało tego, strzelaliśmy mniej więcej tyle i dokładnie tak, jak strzelać mieliśmy i jedynie traciliśmy nieco więcej i inaczej niż było to oczekiwane. To wszystko złożyło się ostatecznie na awans do najlepszej czwórki, ale finał okazał się ostatecznie celem absolutnie nieosiągalnym. W ujęciu statystycznym zamykamy jednak EURO 2022 na trzecim miejscu i nie da się nie zauważyć, że za kadencji Petera Gerhardssona wciąż nie wypadamy na wielkich turniejach ze strefy medalowej. Choć rzecz jasna tym razem mówimy o medalach wyłącznie wirtualnych, ponieważ tradycję rozgrywania meczów o trzecie miejsce UEFA porzuciła już trzydzieści lat temu. A szkoda i naprawdę miło byłoby do niej wrócić.

Każdy wielki turniej w szwedzkim wydaniu podsumowujemy zawsze indywidualnymi ocenami dla naszych zawodniczek. A ponieważ tradycję trzeba szanować, nie inaczej będzie i dziś, choć recenzowanie występu reprezentantek Szwecji na EURO 2022 nie będzie zadaniem aż tak przyjemnym jak analiza francuskiego mundialu lub japońskich Igrzysk. Na angielskich boiskach nie brakowało jednak także miłych chwil, a jedna z naszych piłkarek jak najbardziej może pretendować do miejsca w najlepszej jedenastce turnieju. Bez zbędnego przedłużania przechodzimy zatem do części właściwej, przypominając, że w tym przypadku używamy tradycyjnej skali 1-5.

Hedvig Lindahl – 2. Nie ma co się oszukiwać – to zdecydowanie nie był udany turniej w wykonaniu 39-letniej bramkarki. Nie będziemy już wracać do pojedynczych obrazków z meczów przeciwko Anglii czy Szwajcarii, ale nie ma wątpliwości, że tym razem golkiperka nie stanowiła mocnego punktu szwedzkiej kadry. I jest to cokolwiek delikatne potraktowanie tematu. Samokrytyczna w ocenie swojej postawy była zresztą sama zainteresowana, która jednak jasno podkreśliła, że kariery reprezentacyjnej z własnej woli kończyć nie zamierza. I bardzo dobrze, bo rekord Elisabeth Leidinge wciąż czeka na pobicie, ale aby tak się stało, to za rok potrzebujemy Lindahl w zdecydowanie lepszej dyspozycji.

Hanna Glas – 1.5. Jedna z głównych bohaterek tokijskich Igrzysk i jednocześnie jedna z tych, które na EURO 2022 najbardziej nie spełniły pokładanych oczekiwań. Choć trzeba uczciwie przyznać, że w Anglii wszystko sprzysięgło się przeciwko niej. Gra na trzech różnych pozycjach, a po drodze jeszcze do tego infekcja wirusowa zadania jej na pewno nie ułatwiały. Oceniać musimy jednak to, co widzieliśmy na boisku, a tam nie było dobrze ani w defensywie, ani w ofensywie (za wyjątkiem pierwszych 45 minut przeciwko Holandii). Cała nadzieja w tym, że po słabej wiośnie i mało imponującym lecie nadejdzie zdecydowanie lepsza jesień, bo mówimy przecież o zawodniczce, która w piłkę grać naprawdę potrafi.

Amanda Ilestedt – 2.5. Ona akurat przystępowała do EURO po naprawdę udanym sezonie ligowym we Francji i nie ma co ukrywać, że widzieliśmy w niej jeden z pewniejszych punktów szwedzkiej defensywy. Zaczęło się jednak nerwowo, bo od niezwykle elektrycznego występu przeciwko Holandii. Później było już zdecydowanie bardziej spokojnie, a starcie z Portugalią zakończyłaby nawet z golem na koncie, gdyby futbolówki nie zdjęła jej z głowy Carole Costa. O ile dyspozycja ta okazała się w pełni wystarczająca na fazę grupową i ćwierćfinał z Belgią, o tyle powstrzymanie rozpędzonych Angielek okazało się już zadaniem ponad siły.

Magdalena Eriksson – 2.5. Druga z naszych podstawowych stoperek zagrała na angielskich boiskach … lustrzane odbicie tego, co zaprezentowała Ilestedt. Kapitanka Chelsea pokazała się ze świetnej strony przeciwko Holandii, kiedy to dwiema spektakularnymi interwencjami w zasadzie uratowała nam jeden punkt. Im dalej w turniej, tym było już jednak gorzej … najpierw sprokurowany prawie-karny przeciwko Szwajcarii, następnie fatalne podanie do Bachmann (na szczęście bez konsekwencji) i tak już do końca EURO Eriksson dbała o to, aby szwedzkim fanom serce od czasu do czasu zabiło nieco mocniej i to bynajmniej nie z radości.

Jonna Andersson – 3. Długo czekała na swój turniej z reprezentacją i być może właśnie się go doczekała, choć z wiadomych względów pozostało to trochę niezauważone. To jej gol otworzył wynik przeciwko Holandii, choć tę bramkę niewątpliwie zrobiła jej Asllani i wręcz nie wypadało tego skutecznie nie wykończyć. Nowa defensorka Hammarby udanie zaprezentowała się także przeciwko Portugalii, a i w półfinale z Anglią wniosła na lewą flankę nieco ożywienia. A to wszystko mimo tego, że i jej nie ominęły na EURO problemy mięśniowo-wirusowe. Bez wątpienia jedna z zawodniczek, które nie mogą mieć sobie wiele do zarzucenia.

Linda Sembrant – 2.5. Doświadczona stoperka stoczyła dramatyczny wyścig z czasem, który ostatecznie udało się jej wygrać, dzięki czemu w ogóle załapała się do kadry na EURO. Sam turniej zaczęła na ławce, ale ze względu na kłopoty zdrowotne koleżanek wskoczyła do jedenastki na mecz z Belgią i … w doliczonym czasie gry swoim golem przepchnęła nas do półfinału, kontynuując w ten sposób tradycję strzelania na wielkich turniejach. Przeciwko Anglii również dobrze weszła w mecz i przez dwa kwadranse imponowała spokojem i skutecznością odbiorów. Później, co zresztą doskonale pamiętamy, nie było już jednak tak spektakularnie.

Amanda Nildén – 3. Jedna z dwóch turniejowych debiutantek w kadrze w Anglii miała w ogóle nie zagrać. Jej szansą okazały się jednak … zakażenia koronawirusem, które przed ćwierćfinałem mocno zdziesiątkowały szwedzki blok defensywny. Piłkarka Juventusu otrzymała więc kredyt zaufania w starciu z Belgią i jak najbardziej spłaciła go w całości, choć momentami dało się zauważyć brak automatyzmu na przykład w jej współpracy z Rolfö. Ogólnie jednak występ, choć krótki, to zdecydowanie na plus.

Nathalie Björn – 2.5. Występ trochę jak z historii o doktorze Jekyll i panu Hyde. Przeciwko Belgii zagrała piękny koncert, przez dziewięćdziesiąt minut będąc najlepszą Szwedką na boisku. W starciu z Anglią było za to … dokładnie odwrotnie i tylko dzięki uprzejmości szwajcarskiego gwizdka w ogóle udało jej się dokończyć ten mecz. Doskonale wiemy jednak, jak wielki drzemie w niej potencjał i jeśli tylko zdrowie pozwoli jej na regularne występy w klubie, to za rok może być jedną z absolutnych liderek kadry na mundialu. A mówimy o piłkarce niesamowicie wszechstronnej, którą bez jakiejkolwiek przesady możemy nazywać szwedzką wersją Leah Williamson.

Filippa Angeldal – 3. Tak trochę po cichu stała się w obecnym roku kalendarzowym liderką kadry zarówno w klasyfikacji strzelczyń, jak i asystentek. Podczas EURO niewiele się w tym względzie zmieniło, choć sama zainteresowana konkretne liczby dorzuciła do swojego dorobku jedynie w meczu z Portugalią. Właśnie wtedy dwukrotnie sfinalizowała w swoim stylu dobrze wykonane stałe fragmenty, pieczętując tym samym zwycięstwo w grupie C. W pozostałych starciach starała się być aktywna, często pokazywała się koleżankom do gry, nie unikała podejmowania trudnych decyzji, ale zazwyczaj do pełni szczęścia czegoś jej brakowało. I to najlepiej chyba podsumowuje jej angielski występ: było nieźle, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że mogło być jeszcze lepiej.

Caroline Seger – 2. Kolejna z doświadczonych piłkarek, dla których EURO 2022 będzie turniejem absolutnie do zapomnienia. I to nie tylko ze względu na kontuzję stopy, która wykluczyła ją z udziału w dwóch meczach. Kiedy jednak szansę już dostawała, to ani trochę nie przypominała piłkarki, która szczególnie na początku rundy wiosennej tak bardzo imponowała nam na ligowych boiskach. Pełnej katastrofy, szczególnie w kontekście zadań bardziej defensywnych, oczywiście nie było, ale czy od kapitanki kadry i potencjalnej liderki drugiej linii nie powinniśmy oczekiwać zdecydowanie więcej? Oczywiście, że tak.

Hanna Bennison – 2.5. Jedyna zawodniczka U-21 w szwedzkiej kadrze zapamięta EURO 2022 choćby dlatego, że w rywalizacji ze Szwajcarią udało jej się otworzyć swój reprezentacyjny, strzelecki dorobek. Uderzenie z dystansu w rywalizacji z Helwetkami było oczywiście najwyższej próby, ale gdy próbujemy sobie przypomnieć inne jej udane zagrania, to musimy szukać naprawdę głęboko. Talent nieprzeciętny, ale dla kadry wciąż nieodkryty i oby cokolwiek zmienił w tej kwestii przyszłoroczny mundial. Ale do tego niezbędne mogą okazać się regularne występy w klubie.

Kosovare Asllani – 3.5. Liderka. O tym, jak wiele znaczy dla kadry Gerhardssona, napisano już chyba wszystko. I nie ma w tym przypadku, gdyż podczas kadencji obecnego selekcjonera nie przytrafił się jej jeszcze słabszy turniej. Możemy żałować jedynie tego, że nie zdążyła się w pełni zregenerować na półfinał z Anglią, choć pewnym pocieszeniem pozostaje fakt, że nawet z w pełni zdrową Asllani trudno byłoby się skutecznie przeciwstawić gospodyniom. A my zastanawiamy się, czy w Mediolanie znajdzie się ktoś, kto będzie potrafił wykorzystać jej umiejętności tak dobrze, jak robi to szwedzki selekcjoner.

Fridolina Rolfö – 2.5. Chyba najwięcej krytykowana tego lata szwedzka piłkarka. Jeśli jednak zdobywa się w wielkim stylu Diamentową Piłkę, to trzeba liczyć się z tym, że oczekiwania kibiców będą większe niż kiedykolwiek wcześniej. A Rolfö swoimi występami na przestrzeni ostatnich miesięcy jak najbardziej dawała podstawy, aby od jej gry naprawdę wiele wymagać. Na samym EURO zawodniczka Barcelony rozegrała jeden naprawdę dobry mecz (przeciwko Szwajcarii), jeden słabszy (Portugalia) i trzy całkowicie bezbarwne. Z pewnością nie składa się to na opis największego rozczarowania całej imprezy, ale jednak liderki w jej osobie także trudno było się doszukać.

Johanna Kaneryd – 2.5. Zaczęła turniej na ławce, a gdy już się z niej podniosła, to zaprezentowała nam to, co doskonale potrafi. I gdy przeciwniczki zostawiały jej miejsce na rozwinięcie skrzydeł, to mieliśmy szansę obejrzeć najlepszą wersję pomocniczki Häcken. Problem jednak w tym, że faza pucharowa EURO to nie Damallsvenskan, a różnicę między tymi dwoma poziomami piłkarskiego wtajemniczenia najdobitniej pokazał nam właśnie przykład Kaneryd. I chyba powinniśmy cieszyć się z faktu, iż sama zainteresowana jak najszybciej chciałaby spróbować sił w mocniejszej lidze, gdyż kadrze taka zmiana wyszłaby tylko na dobre.

Lina Hurtig – 2.5. Gdy napastniczka kończy turniej bez jakichkolwiek liczb, to trudno mówić w takiej sytuacji o sukcesie. Przypadek zawodniczki Juventusu jest jednak o tyle niejednoznaczny, że po pierwsze w kilku sytuacjach zabrakło jej wyłącznie boiskowego szczęścia (choć ktoś może nie bez racji zauważyć, że również i umiejętności), a po drugie w wejściu na wyższy poziom ewidentnie nie pomagały jej decyzje sztabu szkoleniowego oraz boiskowe wybory koleżanek. Dodajmy, że nie zawsze w pełni zrozumiałe. Ambicja i determinacja były oczywiście na stałym, wysokim poziomie, ale koniec końców nie udało jej się w sposób wyraźny zaznaczyć swojej obecności na turnieju, a z tego przede wszystkim musimy rozliczać piłkarki formacji ofensywnej.

Stina Blackstenius – 3. Zawodniczka Arsenalu z całą pewnością nie zostanie po ostatnich doświadczeniach miłośniczką wideoanaliz VAR. Bo gdyby nie one, to ten naprawdę udany dla siebie turniej kończyłaby z przynajmniej trzema trafieniami na koncie. Tak się ostatecznie nie dzieje, ale – niejako na pocieszenie – jej strzał z meczu z Portugalią był jedną z największych ozdób angielskiej imprezy. Na plus musimy oczywiście podkreślić także zespołowość i świetne wywiązywanie się z powierzonych jej boiskowych zadań, nie zawsze oczywistych w przypadku piłkarek występujących na pozycji numer dziewięć. Na delikatny minus: skuteczność w meczu przeciwko Szwajcarii, przez co zdecydowanie zbyt długo i całkowicie niepotrzebnie było na Bramall Lane nerwowo.

Rebecka Blomqvist, Sofia Jakobsson, Elin Rubensson, Olivia Schough – bez oceny. Grały zbyt krótko.

Jennifer Falk, Emma Kullberg, Zecira Musovic – nie grały.

Średnia ocena (2.56) niewiele różni się od noty wyjściowej, co jak najbardziej potwierdza tezę, że EURO 2022 było w wykonaniu naszych piłkarek występem przeciętnym. Złośliwi powiedzieliby oczywiście w tym momencie, że znów wynik lepszy niż gra, ale być może ochłodzi to kilka rozgrzanych głów, które chciałyby zawsze i wszędzie oglądać kadrę w wersji Japonia 2021. A skoro wracamy już pamięcią do tamtych miłych chwil, to na koniec zobaczmy, jak w ujęciu wystawianych na bieżąco po turnieju not tegoroczny turniej wypada na tle pozostałych wielkich imprez na przestrzeni minionej dekady:


EURO 2013 – średnia ocen 2.90

Najlepsze indywidualnie: Lotta Schelin (4.0), Nilla Fischer (3.5), Marie Hammarström (3.5)


MŚ 2015 – średnia ocen 2.33

Najlepsze indywidualnie: Hedvig Lindahl (3.5), Sofia Jakobsson (3.0), Caroline Seger (2.5)


IO 2016 – średnia ocen 2.53

Najlepsze indywidualnie: Hedvig Lindahl (3.5), Fridolina Rolfö (3.0), Lotta Schelin (3.0)


EURO 2017 – średnia ocen 2.40

Najlepsze indywidualnie: Linda Sembrant (3.0), Kosovare Asllani (3.0), Stina Blackstenius (3.0)


MŚ 2019 – średnia ocen 2.94

Najlepsze indywidualnie: Kosovare Asllani (4.0), Nilla Fischer (4.0), Sofia Jakobsson (3.5)


IO 2021 – średnia ocen 3.10

Najlepsze indywidualnie: Fridolina Rolfö (4.5), Hanna Glas (3.5), Caroline Seger (3.5)


EURO 2022 – średnia ocen 2.56

Najlepsze indywidualnie: Kosovare Asllani (3.5), Stina Blackstenius (3.0), Jonna Andersson (3.0)

The Chester Report (X)

england_v_sweden_semi_final_-_uefa_women_s_euro_2022

Półfinał okazał się dla szwedzkich piłkarek przeszkodą nie do przeskoczenia (Fot. Getty Images)

The end of the road! Każda historia musi mieć swoje zakończenie, a dla nas podczas EURO 2022 ostatnią stacją okazało się Bramall Lane w Sheffield. Czy jest nam żal? Cóż, gdy dochodzi się do półfinału, to zawsze gdzieś w środku tli się nadzieja na to, że jakimś cudem uda się przejść jeszcze jedną przeszkodę, a ewentualna porażka nigdy nie jest miłym doświadczeniem. Dzisiejsze emocje jednak bardzo różnią się od tych, które towarzyszyły nam na przykład po starciu z Holandią na francuskim mundialu, czy niezapomnianej, epickiej batalii z Niemkami na Gamla Ullevi. Wtedy mieliśmy do czynienia z ogromną złością i wszechobecnym poczuciem straconej szansy, teraz natomiast możemy jedynie pogratulować podopiecznym trenerki Wiegman w pełni zasłużonego zwycięstwa i życzyć im powodzenia na Wembley. Bo co do tego, że dziś w Sheffield wygrała drużyna lepsza, nikt nie ma chyba jakichkolwiek wątpliwości.

Powiedzmy sobie szczerze: ten awans ani przez moment nie był blisko. Tak, przez pierwsze dwa kwadranse mogliśmy być z postawy naszych piłkarek umiarkowanie zadowoleni, ale jednak trzydzieści minut względnie dobrej gry to zdecydowanie zbyt mało, aby marzyć o finale EURO. To znaczy, jeden raz w historii potrafiliśmy w chyba jeszcze gorszym stylu doczłapać do meczu o złoto, ale taki fart zdarza się prawdopodobnie raz na kilkadziesiąt lat. A Angielki ani myślały brać przykładu z Brazylii 2016, która grając przed własną publicznością nie potrafiła zamienić na gola żadnej z kilkunastu stworzonych przez siebie szans. Co więcej, tym razem gospodynie wykorzystały już pierwszą wykreowaną setkę i był to właściwie koniec emocji na Bramall Lane. Bo możemy oszukiwać się, że decydujący wpływ na losy meczu miała fenomenalna interwencja Earps po strzale Blackstenius, ale tak naprawdę ten finał odjechał nam znacznie wcześniej i nawet kontaktowa bramka najpewniej niewiele by nam wówczas pomogła. Naszą jedyną szansą była próba doprowadzenia do powtórki z Nicei, kiedy to w meczu o brąz mistrzostw świata dwukrotnie zaskoczyliśmy Angielki w początkowej fazie meczu, a następnie długimi minutami w heroiczny sposób broniliśmy wypracowanej wcześniej przewagi. Teraz jednak nie udało się ani dołożyć nic z przodu (choć okazje ku temu miały w komplecie Jakobsson, Blackstenius i Rolfö), ani tym bardziej postawić szczelnej tamy z tyłu. Kolejny mało spektakularny występ między słupkami szwedzkiej bramki zanotowała Hedvig Lindahl (dwa puszczone gole spokojnie idą na jej konto), bohaterka ćwierćfinału z Belgią Nathalie Björn wyróżniła się przede wszystkim tym, że spokojnie mogła opuścić murawę przedwcześnie z czerwoną kartką na koncie, a Hanna Glas (wystawiona nota bene na lewym boku defensywy!) potwierdziła, że wiosenna obniżka formy nie była w jej przypadku chwilowa. W tej sytuacji niewiele zdziałać mogła nawet liderka szwedzkiego bloku obronnego w osobie Magdaleny Eriksson, choć gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że kapitanka Chelsea również nie ma za sobą udanego turnieju.

Sporo słusznej krytyki zbierze za dzisiejszy mecz także sam selekcjoner, który swoimi nie zawsze zrozumiałymi decyzjami bynajmniej nie wprowadzał tak bardzo potrzebnego nam tego wieczora spokoju. O ile delegowanie do wyjściowej jedenastki Sofii Jakobsson oraz przestawienie Glas na lewą flankę możemy nazwać suwerennymi decyzjami szkoleniowca, o tyle roszady przeprowadzane już w trakcie meczu wzbudzały coraz większą konsternację. Bo skoro decydujemy się na dwie zmiany w 50. minucie, to czy nie lepiej byłoby przeprowadzić je w przerwie, kiedy i tak goniliśmy wynik? A skoro mamy już ten wynik gonić (albo chociaż próbować), to czy aby na pewno najlepszą do tego opcją jest wprowadzenie rekonwalescentki Seger w miejsce Angeldal? Poza tym, jeżeli mniej więcej w tym samym czasie zapadła decyzja o pojawieniu się na murawie Jonny Andersson, to czy zamiast marnować dwa okienka, nie warto było poczekać te dwie minuty i przeprowadzić potrójną zmianę? A jeśli nowa zawodniczka Hammarby była gotowa do gry w stosunkowo dużym wymiarze czasowym, to skąd w ogóle pomysł z całkowicie nową rolą dla Glas? Dlaczego do ostatniego gwizdka na murawie pozostawała mająca już żółtą kartkę i ostrzeżenie Björn i wreszcie czemu ani minuty nie przebywały na boisku wspólnie Hurtig i Blackstenius, w ustawieniu na dwie grające w linii napastniczki? Bo jeśli rzeczywiście było nam wszystko jedno ile stracimy i chodziło wyłącznie o poszukanie kontaktowego gola, to aż prosiło się o taki manewr. Oczywiście, odpowiedzi na wiele z tych pytań nigdy nie usłyszymy, ale byłoby dobrze gdyby szwedzki sztab wielokrotnie przeanalizował dzisiejszy mecz także pod kątem swojej postawy. Bo czasu na wyciągnięcie wniosków jest niby sporo (konkretnie dwanaście miesięcy), ale okazji na przetestowanie ewentualnych poprawek już wcale aż tak wiele nie będzie. A główny cel wciąż pozostaje przecież niezmienny.

W nocy z wtorku na środę oficjalnie żegnamy się z angielskim EURO. Po powrocie do domu pozostanie już tylko dokonać standardowego rozliczenia z wielkim turniejem (stali czytelnicy zapewne doskonale znają tę rubrykę) i zbierać siły na niesamowicie intensywną, ligową jesień. Wszystkim, którzy zaglądali tu przez ostatnie trzy tygodnie gorąco dziękuję i po raz ostatni odmeldowuję się z gościnnego Yorkshire (jak odwiedzicie kiedyś Wielką Brytanię, to naprawdę warto zahaczyć o ten mocno niedoceniany region). Mam przy tym nadzieję, że następnym razem słyszymy się w nieco bardziej przyjemnych okolicznościach. Sympatykom reprezentacji Anglii, Niemiec i Francji życzę wielu emocji podczas dwóch ostatnich meczów turnieju, które – trzymam za to mocno kciuki – nie zawiodą waszych oczekiwań. Ale żeby nie kończyć w minorowych nastrojach: nowy, już oficjalny rekord dni bez porażki w oficjalnym meczu reprezentacji Szwecji wynosi od dziś 872. Taki bowiem dystans dzieli od siebie 6. marca 2020 i 26. lipca 2022, choć z wielu względów mamy wrażenie, że daty te są częścią dwóch różnych epok. Najważniejsze niech będzie jednak w tym wszystkim to, że już od jutra wspomniany licznik zacznie bić od nowa i niech robi to jak najdłużej. Trzymajcie się!

The Chester Report (IX)

swefans

Przekaz jest jasny i prosty – widzimy się na Wembley (Fot. Soft Hooligans)

Jak nie rekordowe w historii Wielkiej Brytanii upały, to strajk pracowników kolei. Tak się składa, że podczas wielkich, piłkarskich turniejów zawsze towarzyszą nam dodatkowe, pozasportowe atrakcje. Tym razem nam akurat udało się wylosować na tej ekonomiczno-politycznej loterii nieco bardziej szczęśliwy los, gdyż ze zdecydowanie większymi problemami natury logistycznej będą musieli zmierzyć się podążający na środowy półfinał w Milton Keynes sympatycy reprezentacji Francji i Niemiec. Jutro na Bramall Lane w Sheffield powinni raczej dotrzeć wszyscy zainteresowani, tym bardziej, że w przeważającej większości szwedzka grupa wsparcia i tak zainstalowała się w regionie Yorkshire, który na kilka lipcowych tygodni stał się dla nas domem z dala od domu. Czy jak mawiają to w kraju naszych najbliższych rywalek: home away from home. Inna sprawa, że nawet mocno naładowani energią niebiesko-żółci fani będą stanowić jutro na trybunach zdecydowaną mniejszość. Jak bardzo wyraźną? Początkowo przysługiwało nam na ten mecz równo tysiąc biletów, ale pula ta okazała się zdecydowanie zbyt skromna w stosunku do zainteresowania. Chęć pomocy w mediacjach błyskawicznie wyraziła jednak szwedzka ambasada w Zjednoczonym Królestwie i ostatecznie stanęło na kompromisowej liczbie 1250. Całkowitego rozkładu sił w znaczący sposób to oczywiście nie zmienia, ale z drugiej strony możemy być pewni, że nawet w starciu z rozpędzonymi do granic gospodyniami, szwedzki doping będzie momentami słyszalny. A jeśli na murawie będzie działo się dobrze, to momentów tych może być nawet całkiem sporo.

A jakie tematy dominują w szwedzkim obozie w przededniu chyba najważniejszego (no, albo jednego z dwóch najważniejszych) meczu roku 2022? Po pierwsze – medycyna. Wiemy, że pozytywny wynik testu na koronawirusa uzyskała przebywająca obecnie w izolacji Jonna Andersson. Występująca do niedawna w barwach londyńskiej Chelsea defensorka nie jest jednak jedyną piłkarką, która od meczu z Belgią nie uczestniczyła w choćby jednym treningu kadry. W identycznej sytuacji znajduje się bowiem Olivia Schough, choć na oficjalny komunikat medyczny w sprawie skrzydłowej Rosengård trudno póki co liczyć. Z zespołem od pewnego czasu trenuje za to jej klubowa koleżanka Caroline Seger, która – jeśli wierzyć zapowiedziom lekarza – gotowa do gry była już na Belgię. W ćwierćfinałowej potyczce nasza kapitanka na placu gry się jednak nie pojawiła, a fakt, że podczas poniedziałkowej jednostki Seger spędziła sporo czasu na zajęciach indywidualnych, również trudno uznać za jakkolwiek optymistyczny. Nazwisko pomocniczki ze Skanii z pewnością znajdzie się jednak w jutrzejszym protokole meczowym i z pewnych informacji to by było na tyle. Przejdźmy jednak do pozytywów, a największym z nich zdecydowanie okazał się powrót do życia Kosovare Asllani. Najlepsza szwedzka piłkarka na EURO jak zniknęła nam z radarów tuż po ostatnim gwizdku meczu z Belgią, tak pojawiła się dopiero dziś. I to w całkiem efektownym stylu, bo zarówno na treningu, jak i podczas konferencji prasowej. Na tej ostatniej w temacie wyczerpania organizmu wypowiadała się jednak bardzo oszczędnie i precyzyjnie, co jednak szybko wytłumaczyła Johanna Kaneryd. Po prostu powiedzieli nam, żeby nie odpowiadać konkretnie na takie pytania – odparła zawodniczka Häcken, która swoją wyjątkową szczerością wzbudziła jednocześnie podziw i rozbawienie. Dla wszystkich jest jednak całkowicie jasne, że istnieje duża presja na to, aby informacje medyczne nie przedostawały się tam, gdzie przedostać się nie powinny. Nie złamiemy jednak chyba tajemnicy lekarskiej mówiąc, że w pełnym wymiarze w poniedziałkowych zajęciach uczestniczyły już cztery pozostałe rekonwalescentki: Hanna Glas (po przebytym zakażeniu koronawirusem), Hedvig Lindahl (po odpoczynku) oraz Hanna Bennison i Jennifer Falk (obie po przebytych infekcjach) i wiele wskazuje na to, iż kwartet ten będzie jutro w komplecie do dyzpozycji selekcjonera.

A o czym jeszcze dyskutujemy, gdy z agendy schodzą medycyna i pogoda? Na szczęście głównie o sobie, a nie o rywalkach. Media w kraju niezmiennie grzeją temat słabszej niż można było się spodziewać dyspozycji Fridoliny Rolfö, a największy szwedzki dziennik sportowy przeprowadził nawet … ankietę, w której zapytał trenerów klubów Damallsvenskan o rady dla Gerhardssona w temacie przywrócenia zawodniczki Barcelony do optymalnej dyspozycji. Inni zauważają, że we wtorek w Sheffield kluczowa może okazać się postawa szwedzkiej defensywy, którą z dużym prawdopodobieństwem czeka najpoważniejszy od wielu miesięcy test. Czy nasze piłkarki są na niego gotowe? Mecze zarówno na EURO, jak i w eliminacjach mundialu, trochę zaburzyły nam w tej kwestii pewność siebie, ale zawsze na koniec pozostaje wiara, że właśnie w chwili największej próby uda się zagrać ten jeden, najlepszy mecz. I tyczy się to w równym stopniu całej formacji, z bramkarką włącznie. O Angielkach, jeśli w ogóle, mówi się natomiast zaskakująco niewiele. Ale z drugiej strony, co by tu odkrywczego ogłosić? Że za kadencji Sariny Wiegman zespół ten poczynił pod wieloma względami kolosalny postęp? To wyraźnie podkreślała dziś Magdalena Eriksson, choć nowego porządku świata tym ogłoszeniem nie zaprowadziła. Że prawe skrzydło Angielek jest na EURO niemal bezbłędne? To też widzi każdy, kto choćby pobieżnie śledzi turniej. Że Walsh i Stanway rozgrywają w środku pola koncert za koncertem, osiągając przy tym nierealne wręcz statystyki? I to jest oczywiste. W zasadzie każda z podstawowych zawodniczek Sariny Wiegman (może w wyjątkiem Ellen White i nieprzetestowanej póki co Mary Earps) kręci się na ten moment gdzieś w okolicach nominacji do najlepszej jedenastki turnieju, co tylko pokazuje, jak wysoko zawiśnie dla nas jutro poprzeczka. Ale wiecie co? Nacja, którą reprezentuje taki człowiek jak Mondo Duplantis, nie ma prawa bać się żadnej poprzeczki! A skoro tak, to jedziemy po marzenia, po finał, po własny rekord świata! Dobrej zabawy!