Ćwierćfinale, witaj nam!

swe_aus_1

Są gole, jest i zasłużona radość (Fot. Bildbyrån)

Drugi etap olimpijskiego maratonu przyszło rozegrać reprezentantkom Szwecji na stadionie w Saitamie. Rywalkami były prowadzone przez doskonale nam znanego Tony’ego Gustavssona Australijki, zaś stawką gwarancja awansu do fazy pucharowej turnieju. Taki zestaw sam w sobie był już oczywiście zapowiedzią wielkich emocji, ale przebieg boiskowej rywalizacji zaskoczył chyba wszystkich. Zacznijmy jednak od początku …

Pierwszy kwadrans to przede wszystkim obustronne testowanie się, z którego pod żadną z bramek nie wyniknęło wiele konkretów. Gdyby oceniać ten fragment spotkania zgodnie z zasadami panującymi na przykład w sportach walki, to na punkty wygrały go przejawiające zdecydowanie więcej inicjatywy podopieczne trenera Gustavssona. Z ich ofensywnych zapędów nie wynikało jednak wiele, a liczne wrzutki w szwedzką szesnastkę nie stanowiły przesadnego zagrożenia dla Hedvig Lindahl. Po około dwudziestu minutach przebudziły się wreszcie Szwedki, a gdy już to uczyniły, to od razu zaprezentowały nam specjalność zakładu Petera Gerhardssona. Asllani odegrała do podłączającej się na prawej flance Jakobsson, Hurtig ściągnęła na siebie uwagę australijskich defensorek, a Fridolina Rolfö wykończyła całą akcję uderzeniem tak precyzyjnym, że Teagan Micah nie miała najmniejszych szans na skuteczną interwencję. Korzystny rezultat w Saitamie nie utrzymał się jednak długo, gdyż naszym rywalkom gola także przyniósł pierwszy celny strzał, a był on efektem wzorcowej kombinacji duetu Kyah Simon – Samantha Kerr. Inna sprawa, że nawet wobec uderzenia z tak bliskiej odległości, Lindahl powinna zachować się w tej sytuacji lepiej.

Najlepsza na boisku w meczu przeciwko USA Hanna Glas dziś ewidentnie nie miała swojego dnia, wobec czego trener Gerhardsson już w przerwie zdecydował się na pierwszą roszadę personalną. Pojawienie się na placu gry Nathalie Björn nie uspokoiło jednak szwedzkich poczynań defensywnych, z czego Australijki rzecz jasna skrupulatnie skorzystały. Raz jeszcze w rolę egzekutorki wcieliła się Kerr, która w pojedynku główkowym zdecydowanie zbyt łatwo poradziła sobie z klubową koleżanką z londyńskiej Chelsea Magdaleną Eriksson. Odpowiedź naszych piłkarek była jednak równie piorunująca; Jakobsson dopadła do mierzonej, prostopadłej piłki zagranej przez Angeldal, a Hurtig raz jeszcze przekonała wszystkich niedowiarków (jeśli tacy jeszcze istnieją), że szwedzkie dziewiątki trafiają tego lata do siatki z niebywałą regularnością. Na tablicy wyników ponownie mieliśmy więc remis i choć był to rezultat jak najbardziej korzystny, to podopieczne Petera Gerhardssona postanowiły zawalczyć o pełną pulę. Drugie zwycięstwo było bowiem równoznaczne z gwarancją awansu do najlepszej ósemki turnieju olimpijskiego jeszcze przed ostatnią kolejką spotkań grupowych. Cel był więc jasny, a do jego realizacji zabrała się Fridolina Rolfö, która przypomniała nam wszystkim, że za czasów gry w Damallsvenskan umiejętność strzelania z dystansu należała do jej zdecydowanie największych atutów. Micah spróbowała jeszcze zapobiec utracie gola, ale tego dnia golkiperka Sandviken była wobec prób byłej już gwiazdy Wolfsburga całkowicie bezradna. Szwedki odzyskały zatem prowadzenie i tym razem nie oddały go już do końcowego gwizdka. Zanim jednak gol Stiny Blackstenius przypieczętował drugie zwycięstwo na tokijskich Igrzyskach, okazję do popisania się bramkarskim kunsztem w pełni wykorzystała Lindahl, w efektowny sposób broniąc rzut karny polującej na hat-tricka Samanthy Kerr.

Przebieg meczu z Australią mocno różnił się od tego, co w środę obejrzeliśmy w starciu z USA, ale kadra Petera Gerhardssona i w takich warunkach potrafiła zapisać na swoim koncie komplet punktów. Dziś liczyła się przede wszystkim skuteczność i ten test nasze piłkarki także zdały z całkiem niezłym wynikiem. Trochę szkoda jedynie, że golem nie okrasiła swojego występu Caroline Seger, która szczególnie przed przerwą wielokrotnie ratowała swoimi interwencjami mocno niepewną w tej fazie meczu szwedzką defensywę. Kapitanka Rosengård miała okazję, aby również wpisać się na listę strzelczyń, ale jej próba zatrzymała się ostatecznie na poprzeczce australijskiej bramki. Oprócz postawy Seger, cieszy nas także dyspozycja tercetu ofensywnych pomocniczek, które niezmiennie potrafią wykreować bramkowe akcje nawet wówczas, gdy liczby przynajmniej na papierze nie są ich sprzymierzeńcami. Spory plus możemy postawić oczywiście także przy nazwiskach obu środkowych napastniczek i gdyby dzisiejszy mecz zakończył się równo w dziewięćdziesiątej minucie, moglibyśmy z pełnym spokojem wyczekiwać wtorkowej konfrontacji z Nową Zelandią. Niestety, w doliczonym czasie gry groźnie wyglądającego urazu nabawiła się Blackstenius, wobec czego kolejne godziny upłyną nam na nerwowym wyczekiwaniu na oficjalną diagnozę. Strata kluczowej zawodniczki w tej fazie turnieju jest bowiem scenariuszem, którego za wszelką cenę wolelibyśmy uniknąć.

Udany początek

sweusa3_0

Wymarzony początek turnieju, czyli 3-0 z mistrzyniami świata (Fot. Bildbyrån)

Środowy poranek (patrząc z perspektywy Tokio popołudnie) rozpoczął się od naprawdę sensacyjnej informacji. Brak Magdaleny Eriksson nie tylko w wyjściowej jedenastce, ale w ogóle w meczowej kadrze sprawił, że to członkowie sztabu medycznego stali się najbardziej najbardziej pożądanymi rozmówcami w całej szwedzkiej delegacji. Oficjalne oświadczenie przywróciło nam ostatecznie nieco spokoju, ale w niczym nie zmieniło faktu, że w starciu z mistrzyniami świata musieliśmy radzić sobie bez kapitanki londyńskiej Chelsea. Zastanawiało też zresztą ustawienie całej formacji obronnej, gdyż jak dotąd akurat z tymi przeciwniczkami najlepiej sprawdzała się defensywa oparta na trójce stoperek. Peter Gerhardsson wielokrotnie przekonywał nas jednak o tym, że zna się na swoim fachu, więc i tym razem zaufaliśmy jego wyborom. A później rozpoczął się mecz i nagle okazało się, że to nie dyspozycja bramkarki i obrończyń okazała się być tego dnia kluczem do sukcesu.

Powiedzmy sobie wprost: zdemolować taktycznie reprezentację USA nie jest łatwo, a Peter Gerhardsson wraz ze swoim sztabem właśnie tej sztuki dokonał. Horan, Mewis, czy Lavelle to zawodniczki, które naprawdę potrafią grać w piłkę i jeszcze nie raz dadzą temu dowód. Dziś jednak amerykańska druga linia na murawie w Tokio praktycznie nie istniała. Trójkąt Angeldal – Asllani – Seger robił natomiast w tym sektorze boiska co chciał, kreując sobie przy tym tyle wolnej przestrzeni, że momentami przypominało to mecze zakończonych niedawno eliminacji EURO 2022. A propos odniesień do przeszłości, to warto pochwalić szwedzkiego selekcjonera za jeszcze jeden pomysł. Podczas kwietniowego, towarzyskiego starcia z czterokrotnymi mistrzyniami świata szwedzkie piłkarki częściej absorbowały prawą flankę amerykańskiej defensywy. Dziś jednak wyglądało to dokładnie odwrotnie i wydaje się, że takie rozłożenia akcentów nieco skonfundowało poczynania naszych przeciwniczek. I choć Crystal Dunn momentami naprawdę robiła co mogła, to pozbawiona wsparcia była wobec ofensywnych zakusów duetu Glas – Jakobsson całkowicie bezradna. A prawa obrończyni monachijskiego Bayernu stosunkowo szybko zdała sobie z tego sprawę i ani trochę nie zamierzała ułatwiać swojej oponentce zadania.

To właśnie po kombinacjach prawej, szwedzkiej flanki padły dwa z trzech zdobytych dziś goli. Na listę strzelczyń solidarnie wpisały się obie nasze dziewiątki, w obu przypadkach pokonując Alyssę Naeher strzałami głową. Jeszcze jednego gola dorzuciła do kolekcji Blackstenius, przytomnie finalizując rozegranie dziewiątego (!) tego popołudnia rzutu rożnego. Stałe fragmenty oraz wrzutki z bocznych sektorów miały być pomysłem na USA i trzeba przyznać, że jego realizacja przebiegła absolutnie perfekcyjnie. Tyle tylko, że dziś bez zarzutu funkcjonowało w zasadzie wszystko; poczynając od mieszanego pressingu, przez grannie prostopadłych piłek na wolną strefę, aż do wygrywania pojedynków powietrznych w szesnastce rywala. Jak widać, czasami trafiają się takie dni, w których udaje się skumulować na przestrzeni dziewięćdziesięciu minut wszystko, co najlepsze i dzisiejsza postawa szwedzkich piłkarek była tego przykładem. Choć trzeba oczywiście przyznać, że nie było w tym ani trochę przypadku, a jeśli ktoś może mówić w tej chwili o szczęściu, to raczej są to podopieczne trenera Andonovskiego. Bo gdyby Rolfö do spółki z Blackstenius skorzystały z niespodziewanego prezentu od Dunn, Andersson przymierzyła z dystansu trochę bardziej precyzyjnie, a Jakobsson nie pogubiła się w sytuacji sam na sam z amerykańską golkiperką, to reprezentacja USA mogła dziś zapisać na swoim koncie rekordową w swojej długiej skądinąd historii porażkę. Oczywiście, pod bramką Hedvig Lindahl również czasami się kotłowało, dwukrotnie ratował nas nawet słupek, ale niezmiennie dawało się odnieść wrażenie, że to poczynania szwedzkich piłkarek są bardziej konkretne i to po nich widać, że cały czas starają się realizować nakreślony wcześniej plan. Amerykanki zostały natomiast zmuszone poniekąd do improwizacji, nie mogły swobodnie operować futbolówką w takim wymiarze czasowym, jak lubią i ewidentnie nie czuły się przy takim obrazie meczu komfortowo.

Tuż po ostatnim gwizdku japońskiej sędzi nie zabrakło oczywiście głosów, że oto obejrzeliśmy najlepszy mecz w historii szwedzkiego futbolu. Nie brakuje oczywiście szukania analogii z pamiętnym starciem Brazylia – USA na mundialu 2007, a liczni eksperci zastanawiają się, kiedy ostatnio amerykańska kadra przegrała w oficjalnym meczu zarówno statystykę strzałów, jak i posiadanie piłki. Warto jednak w tej całej euforii nie zapominać o tym, że najważniejsze mecze Igrzysk wciąż jeszcze przed nami, a ten całkowicie kluczowy czeka nas najpewniej dopiero (już?) za dziewięć dni. I jeśli do tego czasu nie wydarzy się żadna spektakularna katastrofa, to właśnie wtedy przekonamy się, czy kadra Petera Gerhardssona zakwalifikuje się do strefy medalowej. Na ten moment cieszmy się oczywiście z wymarzonego wręcz początku, ale pamiętajmy o specyfice Igrzysk i o tym, że Amerykanki wciąż dzierżą na nich miano faworytek numer jeden. To rzecz jasna niebawem może się zmienić, ale póki co chwila ta jeszcze nie nastąpiła. A przecież przed pięcioma laty złote medale zawisły na szyjach zawodniczek, które w fazie grupowej potrafiły pokonać jedynie Zimbabwe. Chociaż naturalnie zdecydowanie bardziej sympatycznie wchodzi się w wielki turniej od wygranej 3-0 niż od porażki w analogicznych rozmiarach.

Lód na głowę i zaczynamy!

E6bQBpcX0AEjtOG

Grafika – The Women’s Football Channel

Kto zwycięży? Kto zachwyci? Kto rozczaruje? Jak zawsze, gdy zbliża się wielki turniej, ze wszystkich stron otaczają nas wszechobecne typy, rankingi i przewidywania. I choć z zasady przybierają one różne formy, to zazwyczaj przyświeca im jeden cel, a jest nim oszacowanie szans poszczególnych ekip na mającej rozpocząć się już za moment imprezie. Nie inaczej jest przez japońskimi Igrzyskami, choć tym razem zadanie to wcale nie jest aż tak łatwe, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Czasy, w których absolutnie każdy mógł bez problemu wskazać jednego, zdecydowanego faworyta należą już bowiem do przeszłości, a w tym roku sprawę komplikuje dodatkowo format turnieju oraz jego niespotykana nigdzie indziej intensywność. Zawsze warto zerknąć jednak na typowania bukmacherów, gdyż oni – w odróżnieniu od większości samozwańczych ekspertów – kładą na szali realne pieniądze. Analiza uśrednionych kursów pokazuje, że za nieco ponad dwa tygodnie to reprezentantki USA powrócą do domów ze złotymi medalami na szyjach, pokonując w decydującym boju Wielką Brytanię. Nas jednak zdecydowanie bardziej interesuje zapewne fakt, że według tych samych przewidywań znajdująca się we wspomnianym zestawieniu na piątej lokacie kadra Petera Gerhardssona zakończy zmagania na etapie ćwierćfinałów, choć awans szwedzkich piłkarek do strefy medalowej również nie byłby rozpatrywany w kategoriach wielkiej sensacji. Tyle bukmacherzy, czas pokaże na ile trafne okażą się ostatecznie ich analizy.

Nie brakuje jednak i takich, którzy twierdzą, że reprezentacja Szwecji jest poważnym kandydatem nie tylko do półfinału, ale nawet do zwycięstwa w całym turnieju. Takie opinie zazwyczaj idą w parze ze stwierdzeniem, że oto do Tokio została wyselekcjonowana najsilniejsza szwedzka kadra w historii i o ile wiara w nasz zespół niezmiernie cieszy, o tyle z tym ostatnim można byłoby trochę polemizować. W tym celu nie będziemy jednak cofać się do lat 80. i 90. minionego wieku, gdyż futbolu z tamtego okresu nijak nie da się porównać z tym współczesnym. Przyjrzymy się jednak bliżej reprezentacji z lat 2015-2017, która pod wodzą Pii Sundhage zaliczyła w tym czasie trzy wielkie imprezy, wygrywając na nich łącznie dwa mecze z trzynastu (z RPA oraz Rosją, oczywiście po ciężkich bojach). Była selekcjonerka miała wtedy do dyspozycji Lottę Schelin, nie przez przypadek nazywaną przez wielu najwybitniejszą szwedzką napastniczką w historii, a konkurencja akurat w tej kategorii jest przecież niemała. Dostępu do bramki broniła oczywiście Hedvig Lindahl, ale nie wyciągnięta z gabinetów lekarskich Wolfsburga i Madrytu, a budująca potęgę londyńskiej Chelsea i przeżywająca zdecydowanie najbardziej spektakularne chwile swojej piłkarskiej kariery (nieprzypadkowo Diamentowa Piłka aż dwukrotnie w tamtym okresie trafiła właśnie w jej ręce). O kilka lat młodsze niż obecnie były wówczas Caroline Seger, Kosovare Asllani, czy Sofia Jakobsson i przynajmniej o dwóch ostatnich można powiedzieć, że znajdowały się wtedy w piłkarskim prime. Jasne, Jonna Andersson i Magdalena Eriksson nie były jeszcze gwiazdami na tak wielką skalę, ale nie zapominajmy, że obie po kapitalnych sezonach w Linköping przenosiły się właśnie na Wyspy Brytyjskie i doskonale pamiętamy, jak wielkie oczekiwania towarzyszyły obu tym transferom. Na prawej flance defensywy nie było oczywiście dynamicznej Hanny Glas, ale Lina Nilsson do spółki z Jessiką Samuelsson raczej nie powinny mieć kompleksów, gdy ktoś zestawia je z zawodniczką monachijskiego Bayernu. Patrząc zupełnie obiektywnie, z piłkarek znajdujących się w reprezentacji zarówno dziś, jak i przed pięciu laty, jedynie o Stinie Blackstenius oraz Olivii Schough można powiedzieć, że w wersji z roku 2021 gwarantują większy, piłkarski potencjał. Ponadto, w szwedzkiej kadrze mocno zaburzony jest obecnie proces naturalnej wymiany pokoleniowej, co w żadnym wypadku nie jest oczywiście winą aktualnego sztabu szkoleniowego (poprzedniego zresztą również). Roczniki 1998-2001, które w teorii powinny być dla Gerhardssona istotnym źródłem selekcji, póki co nie dostarczyły niestety ani jednej zawodniczki na poziom reprezentacyjny. I choć w futbolu młodzieżowym wyniki nie są najistotniejszą sprawą, to jak widać nie było przypadku w tym, że zawodniczki z przywołanych tu roczników regularnie dostawały lekcje piłki nożnej od rówieśniczek z Islandii, Polski, czy Włoch, a równorzędną i wcale nie zawsze zwycięską walkę toczyły raczej z rywalkami pokroju Bośni, Grecji i Słowenii. Tym sposobem, osiemnastoletnia Hanna Bennison z Rosengård jest jedyną piłkarką U-24 w olimpijskiej kadrze i choć na samych Igrzyskach nie będzie to w żadnym stopniu czynnikiem decydującym, to już w perspektywie na przykład MŚ 2027 jest to co najmniej niepokojące.

Warto mieć na uwadze również fakt, że naszym sprzymierzeńcem nie będzie także terminarz. Nie dość, że kadra Petera Gerhardssona trafiła do zdecydowanie najsilniejszej grupy, to jeszcze układ spotkań trafił się jej absolutnie najgorszy z możliwych. A więc najpierw USA, trzy dni później walka na wyniszczenie z Australią i na koniec starcie z dysponującą na papierze najmniejszym potencjałem Nową Zelandią. Dodatkowo, swoje spotkania rozgrywać będziemy na trzech różnych stadionach, zawsze jako pierwszy mecz dnia, a w ostatniej kolejce fazy grupowej nasza grupa grać będzie jako pierwsza. Czyli – mówiąc krótko – poziomu trudności bardziej zwiększyć by się już nie dało. Pewnym ułatwieniem może być fakt, że w ostatniej chwili zawodniczki z grupy rezerwowej stały się pełnoprawnymi członkiniami kadry, ale intensywność rozgrywania meczów w mocno niesprzyjających warunkach atmosferycznych cały czas przeraża. Tym bardziej, że reprezentacja Szwecji – w przeciwieństwie do Amerykanek czy Australijek – nie mogła pozwolić sobie na luksus kilkutygodniowego zgrupowania, podczas którego w spokoju szlifowałoby się formę na Igrzyska. Bo trudno za taki uznać siedmiodniowy obóz w Göteborgu, gdzie po drodze trzeba było jeszcze załatwić wiele formalności ze szczepieniami włącznie.

Czy zatem, mając to wszystko na uwadze, powinniśmy wziąć w nawias głośne zapowiedzi Hanny Glas, że szwedzka kadra jedzie do Japonii po złoty medal? Oczywiście, że nie! Turniej olimpijski skonstruowany jest bowiem tak, że przynajmniej w pierwszej jego fazie można pozwolić sobie na pewien margines błędu. Jak duży? Ujmijmy to tak: jeśli w meczach z USA i Australią uda się naszym piłkarkom wywalczyć … jakąkolwiek zdobycz punktową (wszystko, co zawiera się w przedziale od jednego do sześciu), to z Nową Zelandią zagramy albo o ćwierćfinał (wersja realistyczno-pesymistyczna), albo o bardziej korzystne rozstawienie w fazie pucharowej (wersja realistyczno-optymistyczna). A gdy już we wspomnianej, szczęśliwej ósemce się znajdziemy, to możliwy jest absolutnie każdy scenariusz, gdyż o wyniku tych spotkań decydować będzie w największym stopniu dyspozycja dnia. A od pewnego czasu, akurat w takiej rzeczywistości, szwedzka kadra czuje się całkiem dobrze, czego dowodem był między innymi francuski mundial. Możecie zresztą zapytać o to Niemki lub Kanadyjki, one co nieco powinny na ten temat wiedzieć. Ufamy więc, że i na Igrzyska szwedzki sztab szkoleniowy udał się równie dobrze przygotowany, gdyż właśnie w tym często zawiera się różnica między zwycięstwem, a porażką.

Za kadencji Petera Gerhardssona dowiedzieliśmy się wielu naprawdę interesujących rzeczy. Nagle okazało się, że Sofia Jakobsson potrafi grać w reprezentacyjnej koszulce bardziej skutecznie niż w klubie, że stałe fragmenty mogą przemawiać na boisku, a nie na konferencjach, a Lina Hurtig z powodzeniem może stać się środkową napastniczką, której tak długo wyczekiwaliśmy. Że szwedzka dziesiątka, w osobie Kosovare Asllani lub Filippy Angeldal, może stać się na tyle perfekcyjną postacią, że na jej temat będą powstawały osobne felietony. A przecież za kadencji poprzednich selekcjonerów tak wiele mówiło się o tym, że reprezentacja Szwecji skazana jest na grę bez rozgrywającej, gdyż to podobno miało nie mieścić się w naszej kulturze gry. Podobnie zresztą jak gra na trójkę stoperek, która jak widać wcale nie musi kończyć się czwórką lub piątką z tyłu. Sporo dowiedzieliśmy się ponadto o roli naszych wahadłowych, o odpowiednim wykorzystaniu doświadczenia Caroline Seger oraz o tym, że Stina Blackstenius to zawodniczka bardziej wszechstronna niż komukolwiek wcześniej mogłoby się śnić. I jeszcze, że wypadnięcie dowolnej piłkarki nie jest końcem świata, gdyż na każdą ewentualność jesteśmy przygotowani. Przekonaliśmy się jak wiele może dać zarówno podejmowanie właściwych decyzji w trakcie meczu, jak i odpowiednie zarządzanie kadrą pomiędzy meczami (tu kłania się przede wszystkim Nicea). A skoro wiemy to wszystko, to mamy postawy, aby w kolejny, wielki turniej wchodzić z szacunkiem do rywalek, ale bez niepotrzebnego lęku.

A jeśli ktoś z czytelników chciałby poczuć się jak Peter Gerhardsson w przededniu tokijskiej odysei, to oczywiście służymy pomocą. Nie jest wielką tajemnicą, że pasją szwedzkiego selekcjonera jest muzyka, a dyskusja na temat utworów, których słuchał przed kolejnymi meczami, stała się nieodłącznym elementem konferencji prasowych podczas mundialu we Francji. Wtedy właśnie dowiedzieliśmy się, że Gerhardsson nie dyskryminuje żadnego gatunku muzyki, choć sam preferuje raczej nieco cięższe brzmienia. Nic więc dziwnego, że podobne pytanie padło już po przylocie do tymczasowej szwedzkiej bazy w Fukuoce, a selekcjoner odparł, że obecnie podczas kąpieli towarzyszy mu muzyka japońskiego zespołu metalowego LOVEBITES. Gdyby zatem znaleźli się chętni do pójścia w ślady Gerhardssona, próbkę umiejętności wspomnianego zespołu znajdziecie poniżej. Niech towarzyszy Wam ona podczas wyjątkowych, ale miejmy nadzieję niezapomnianych Igrzysk. Niech się dzieje i niech zwycięży najlepszy!

Szwedzka kadra na Igrzyska

Skoro do pierwszego meczu kadry Petera Gerhardssona na japońskich Igrzyskach pozostał niespełna tydzień, to chyba już najwyższy czas na prezentację 22 zawodniczek, które na przełomie lipca i sierpnia powalczą o medale najbardziej intensywnego turnieju w piłkarskim kalendarzu. I choć nikt nie jest tu przesądny, to prezentacja ta wyglądać będzie identycznie jak przed francuskim mundialem, tak dobrze przecież przez nas wspominanym.

UWAGA: Podobnie jak wówczas, grafiki przedstawiają przynależność klubową każdej z piłkarek na dzień ogłoszenia powołań (tj. 29. czerwca 2021). Od tego czasu aż pięć spośród kadrowiczek Gerhardssona zdążyło już zmienić barwy klubowe, a nie jest wcale wykluczone, że niebawem lista ta wydłuży się o jeszcze jedno nazwisko.


Kadra Szwecji na IO 2021:

01. lindahl

02. andersson

03. kullberg

04. glas

05. bennison

06. eriksson

07. janogy

08. hurtig

09. asllani

10. jakobsson

11. blackstenius

12. falk

13. ilestedt

14. bjorn

15. schough

16. angeldal

17. seger

18. rolfo

19. anvegard

20. roddar

21. blomqvist

22. musovic

Oczarowania piłkarskiej wiosny

BB190606AE019-e1573053646917-1024x552

Emilia Larsson ma za sobą fenomenalną rundę wiosenną (Fot. Hammarby IF)

Ligowe granie zakończone, lato w pełni, a już za chwilę oczy niemal wszystkich kibiców piłkarskich zwrócą się w kierunku Tokio. Zanim jednak na dobre zanurzymy się w szaleństwie futbolu w wydaniu reprezentacyjnym, czas na tradycyjne, subiektywne podsumowanie wiosny 2021 na boiskach Damallsvenskan. Przed nami lista dziesięciu największych oczarowań ostatnich miesięcy i choć nie będzie zapewne wielkiego zaskoczenia w tym, iż całkowicie zdominował ją jeden klub, to prawie każdy znajdzie na niej coś dla siebie. Bez zbędnego przedłużania – startujemy:


1. Emilia Larsson – gdy popisała się hat-trickiem w meczu fazy grupowej Pucharu Szwecji, zastanawialiśmy się, czy jest to wyłącznie jednorazowy wyskok, czy może zapowiedź eksplozji talentu mocno niedocenianej dotąd 23-latki. Kolejne tygodnie przyniosły nam na to pytanie absolutnie jednoznaczną odpowiedź, a ofensywna pomocniczka Hammarby od razu stała się jedną z największych sensacji pierwszej połowy sezonu 2021. To właśnie ona dołożyła ogromną cegiełkę do tego, że beniaminek spędzi letnią przerwę w rozgrywkach na podium, a sama Larsson – z dorobkiem pięciu goli oraz sześciu asyst – indywidualnie znalazła się wśród trzech najlepiej punktujących zawodniczek Damallsvenskan. Można jedynie pokłonić się z uznaniem i pogratulować!

2. Pablo Pinones-Arce – jeszcze w czasach gry jego zespołu w Elitettan zapowiadał, że według jego wizji Hammarby ma zawsze grać przyjemną dla oka piłkę. Większość ekspertów traktowała jednak te zapowiedzi z przymrużeniem oka i choć na zapleczu Damallsvenskan ekipę z Södermalm rzeczywiście oglądało się z radością, to jednak pierwsza liga miała te odważne zapowiedzi boleśnie zweryfikować. Co było dalej – pamiętamy chyba wszyscy. Hammarby wdarło się do krajowej elity w kapitalnym stylu, udowadniając przy tym, że o te naprawdę najwyższe cele da się walczyć nie głośnymi transferami, a metodyczną i systematyczną pracą u podstaw. I chyba za to całemu sztabowi szkoleniowemu należą się największe słowa uznania.

3. Stina Blackstenius – liderka klasyfikacji strzelczyń (11), asyst (8) i punktowej (19). To właśnie tej wiosny dokonało się to, na co z utęsknieniem czekaliśmy mniej więcej od połowy minionej dekady. Talent ostatniego z cudownych dzieci szwedzkiej piłki wreszcie eksplodował, a na dodatek uczynił to w stylu absolutnie spektakularnym. Gdyby nie Blackstenius, już dziś można byłoby spokojnie słać mistrzowskie telegramy na adres w Malmö, ale dzięki niej przed nami prawdopodobnie jeszcze całkiem emocjonująca, ligowa jesień. Oby również ze Stiną w jednej z głównych ról.

4. Jelena Cankovic – niby rzecz oczywista, bo o skali jej talentu zapewniał nas chociażby trener Eidevall. A gdyby ktoś z jakichś powodów nie dowierzał słowom byłego już szkoleniowca Rosengård, to przecież sami mieliśmy po drodze dziesiątki okazji, aby przekonać się do sportowej klasy reprezentantki Serbii. Oczekiwania były zatem niezwykle wysokie, a ona i tak potrafiła nie tylko im sprostać, ale nawet je przebić. A gdy z powodu drobnego urazu nie mogła zagrać przeciwko Örebro, jeszcze bardziej uwidoczniło się, jak wiele znaczy obecność Cankovic w drugiej linii ekipy z Malmö.

5. Fernanda Da Silva – W Vittsjö mocno liczyli na duet australijski, na solidną bramkarkę w osobie Sabriny D’Angelo, czy wreszcie na szczelną i wystrzegającą się poważnych błędów defensywę. Prawdziwą furorę na ligowych boiskach zrobiła jednak pozyskana zimą z Piteå Da Silva. 27-letnia Brazylijka po wielu latach spędzonych w Norrland postanowiła zamienić powietrze dalekiej Północy na leżące ponad tysiąc kilometrów na południe Vittsjö i zmiana ta okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie sposób wyróżnić jednego, wybitnego meczu w jej wykonaniu, gdyż niemal w każdym spotkaniu Da Silva należała do najbardziej wyróżniających się piłkarek na boisku. A jej techniką – podobnie jak w przypadkach Cankovic czy Hayashi – możemy się wyłącznie zachwycać.

6. kibice Hammarby – przywitali się z najwyższą klasą rozgrywkową w stylu nie gorszym niż wspierane przez nich dopingiem piłkarki. Gdy zachodziła taka konieczność, kibicowali ze słynnej już górki, jeździli na wyjazdy nawet wówczas, gdy i tak nie byli w stanie wejść na mecz. Tak wielkie zaangażowanie i determinacja każą nam zastanawiać się nad tym, co czeka nas jesienią, gdy (miejmy nadzieję) fanów Bajen nie będę ograniczały już żadne restrykcyjne obostrzenia. Po takim preludium, w tak niesprzyjających warunkach, spodziewamy się oczywiście wyłącznie fajerwerków, ale jesteśmy dziwnie spokojni, że akurat sympatycy Hammarby na pewno nas w tej materii nie zawiodą.

7. młodzież ze stolicy – jak się nie ma, co się lubi … Poprzednie lata przyniosły nam taką posuchę wśród młodych, szwedzkich zawodniczek, że w żartach roczniki 1998-2001 zaczęliśmy już nazywać piłkarsko przeklętymi. Z pomocą przyszły nam jednak kluby ze stolicy, które ani trochę nie boją się stawiać na młodzież, dzięki czemu wiosną na boiskach Damallsvenskan obejrzeliśmy kilka naprawdę interesujących debiutów. Hanna Ekengren (-02), Rosa Kafaji (-03), Ellen Wangerheim (-04), Hanna Lundkvist (-02), czy Matilda Vinberg (-03) z podwójną mocą przywróciły nam wiarę w szwedzki sztokholmski system szkolenia, a także w to, że najbliższe lata nie będą dla nas piłkarsko stracone.

8. Honoka Hayashi – casus podobny do przypadku Cankovic. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że transfer reprezentantki Japonii tylko podniesie jakość naszej ligi, ale jej postawa na boisku chyba jeszcze przerosła nasze oczekiwania. Co więcej, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie Hayashi, to AIK mógłby nie wygrać wiosną ani jednego ligowego spotkania. Fani stołecznych Gryzoni mogą oczywiście żałować, że ze względu na powołanie do olimpijskiej kadry Japonii 23-letnia pomocniczka nie mogła pomóc klubowi pod koniec rundy, choć patrząc na to, jaką jedenastkę wystawiał wtedy do boju borykający się z kolosalnymi problemami natury zdrowotnej klub z Solnej, to może nawet dobrze wyszło …

9. Eveliina Summanen – defensywne pomocniczki stosunkowo rzadko znajdują swoje nazwiska w nagłówkach piłkarskich portali i patrząc na zawodniczki pokroju reprezentantki Finlandii trzeba przyznać, że jest to naprawdę spore niedopatrzenie. Bo choć Summanen nie jest być może piłkarką tak efektowną, jak jej wymienione powyżej koleżanki, to jednak to właśnie ona była wiosną postacią numer jeden w kadrze walczącego o lokatę gwarantującą start w europejskich pucharach Kristianstad. I nie ma przypadku w tym, że mocno rotująca wyjściową jedenastką Elisabet Gunnarsdottir akurat w przypadku Summanen ani razu nie zdecydowała się na zastąpienie jej zmienniczką. Bo taki ruch byłby absolutnie zbyt dużą ekstrawagancją.

10. zimowy, islandzki zaciąg – zawodniczki z pozostałych krajów nordyckich od lat stanowią o sile Damallsvenskan i nie jest żadną sensacją, że co roku skauci naszych klubów mozolnie przeszukują rynek duński, fiński, czy islandzki w poszukiwaniu potencjalnych wzmocnień. Zimą 2021 wspomniany tu research został jednak prawdopodobnie wykonany z jeszcze większą starannością, gdyż na szwedzkich boiskach pojawiła się cała fala klasowych Islandek, które z miejsca zadomowiły się w nowej lidze, stając się jej wiodącymi postaciami. I o ile na przykład w przypadku Sveindis Jane Jonsdottir nie było to żadnym zaskoczeniem, o tyle Cecilia Ran Runarsdottir, Berglind Ros Agustsdottir, czy Dilja Zomers podbiły Damallsvenskan przebojem i z zaskoczenia. A przecież w kolejce do dopisania się na tę listę czeka jeszcze chociażby Hlin Eiriksdottir, której aklimatyzację na szwedzkiej ziemi mocno utrudniły kontuzje.

Podsumowanie 12. kolejki

damf

Podsumowanie 12. kolejki sezonu 2021 w Damallsvenskan:


Najlepszy mecz: Örebro 2-3 Hammarby. Oj, ależ to było widowisko! Beniaminek ze stolicy walczył o to, aby spędzić letnią przerwę w rozgrywkach na ligowym podium i choć jeszcze na kwadrans przed końcem przegrywał na Behrn Arenie, to ostatecznie dopiął swego. Hammarby raz jeszcze udowodniło ponad wszelką wątpliwość, że tej drużyny zwyczajnie nie da się nie lubić. Bo jak tu nie kibicować zespołowi, który lubi grać piłką, a dodatkowo potrafi znaleźć odpowiedni balans pomiędzy solidnością, a efektownością (nie mylić z efekciarstwem). A przy tym, w zasadzie tydzień w tydzień, dostarcza nam kolejne zawodniczki do jedenastki kolejki. Bo o ile niekwestionowaną liderką zespołu jest Madelen Janogy, o tyle nazwiska Emilii Larsson, Matildy Vinberg, Hanny Lundkvist, czy Ellen Wangerheim poznaliśmy właśnie dzięki ich występom w zielono-białych barwach. Niekłamaną sympatię budzi także całkiem liczna grupa najwierniejszych fanów Bajen, która jesienią będzie wreszcie mogła zaprezentować na trybunach pełnię swych możliwości (oczywiście zakładamy, że do tego czasu nie zmieni się plan luzowania epidemicznych restrykcji). Póki co, pozostaje jednak gorąco podziękować ambitnemu beniaminkowi, a także trenerowi Pinonesowi-Arce, za niesamowicie emocjonującą wiosnę i życzyć, aby nadchodząca jesień okazała się przynajmniej równie radosna.

Wydarzenie kolejki: Efektowne pożegnanie w Malmö. Dla Jonasa Eidevalla, Nathalie Björn, Anny Anvegård oraz Glodis Perli Viggosdottir mecz przeciwko Växjö był jednocześnie pożegnaniem z FC Rosengård. I choć zwycięstwo nad ostatnią drużyną w tabeli wydawało się formalnością, to wspomniane piłkarki zadbały o to, aby na Malmö IP pozostawić po sobie wyłącznie miłe wspomnienia. Każdej z nich udało zapisać się w protokole meczowym, a okazje do oklaskiwania ich zagrań pojawiały się z niezwykłą regularnością. Ostatnia faza meczu pokazała jednak, że w stolicy Skanii nie muszą martwić się o życie po letnim okienku, bo jeśli ma się takie rezerwowe jak na przykład Stefanie Sanders, to w tej lidze nie należy obawiać się nikogo. A przecież w drugiej połowie lipca do klubu z Malmö dołączyć ma przynajmniej jedno naprawdę gorące nazwisko. Autostrada do mistrzowskiego tytułu? Chyba nikt nie lubi takich formułek, ale na chwilę obecną tak to właśnie wygląda.

Bohaterka kolejki: Dilja Zomers (Häcken). Do Hisingen trafiła … z przypadku. Gdy mistrzynie Szwecji tuż przed rozpoczęciem sezonu pilnie poszukiwały zawodniczek w celu uzupełnienia kadry, na testach w klubie pojawiła się między innymi dziewiętnastoletnia Islandka. I jak się pojawiła, tak już została. A pod koniec rundy wiosennej – wobec problemów zdrowotnych Julii Zigiotti oraz Johanny Kaneryd – otrzymała długo wyczekiwaną szansę w wyjściowej jedenastce i wykorzystała ją w sposób absolutnie ekstraklasowy. Już przeciwko Kristianstad rozegrała fenomenalne spotkanie, ale w rywalizacji z Linköping weszła na poziom, który reprezentują wyłącznie największe gwiazdy ligi. I możemy tylko zastanawiać się co na to wszystko Mats Gren, gdyż mając na uwadze zapowiedziane już letnie transfery, wewnętrzna rywalizacja wśród ofensywnych pomocniczek Häcken dosłownie za chwilę stanie się jeszcze bardziej wymagająca.

Gol kolejki: Sara Olai (Djurgården). Z lewej strony dośrodkowała Fanny Lång, a nabiegająca na dalszy słupek była zawodniczka Uppsali wzbiła się w powietrze i potężnym strzałem głową nie pozostawiła Nichole Persson żadnych szans nie tyle na skuteczną interwencję, co na jakąkolwiek reakcję. A my kolejny raz przekonaliśmy się o prawdziwości tezy, że gdy Djurgården strzela gole, to czyni to w sposób iście spektakularny.

Sensacja kolejki: Męczarnie na Tunavallen. Spodziewaliśmy się, że solidna kadrowo Eskilstuna powinna w stosunkowo komfortowym stylu poradzić sobie z mocno osłabionym AIK. Tymczasem, przez nieco ponad siedemdziesiąt minut, zawodniczki United robiły wiele, aby bohaterką meczu uczynić golkiperkę gości Millę-Maj Majasaari. Strzelecką niemoc w samej końcówce spotkania udało się wreszcie przełamać niezawodnemu w sytuacjach kryzysowych duetowi Kullashi – Rogic, ale styl zwycięstwa podopiecznych trenera Magnusa Karlssona żadną miarą nie zachwycił. Dla Eskilstuny zdecydowanie ważniejsze od pozostawienia po sobie dobrego wrażenia były jednak punkty, gdyż dzięki nim klub z Sörmland przystąpi do rundy jesiennej z całkiem niezłej pozycji startowej. A taki scenariusz jeszcze miesiąc temu wydawał się przecież należeć do kategorii soccer fiction.

Liczba kolejki: 19. Tak okazale prezentuje się dorobek liderki klasyfikacji punktowej Damallsvenskan Stiny Blackstenius. Napastniczka Häcken wiosną zapisała na swoim koncie jedenaście goli oraz osiem asyst, co czyni ją bezkonkurencyjną w obu tych rankingach.


12. kolejka statystycznie:

Gole: 17  (średnia 2.83 / mecz)

Rzuty karne: 0

Żółte kartki: 8

Czerwone kartki: 0

Najszybszy gol: Olivia Schough (Rosengård) – 2. minuta (vs. Växjö)

Najpóźniejszy gol: Stefanie Sanders – 90+3. minuta (vs. Växjö)


Jedenastka kolejki:

lag12

Jennifer Falk (Häcken) – Nathalie Björn (Rosengård), Clare Polkinghorne (Vittsjö), Emma Kullberg (Häcken), Amanda Nildén (Eskilstuna) – Sara Olai (Djurgården), Nellie Lilja (Djurgården), Carly Wickenheiser (Örebro), Dilja Zomers (Häcken) – Madelen Janogy (Hammarby), Anna Anvegård (Rosengård)


Komplet wyników:


Klasyfikacja strzelczyń:

skytte

Klasyfikacja asystentek:

assist

Piłkarka kolejki:

lirare