Miedwiediewa, a sprawa szwedzka

evgenia-medvedeva

Fot. Danielle Earl

Kilkanaście godzin temu zakończyły się Mistrzostwa Europy w łyżwiarstwie figurowym. Wspominam o tym wydarzeniu nie dlatego, że zauważyłem, iż ta piękna skądinąd dyscyplina sportu zyskuje coraz więcej sympatyków w środowisku piłkarskim (co oczywiście niezmiennie cieszy), ale ze względu na postać, która była niewątpliwie pierwszoplanową aktorką czempionatu w czeskiej Ostrawie. Niepokonana na światowych taflach dokładnie od 21. listopada 2015 (swoją drogą, czy nie jest to przypadkiem rekord biorąc pod uwagę wszystkie sporty indywidualne?) Jewgienija Miedwiediewa nie tylko podtrzymała swoją niesamowitą passę zwycięstw, ale niejako „przy okazji” ustanowiła nowy rekord świata, wymazując z tabel absolutnie fenomenalne osiągnięcie legendarnej Koreanki Yuny Kim z Igrzysk z Vancouver. Co więcej, patrząc na aktualną dyspozycję młodej Rosjanki wydaje się, że tylko kwestią czasu jest osiągnięcie przez nią bariery 230 punktów i chyba nikt się nie zdziwi, jeśli już podczas marcowych mistrzostw świata w Helsinkach będziemy świadkami kolejnego, choć zapewne jeszcze nie ostatniego, historycznego wyczynu z Miedwiediewą w roli głównej.

Postać łyżwiarki z Moskwy przywołuję jednak na piłkarskim portalu nie ze względu na prezentowane przez nią unikalne trójkombinacje skoków. Trenująca od wielu lat w grupie Eteri Tutberidze zawodniczka imponuje bowiem nie tylko wtedy, gdy wyjeżdża na lód, ale także – a może przede wszystkim – kiedy z niego schodzi. Jej niespotykana wręcz (szczególnie biorąc pod uwagę bardzo młody wiek) dojrzałość, świadomość możliwości i ograniczeń własnego organizmu, a także maksymalnie profesjonalne podejście do treningów mogą być przecież drogowskazem nie tylko dla adeptek łyżwiarstwa, ale dla wszystkich dziewcząt i chłopców rozpoczynających poważniejszą przygodę ze sportem.

Na konferencji prasowej, kilkadziesiąt minut po ustanowieniu nowego rekordu świata, Miedwiediewa nie wykazywała przesadnych oznak ekscytacji. Ze swojego występu była oczywiście zadowolona, ale nie omieszkała zauważyć, że było ją stać na znacznie więcej, w związku z czym najbliższe tygodnie spędzi na jeszcze cięższej pracy, dzięki której ma nadzieję wyeliminować popełnione w Ostrawie błędy. Zapowiedziała również, że w niedalekiej przyszłości w jej programach pojawią się nowe elementy, gdyż to, co pokazała na Mistrzostwach Europy nie w pełni oddaje skalę jej aktualnych możliwości. Kokieteria? Zbyt duża pewność siebie? Nic z tych rzeczy! Jako osoba, która miała szczęście poznać najlepszą łyżwiarkę świata osobiście mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że Miedwiediewa zachowuje się dokładnie tak samo wówczas, gdy nie ma wokół niej kamer. Olbrzymi szacunek do trenerów, do rywalek, do pracy dziennikarzy i wreszcie do kibiców, którzy – jak sama podkreśla – przychodzą na zawody po to, aby oglądać bezbłędne występy to niewątpliwie wszystko cechy, które nierozerwalnie kojarzą mi się z siedemnastoletnią Rosjanką, ale chyba jeszcze bardziej cenię ją właśnie za umiejętność chłodnej i rzeczowej oceny sytuacji. Seria kolejnych zwycięstw, nowy rekord świata, czy wreszcie płynące z niemal wszystkich stron świata pochwały to czynniki, które już wiele razy potrafiły przerwać lub przynajmniej załamać kariery zapowiadających się świetnie młodych sportowców, ale możemy być pewni, że w przypadku Miedwiediewej będzie zupełnie inaczej. Ona należy do tych, którym zachłyśnięcie się sukcesem, czy przesadna wiara we własną wielkość absolutnie nie grozi.

Słuchając konferencji Rosjanki, wróciłem myślami do trzeciej dekady sierpnia 2016, czyli okresu bezpośrednio po zakończeniu Igrzysk w Rio de Janeiro. Wtedy właśnie,  jako jeden z naprawdę nielicznych, nie dałem się ponieść fali euforii i nie dołączyłem się do chóru entuzjastów występu szwedzkich piłkarek na olimpijskich arenach. Jasne, przywiezione do kraju srebrne medale to niepodważalne osiągnięcie, którego nie sposób nie docenić, więc w pełni zrozumiałe było dla mnie huczne powitanie na lotnisku, czy wreszcie efektowna feta na ulicach Sztokholmu. Nie potrafiłem jednak zmusić się do wychwalania boiskowych popisów kadry Sundhage, gdyż … nie bardzo wiedziałem, jak miałbym się w zasadzie do tego zabrać. Po półfinale z Brazylią wiele mówiło się o mitycznej zwycięskiej, defensywnej taktyce i fraza ta powtarzana była na tyle często, że chyba nawet sama drużyna w końcu uwierzyła, że coś takiego faktycznie miało miejsce. Mi natomiast mecz z gospodyniami kojarzy się przede wszystkim z wkręcaniem naszych bocznych defensorek w murawę i dopuszczeniem do zdecydowanie zbyt wielu bramkowych okazji w szesnastce Lindahl. To, że Canarinhas ostatecznie nie potrafiły wykorzystać żadnej z nich, a 120 minut cierpienia zakończyło się zwycięską dla nas serią rzutów karnych, to w zdecydowanie największym stopniu zasługa trwającej zresztą od pojedynku z RPA nieporadności Brazylijek, a z tego powodu chyba nie powinniśmy ogłaszać w Szwecji nowego święta narodowego, co niektórzy niestety nieopatrznie uczynili. W tym całym poolimpijskim zgiełku zabrakło mi płynącego z środka drużyny głosu rozsądku, który natychmiast ostudziłby euforyczne zapędy wielu entuzjastów, którzy – jak to często bywa – w obliczu ewentualnej porażki jako pierwsi zmienią się w największych defetystów. Zabrakło mi tego, żeby ze sceny w Sztokholmie ktoś (chyba bardziej Schelin niż Seger lub Sundhage) w stylu Miedwiediewej dał otwartym tekstem do zrozumienia, że cieszyć się z medalu oczywiście trzeba, ale nie zapominajmy, że za nami nie do końca udany pod względem piłkarskim turniej, w związku z czym za rok w Holandii postaramy się zaprezentować lepiej. Takiego wystąpienia niestety się nie doczekaliśmy i do grudnia uskuteczniana była propaganda, że rok, który w rzeczywistości wyglądał tak był najlepszym w tym wieku dla szwedzkiej piłki reprezentacyjnej. Jest to oczywista nieprawda, gdyż znacznie lepszy pod każdym w zasadzie względem półfinał nasze piłkarki rozegrały chociażby podczas EURO 2013, na początku kadencji obecnej selekcjonerki, ale wielu dało się niestety przekonać, że właśnie teraz rozpoczyna się złoty okres dla naszej kadry. A przekonanie to jest niezwykle niebezpieczne, wszak nie zapominajmy, że upadek z wyimaginowanego szczytu boli podwójnie.

Reklamy

Przedsezonowy rozkład jazdy

Wprawdzie do rozpoczęcia nowego sezonu Damallsvenskan oraz Elitettan pozostało jeszcze dwa i pół miesiąca, ale spragnieni szwedzkiej piłki klubowej w najlepszym wydaniu wcale nie muszą czekać na boiskowe emocje aż do kwietnia. Już dziś oficjalnie rozpoczyna się bowiem okres, który Amerykanie zwykli określać mianem pre-season. Rozgrywane zimą i wczesną wiosną mecze sparingowe to nie tylko doskonały sposób na to, aby oczekiwanie na start ligi uczynić mniej nieznośnym, ale także – a w zasadzie przede wszystkim – okazja, aby przyjrzeć się z bliska, jak prezentują się poszczególne drużyny po transferowych rewolucjach. W tym roku znaków zapytania jest nawet więcej niż zazwyczaj, gdyż podczas trwającego wciąż zimowego okienka raczej nie mogliśmy narzekać na nudę, a kadry niektórych ekip (świetnym przykładem mogą być tu chociażby Linköping czy Örebro) zmieniły się wręcz nie do poznania. Poniżej przedstawiamy więc najbardziej aktualny i najbardziej kompletny zestaw meczów, które zespoły Damallsvenskan i Elitettan rozegrają w najbliższych tygodniach:

styczenlutymarzeckwiecien

* zielona czcionka – kluby Damallsvenskan

* czerwona czcionka – kluby Elitettan

* szare tło – 1/8 finału Pucharu Szwecji

* błękitne tło – 1/4 finału Ligi Mistrzyń

Nie ma zwycięstwa, jest nadzieja

bgbest-20160913124232-7841

Fot. Aftonbladet

Zarówno Szwedki, jak i Angielki rozpoczęły rok od małego falstartu w postaci porażki z Norwegią, więc bezpośrednie starcie w San Pedro del Pinatar było dla obu ekip świetną okazją na błyskawiczne odbudowanie morale. Niestety, po średnio pasjonującym widowisku, pojedynek wicemistrzyń olimpijskich z trzecią drużyną ostatniego mundialu zakończył się ostatecznie bezbramkowym remisem, który – podobnie zresztą jak i sama gra – nie mógł w pełni zadowolić ani Pii Sundhage, ani Marka Sampsona.

Trzeba jednak jasno powiedzieć, że jeśli któraś z drużyn zasłużyła dziś na zwycięstwo, to bez wątpienia były to Szwedki. Nasze piłkarki nie dominowały może w sposób wyraźny, ale w obu połowach potrafiły – w przeciwieństwie do rywalek – wypracować sobie naprawdę dogodne okazje do zdobycia gola. Jedna z nich, w 27. minucie, zakończyła się nawet trafieniem Blackstenius, ale sędziowie z Norwegii orzekli, że napastniczka Montpellier w momencie dośrodkowania Jonny Andersson znajdowała się na minimalnym spalonym. Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie, a nie stanowiącą dziś absolutnie monolitu angielską defensywę testowała przede wszystkim Lotta Schelin. Najlepsza snajperka w historii szwedzkiej kadry dwukrotnie urwała się grającym w dość eksperymentalnym ustawieniu obrończyniom z Wysp Brytyjskich i w obu przypadkach skończyło się to olbrzymim zamieszaniem w angielskiej szesnastce. W pierwszej z wymienionych sytuacji o krok od wpisania się na listę strzelczyń była świetnie nabiegająca z głębi pola Hammarlund, natomiast w drugiej Flaherty musiała ratować się faulem w polu karnym, ale Chamberlain doskonale odczytała intencje uderzającej z jedenastu metrów Asllani. Golkiperka Liverpoolu świetnym refleksem popisała się także już w doliczonym czasie gry, kiedy to uratowała swojej drużynie remis, instynktownie odbijając piłkę po strzale Fischer.

Znacznie mniej okazji do zaprezentowania swoich umiejętności miała dziś Hedvig Lindahl, ale warto podkreślić, że bramkarka Chelsea zanotowała kolejny solidny występ w reprezentacji, nie popełniając w zasadzie żadnego błędu przy licznych dośrodkowaniach, a także próbach Angielek z dystansu. Wydaje się, że właśnie zagrania z bocznych sektorów boiska były jednym z pomysłów Marka Sampsona na to spotkanie, ale zarówno dobrze dysponowana Lindahl, jak i prezentująca się znacznie bardziej solidnie niż w miniony czwartek szwedzka defensywa, skutecznie wytrąciły rywalkom z ręki naprawdę mocny argument. Słynące na co dzień ze sporej mobilności Carney oraz Daly w zasadzie nie istniały, spodziewanego ożywienia do gry Brytyjek nie potrafiła wnieść Stokes, a kreatywny, angielski tercet w środku pola najczęściej tracił koncept na mniej więcej trzydziestym metrze przed szwedzką bramką. Rozpaczliwy i mocno niecelny strzał Jordan Nobbs na kilkadziesiąt sekund przed końcem regulaminowego czasu gry był chyba najlepszym możliwym podsumowaniem kompletnej bezradności w ofensywnych poczynaniach naszych rywalek.

Zdecydowanie trudniejsza do oceny jest za to postawa szwedzkiej pierwszej linii. W zasadzie każda z naszych ofensywnych piłkarek miała podczas dzisiejszego meczu przynajmniej jeden błysk, po którym ręce same składały się do oklasków, ale trochę zabrakło w tym wszystkim pójścia za ciosem i jeszcze bardziej zdecydowanego dociśnięcia gubiących się momentami przeciwniczek. Pochwała należy się na pewno za uskuteczniany coraz częściej i z coraz lepszym efektem wysoki pressing, ale wydaje się, że gdyby podopieczne Pii Sundhage potrafiły bardziej efektywnie wykorzystywać momenty swojej naprawdę dobrej gry, to końcowy rezultat obu styczniowych sparingów byłby zupełnie inny, a powrotna podróż z Hiszpanii znacznie przyjemniejsza. W znacznie lepszym nastroju Murcię i okolice opuszczać mogła jednak przede wszystkim Jonna Andersson. Najlepsza asystentka Damallsvenskan w sezonie 2016 w dzisiejszym meczu również mogła zapisać na swoim koncie dwa kluczowe podania, ale najpierw na drodze stanęła jej pozycja spalona Blackstenius (swoją drogą – identyczne zagrania tej dwójki mogliśmy wielokrotnie podziwiać podczas spotkań Linköping), a następnie doskonała interwencja Chamberlain. Inna sprawa, że po hiszpańskim zgrupowaniu jest już chyba dla wszystkich jasne, że kwestia obsady lewej obrony na EURO została już najprawdopodobniej definitywnie rozstrzygnięta.

Pierwszy w tym roku reprezentacyjny dwumecz przyniósł nam porażkę oraz remis, ale tym razem trudno nie zgodzić się z Pią Sundhage, która porównując oba zakończone właśnie mecze z tymi rozegranymi jesienią, w postawie prowadzonej przez siebie drużyny zauważa pewien postęp. Niektóre decyzje naszej selekcjonerki wciąć pozostają wprawdzie nierozwiązaną przez nikogo zagadką i tak już pewnie pozostanie (skoro szanse miały dostać Schmidt czy Glas, to czemu jedynie w tak skromnym wymiarze?), ale jeśli wyjdziemy z założenia, że trzy miesiące temu reprezentacja Szwecji przypominała grupę zagubionych turystek na rozstaju dróg, to po meczach z Norwegią i Anglią udało się im przynajmniej wejść na jedną ze ścieżek i konsekwentnie podążać jej szlakiem. Najbliższą okazję do tego, aby przekonać się, czy idziemy we właściwym kierunku będziemy mieć już za niewiele ponad miesiąc, gdyż właśnie wtedy czeka nas sparing z Australią, a ostateczną odpowiedź na pytanie, czy obrana przez nas droga zaprowadzi nas do celu, otrzymamy dopiero na przełomie lipca i sierpnia.

Dla kogo bilety do Holandii?

Choć pozornie wydaje się, że ogłoszenie ostatecznej, 23-osobowej kadry na finały EURO 2017 jest wciąż dość odległą perspektywą, to w rzeczywistości czasu na jakiekolwiek eksperymenty pozostało bardzo niewiele. Inna sprawa, że mając na uwadze dość konserwatywny stosunek Pii Sundhage oraz Lilie Persson do dokonywania personalnych roszad w przeddzień wielkich imprez, i tak raczej nie spodziewalibyśmy się w tej kwestii jakiejś niespodziewanej rewolucji. Pierwsze reprezentacyjne zgrupowanie w nowym roku wydaje się więc być doskonałym momentem na to, aby przyjrzeć się temu, jak na chwilę obecną przedstawiają się szanse poszczególnych piłkarek na znalezienie się w gronie tych, które latem wsiądą na pokład samolotu udającego się do Holandii. Pomni na dotychczasowe doświadczenia ze znaną na cały kraj hierarchią Sundhage jesteśmy w pełni świadomi, że sporo miejsc w kadrze jest już w zasadzie obsadzonych, ale wydaje się, że w każdej z formacji nie wszystkie karty zostały jeszcze rozdane. Poniższe zestawienie pomoże zatem uporządkować wszystko co już wiemy, a także oszacować o ile biletów na holenderskie EURO będzie się toczyć gra podczas rundy wiosennej. Oczywiście przy założeniu, że uda się nam uniknąć kolejnych – po kontuzji Emilii Appelqvist – wypadków losowych.

piasundhage

Fot. Bildbyrån

Bramka

Pewniaczki: nie ma sensu silić się na przesadną oryginalność: jeśli tylko Hedvig Lindahl będzie w pełni zdrowa, to kwestia obsady bramki wydaje się być równie oczywista jak niechęć klubów Damallsvenskan do Pii Sundhage. Obsadzona wydaje się być także rola pierwszej zmienniczki, którą w ostatnich miesiącach pozostaje niezmiennie Hilda Carlén i chyba tylko kataklizm mógłby sprawić, że golkiperki Piteå zabrakłoby w kadrze na EURO.

W kręgu zainteresowań: do Holandii pojadą ostatecznie trzy bramkarki, a więc w dużym uproszczeniu można powiedzieć, iż walka toczy się obecnie tak naprawdę o jedno miejsce. Analizując dotychczasowe posunięcia sztabu szkoleniowego istnieją poważne przesłanki, aby zakładać, że decydującą batalię stoczą o nie Emelie Lundgren oraz Zecira Musovic, a w minimalnie lepszej pozycji wyjściowej wydaje się być zawodniczka Eskilstuny.

Zaplecze: wszyscy, którzy regularnie śledzą rozgrywki Damallsvenskan, od wielu miesięcy głośno domagają się powołania do kadry Jennifer Falk. Golkiperka Göteborga swoją postawą na ligowych boiskach z pewnością na tę szansę zasłużyła, ale z nieznanych bliżej powodów wciąż nie udało jej się przekonać do siebie selekcjonerki. Jeszcze większym zaskoczeniem byłaby obecność w reprezentacji zbierającej niezłe recenzje w lidze włoskiej Stephanie Öhrström.

Obrona

Pewniaczki: Nilla Fischer, Linda Sembrant i Magdalena Eriksson to trzy stoperki, które mogą się w zasadzie szykować na to, że tego lata przyjdzie im spędzić przynajmniej kilka tygodni w Holandii. W podobnej sytuacji znajduje się Jessica Samuelsson, która jest pierwszym wyborem Sundhage na prawej flance defensywy, a wszystko wskazuje na to, że podobny status w ostatnich miesiącach wyrobiła sobie także grająca po lewej stronie czteroosobowego bloku Jonna Andersson.

W kręgu zainteresowań: duet z Rosengård Emma Berglund – Amanda Ilestedt nie może wprawdzie liczyć na pewne miejsce w wyjściowej jedenastce, ale szczególnie ta pierwsza jest regularnie powoływana do kadry. O miejsce w reprezentacji powalczy także z pewnością powracająca do wielkiej piłki Marina Pettersson-Engström, a wśród bocznych obrończyń stosunkowo wysoko stoją akcje Hanny Glas, Hanne Gråhns oraz młodziutkiej Nathalie Björn.

Zaplecze: obecność Liny Nilsson w tym gronie jest równie zaskakująca jak swego czasu mundial wygrany przez Japonię, ale cóz poradzić na to, że Pia Sundhage nie dostrzega, że w Malmö ma piłkarkę, od której mogłaby w zasadzie zaczynać ustalanie meczowego składu. Ponadto, z pola widzenia dobrze byłoby nie stracić mającej za sobą niezły sezon w Göteborgu Elin Landström, imponującej solidnością Mii Carlsson, a także nowej stoperki mistrza z Linköping Lisy Lantz.

Pomoc

Pewniaczki: nie od dziś wiemy jak wielkim (żeby nie było niejasności – czysto piłkarskim!) uczuciem Pia Sundhage darzy Caroline Seger, więc obecność pomocniczki Lyonu w kadrze na holenderskie EURO jest absolutnie niepodważalna. Równie pewne swoich pozycji wydają się być ponadto Lisa Dahlkvist, Kosovare Asllani, Elin Rubensson oraz najbardziej w tym gronie wszechstronna Fridolina Rolfö.

W kręgu zainteresowań: kontuzja Emilii Appelqvist jeszcze szerzej otworzyła bramy do kadry przed Katrin Schmidt i wydaje się, że urodzona w Niemczech piłkarka Djurgården powinna bez większych problemów znaleźć się w gronie 23 wybranek Sundhage. Nasza selekcjonerka sporym uznaniem darzy także Hannę Folkesson, a szanse na wyjazd do Holandii ma ponadto tercet z Eskilstuny: powracająca po przerwie macierzyńskiej Petra Johansson, filigranowa i kompaktowa Malin Diaz, a także usposobiona nieco bardziej defensywnie Petra Andersson. Ostatniego słowa nie powiedziały jeszcze Lina Hurtig, która zimą przeniosła się do Linköping, jej nowa klubowa koleżanka Irma Helin oraz szalejąca na prawym skrzydle Örebro Julia Spetsmark.

Zaplecze: Johanna Rytting Kaneryd, Michelle De Jongh, Anna Oscarsson czy Filippa Angeldahl to wszystko piłkarki urodzone w drugiej połowie lat 90., które coraz głośniej dobijają się do pierwszej reprezentacji. Jeśli jednak na EURO w Holandii zagra choć jedna z wymienionych, to już będzie można mówić o sporym sukcesie. Spośród nieco bardziej doświadczonych pomocniczek warto mieć na uwadze między innymi Josefin Johansson i Mimmi Löwfenius.

Atak

Pewniaczki: bez względu na to, czy większość meczów na EURO zagramy na jedną, dwie, czy trzy napastniczki, Stina Blackstenius, Sofia Jakobsson oraz Lotta Schelin o miejsce w kadrze obawiać się raczej nie muszą. Podobnie ma się sprawa w przypadku Olivii Schough, której pozycja nie osłabła nawet podczas słabego w jej wykonaniu sezonu 2016, więc trudno przypuszczać, aby teraz miało być inaczej.

W kręgu zainteresowań: odrodzenie się w Piteå, a także solidne występy w barwach Götteborga sprawiły, że w notesie naszej selekcjonerki pojawiło się nazwisko Pauline Hammarlund. O miejsce w kadrze z pewnością zechce z nią powalczyć Mimmi Larsson, ale jej z kolei jak dotychczas nie udało się przekonać Sundhage nawet bardzo solidnymi występami w klubie. Przypomnieć o sobie spróbuje również Marija Banusic, która w Linköping będzie starała się odnaleźć pewność gry, całkowicie zagubioną po nieudanym transferze do Chelsea.

Zaplecze: wojaże po Norwegii i Anglii sprawiły, że z orbity zainteresowań Sundhage wypadła Emma Lundh, która po powrocie do kraju wiosną zawalczy o to, aby wrócić także do kadry. Podobny cel przyświeca z pewnością Jenny Hjohlman, ale ona z kolei odbudowywać będzie się w Örebro. Na debiut w seniorskiej reprezentacji liczą za to Felicia Karlsson i Madelen Janogy, ale powołanie dla którejkolwiek z nich byłoby jednak dużego kalibru niespodzianką.

Duet z Linköping zatrzymał Szwecję

tba0557e

Fot. NTB

Porażką z Norwegią w deszczowej La Mandze zainaugurowała piłkarska reprezentacja Szwecji rok 2017. Obie ekipy postarały się jednak, aby mecz, który właśnie ze względu na fatalne warunki atmosferyczne mógł w ogóle nie dojść do skutku, okazał się całkiem przyzwoitym widowiskiem dla neutralnego kibica. Analiza boiskowych wydarzeń wygląda niestety nieco mniej optymistycznie ze szwedzkiej perspektywy, choć – paradoksalnie – po przerwie drużyna Pii Sundhage rozegrała jedną z najlepszych połówek w ostatnich miesiącach.

Zacznijmy jednak od początku, gdyż emocji w śródziemnomorskim kurorcie nie brakowało w zasadzie od pierwszego gwizdka hiszpańskiej sędzi. Wzajemne badanie się trwało bowiem zaledwie kilka minut, a obie drużyny stosunkowo szybko przeszły do kolejnego punktu porządku dziennego, którym była walka o dominację w środku pola. Nie wyłoniła ona jednak zdecydowanego zwycięzcy, a gdy w pewnym momencie zaczęło się wydawać, że Norwegia będzie w stanie narzucić rywalkom swój styl gry, niespodziewanie to nasze piłkarki objęły prowadzenie. Bramkową akcję napędziła na lewym skrzydle Jonna Andersson, która popisała się idealnym dośrodkowaniem na głowę Sofii Jakobsson. Napastniczka Montpellier wygrała jeszcze pojedynek z norweską defensorką i celnym strzałem nie tylko otworzyła wynik spotkania, ale także przełamała fatalną i trwającą zdecydowanie zbyt długo passę bez gola w reprezentacji. Korzystny rezultat utrzymał się jednak zaledwie … kilkadziesiąt sekund. Norweżki wznowiły od środka, Andrine Hegerberg dostrzegła fatalne ustawienie Sembrant i Andersson, dynamiczna Utland urwała się szwedzkiej defensywie, przelobowała próbującą w nie do końca przemyślany sposób interweniować Carlén i zrobiło się 1-1. Z całym szacunkiem dla napastniczki z Trondheim, trudno tak naprawdę w racjonalny sposób wytłumaczyć to, co stało się przy wyrównującym golu dla Norweżek. Pewne jest za to, że drużyna aspirująca do tego, aby walczyć o najwyższe cele, absolutnie nie może sobie pozwolić na utratę takich bramek i nie ma sensu usprawiedliwiać się tym, że asysta Andrine Hegerberg była rzeczywiście najwyższej próby.

Skoro jesteśmy już przy siostrach Hegerberg, to po niespełna pięciu minutach próbkę swoich umiejętności dała także Ada. Najlepsza piłkarka minionego roku na świecie zbiegła do lewego skrzydła, posłała bardzo nieprzyjemną piłkę w szwedzką szesnastkę, a zamykająca akcje na dalszym słupku Minde – pomimo asysty dwóch obrończyń – wepchnęła futbolówkę do siatki. Z pozoru mogłoby sie wydawać, że i w tej sytuacji największą winą za straconego gola należałoby obarczyć duet Sembrant – Andersson, ale prawda jest taka, że w zasadzie każda z piłkarek bloku defensywnego (nie wyłączając Carlén) miała w przynajmniej jednym momencie okazję, aby skasować groźnie zapowiadającą się akcję Norweżek. Sztuka ta nie udała się jednak nikomu, w związku z czym od 27. minuty musieliśmy odrabiać straty. Te mogły ostatecznie okazać się jeszcze większe, gdyż rywalki absolutnie nie zamierzały zwalniać tempa, ale do przerwy żadnej ze stron nie udało się już zmienić rezultatu i do szatni schodziliśmy przy wyniku 1-2.

Druga połowa przebiegała niemal w całości pod dyktando Szwedek, a gra podopiecznych Pii Sundhage wyglądała zdecydowanie lepiej niż chociażby podczas ubiegłorocznych pojedynków z Danią czy Brazylią, gdzie także trzeba było gonić wynik. Oczywiście, nie udało się zupełnie uniknąć długich przestojów oraz groźnych, norweskich kontrataków (po jednym z nich Isaksen mogła w zasadzie definitywnie zamknąć mecz), ale w przeciwieństwie do wspomnianych powyżej spotkań, tym razem w grze naszych piłkarek dało się dostrzec jakiś bardziej konkretny zamysł. Niestety, w parze z nim nie zawsze szło wykonanie i być może dlatego nie udało się wykreować tylu okazji na doprowadzenie do remisu, ilu byśmy sobie życzyli. Inna sprawa, że gdy już taka szansa – za sprawą rezerwowej Katrin Schmidt – rzeczywiście nadeszła, to na wysokości zadania stanęła strzegąca norweskiej bramki, niezwykle doświadczona Ingrid Hjelmseth.

Trudno rzecz jasna oczekiwać, aby pierwsza od niepamiętnych czasów porażka na inaugurację roku wprawiła kogokolwiek w euforyczny nastrój, ale z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, że sparing w La Mandze, a szczególnie jego druga część, na tle ostatnich występów kadry Pii Sundhage wyglądał całkiem przyzwoicie. Po stronie plusów na pewno możemy zapisać długo wyczekiwane przełamanie Sofii Jakobsson i pozostaje mieć nadzieję, że zdobyty przeciwko Norwegii gol sprawi, że zawodniczka Montpellier również w kadrze zacznie grać na oczekiwanym nie tylko przez kibiców, ale także przez siebie poziomie. Solidny mecz rozegrała ponadto Caroline Seger, niekwestionowana liderka szwedzkiej drugiej linii, a bardzo obiecującą zmianę dała debiutująca w żółto-niebieskich barwach Katrin Schmidt. Pochodząca z Westfalii piłkarka w kwadrans zrobiła na boisku więcej pozytywnego zamieszania niż Elin Rubensson przez 75 minut i wydaje się, że wywalczyła sobie prawo do tego, aby już we wtorek przeciwko Anglii zaprezentować się nam w większym wymiarze czasowym. Czekający nas już za kilka dni pojedynek z trzecią drużyną świata będzie ponadto doskonałą okazją do rehabilitacji przede wszystkim dla formacji defensywnej, która w starciu z Norwegią popełniła zdecydowanie zbyt wiele błędów, a te w końcowym rozrachunku okazały się niezwykle kosztowne.

Ostatnia misja Sundhage

1471604010_sundhage3

Fot. Erik Mårtensson

Rozgrywane na hiszpańskiej ziemi sparingi z Norwegią i Anglią oficjalnie rozpoczną kolejny etap przygotowań do czekających nas na przełomie lipca i sierpnia mistrzostw Europy. Wiemy już, że bez względu na okoliczności, holenderski turniej będzie ostatnim, podczas którego naszą kadrę poprowadzi Pia Sundhage, w związku z czym w znacznej mierze to właśnie od postawy reprezentantek Szwecji na boiskach Bredy, Deventer i okolic zależeć będzie to, jak większość kibiców wspominać będzie pięcioletni okres pracy trenerki z Västergötland w roli opiekunki najważniejszej drużyny w kraju. To znaczy, są oczywiście kwestie, których w kilka miesięcy naprawić nie da się żadnym sposobem i wielu z nas era Sundhage kojarzyć się będzie między innymi z najgorszymi w historii relacjami na linii SvFF – EFD, czy też jednogłośnym sprzeciwem wszystkich klubów szczebla centralnego wobec propozycji przedłużenia kontraktu obecnej selekcojnerki, ale – bądźmy szczerzy – większość sympatyków futbolu raczej nie ekscytuje się przesadnie tego typu „drobnostkami”. Z ich perspektywy liczy się przede wszystkim dobra gra na wielkich imprezach, najlepiej poparta jeszcze spektakularnymi wynikami, a najbardziej w pamięci zostaje zawsze ostatni z ważnych turniejów i to właśnie przez jego pryzmat dokonuje się nierzadko mało wyważonych ocen. Dla Pii Sundhage holenderskie EURO będzie właśnie takim selekcjonerskim egzaminem końcowym, który przyjdzie jej zdawać przed kilkumilionową i do tego niezwykle wymagającą komisją.

Bardzo często przy okazji meczów towarzyskich powtarza się, że na pewno nie przyniosą nam one kompletu odpowiedzi na najbardziej palące pytania, dlatego tak ważne jest, aby z każdego sposród pozostałych nam do rozegrania przed mistrzostwami spotkań wyciągnąć absolutne maksimum. Nie chodzi tu nawet tyle o śrubowanie rekordów czy podtrzymywanie korzystnych pass (na przykład tej dotyczącej całkiem już pokaźnej liczby zimowych meczów bez porażki), ale o to, aby każde spędzone na boisku dziewięćdziesiąt minut w taki czy inny sposób przybliżało nas do wspólnego celu, jakim jest udany występ w Holandii. Chyba wszyscy zgodzimy się co do tego, że okres pomiędzy sierpniem a grudniem 2016 był dla naszej reprezentacji stracony. Nie dość, że w bardzo nieodpowiedzialny (żeby nie powiedzieć po prostu głupi) sposób na własne życzenie pozbawiliśmy się rozstawienia podczas losowania grup turnieju finałowego, to jeszcze zaangażowaliśmy się w ogranizację meczów, które zgodnie z wcześniejszymi obawami spotkały się z bojkotem wielu środowisk w kraju, a i pod względem sportowym nie dały nam absolutnie nic. Pomimo tego wciąż nie opuszcza nas wiara, że czekający nas za kilkadziesiąt godzin pojedynek z prowadzoną od niedawna przez Martina Sjögrena Norwegią okaże się pierwszym krokiem w kierunku Enschede, że kolejny wykonamy już w najbliższy wtorek, a na marcowy turniej towarzyski o Puchar Algarve szwedzka kadra uda się z poczuciem, że reprezentacyjne sprawy idą w dobrym kierunku. Aby jednak tak się stało, już teraz trzeba pochylić się nad kilkoma niezwykle istotnymi kwestiami, z których najważniejsze wypunktowaliśmy poniżej:

– poważna kontuzja Emilii Appelqvist, eliminująca ją prawdopodobnie z występu na EURO sprawiła, że tematem numer jeden była w ostatnich dniach obsada szwedzkiej drugiej linii. Piłkarka Djurgården była bowiem jeśli nie pewniaczką, to na pewno mocną kandydatką, aby w czekającym nas za pół roku meczu otwarcia z Niemcami wybiec w wyjściowej jedenastce. Zakładając, że Sundhage nie zdecyduje się na to, aby odejść od preferowanego przez siebie w starciach ze światowa czołówką ustawienia z trzema środkowymi pomocniczkami, miejsce Appelqvist mogłaby zająć na przykład tak bardzo wyczekiwana przez wszystkich Katrin Schmidt. Ciekawą opcję stanowić mogłyby ponadto Elin Rubensson, Hanna Folkesson, a także nieobecne na hiszpańskim zgrupowaniu zawodniczki Eskilstuny: Malin Diaz oraz Petra Johansson. Inną alternatywą, do której należałoby jednak podejść z pewną rezerwą, jest wycofanie mających zazwyczaj nieco bardziej ofensywne zadania Fridoliny Rolfö lub Kosovare Asllani, którym zdarzało się już w przeszłości grać w kadrze na pozycji numer osiem.

– mamy zapewnienie, że podczas styczniowych sparingów reprezentacja nie będzie przywiązana do jednego ustawienia, a jeśli wszystko wypali, to możemy spodziewać się testów nawet trzech wariantów. Mając nadzieję, że to wszystko nie skończy się powtórką z Viborga, gorąco liczymy, że przynajmniej jeden z nich zakłada wspólny występ Stiny Blackstenius i Sofii Jakobsson. Nowy duet z Montpellier niezwykle obiecująco rozpoczął rok 2017 na niwie klubowej i nie mamy nic przeciwko temu, aby dobra dyspozycja przełożyła się także na występy w reprezentacji. Ten układ warto wypróbować zarówno w najbardziej klasycznym 4-4-2, jak i w ustawieniu z trzema piłkarkami ofensywnymi, w którym Blackstenius pełni rolę najbardziej wysuniętej napastniczki.

– a propos Jakobsson, to wciąż czekamy na to, aby pełnię swoich możliwości pokazała nie tylko wtedy, gdy naprzeciw niej stoją piłkarki Lyonu, Guingamp czy innego PSG, ale również wtedy, gdy ma na sobie barwy reprezentacji.

– w kadrze na hiszpańskie zgrupowanie znalazła się tylko jedna nominalna lewa obrończyni i miło byłoby zobaczyć ją w pełnym wymiarze czasowym. Ostatnie miesiące jednoznacznie pokazały, że wystawianie w tym sektorze boiska defensywnych pomocniczek (Rubensson), czy stoperek (Eriksson) to rozwiązanie niezwykle ryzykowne. Tym bardziej, że naprawdę solidnymi występami w lidze Jonna Andersson udowodniła, że w pełni zasługuje na to, aby w końcu obdarzono ją większym zaufaniem.

– stałe fragmenty gry. Ten do znudzenia trenowany przy okazji kazdego dłuższego zgrupowania element, na dwóch ostatnich wielkich imprezach przyniósł nam łącznie zaledwie dwa gole. Oba w starciach z drużynami z Afryki, oba będące bezpośrednim efektem kiksu jednej z przeciwniczek. Bez względu na to, czy za egzekwowanie stałych fragmentów była akurat odpowiedzialna Asllani czy Eriksson, nasze piłkarki nie potrafiły zrobić z nich należytego użytku, a przecież w przeszłości to właśnie perfekcyjnie wykonywane rzuty wolne i rożne niejednokrotnie okazywały się dla Szwedek przepustką do największych sukcesów. Warto byłoby przypomnieć sobie tamte czasy, a najlepiej sprawić, aby one po prostu do nas wróciły.

Lista pytań i problemów nie kończy się oczywiście w tym miejscu, bo przecież nie wspomnieliśmy na przykład o kwestii hierarchii wśród rezerwowych bramkarek, czy umiejętnym wykorzystaniu Lotty Schelin, ale nadszedł już czas, aby po raz pierwszy w tym roku przemówiło boisko. Derby Skandynawii to mecze, podczas których poziom emocji zawsze jest odpowiedni i zapewne nie inaczej będzie w czwartkowy wieczór, choć sceneria, w jakiej przyjdzie zmierzyć się dwóm odwiecznym rywalom jest tym razem naprawdę nietypowa. O odpowiednią motywację martwić się jednak nie trzeba, wszak w nie aż tak odległej perspektywie celem przyświecającym obu ekipom jest przecież mistrzowsto Europy. A zatem – kolejny akt przygotowań czas zacząć i oby tylko nie okazał się on tragedią!