Gramy do końca!

MAJA4553_2019062945418172

Sofia Jakobsson i Peter Gerhardsson znów mogli się wspólnie cieszyć (Fot. Getty Images)

Tworzymy historię – taki właśnie napis widniał na jednej ze szwedzkich flag na Roazhon Park w Rennes. I piłkarki Petera Gerhardssona rzeczywiście zagrały tak, jakby w każdej minucie dzisiejszego spotkania były w pełni świadome tego, jak wiele jest do wygrania. Nie przeszkodził lejący się z nieba skwar, nie przeszkodziły bolesne wspomnienia poprzednich potyczek z Niemkami, nie przeszkodził stosunkowo szybko stracony gol, nie przeszkodził nawet powrót na boisko Dzsenifer Marozsan – reprezentantki Szwecji były dziś skupione przede wszystkim na sobie i na szansie, którą same sobie mogły stworzyć. I którą – uprzedźmy fakty – w mistrzowski sposób sobie ostatecznie stworzyły! Dobrze zaczęło dziać się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, gdy Caroline Seger wygrała przedmeczowe losowanie, dzięki czemu to zespół Martiny Voss-Tecklenburg do przerwy musiał grać pod słońce. Czy ten fakt miał znaczący wpływ na końcowy rezultat? Nie ma oczywiście większego sensu go przeceniać, ale jak mawiał były już selekcjoner kadry Włoch Antonio Cabrini, na tym etapie liczy się absolutnie każdy detal. O te zdecydowanie najważniejsze zadbały już jednak same piłkarki, skutecznie i metodycznie realizując plan nakreślony przez Gerhardssona i Wikmana. A przecież nie brakowało momentów, w których można było zacząć wątpić w powodzenie misji półfinał.

Pierwszy z nich pojawił się po upływie kwadransa, kiedy to w zupełnie niegroźnej sytuacji niedokładne podanie przytrafiło się Magdalenie Eriksson. Nieszczęściu próbowała jeszcze w ostatniej chwili zapobiec Fischer, ale zagranie Däbritz dotarło ostatecznie do celu, a Lina Magull złapała Lindahl na wykroku, otwierając wynik spotkania. Fakt ten nie załamał jednak szwedzkich kadrowiczek, które stosunkowo szybko odpowiedziały na straconego gola w najlepszy możliwy sposób. Sembrant zagrała długą piłkę w kierunku schodzącej z prawego skrzydła Jakobsson, Hegering źle obliczyła trajektorię lotu futbolówki, a rozgrywająca swój 105. mecz w narodowych barwach zawodniczka samotnie popędziła na bramkę rywalek i wykończyła rajd w niemal identyczny sposób, jak chociażby w Viborgu. 1-1 po akcji dwójki z Montpellier i znów wróciliśmy w zasadzie do punktu wyjścia. Wynik remisowy utrzymał się ostatecznie do przerwy, choć obie ekipy miały ewidentnie chrapkę, aby jeszcze w pierwszej połowie dopisać do swego dorobku przynajmniej jednego gola. Na chęciach się jednak skończyło, ale trzeba przyznać, że szwedzkie stałe fragmenty potrafiły stworzyć w szesnastce Almuth Schult niemały popłoch.

Od początku drugiej połowy na placu gry pojawiła się wspomniana Marozsan, ale jeśli niemieccy kibice oczekiwali, że pomocniczka Lyonu na własnych barkach wniesie ich do najlepszej czwórki tego turnieju, to mocno się w swoich szacunkach pomylili. Co więcej, to Szwedki jako pierwsze stworzyły sobie po przerwie dogodną sytuację i zrobiły to na tyle konkretnie, że zdominowane przez kolor żółty sektory na Roazhon Park po raz drugi tego popołudnia miały okazję do celebracji. Całe zamieszanie rozpoczęło się od rozgrywającej jeszcze jeden bardzo dobry mecz Asllani, która przytomnie rozciągnęła grę na prawą flankę do niezwykle aktywnej Jakobsson. Skrzydłowa Montpellier stosunkowo prostym, lecz skutecznym zwodem poradziła sobie z Gwinn i dośrodkowała w kierunku Rolfö, a przenosząca się niebawem do Wolfsburga pomocniczka Bayernu bez namysłu uderzyła na bramkę Schult. Tym razem, w przeciwieństwie do wiosennego meczu ligowego, reprezentantce Szwecji nie udało się pokonać niemieckiej golkiperki, ale brak asekuracji w defensywie rywalek sprawił, że stojąca na piątym metrze Stina Blackstenius nie miała najmniejszych problemów z dobitką. Choć do końca meczu pozostawało jeszcze mnóstwo czasu, w tym właśnie momencie po raz pierwszy pojawiła się myśl, że trwającą od blisko ćwierć wieku serię porażek z Niemkami właśnie dziś uda się przełamać.

Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że Niemki będą bardzo niebezpieczne do samego końca, choć to właśnie im (ze szczególnym uwzględnieniem najmłodszych kadrowiczek Martiny Voss-Tecklenburg) nieco bardziej dawały się we znaki piekielne, bretońskie upały. Dośrodkowania Marozsan, gra w powietrzu Popp, czy niekonwencjonalność i wszechstronność Däbritz nie wymagają jednak specjalnej reklamy, wobec czego doskonale wiedzieliśmy, że potencjalne zagrożenie może przyjść w każdej chwili. Uspokoić mecz mógł jedynie gol na 3-1, ale pomimo wzorcowo wyprowadzonych kontr, ani Rolfö, ani Blackstenius nie były w stanie postawić pieczęci na ćwierćfinałowym zwycięstwie. A Niemki, pomimo coraz wyraźniejszego ubytku sił, nie ustawały w atakach i naprawdę niewiele brakowało, aby ich trud został ostatecznie wynagrodzony. Od niezwykle groźnej sytuacji uratowało nas jednak … kilka centymetrów, które przesądziło o tym, że Lina Magull była na spalonym. Gdyby nie one, to doskonale nam znany hiszpański sędzia siedzący w pokoju VAR, już zacząłby szykować się do analizy kontaktu w polu karnym. O żadnym przewinieniu ze strony Lindahl rzecz jasna nie mogło być mowy, ale jedenastka podyktowana pięć dni temu po sugestii pana Sancheza Martineza była przecież równie kontrowersyjna. Tym razem skończyło się jednak na chwili strachu, podobnie zresztą jak w 88. minucie, kiedy to bliska zostania bohaterką Niemiec była rezerwowa Oberdorf. A chwilę później … była już tylko czysta euforia. Bo na tym turnieju reprezentacja Szwecji grać będzie do samego końca!

Reklamy

Wygrać awans i miejsce w historii

sweger

Tak smakuje zwycięski gol! Szwecja – Niemcy 3-2!

Był czerwiec 1995. Piłkarska reprezentacja Szwecji rozpoczęła rozgrywany we własnym kraju mundial od sporego falstartu. Choć Brazylijki nie były anonimowym zespołem znikąd, absolutnie nikt nie zakładał, że mecz otwarcia przeciwko Canarinhas zakończy się porażką drużyny prowadzonej przez Bengta Simonssona. Zwycięski gol autorstwa Roseli sprawił jednak, że już na drugi mecz gospodynie mistrzostw wychodziły z przysłowiowym nożem na gardłach. A rywal był w nim najtrudniejszy z możliwych – Niemki, które nie zamierzały ani przez moment ukrywać, że przyjechały na tamten turniej po złoto. Kadra Gero Bisanza furorę robiła nie tylko na boisku, ale i poza nim; wszak nikt inny nie mógł wówczas pozwolić sobie na luksus poruszania się po Szwecji … własnym samolotem. Przez całą pierwszą połowę wydawało się, że niemiecka perfekcja i tym razem weźmie górę, a gdy tuż przed jej zakończeniem pozostawiona zupełnie bez opieki tuż przed linią pola karnego Ursula Lohn niesygnalizowanym strzałem pokonała Elisabeth Leidinge, zrobiło się zupełnie nieciekawie. Gospodynie przegrywały już 0-2 i tylko cud mógł sprawić, że losy tego meczu da się jeszcze odwrócić. Na nasze szczęście, futbol to taka gra, w której najzwyczajniej w świecie nie ma rzeczy niemożliwych, dzięki czemu po przerwie byliśmy świadkami prawdopodobnie najbardziej szalonych 45 minut w historii szwedzkiej piłki nożnej. Sygnał do pogoni za marzeniami dała Malin Andersson, pewnie wykonując podyktowany za ewidentny faul w niemieckiej szesnastce rzut karny. Na wyrównującego gola kibice w Helsingborgu musieli jednak czekać aż do 80. minuty, kiedy to w ogromnym zamieszeniu podbramkowym najwięcej zimnej krwi zachowała Pia Sundhage, wpychając futbolówkę do siatki Manueli Goller. Wynik 2-2 przedłużał już nadzieję na awans, ale będące ewidentnie w uderzeniu Szwedki wcale nie zamierzały tego dnia dzielić się punktami. W samej końcówce na niemiecką bramkę sunął atak za atakiem, a nasze rywalki sprawiały wrażenie drużyny, która akurat na taki scenariusz była całkowicie nieprzygotowana. I wreszcie … udało się! Dośrodkowanie z narożnika boiska, niepewne piąstkowanie Goller, bilard w szesnastce i Malin Andersson uderzająca na wślizgu w opuszczony przez golkiperkę róg bramki. Wpadło!! 3-2!! Słynna, charakterystyczna dla tamtej kadry cieszynka po zdobytym golu nigdy wcześniej i nigdy później nie wydawała się nam tak piękna. Oba zespoły zdawały sobie sprawę, że Niemki już się w tym meczu nie podniosą. Turniej, który o mało co nie zakończył się zanim na dobre zdążył się rozpocząć, na powrót nabrał wspaniałych barw.

Choć wspomniane powyżej wydarzenia miały miejsce już ćwierć wieku temu, nieprzypadkowo wracamy dziś właśnie do nich. Od niezapomnianego wieczoru w Helsingborgu, szwedzkim piłkarkom ani razu nie udało się bowiem pokonać niemieckich rywalek w meczu o punkty. A warto wspomnieć, że los przecinał nasze drogi wyjątkowo często, wobec czego okazji, aby napisać jeszcze jeden radosny rozdział tej sagi, było aż jedenaście. Za każdym razem czegoś jednak ostatecznie brakowało, choć kolejne porażki mocno się od siebie różniły. Ot, weźmy na przykład tę z 2013. Gamla Ullevi w Göteborgu, najlepsza piłkarsko kadra w tym wieku i poczucie, że szczęście było tak blisko. Gdyby nie słupek, gdyby piłka wkręciła się do bramki po strzale Hammarström, gdyby uznany został wyrównujący gol Schelin … wyliczać można było długo, ale to Niemki miały pełne prawo cieszyć się po końcowym gwizdku, gdyż gola trochę z niczego (choć po bardzo mądrze wyprowadzonej akcji) wcisnęła Marozsan. A 2003? Zgadza się, wtedy akurat z przebiegu gry szwedzkie piłkarki na zwycięstwo nijak nie zasługiwały, ale jednak przez te kilkadziesiąt minut (doliczmy sobie przerwę, bo w sumie dlaczego by nie) można było wizualizować sobie reprezentacyjną koszulkę z jedną gwiazdką i huczne powitanie niedoszłych jak się okazało mistrzyń świata na Götaplatsen. EURO 2001? Na tamtym turnieju szanse były nawet dwie, ale zarówno w fazie grupowej, jak i w finale, w bardzo podobny sposób złudzeń pozbawiła nas Claudia Müller. I tak upływały lata, zmieniały się nazwiska, ale niezmienne pozostawało jedno – reprezentacja Niemiec wciąż pozostawała przeszkodą nie do przejścia w meczu o punkty.

Roazhon Park w Rennes, dziś zdecydowanie bardziej słoneczne niż przed trzema tygodniami. To właśnie tutaj i Szwedki i Niemki z wielkimi nadziejami rozpoczynały francuski mundial. Za kilkanaście godzin jedna z tych ekip w dokładnie tym samym miejscu definitywnie go zakończy, zabierając w powrotną podróż do domu mnóstwo wspaniałych wspomnień, ale i żal, bo przecież awans do strefy medalowej był o krok. Jasne, na żadnym etapie nie jest przyjemnie odpadać z turnieju, ale porażka w ćwierćfinale często boli podwójnie. Zarówno historia, jak i teraźniejszość wyraźnie pokazują kto będzie w tym starciu faworytem, ale Peter Gerhardsson podkreśla, że dla niego liczy się przede wszystkim to, co przed nami. Choć po chwili namysłu dodaje, że rzeczywiście byłoby miło, gdyby to właśnie tej kadrze udało się przełamać niemiecki kompleks. Selekcjoner werbalizuje w ten sposób pragnienie kilku milionów sympatyków futbolu, gdyż już za chwilę wszystkie szwedzkie miasta, a wśród nich między innymi Sztokholm, Malmö, Umeå, Västerås i … Minneapolis jednym głosem wspierać będą jedenaście zawodniczek biegających po murawie stadionu w Bretanii. Czy mamy jakiś tajny plan na sukces? Rozpracowując Kanadę słuchałem dużo Neila Younga i udało się awansować, więc teraz postawiłem na Rammstein, bo ostatnio wypuścili nową muzykę. Ciężkie brzmienia, ale w końcu czeka nas ciężki mecz, więc wszystko się zgadza – w swoim stylu podsumowuje swoją strategię meloman Gerhardsson. Cóż, skoro tak, to jesteśmy już uspokojeni i cierpliwie czekamy na pierwszy gwizdek. Dobrego meczu, niech zwycięży lepszy.

Hedvig księżniczką Paryża

1CIV0957_2019062482803528

Hedvig Lindahl potrafi bronić rzuty karne (Fot. Getty Images)

Pierwsza połowa tego meczu nie była wielkim widowiskiem. Ale – umówmy się – nikt chyba nie spodziewał się, że nim będzie. Potyczka Szwecji z Kanadą, szczególnie w fazie pucharowej wielkiego turnieju, najzwyczajniej w świecie musiała rozpocząć się właśnie w takim stylu, a że przed przerwą nikomu nie udało się otworzyć wyniku, to żadna ze stron nie zdecydowała się na diametralną zmianę taktyki. Do stracenia było bowiem zbyt wiele, a obie strony aż za bardzo zdawały sobie sprawę, jak kosztowny może okazać się nawet pojedynczy błąd. Ten na szczęście nie przytrafił się ani Hannie Glas, ani Magdalenie Eriksson, które w niemal podręcznikowy sposób udaremniały ofensywne zakusy kanadyjskich skrzydłowych w osobach Prince oraz Beckie. Od swojej gry odcięta była także Christine Sinclair, o co z kolei doskonale zadbała Nilla Fischer do spółki z Lindą Sembrant. Zgodnie z oczekiwaniami, walki o każdy fragment murawy nie brakowało także w środku pola i choć sędziowie sportów walki najpewniej wypunktowaliby pierwsze 45 minut gry w tej części boiska minimalnie na korzyść Kanadyjek, to warto podkreślić, że pomimo delikatnej, optycznej przewagi naszych rywalek, nie udało im się stworzyć choćby jednej dogodnej sytuacji strzeleckiej pod bramką Hedvig Lindahl. Do szatni obie ekipy udały się więc przy bezbramkowym remisie i w sumie nawet trudno się dziwić, że w przerwie zaczęliśmy żartować, iż właśnie teraz nadszedł najwyższy czas, aby zastanowić się nad wyborem piątki strzelczyń do konkursu rzutów karnych.

Tak naprawdę wyczekiwaliśmy jednak nie jedenastek, a tej jednej, złotej okazji, o której tak wiele rozmawiano przed pierwszym gwizdkiem. I po niespełna dziesięciu minutach gry po przerwie doczekaliśmy się, a do jej wykreowania potrzebowaliśmy zaledwie dwóch podań. Pierwsze z nich wykonała Elin Rubensson, zagrywając idealnie w tempo do Kosovare Asllani, a najlepsza szwedzka piłkarka na francuskim mundialu świetnie dojrzała wychodzącą na pozycję Stinę Blackstenius. Utracie gola próbowała jeszcze rozpaczliwą interwencją zapobiec Stephanie Labbé, ale napastniczka Linköping po ponad dwunastu miesiącach posuchy wreszcie doczekała się jedenastego trafienia w narodowych barwach. Stara zasada, że przełamywać się należy wyłącznie w najważniejszych meczach, najwidoczniej cały czas obowiązuje i ma się dobrze. Choć wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, że był to gol na wagę awansu do ćwierćfinału mistrzostw świata.

Do końca spotkania wciąż pozostawało bowiem jeszcze sporo czasu, a Kanadyjki nigdy nie były zespołem, który podłamywał się po utracie pierwszej bramki. Tym razem oczywiście również tak nie było, ale szwedzka defensywa prezentowała się dziś nadzwyczaj solidnie. Podopieczne trenera Heinera-Møllera próbowały środkiem, próbowały skrzydłami, ale żadna z tych metod nie okazała się na tyle skuteczna, aby w szesnastce Lindahl zrobiło się naprawdę gorąco. O dodatkowe emocje, nie po raz pierwszy zresztą na tym turnieju, postarał się zatem system wideoweryfikacji VAR, a konkretnie sprawujący nad nim pieczę Hiszpan Jose Maria Sanchez Martinez, dopatrując się przewinienia Kosovare Asllani we własnym polu karnym. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że piłka w spornej sytuacji faktycznie odbiła się od ręki pomocniczki Linköping, ale bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy mogła ona zrobić cokolwiek, aby zapobiec temu kontaktowi. Tym wszystkim nie zamierzała się jednak przejmować Lindahl, która najpierw spokojnie wysłuchała krótkiego wykładu australijskiej sędzi Kate Jacewicz na temat właściwego ustawiania się przy próbie obrony rzutów karnych, a następnie rzuciła się w prawy róg swojej bramki i w kapitalnym stylu odbiła uderzoną przez Janine Beckie futbolówkę. Dlaczego do piłki ustawionej na dwunastym jardzie nie podeszła Sinclair? Możemy jedynie domyślać się, że w wielu kanadyjskich domach zadawano sobie takie właśnie pytanie.

W okolicach 80. minuty szwedzkie sektory na paryskim stadionie raz jeszcze wystrzeliły do góry, gdy w kanadyjskiej szesnastce w nieprawidłowy sposób powstrzymywana była Fridolina Rolfö. Pani Jacewicz bez wahania wskazała na wapno, ale po konsultacji z arbitrem VAR słusznie wycofała się z tej decyzji, gdyż chwilę wcześniej na spalonym znajdowała się biorąca udział w tej akcji Blackstenius. O żadnym ofsajdzie nie było już jednak mowy kilka chwil później, gdy po sprytnie rozegranym rzucie wolnym, przed utratą drugiego gola uratowała Kanadę wybijająca piłkę z linii bramkowej Desiree Scott. Jednobramkowe prowadzenie wciąż nie dawało pewności awansu, rywalki nie ustawały w kolejnych próbach doprowadzenia przynajmniej do remisu, ale nawet obecność Labbé w szwedzkiej szesnastce nie przyniosła im tym razem upragnionego celu. Dwie hokejowe nacje zagrały iście hokejową końcówkę, w której to futbolówka kilka razy przeleciała niebezpiecznie wzdłuż pola karnego, ale na szczęście żadnej z Kanadyjek nie udało się ostatecznie wepchnąć jej do siatki (ewentualnie na rękę jednej z naszych piłkarek). Ćwierćfinał francuskiego mundialu stał się zatem faktem, a magiczny wieczór na Parc des Princes na zawsze zapisał się w naszej pamięci. A Niemki? O nich zaczniemy myśleć od jutra!

Gotowe na wszystko

smmmmmmttg

Szwedzka kadra w pełni gotowa na bój o ćwierćfinał (Fot. Getty Images)

To, że kwestie klimatyczne były wiodącym tematem zakończonej nie tak dawno kampanii przed wyborami do parlamentu europejskiego, jest całkowicie zrozumiałe, ale mało kto spodziewał się, że dokładnie takie same dyskusje prowadzić będziemy przy okazji meczu piłkarskiej reprezentacji Szwecji w 1/8 finału mistrzostw świata. Nadciągająca nad Francję fala gorącego, zwrotnikowego powietrza znad Afryki na tyle skutecznie narzuciła nam jednak narrację, że w sprawie upałów wypowiadały się zawodniczki, sztab medyczny i selekcjoner. I wydaje się, że wszyscy byli w swoich stanowiskach zgodni: warunki do gry nawet późnym wieczorem idealne nie będą, ale nie ma mowy o zrzucaniu na nie winy za ewentualne niepowodzenie. Dobrze, że cieplej robiło się już od kilku dni, dzięki temu mogłyśmy się do tych temperatur trochę przyzwyczaić i podczas meczu unikniemy szoku – nie bez racji zauważała Elin Rubensson. Trochę bardziej ostrożna była w wyciąganiu optymistycznych wniosków Fridolina Rolfö, zwracając uwagę na zdecydowanie większy ubytek sił z każdą upływającą minutą gry w ekstremalnym upale: Na pewno będziemy starały się grać naszą piłkę, ale zmęczenie może przyjść nieco szybciej. Namiastkę takich warunków poznałyśmy już podczas meczu z Tajlandią, gdzie na dodatek grałyśmy w środku dnia. Teraz nasz mecz będzie wieczorem, a więc temperatura może zacząć nieco spadać – stwierdziła z nadzieją piłkarka, która tego lata zamieni Monachium na Wolfsburg. A nam pozostaje wierzyć, że przynajmniej w drugiej połowie aura rzeczywiście choć trochę się nad nami zlituje i przyniesie nam nieco wytchnienia.

Trwając w nadziei, że marzenia o ćwierćfinale nie roztopią się w skwarze francuskiej stolicy, wróćmy jednak do kwestii czysto piłkarskich, gdyż to właśnie one na koniec dnia powinny mieć dziś decydujące znaczenie. Nie jest przesadnie wielką tajemnicą, że na paryskim stadionie spotkają się dwie ekipy preferujące dość podobny styl. Najbardziej logicznym wnioskiem byłoby więc stwierdzenie, że zwycięsko z tej batalii wyjdzie ten, kto jako pierwszy przejmie i utrzyma kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Do tego z kolei niezbędne może okazać się wygranie walki o środek pola, więc deklaracje Caroline Seger, Elin Rubensson i Kosovare Asllani o pełnej gotowości do gry mogą nas tylko cieszyć. Tym bardziej, że kapitanka Rosengård jeszcze nie tak dawno narzekała na problemy z plecami, ale – jeśli wierzyć jej zapewnieniom – na dzień dzisiejszy o żadnym urazie nie ma mowy. I dobrze, gdyż spodziewamy się, że z Kanadyjkami przyjdzie się naszym zawodniczkom trochę poobijać. Niezwykle istotna będzie również postawa szwedzkich defensorek, których zadaniem będzie między innymi powstrzymanie kroczącej po kolejne indywidualne rekordy strzeleckie Christine Sinclair. Ważne jednak, aby skupiając się na doświadczonej snajperce nie stracić z oczu innych zagrożeń, które w kanadyjskim zespole czyhają chociażby na skrzydłach. Pamiętacie jak wielkie problemy sprawiała nam nie dalej jak trzy miesiące temu dynamiczna i nieobliczalna Nichelle Prince? No właśnie, a dziś łatwiej nie będzie na pewno.

Marcowy mecz na turnieju towarzyskim o Puchar Algarve był zresztą w ostatnich dniach jednym z głównych punktów odniesienia dla Gerhardssona, Wikmana i całego sztabu szkoleniowego. To właśnie tę potyczkę oglądano i analizowano na wszelkie możliwe sposoby, aby jeszcze lepiej przygotować się do największego jak dotąd wyzwania na tegorocznym mundialu. Wtedy, na stadionie w Faro, szwedzko-kanadyjskie starcie zakończyło się bezbramkowym remisem, a w rozegranej po jego zakończeniu serii rzutów karnych minimalnie lepsze okazały się Kanadyjki. Jeśli jednak za kilka godzin znów miałoby dojść do konkursu jedenastek, to akurat w tym kierunku z marcowych wydarzeń wyjątkowo nie warto wyciągać jakichkolwiek wniosków. Dlaczego? Cóż, wystarczy powiedzieć, że już wówczas w Portugalii mieliśmy pełną świadomość, że za kilka miesięcy może dojść do powtórki w meczu o zdecydowanie większą stawkę. Z pewnością nikt nie obraziłby się jednak na to, aby kwestię awansu do najlepszej ósemki rozstrzygnąć już w regulaminowym czasie gry. Aby tak się stało, trzeba będzie oczywiście być niezwykle uważnym, gdyż w rywalizacji Szwecji z Kanadą ostatnimi czasy zazwyczaj nie pada przesadnie wiele goli. Jeśli więc dziś wieczorem pojawi się jakaś bramkowa szansa, to trzeba będzie ją po prostu wykorzystać. Peter Gerhardsson gorąco wierzy, że jego podopieczne są w stanie to zrobić, a Caroline Seger zapewnia, że ta kadra na wyżyny potrafi wzbić się dokładnie wtedy, gdy najbardziej tego potrzeba. Nie ma wątpliwości, że nadszedł właśnie taki dzień, oby zatem nasza kapitanka tym razem nie pomyliła się w ocenie.

Porażka jest, dramatu nie ma

p5elrizjbylujxuyzlxp

Sofia Jakobsson była bardzo aktywna na prawym skrzydle (Fot. Getty Images)

To wszystko wydarzyło się zdecydowanie zbyt szybko. Megan Rapinoe dośrodkowała z narożnika boiska, Zigiotti i Sembrant nie zdołały wybić lecącej wzdłuż bramki futbolówki, a sytuację ogólnego zamieszania w szwedzkiej szesnastce skutecznie wykorzystała Lindsey Horan, bez litości pakując piłkę do siatki Lindahl. Zegar na stadionie przy Bulwarze Leningradzkim w Hawrze wskazywał wówczas dopiero trzecią minutę gry, a my już wiedzieliśmy, że w starciu z obrończyniami tytułu o żadnej taryfie ulgowej nie będzie dziś mowy.

Z początkowego szoku udało się nam jednak otrząsnąć na tyle szybko, że podopieczne Jill Ellis nie zdołały od razu pójść za ciosem. Co więcej, dzięki aktywnej postawie przede wszystkim Kosovare Asllani oraz Sofii Jakobsson, ciężar gry zaczął powoli przesuwać się w kierunku pola karnego Alyssy Naeher i choć klarownych okazji pod bramką golkiperki Chocago Red Stars wciąż było jak na lekarstwo, to defensywa USA cały czas musiała mieć się na baczności. Tym bardziej, że na jej błędy czyhała również wykonująca naprawdę ogromną pracę na rzecz zespołu Stina Blackstenius, ustawiona dziś nieco niżej niż zazwyczaj. Na dobrą sprawę, w desygnowanym do gry od pierwszej minuty przez Petera Gerhardssona ofensywnym kwartecie prawidłowo nie funkcjonowało tylko obsadzone przez Olivię Schough lewe skrzydło, ale do rozczarowujących występów piłkarki Djurgården w reprezentacyjnej koszulce niestety zdążyliśmy się ostatnimi czasy nieco przyzwyczaić. Bez błysku zaprezentował się nam także zestawiony w dość eksperymentalny sposób duet środkowych pomocniczek Zigiotti – Seger, choć młoda zawodniczka Göteborga z każdą upływającą minutą czuła się na murawie w Hawrze coraz pewniej, a kapitanka Rosengård kolejny raz zakończyła mecz na bardzo wysokim procencie udanych podań. Szkoda tylko, że wśród nich znów niewiele było zagrań, które otwierałyby koleżankom z przednich formacji drogę do amerykańskiej bramki.

Zmiany personalne nie ominęły także szwedzkiej defensywy, choć Gerhardsson nie zdecydował się ostatecznie na powrót do ustawienia z trójką stoperek oraz dwójką wahadłowych, który bezbłędnie sprawdził się na przykład w Viborgu. Największym plusem tej decyzji może być fakt, że nie dostarczyliśmy kanadyjskim obserwatorom zbyt wiele materiału do analizy przed kluczowym starciem w poniedziałek, ale w tym miejscu pozytywy w zasadzie się kończą. O ile Amanda Ilestedt, pomimo kilku błędów w ustawieniu i jednego poważnego kiksa, pokazała się mniej więcej na poziomie Nilli Fischer z ostatnich miesięcy, o tyle z Jonny Andersson grająca na nią Tobin Heath robiła przez większą część meczu wiatrak. Drugi gol dla USA, który nawiasem mówiąc nigdy nie powinien zostać uznany, padł właśnie po akcji skrzydłowej Portland Thorns i rykoszecie od próbującej ratować sytuację defensorki Chelsea. Pewnym usprawiedliwieniem postawy Andersson w dzisiejszym spotkaniu może być fakt, że zarówno w klubie, jak i w reprezentacji niemal zawsze przychodzi jej grać w nieco innej roli, ale z drugiej strony w nie tak przecież odległej przeszłości regularnie oglądaliśmy jej udane występy na lewej stronie klasycznego, czteroosobowego bloku defensywnego Linköping. A skoro zawędrowaliśmy już na boki obrony, to malutki plusik możemy postawić też przy nazwisku Nathalie Björn, która w końcowej fazie meczu z powodzeniem radziła sobie także na szóstce. Zawodniczka Rosengård była ponadto bliska tego, aby wywalczyć dla Szwecji rzut karny, ale pomimo ewidentnego przewinienia jednej z Amerykanek, rosyjska sędzia nie zdecydowała się nawet obejrzeć zapisu wideo kontrowersyjnej sytuacji. A szkoda, bo na tym mundialu widzieliśmy już zdecydowanie bardziej dyskusyjne jedenastki.

Porażka z USA oznacza drugie miejsce w grupie, a to z kolei nie jest powodem do przesadnego dramatyzowania. Kanada czy Niemcy to rzecz jasna ścisła, światowa czołówka, ale wystarczy jeden rzut oka na lewą połówkę drabinki, aby docenić nasze aktualne położenie. O sukces na tym turnieju łatwo nie będzie, ale awans do strefy medalowej wciąż jest jak najbardziej w zasięgu kadry Petera Gerhardssona i Magnusa Wikmana. Problem w tym, że miejsca na kolejne potknięcia zwyczajnie już nie będzie. Pierwsza poważna próba już w najbliższy poniedziałek. A kiedy kolejna? Podobnie jak piętnaście innych pozostałych w turnieju nacji gorąco wierzymy, że zdecydowanie wcześniej niż za cztery lata.

Jak co mundial: Szwecja – USA

svff

Awans już jest, teraz pora zapolować na prestiżowe zwycięstwo (Fot. SvFF)

20. czerwca, Hawr, mecz Szwecja – USA. Trzecia kolejka fazy grupowej francuskiego mundialu. Stawka? Pierwsze miejsce w grupie F. Nagroda? Zwycięzca zmierzy się w 1/8 finału z potencjalnie mniej wygodnym, a do tego wypoczętym rywalem, dostając się jednocześnie do zdecydowanie trudniejszej połówki pucharowej drabinki. Czy zatem prawdziwe będzie twierdzenie, że dzisiaj najbardziej opłaca się … nie wygrywać? Z logicznego punktu widzenia być może tak, ale piłka nożna to nie matematyka, a na boisko wychodzi się po to, aby grać, a nie kalkulować. Nic więc dziwnego, że piłkarki obu ekip w cokolwiek wymowny sposób ucinały wszelkie spekulacje dotyczące mniejszego niż zazwyczaj zaangażowania, zgodnie zapewniając o chęci wywalczenia kolejnych trzech punktów i naprawdę trzeba mnóstwo złej woli, aby w te zapewnienia nie wierzyć. Co ciekawe, z niewygodnymi pytaniami zdecydowanie częściej musiały się przed dzisiejszym meczem mierzyć Amerykanki, co jest o tyle groteskowe, że mówimy przecież o nacji, która przeświadczenie o byciu numerem jeden ma zapisane niemal w kodzie genetycznym. Trudno więc spodziewać się, aby obrończynie tytułu przesadnie bały się na przykład przedwczesnej konfrontacji z Francją, skoro sportowcy z USA z definicji nadmiernego lęku przez rywalami odczuwać nie zwykli.

Dla Amerykanek dzisiejsze starcie będzie także szansą do rewanżu za pamiętny ćwierćfinał Igrzysk Olimpijskich, po którym to w niesławie zakończyła się kariera reprezentacyjna Hope Solo. Była golkiperka między innymi Göteborga i reprezentacji USA w dość niewybredny sposób skomentowała wówczas styl gry szwedzkiej kadry, który jednak ostatecznie okazał się na tyle skuteczny, że brutalnie przerwał marsz USWNT po jeszcze jedno złoto na wielkiej imprezie. Tym razem nawet porażka nikogo z turnieju absolutnie nie wyeliminuje, ale szansa odegrania się za tamto niepowodzenie w meczu o punkty z pewnością jest okazją, obok której podopieczne Jill Ellis nie zamierzają przejść obojętnie. Do potyczki z brazylijskich Igrzysk w zgrabny sposób nawiązała zresztą podczas jednej z konferencji także Hedvig Lindahl, żartując, że żądne rewanżu Amerykanki na pewno dadzą jej sporo okazji do wykazania się bramkarskimi umiejętnościami, a to z kolei może zapewnić jej lepszy kontrakt w następnym klubie, który przyjdzie jej reprezentować. Jaki to będzie zespół? Tego na ten moment nie wie jeszcze nawet sama zainteresowana.

W przypadku rywalizacji szwedzko-amerykańskiej trudno rzecz jasna mówić o jakimkolwiek elemencie zaskoczenia. Nie dość, że nasze piłkarskie losy przeplatają się w sposób niewyobrażalny, to jeszcze w fazie grupowej mistrzostw świata spotykamy się regularnie od szesnastu lat. Obie nacje łączą także osoby selekcjonerów: Pia Sundhage prowadziła reprezentację USA na mundialu w Niemczech, a odpowiedzialny w sztabie Jill Ellis za kwestie taktyczne Tony Gustavsson to człowiek, który swego czasu doprowadził Tyresö do finału Ligi Mistrzyń. To wszystko oznacza tyle, że wszelkie próby oszukania przeciwnika jakimś nieszablonowym rozwiązaniem będą oczywiście trudne do zrealizowania, choć Peter Gerhardsson przekonuje, że i na Amerykanki znajdzie się w rękawie jakiś as. W dwóch pierwszych meczach droga do zwycięstwa wiodła przez doprowadzone niemal do perfekcji schematy rozegrania ofensywnych stałych fragmentów gry, a także liczne dośrodkowania z bocznych sektorów boiska, ale dziś możemy spodziewać się nieco innego oblicza szwedzkiej kadry. Oczywiście, gdy tylko nadarzy się okazja zamienienia na gola na przykład rzutu wolnego, to na pewno postaramy się ją wykorzystać, ale już samo ustawienie wyjściowej jedenastki będzie nieco inne niż w potyczkach z Chile czy Tajlandią. Czy oznacza to powrót do gry trójką stoperek? Pytany o to wprost selekcjoner jedynie uśmiecha się tajemniczo, podobnie zresztą jak Amanda Ilestedt oraz Jonna Andersson, które w takim układzie stanęłyby przed szansą rozegrania pierwszych minut na francuskim mundialu. Pewne jest jedynie to, że dziś na murawie Stade Océane nie zobaczymy narzekającej na problemy z mięśniem uda Madelen Janogy. Lekarz kadry jednoznacznie wykluczył udział skrzydłowej Piteå w trzecim meczu fazy grupowej, choć – jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidywanego – nasza jokerka powinna być w pełni sił na 1/8 finału. Inną zawodniczką, której występ w dzisiejszym spotkaniu jest mocno wątpliwy jest zagrożona absencją za nadmiar żółtych kartek Magdalena Eriksson, choć gdyby jednak defensorka Chelsea miała w Hawrze zagrać, to o jej motywację możemy być spokojni. To właśnie ona odniosła się bowiem w sposób bezpośredni do słów Ali Krieger, która stwierdziła, że na chwilę obecną dwie najlepsze reprezentacje świata to USA i … druga jedenastka USA. To było absolutnie nie na miejscu, ale dzięki temu będziemy jeszcze bardziej naładowane. Amerykanki to świetna drużyna, ale my potrafimy z nimi grać i nie boimy się tego meczu. A tak w ogóle to powiedziała to ich rezerwowa, tak? – odparła w swoim stylu Eriksson. Zdecydowanie oszczędniejsza w dawkowaniu emocji była natomiast Hedvig Lindahl: Amerykanki mogą prowadzić sobie gierki na spotkaniach z mediami, a my zagramy na boisku – skomentowała całe zamieszanie doświadczona golkiperka. I słusznie, zagrajcie tak, aby dzisiejszy mecz przyniósł przynajmniej taki sam efekt, jak ten sprzed ośmiu lat, rozgrywany zresztą w dokładnie takich samych okolicznościach. A jeśli – podobnie jak wtedy w Niemczech – cały mundial także zakończy się medalami dla obu zespołów, to też protestować z tego powodu nie będziemy.