Głowy gadają, piłkarki grają

Obrazek, który już stał się symbolem nowego początku (Fot. Ludvig Thunman)

To nie będzie jedna z klasycznych wyliczanek podsumowująca reprezentacyjne okienko, choć niewątpliwie wydarzenia ostatnich dni skłaniają nas do pewnych przemyśleń. Do tych najważniejszych jeszcze oczywiście przejdziemy przy innej okazji, ale tak na gorąco warto zastanowić się nad jedną, palącą kwestią: czy w naszej wspaniałej dyscyplinie sportu dogłębne, przedmeczowe analizy mają jeszcze jakąkolwiek rację bytu. Wiadoma sprawa, że koneserzy niuansów taktycznych zawsze chętnie przytulą ożywioną, kilkugodzinną dyskusję na argumenty, lecz później przychodzi mityczna, boiskowa weryfikacja i okazuje się, że to właśnie na murawie czeka na nas jedyna faktyczna prawda. A ona – dokładnie jak to bywa i w innych aspektach życia – okazuje się tak zaskakująca, że nawet cały tydzień spędzony na rzetelnym i głębokim omawianiu problemu, nie doprowadziłby nas choćby w jej pobliże.

Przed marcowym zgrupowaniem w temacie szwedzkiej defensywy napisano i wypowiedziano tyle słów, że na ich bazie powstałaby naprawdę solidnych rozmiarów encyklopedia. Że brak doświadczenia, że brak zgrania, że brak obycia w meczach o stawkę i wreszcie – najważniejsze – że przecież żadna z powołanych przez nasz sztab zawodniczek nie jest w swoim klubie pierwszym wyborem. Temu ostatniemu nie da się zresztą w jakikolwiek sposób zaprzeczyć, wszak Hanna Lundkvist w klubie raczej przegrywa rywalizację z Jade Riviere, Smilla Holmberg z Emily Fox, zaś Bella Andersson i Elma Nelhage w tych naprawdę znaczących meczach stanowią jedynie daleką alternatywę dla duetów Mendez – Lakrar (w Madrycie) oraz Engen – Renard (w Lyonie). Co więcej, decyzją szwedzkiego selekcjonera pierwsza z wymienionych miała wystąpić na potencjalnie nowej dla siebie pozycji, co w przypadku kluczowego, eliminacyjnego starcia wydawało się tańcem na bardzo chybotliwej linie. Nie bez przyczyny wszyscy eksperci przekonywali więc, że jedynym pewnym punktem tej formacji może okazać się doświadczona i sprawdzona w bojach Jennifer Falk, która nie dość, że dzięki ratunkowemu (rzecz jasna dla jej nowego klubu) wypożyczeniu nie straciła meczowego rytmu, to jeszcze w ostatnim półroczu rozgrywała kapitalne zawody przeciwko tak uznanym firmom, jak madryckie Atletico, mediolański Inter, czy reprezentacja Anglii. I jak te wszystkie mądre analizy gadających i piszących głów sprawdziły się w praktyce? Ano tak, że na stadionie w Reggio di Calabria to Falk jako jedyna przedstawicielka bloku defensywnego popełniła dwa fatalne kiksy i w ogólnym obrazku sprawiała wrażenie najbardziej elektrycznej przedstawicielki pięcioosobowej formacji. Nagłówki pomeczowych relacji szturmowała natomiast absolutna debiutantka Bella Andersson, która – zupełnie jak przed laty legendarna Nilla Fischer na francuskim mundialu – ofiarną interwencją w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry dowiozła nam to zwycięstwo w niezwykle intensywnej batalii.

Przykład defensorek jest tu najbardziej jaskrawy, lecz przecież niemało uwagi poświęcaliśmy też naszemu ofensywnemu duetowi z Häcken. W przypadku Felicii Schröder oraz Moniki Jusu Bah również nie obyło się bez wątpliwości, bo sezon przygotowawczy, bo nawet na tle islandzkiego Breithabliku forma falująca, bo jak dotąd w kadrze nie potrafiły pokazać pełni swoich możliwości. Tymczasem nadchodzi trzeci dzień marca i obie zainteresowane solidarnie rozgrywają swój najbardziej spektakularny mecz w seniorskiej reprezentacji, niejako wykładając Filippie Angeldal na złotej tacy futbolówkę, którą inna z przedstawicielek madryckiego Realu strzeliła zresztą złotego skądinąd gola na wagę trzech punktów na włoskiej ziemi. Od razu przypominają się w tym momencie dyskusje, które nieco ponad dwa lata temu towarzyszyły nam w postpandemicznej i postmundialowej rzeczywistości. Przypomnijmy (na wypadek, gdyby ktoś wymazał ten koszmarny czas z pamięci), że właśnie wtedy, ze względu na niezwykle napięty terminarz – UEFA kazała rozgrywać decydujące starcia fazy grupowej Ligi Mistrzyń w połowie stycznia, co z perspektywy naszych klubów jest oczywiście środkiem sezonu urlopowego. Ileż było wtedy lamentów i narzekań, że to koniec, że już pozamiatane i w ogóle nie ma czego szukać, tymczasem zawodniczki z Hisingen ze spokojem zrobiły swoje, odprawiając faworyzowane i przynajmniej w teorii znajdujące się pod grą rywalki z Paryża i Madrytu. Żeby było zabawniej, podobnej sztuki dokonał także norweski Brann, dzięki czemu po raz pierwszy i jak dotąd jedyny w nowej erze europejskich pucharów na etapie ćwierćfinału mieliśmy aż dwa skandynawskie kluby, na co dzień rywalizujące oczywiście w formule wiosna-jesień. A gdy ów fakt się urzeczywistnił, wahadełko przesunęło się maksymalnie w drugą stronę i zaczęło się przekonywanie, że oto wykorzystaliśmy grę na świeżości, podczas gdy nasze rywalki z kontynentu zaczynały już odczuwać oznaki zmęczenia sezonem. Bo sport jest o tyle piękny, że post factum da się w nim udowodnić dosłownie wszystko i znaleźć na poparcie tej tezy szereg w teorii logicznych argumentów. Wszak Bella Andersson, Smilla Holmberg i zawodniczki z Damallsvenskan do samolotu lecącego w kierunku Włoch również wsiadły wypoczęte bynajmniej i nie zajechane. A że temat podnieśliśmy dopiero po ostatnim gwizdku hiszpańskiej sędzi. Oj tam, oj tam…

Żeby było jasne: ten tekst nie jest naśmiewaniem się z publicystyki jako takiej. Wszak sam jego autor z pasją zajmuje się między innymi tym, od kilkunastu lat próbując z większym lub mniejszym powodzeniem zgłębić tajniki szwedzkiego (i nie tylko), futbolowego uniwersum. Jeśli zatem ktokolwiek z was odczuwa taką potrzebę: dyskutujmy, analizujmy, wymieniajmy się opiniami i predykcjami, bo bez nich sportowa codzienność byłaby przecież dalece bardziej smutna. W tej całej ekscytacji nie zapędzajmy się jednak zbyt daleko, wszak piękno sportu – jak i życia – polega między innymi na jego nieprzewidywalności. Nie oczekujmy zatem, że Andersson, Holmberg, Lundkvist i Nelhage od teraz będą ratować nam czyste konta przy każdej możliwej okazji, a Schröder i Jusu Bah notować w reprezentacyjnej koszulce wyłącznie występy bardzo dobre lub wybitne, bo przecież mogły we Włoszech podczas okresu przedsezonowego. Młoda Szwecja jest piękna, ale dajmy jej czas i pozwólmy rozkwitać w swoim tempie. Nie rozkładajmy nad żadną z zawodniczek ochronnego parasola, nie bójmy się rzetelnej i konstruktywnej krytyki, ale pozwólmy im cieszyć się grą, bo przecież futbol – raz jeszcze, podobnie jak każda inna praca – powinna w pierwszej kolejności przynosić spełnienie i satysfakcję. A w tym systemie naczyń połączonych szczęśliwa i spełniona piłkarka oznacza mnóstwo pozytywnych emocji dla każdego, kto dobrze życzy naszej kadrze. Trzymajcie się, do następnego zgrupowania!

Remis nie skrzywdził nikogo

Walki nie zabrakło, stałych fragmentów też, ale goli się dziś nie doczekaliśmy (Fot. SvFF)

Gdy tuż po zakończeniu starcia w Starej Pazovie w serbskim obozie rozpoczął się festiwal uśmiechów, uścisków i wzajemnych gratulacji, ani trochę się temu fenomenowi nie dziwiliśmy. Remis ze znacznie wyżej notowanym rywalem, do tego wzmocniony naprawdę solidnym, zespołowym występem, jak najbardziej do takich reakcji uprawniał. Wraz z opadającym poziomem pomeczowych emocji, podopieczne trenerki Lidii Stojkanovic najpewniej zdadzą sobie jednak sprawę, że oto być może w sobotnie popołudnie nie tyle wyrwały cenny, eliminacyjny punkt, co nie wykorzystały okazji na dokonanie rzeczy absolutnie historycznej. Bo choć statystyki posiadania piłki oraz rzutów rożnych sugerują coś dokładnie odwrotnego, to gospodynie stworzyły dziś sobie zdecydowanie bardziej klarowne okazje do sięgnięcia po pełną pulę.

A to wszystko pomimo nieobecności w meczowej kadrze dwóch wydawałoby się kluczowych elementów serbskiej, ofensywnej układanki. Absencja Jovany Damnjanovic oraz Niny Matejic ani trochę nie zdeprymowała jednak koleżanek, które z niebywałą wręcz regularnością i precyzją korzystały ze swojej najgroźniejszej broni, jaką stanowią błyskawiczne przejścia z fazy obrony do fazy ataku. A te przychodzą zdecydowanie łatwiej, gdy za kierownicą siedzi wybitna kreatorka i wirtuozka drugiej linii w osobie Jeleny Cankovic. Była gwiazda Damallsvenskan dzisiejszym występem dobitnie przypomniała nam, dlaczego to w jej ręce swego czasu powędrowała nagroda dla najbardziej wartościowej zawodniczki naszej ligi, lecz trzeba uczciwie zaznaczyć, że w swoich poczynaniach nie była bynajmniej osamotniona. Na prawej flance niesamowicie aktywna była reprezentująca na co dzień CFF Madryt Allegra Poljak, która przy nieco lepiej ustawionym celowniku mogła zakończyć swój dzień z dubletem na koncie. Sporo wiatru po przeciwnej stronie murawy robiła natomiast wschodząca gwiazdka AC Milan Sara Stokic, lecz na nasze szczęście tym razem nie udało jej się spuentować żadnego ze swoich dynamicznych wejść w równie efektownym stylu, co przed czterema dniami w Danii. Jednoznacznie na plus wyróżnił się w ekipie miejscowych także ofensywny duet z błękitnej strony Malmö, a po strzale Vesny Milivojevic tuż przed końcem pierwszej części gry, od niechybnej utraty pierwszego w tej kampanii gola uratowała nas wewnętrzna część słupka (dobitkę Cankovic skutecznie zablokowała z kolei Elma Nelhage).

Serbskie okazje moglibyśmy w najlepsze wyliczać dalej, bo na przykład Miljana Ivanovic stuprocentowej sytuacji strzeleckiej pozbawiła się sama, wdając się w zupełnie niepotrzebny drybling ze Smillą Holmberg. Po szwedzkiej stronie tych mitycznych konkretów było niestety znacząco mniej, bo choć rzuty rożne i wolne biliśmy seriami, to ich jakość pozostawiała już do życzenia naprawdę sporo. Jakimś podsumowaniem tej ogólnej niemocy może być fakt, że na przestrzeni całego meczu najbliżej pokonania Milicy Kostic były odpowiednio Zivana Strupar w pierwszej oraz Emma Petrovic w drugiej połowie. Najbardziej aktywną spośród podopiecznych Tony’ego Gustavssona była dziś rozgrywająca swój zdecydowanie najlepszy dwumecz w seniorskiej kadrze Felicia Schröder, lecz snajperka Häcken momentami zdawała się być w swojej grze o pół tempa przed resztą zespołu. Asllani i Kaneryd próbowały rozstrzygnąć temat indywidualnymi zrywami, Holmberg gwarantowała solidne wsparcie na prawym wahadle, rezerwowe Rolfö i Kafaji wniosły do gry sporo ożywienia, lecz tym razem – odwrotnie niż w Kalabrii – złotej akcji dającej komplet punktów się nie doczekaliśmy. I choć w końcówce momentami udawało się zapchnąć Serbki do stosunkowo głębokiej defensywy, to jednak jakoś nie miało się wrażenia, że zwycięstwo jest blisko, a decydujące trafienie pozostaje wyłącznie kwestią czasu. Brakowało otwierającego podania, być może konceptu, być może sił fizycznych i mentalnych, wszak nawet w tym fragmencie spotkania najbardziej składną akcję wykreowały Cankovic i Poljak i raz jeszcze tego popołudnia dopisało nam szczęście. A skoro tak, to remis – może nawet z delikatnym wskazaniem na Serbię – wydaje się wynikiem sprawiedliwym, nie krzywdzącym żadnej ze stron.

A czy młoda Szwecja wciąż jest piękna? Ależ tak! I w tym zupełnie nowym, ciekawszym niż kiedykolwiek wcześniej piłkarskim uniwersum, przeżyjemy za jej sprawą jeszcze wiele wzruszeń. A że towarzyszyć będą im także zgoła inne emocje? Cóż, chyba takiego właśnie świata oczekiwaliśmy, gdy podejmowaliśmy pierwsze działania w celu uczynienia futbolu tematem mainstreamowym i globalnym.

Wystarczył jeden strzał

Jeden celny strzał wystarczył, aby w Kalabrii sięgnąć po komplet punktów (Fot. SvFF)

Tak, to był naprawdę emocjonujący wieczór i to pomimo faktu, iż po stosunkowo ciepłym jak na początek marca dniu, temperatura na włoskich termometrach spadła wraz z jego nadejściem o kilka kresek. O odpowiednie rozgrzanie wszystkich zebranych właściwie zadbały jednak piłkarki obu rywalizujących ekip, a także hiszpańskie sędzie, których decyzje raz po raz doprowadzały do niekontrolowanych wybuchów frustracji w sektorach zajmowanych przez najbardziej zaangażowanych sympatyków lokalnego calcio. A przecież początkowy kwadrans aż takiej emocjonalnej huśtawki bynajmniej nie zwiastował, lecz odkąd Filippa Angeldal precyzyjnym uderzeniem zza pola karnego otworzyła wynik spotkania, z minuty na minutę robiło się wyłącznie coraz bardziej intensywnie. To wszystko przede wszystkim za sprawą usilnie dążących przynajmniej do wyrównania stanu rywalizacji gospodyń, ale choć trener Soncin posłał do gry wszystkie swoje liderki, żadnej z nich nie udało się przełamać szczelnej, zdeterminowanej i ponad wszystko ofiarnej szwedzkiej defensywy.

To właśnie o postawie tej formacji pisało i mówiło się przed pierwszym gwizdkiem zdecydowanie najwięcej. Tony Gustavsson wszelkie wątpliwości wyraźnie jednak tonował, wyraźnie podkreślając, że Elma Nelhage jest w pełni gotowa, aby wziąć na swoje barki rolę liderki formacji obronnej już w tych eliminacjach, a Andersson, Wijk, Holmberg, Lundkvist, czy Reidy to nazwiska, na których bez jakiegokolwiek strachu można oprzeć najważniejszy zespół w kraju. No i jak się to zestarzało? Po dziewięćdziesięciu minutach marcowego dwumeczu – lepiej niż wybitnie! Jasne, to nie był perfekcyjny mecz szwedzkiej defensywy, ale nie da się ukryć, że ta młoda kadra dzisiejszym występem na kalabryjskiej ziemi skradła serca niejednego kibica. A łzy padających sobie w objęcia po końcowym gwizdku Smilli Holmberg i Belli Andersson pokazały, jak wiele znaczyło to zwycięstwo i to czyste konto dla dwóch nastolatek, jeszcze nie tak dawno dorastających obok siebie w młodzieżowych zespołach Hammarby i marzących o wspólnym występie w niebiesko-żółtych barwach. Ten obrazek najpewniej będzie zresztą pierwszym z wielu symboli nowej rzeczywistości, w którą tej wiosny wkroczymy wraz z drużyną narodową. Jej realia będą oczywiście inne, zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej wymagające, lecz po takim otwarciu możemy z pewnością w głosie stwierdzić, że może nam ona przynieść mnóstwo przepięknych wzruszeń, nawet takich dawno, a może nawet nigdy wcześniej nieprzeżywanych.

Tak, z kronikarskiego obowiązku wspomnijmy, że w kilku sytuacjach dopisało nam dziś szczęście. Bo przecież aż dwukrotnie rzadko spotykany kiks przytrafił się Jennifer Falk (w jednym przypadku szwedzka golkiperka błyskawicznie sama naprawiła swój błąd), bo przecież gdyby nie słupek to strzał Micheli Cambiaghi niechybnie znalazłby drogę do siatki, bo przecież hiszpańska sędzia dopatrzyła się rzekomego faulu na Hannie Lundkvist w sytuacji, gdy Włoszki wychodziły w zasadzie na czystą pozycję strzelecką. Zamiast tego, z marcowego wyjazdu pamiętać będziemy jednak determinację w oczach Elmy Nelhage, która dzielnie kontynuowała grę pomimo niezwykle brutalnego faulu Barbary Bonansei, raz po raz podnoszącą się z murawy Hannę Lundkvist tylko po to, aby za chwilę znów zachwycić nas próbą ofiarnego wślizgu, przechwytu lub odbioru, mocno zmęczoną Bellę Andersson wybijającą futbolówkę z linii bramkowej w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry, raz po raz śmigające prawą flanką Smillę Holmberg i Johannę Kaneryd, czy wreszcie niezniszczalny duet z Häcken w osobach Felicii Schröder i Moniki Jusu Bah, bez których perfekcyjny kontratak skutecznie sfinalizowany przez Filippę Angeldal nigdy by się nie wydarzył. A że Martina Lenzini z Arianną Caruso w tej konkretnej sytuacji nie ułatwiły swojej bramkarce zadania? Cóż, to już jest problem włoskiej kadry i to ona będzie sobie musiała z nim poradzić. My z miłą chęcią skupimy się raczej na tym, że i Rebecka Blomqvist po wejściu z ławki dała zespołowi dokładnie to, czego od niej oczekiwano i co tak często pokazuje nam występując w podobnej roli we Frankfurcie.

Po jednym z poprzednich włosko-szwedzkich starć pokusiłem się o śmiałą tezę, że oto odbył się mecz, w którym jedna strona zrobiła wiele, aby go przegrać, a druga równie dużo, aby go nie wygrać. Tym razem nastrój towarzyszący boiskowym wydarzeniom był zgoła odmienny: oba zespoły dążyły do sięgnięcia po trzy oczka wszelkimi dostępnymi sposobami, a gospodynie z Italii nie uciekały się również od regularnego przekraczania przepisów gry w piłkę nożną. Swój cel osiągnęła jednak tylko jedna z zainteresowanych drużyn i dokonała tego, oddając dzisiejszego wieczora zaledwie jeden celny strzał. Na Stadio Oreste Granillo triumf święciła jednak nie statystyka, nie współczynniki goli oczekiwanych, a zespołowość, poświęcenie i głęboka wola zwycięstwa. W sporcie często nadużywa się stwierdzenia, że oto wygrywa ten, któremu bardziej na tym zależy, lecz dziś jest ta wyjątkowa sytuacja, w której słowa te zdają się w stu procentach oddawać stan faktyczny. Młoda Szwecjo, jesteś piękna!

Oddajcie nam Puchar!

Piłkarki z Piteå w przeszłości potrafiły już solidnie namieszać w pucharowym kociołku (Fot. Handelsebanken)

To nie będzie zapewne najbardziej merytoryczny wpis w historii tego serwisu, lecz czasami przychodzi moment, w którym zwyczajnie przychodzi nam opisać otaczającą nas rzeczywistość po imieniu. A kolejny sezon rozgrywania Pucharu Szwecji w formule zmagań grupowych doprowadza do smutnej konstatacji, że ewidentnie nie wszyscy potrafią wyciągać z popełnianych przez siebie błędów logiczne i konstruktywne wnioski. Jasne, rezygnacja z absurdalnego klucza geograficznego sprawiła, że wreszcie u progu nowego roku kalendarzowego przestaliśmy kisić się co dwanaście miesięcy w tym samym sosie, lecz do rozwiązania kwestii absolutnie kluczowej nie zbliżyliśmy się niestety ani o milimetr. A o przeżywaniu tak często przywoływanej chociażby przez naszych angielskich, niemieckich, czy francuskich przyjaciół mitycznej magii pucharu,  niezmiennie możemy tylko pomarzyć.

Największą siłą pucharowych zmagań od zawsze była ich losowość i nieprzewidywalność. Jeden mecz, dziewięćdziesiąt minut rywalizacji (w idealnym świecie bez żadnych dogrywek), które mogą zapewnić konkretnym zawodniczkom lub drużynom niezapomniane chwile, nierzadko stanowiące przełomowy lub najbardziej ikoniczny moment dłuższych historii. To wszystko w niezwykle brutalny sposób przestaje jednak mieć znaczenie, gdy ktoś z futbolowych decydentów w przypływie sami-wiecie-czego nagle dojdzie do wyjątkowo rewolucyjnego wniosku, że jedna liga to zbyt mało, a z krajowego pucharu należy utworzyć hybrydę na kształt karłowatej mini-ligi. Efekty? Pamiętacie, jak przed rokiem wszyscy zachwycaliśmy się eksplozją talentu Emilii Widstrand, która w niesamowicie inspirującym stylu poprowadziła koleżanki z Örebro do epickiej batalii z naszpikowanym wówczas gwiazdami IFK Norrköping? To wszystko na koniec dnia i tak nie miało jednak jakiegokolwiek znaczenia, gdyż historia z potencjałem na wiele nagłówków stała się jedynie relacją z mało znaczącej potyczki pierwszej kolejni fazy grupowej, którą miesiąc później Peking bez większego trudu zakończyły na pierwszym miejscu, zapewniając sobie tym samym promocję do kolejnej fazy. O dzielnej postawie drugoligowca z Närke cały czas można było oczywiście wspomnieć, lecz z oczywistych względów trudno było zainteresować ich wyczynem szerszą publiczność, wszak realnych profitów było z tego doprawdy niewiele.

Obecny sezon przyniósł nam jeszcze bardziej kuriozalną sytuację, bo oto na inaugurację grupowych zmagań  tradycyjnie już skazywana przez wielu na pewny spadek ekipa z Piteå wybrała się do Malmö, gdzie – ku rozpaczy licznie jak na tę porę roku zebranych na trybunach sympatyków MFF – jak najbardziej zasłużenie odprawiła jak najbardziej poważne kandydatki do podwójnej korony, aż trzykrotnie znajdując tego dnia drogę do siatki Moy Öhman. W innej konfrontacji Północy z Południem ambitny drugoligowiec z Umeå dzielnie postawił się wyżej notowanym rywalkom z Kristianstad, a starcia tych zespołów zakończyło się ostatecznie bezbramkowym remisem. W alternatywnej, tej zdecydowanie bardziej tradycyjnej rzeczywistości mielibyśmy zatem do czynienia z przynajmniej jedną (a wielce prawdopodobne, że i kolejną) naprawdę inspirującą historią, lecz w uniwersum Svenska Cupen następny weekend przyniósł nam drugą serię grupowych zmagań, a na jej koniec to zespoły ze Skanii – zgodnie z wszelkimi prawidłami logiki – najpewniej rozstrzygną między sobą kwestię pierwszego miejsca, Że niby ze specyfiką pucharu nie ma to zbyt wiele wspólnego? A kto by się tym przejmował!

Na tym jednak absurdów nie koniec, bo oto Hammarby za chwilę może klepnąć awans przed rozpoczęciem ostatniej z grupowych gier, w wyniku czego potyczka Bajen z Vittsjö będzie miała status wyłącznie meczu towarzyskiego. Bez jakiejkolwiek stawki zagrają przeciwko sobie ponadto Linköping z Gefle, Växjö z Rosengård, czy Bromma z Alingsås i wszystkie te zespoły mogłyby w połowie marca na plac gry w ogóle nie wychodzić, a wielce prawdopodobne, że nikt by się w ogóle nie zorientował. Co więcej, Djurgården z Norrköping oraz Häcken z AIK zagrają niby o coś, ale i tutaj rywalizacja ta nie odbędzie się bynajmniej po pucharowemu, bowiem remis oznaczać będzie awans jednych i odpadnięcie drugich. Czy aby na pewno o taki efekt końcowy nam w tym reformatorskim matriksie chodziło? A może wciąż nie jest zbyt późno, aby przyznać się do błędu? W UEFA, po długich dekadach ewidentnej pomroczności, ktoś wreszcie postanowił się otrząsnąć, w wyniku czego Liga Mistrzów nareszcie – zgodnie zresztą z nazwą – stała się ligą, a nie kadłubowym para-pucharem. W przypadku Svenska Cupen należałoby wykonać ruch dokładnie odwrotny i miejmy nadzieję, że ktoś prędzej niż później się nad tym faktem pochyli. Bo przecież wystarczy dosłownie minimum kreatywności, aby rozgrywki nie bez przyczyny nazywane najbardziej przystępnymi w całym, piłkarskim kalendarzu, na powrót odzyskały swój niepowtarzalny i wyjątkowy charakter. Do pełni szczęścia brakuje tak niewiele, więc nie każcie nam dłużej czekać i oddajcie to wszystko, dzięki czemu pucharowa rywalizacja od zawsze przyciągała zainteresowanie. Ligę już mamy, na Puchar Szwecji czekamy. Tak, na ten właściwy!

Pucharowa wiosna po szwedzku

Julia Zigiotti ze statuetką dla najlepszej piłkarki meczu – bardzo częsty obrazek w obecnych rozgrywkach (Fot. WomensSportsPic)

Choć marzenia o awansie do zdefiniowanej minionego lata na nowo Ligi Mistrzyń szwedzkie kluby musiały póki co odłożyć w czasie, obecna edycja europejskich pucharów i tak może okazać się z naszej perspektywy nadzwyczaj produktywna. Nie jest to oczywiście jakaś niespotykana wcześniej sytuacja, wszak dopiero co bohaterkami najważniejszych, klubowych meczów w europejskim futbolu zostawały Fridolina Rolfö oraz Stina Blackstenius, lecz tym razem podbój kontynentu przez piłkarki spod znaku Blågult odbywa się wyjątkowo szeroką ławą. Gdyby tylko Juventus nie roztrwonił dwubramkowej zaliczki w dwumeczu fazy play-off z niemieckim Wolfsburgiem, aż siedmiu ćwierćfinalistów miałoby w swoich kadrach przynajmniej jedną zawodniczkę rodem ze Szwecji. Sześć na osiem to jednak również całkiem zacny wynik, a fakt, iż w gronie tym nie ma akurat uznawanej przez wielu za faworyta numer jeden Barcelony, wiele w tej kwestii nie zmienia.

Tym bardziej, że marsz potentatek z Katalonii ku kolejnym zaszczytom i pucharom spróbuje przerwać madrycki Real z Filippą Angeldal na kierownicy, a także z Bellą Andersson i Hanną Bennison w mniej lub bardziej szerokiej rezerwie. 28-letnia rozgrywająca w obecnych rozgrywkach często pozostawała nieco w cieniu lepiej dysponowanych koleżanek z drugiej linii w osobach Sary Däbritz oraz Caroline Weir, lecz kapitalny, a na dodatek okraszony niezwykle efektownym golem występ przeciwko Teneryfie, był kolejnym sygnałem, że sprawy idą w jak najbardziej właściwym kierunku. O ile batalia dwóch hiszpańskich klubów zapowiada się iście frapująco, o tyle starcie już na tym etapie odwiecznych rywalek z Londynu można bez wielkiej przesady nazwać prawdziwym hitem. Chelsea kontra Arsenal, niespełnione na europejskim poletku dyżurne mistrzynie Anglii kontra od lat niepotrafiące odzyskać prymatu w kraju, lecz w niewytłumaczalny sposób mobilizujące się na wielkie, międzynarodowe potyczki Kanonierki. A tak patrząc trochę z naszej perspektywy: dynamiczna i eksplozywna, choć niedostarczająca oczekiwanych liczb Johanna Kaneryd kontra nieobliczalna, budząca się w decydujących momentach, lecz potrafiąca mocno zirytować swoją kultową już nieskutecznością Stina Blackstenius. A na tym ćwierćfinałowe emocje widziane szwedzkim okiem się przecież nie kończą, gdyż debiutujący na tym etapie zmagań Manchester United spróbuje przedłużyć swój cudowny, pucharowy sen przynajmniej o jeszcze jeden etap, a znajdująca się od początku roku w życiowej formie Julia Zigiotti oraz z każdym rokiem pracująca na przydomek specjalistki od Ligi Mistrzyń Fridolina Rolfö z największą przyjemnością dołożą do kolejnego awansu niemałą cegiełkę. Inna sprawa, że o przebiciu swojego szklanego sufitu równie intensywnie myślą w Monachium, a tamtejszy Bayern – z Magdaleną Eriksson w składzie – ma już dość bycia wypraszanym z imprezy chwilę przed jej punktem kulminacyjnym. Potencjalnie najbardziej letni pod względem temperatury dwumecz czeka nas w rywalizacji Wolfsburga z Olympique Lyon, bo nie dość, że faworyt w tym zestawieniu bezdyskusyjny, to jeszcze spory znak zapytanie towarzyszy roli, jaką odegra w tym spektaklu Elma Nelhage.

Jeszcze bardziej od Ligi Mistrzyń interesuje nas rzecz jasna Puchar Europy, gdzie Häcken i Hammarby może nie równym, lecz zdecydowanie skutecznym krokiem, dotarły już do fazy półfinałowej. Szwedzki finał to oczywiście marzenia każdego szanującego się sympatyka Damallsvenskan, choć warto pamiętać, że gra tutaj toczy się o jeszcze jedną, wcale nie mniej znaczącą stawkę. Późną jesienią zgodnie stwierdziliśmy, że wobec efektownej szarży holenderskich klubów, skuteczna obrona siódmej lokaty w rankingu krajowym UEFA może graniczyć z cudem, którego symbolem miało być właśnie dotarcie obu naszych ekip do finału drugich w hierarchii ważności, europejskich rozgrywek. Dziś jesteśmy już naprawdę o dwa małe kroczki od tego, aby i w tym sezonie rywalizacja w Damallsvenskan toczyła się o trzy miejsca premiowane grą w eliminacjach Ligi Mistrzyń, gdyż to właśnie z tym wiąże się tak często przywoływana tu przy okazji różnych wyliczeń lokata w TOP-7.  Możemy zatem nieśmiało zaryzykować stwierdzenie, że oto przed nami nadzwyczaj ciekawa wiosna, podczas której zadzieje się wiele i na tych największych i na tych nieco mniejszych piłkarskich arenach. A to z kolei jeszcze jeden dowód na to, jak bardzo przewrotną i nieprzewidywalną dyscypliną sportu jest futbol. Wszak gdzieś w okolicy października pewnie niewielu z nas pomyślałoby, że taka Ellen Wangerheim w sezonie 2025-26 stanie przed szansą zdobycia zarówno Ligi Mistrzyń, jak i Pucharu Europy. Że mało realne? Oczywiście, ale Japonia też nie miała zostać mistrzem świata, a Piteå sięgnąć po tytuł w Damallsvenskan.

Pierwsza próba Tony’ego

Dwie piłkarki londyńskiego Tottenhamu powracają po przerwie do reprezentacji (Fot. Alamy)

Po ogłoszeniu nazwiska nowego selekcjonera apelowaliśmy o spokój, podobne słowa konsekwentnie powtarzaliśmy przez całą jesień przy okazji kolejnych powołań, zgrupowań i – bądźmy szczerzy – sparingów w ramach Ligi Narodów. Teraz jednak nadszedł w końcu czas, kiedy o żadnej taryfie ulgowej mowy być nie może. Pierwszy realny test, dwie wyjazdowe potyczki, a na horyzoncie start rekordowo skondensowanych eliminacji do brazylijskiego mundialu. No, chyba że te kwalifikacyjne emocje postanowimy sobie nieco przedłużyć, jak dosłownie kilkanaście godzin temu uczyniły piłkarki stołecznego Hammarby w pucharowym dwumeczu ze Sportingiem Lizbona. Wywalczenie bezpośredniego awansu jest jednak w naszym przypadku zdecydowanie wskazane i jak najbardziej jest to cel leżący w zasięgu aktualnych możliwości Blågult, choć oczywiście nawet jednego punkcika nikt nam na srebrnej tacy nie podaruje. I tę myśl warto zanotować i mieć na uwadze przynajmniej do zakończenia grupowych zmagań.

A co powiemy o samej konferencji Gustavssona i jego personalnych wyborach? Cóż, dyskusje w niemal wszystkich branżowych portalach zdominował temat potencjalnego zestawienia formacji defensywnej i doprawdy trudno się temu dziwić. Stanowiące przez lata jej żelazny fundament przedstawicielki złotego pokolenia swoje reprezentacyjne kariery już zakończyły, a przynajmniej kilka ich naturalnych wydawałoby się następczyń wypisało się tymczasowo z gry z powodów pozasportowych. Przetrzebiony urazami skład trzeba było zatem jakoś sklecić, a mający w tej kwestii decydujący głos selekcjoner raz jeszcze postanowił obdarzyć wielkim zaufaniem Elmę Nelhage. Dysponująca dobrymi warunkami fizycznymi 22-letnia stoperka na co dzień reprezentuje barwy francuskiego hegemona Olympique Lyon, gdzie zresztą dostaje od trenera Giraldeza naprawdę sporo okazji do regularnej gry. Specyfikę Division 1 znamy jednak doskonale, w związku z czym nie umyka nam fakt, iż w tych decydujących potyczkach kataloński opiekun OL stawia jednak na nieco inne nazwiska. Bardzo zbliżona, a nawet jeszcze mniej optymistyczna, jest także sytuacja Belli Andersson w madryckim Realu. Mecz z Barceloną – ławka. Mecz z Atletico – ławka. Mecz z Realem Sociedad – ławka. Mecze Ligi Mistrzyń z Wolfsburgiem, Twente, Paris FC – ławka. Za to pierwszy skład w rywalizacji z Alhamą, La Coruną, czy Eibarem. I tak to się kręci…

Skoro zajrzeliśmy już do Madrytu, to nieco bez echa przeszła decyzja o powołaniu dla Hanny Bennison, która z kolei – wyłączając starcia z Alhamą i Eibarem – od poprzedniej przerwy na kadrę (przypomnijmy, iż miała ona miejsce w połowie października ubiegłego roku) uzbierała we wszystkich rozgrywkach dokładnie… 154 minuty. Wystrzał formy Julii Zigiotti, a także wciąż solidna, równa postawa Filippy Angeldal i Kosovare Asllani sprawiają jednak, że akurat o ten sektor boiska przesadnie martwić się nie musimy i osoba – jak realistycznie zakładamy – potencjalnej dziewiątej rezerwowej aż tak kluczową kwestią nie jest. W linii obrony wygląda to jednak zgoła inaczej, wszak ktoś na zwolnione przez Nathalie Björn i Annę Sandberg miejsca wskoczyć musi, a trudno dziś odgadnąć, jaki Gustavsson będzie miał pomysł na przykład na uwolnienie maksimum potencjału Hanny Lundkvist oraz jej imienniczki Wijk, która zresztą powraca do kadry wraz z dwiema klubowymi koleżankami z mającego świeżo w pamięci efektowną wiktorię w Birmingham londyńskiego Tottenhamu. W miejmy nadzieję choć trochę bardziej słonecznej Kalabrii, a także cztery dni później w Serbii, aż tak efektownego strzelania się nie spodziewamy, choć nie mielibyśmy nic przeciwko, aby Amanda Nildén z Matildą Vinberg znów mogły pogratulować sobie dobrze wykonanego zadania.