Hedvig księżniczką Paryża

1CIV0957_2019062482803528

Hedvig Lindahl potrafi bronić rzuty karne (Fot. Getty Images)

Pierwsza połowa tego meczu nie była wielkim widowiskiem. Ale – umówmy się – nikt chyba nie spodziewał się, że nim będzie. Potyczka Szwecji z Kanadą, szczególnie w fazie pucharowej wielkiego turnieju, najzwyczajniej w świecie musiała rozpocząć się właśnie w takim stylu, a że przed przerwą nikomu nie udało się otworzyć wyniku, to żadna ze stron nie zdecydowała się na diametralną zmianę taktyki. Do stracenia było bowiem zbyt wiele, a obie strony aż za bardzo zdawały sobie sprawę, jak kosztowny może okazać się nawet pojedynczy błąd. Ten na szczęście nie przytrafił się ani Hannie Glas, ani Magdalenie Eriksson, które w niemal podręcznikowy sposób udaremniały ofensywne zakusy kanadyjskich skrzydłowych w osobach Prince oraz Beckie. Od swojej gry odcięta była także Christine Sinclair, o co z kolei doskonale zadbała Nilla Fischer do spółki z Lindą Sembrant. Zgodnie z oczekiwaniami, walki o każdy fragment murawy nie brakowało także w środku pola i choć sędziowie sportów walki najpewniej wypunktowaliby pierwsze 45 minut gry w tej części boiska minimalnie na korzyść Kanadyjek, to warto podkreślić, że pomimo delikatnej, optycznej przewagi naszych rywalek, nie udało im się stworzyć choćby jednej dogodnej sytuacji strzeleckiej pod bramką Hedvig Lindahl. Do szatni obie ekipy udały się więc przy bezbramkowym remisie i w sumie nawet trudno się dziwić, że w przerwie zaczęliśmy żartować, iż właśnie teraz nadszedł najwyższy czas, aby zastanowić się nad wyborem piątki strzelczyń do konkursu rzutów karnych.

Tak naprawdę wyczekiwaliśmy jednak nie jedenastek, a tej jednej, złotej okazji, o której tak wiele rozmawiano przed pierwszym gwizdkiem. I po niespełna dziesięciu minutach gry po przerwie doczekaliśmy się, a do jej wykreowania potrzebowaliśmy zaledwie dwóch podań. Pierwsze z nich wykonała Elin Rubensson, zagrywając idealnie w tempo do Kosovare Asllani, a najlepsza szwedzka piłkarka na francuskim mundialu świetnie dojrzała wychodzącą na pozycję Stinę Blackstenius. Utracie gola próbowała jeszcze rozpaczliwą interwencją zapobiec Stephanie Labbé, ale napastniczka Linköping po ponad dwunastu miesiącach posuchy wreszcie doczekała się jedenastego trafienia w narodowych barwach. Stara zasada, że przełamywać się należy wyłącznie w najważniejszych meczach, najwidoczniej cały czas obowiązuje i ma się dobrze. Choć wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, że był to gol na wagę awansu do ćwierćfinału mistrzostw świata.

Do końca spotkania wciąż pozostawało bowiem jeszcze sporo czasu, a Kanadyjki nigdy nie były zespołem, który podłamywał się po utracie pierwszej bramki. Tym razem oczywiście również tak nie było, ale szwedzka defensywa prezentowała się dziś nadzwyczaj solidnie. Podopieczne trenera Heinera-Møllera próbowały środkiem, próbowały skrzydłami, ale żadna z tych metod nie okazała się na tyle skuteczna, aby w szesnastce Lindahl zrobiło się naprawdę gorąco. O dodatkowe emocje, nie po raz pierwszy zresztą na tym turnieju, postarał się zatem system wideoweryfikacji VAR, a konkretnie sprawujący nad nim pieczę Hiszpan Jose Maria Sanchez Martinez, dopatrując się przewinienia Kosovare Asllani we własnym polu karnym. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że piłka w spornej sytuacji faktycznie odbiła się od ręki pomocniczki Linköping, ale bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy mogła ona zrobić cokolwiek, aby zapobiec temu kontaktowi. Tym wszystkim nie zamierzała się jednak przejmować Lindahl, która najpierw spokojnie wysłuchała krótkiego wykładu australijskiej sędzi Kate Jacewicz na temat właściwego ustawiania się przy próbie obrony rzutów karnych, a następnie rzuciła się w prawy róg swojej bramki i w kapitalnym stylu odbiła uderzoną przez Janine Beckie futbolówkę. Dlaczego do piłki ustawionej na dwunastym jardzie nie podeszła Sinclair? Możemy jedynie domyślać się, że w wielu kanadyjskich domach zadawano sobie takie właśnie pytanie.

W okolicach 80. minuty szwedzkie sektory na paryskim stadionie raz jeszcze wystrzeliły do góry, gdy w kanadyjskiej szesnastce w nieprawidłowy sposób powstrzymywana była Fridolina Rolfö. Pani Jacewicz bez wahania wskazała na wapno, ale po konsultacji z arbitrem VAR słusznie wycofała się z tej decyzji, gdyż chwilę wcześniej na spalonym znajdowała się biorąca udział w tej akcji Blackstenius. O żadnym ofsajdzie nie było już jednak mowy kilka chwil później, gdy po sprytnie rozegranym rzucie wolnym, przed utratą drugiego gola uratowała Kanadę wybijająca piłkę z linii bramkowej Desiree Scott. Jednobramkowe prowadzenie wciąż nie dawało pewności awansu, rywalki nie ustawały w kolejnych próbach doprowadzenia przynajmniej do remisu, ale nawet obecność Labbé w szwedzkiej szesnastce nie przyniosła im tym razem upragnionego celu. Dwie hokejowe nacje zagrały iście hokejową końcówkę, w której to futbolówka kilka razy przeleciała niebezpiecznie wzdłuż pola karnego, ale na szczęście żadnej z Kanadyjek nie udało się ostatecznie wepchnąć jej do siatki (ewentualnie na rękę jednej z naszych piłkarek). Ćwierćfinał francuskiego mundialu stał się zatem faktem, a magiczny wieczór na Parc des Princes na zawsze zapisał się w naszej pamięci. A Niemki? O nich zaczniemy myśleć od jutra!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s