
Piłkarki z Kristianstad jako jedyne awansowały do półfinału wbrew rankingowi (Fot. KDFF)
O tym, jak bardzo obecny system rozgrywek wyjałowił nam Puchar Szwecji z jakichkolwiek realnych emocji aż do fazy półfinałowej, pisaliśmy dosłownie przed dwoma tygodniami. Skoro jednak na placu boju pozostały jedynie cztery zespoły, to choćby z kronikarskiego obowiązku warto ów fakt odnotować. Obecność w tym gronie trzech z nich możemy spokojnie nazwać więcej niż spodziewaną, a do jedynego w jakimś sensie zaskakującego rozstrzygnięcia doszło w miniony weekend w stolicy Skanii.
Nieprzypadkowo wspominamy tutaj jedynie o wydarzeniach ostatnich godzin, bo niby jakaś faza grupowa się odbyła, ale i tak – zgodnie z niepisaną tradycją – kwestię awansów we wszystkich przypadkach rozstrzygnęły wewnętrzne starcia rozstawionej ósemki. A żeby prawdopodobieństwo wystąpienia zdarzeń nieoczekiwanych jeszcze bardziej zredukować, to papierowe faworytki w komplecie uzyskały przywilej rozegrania decydującej batalii na własnym boisku. Na niewiele przydał się on jednak prowadzonym przez Jonasa Valfridssona piłkarkom z Malmö, które pozbawione wsparcia swoich australijskich liderek, nie dały rady raz jeszcze oszukującym przeznaczenie gościniom z Kristianstad. Choć kreowanych okazji bramkowych nie brakowało, w osiągnięciu celu nie pomogła ani kliniczna precyzja Sary Kanutte, ani powrót na murawę amerykańskiej rekonwalescentki Isabelli D’Aquili, ani przebojowość i dynamika tak dobrze kojarzonej ostatnimi czasy przez fanów w całej Szwecji Miljany Ivanovic. Wszystkie ofensywne piłkarki MFF mogły wpisać się na listę strzelczyń, lecz – przy delikatnej pomocy fortuny – drogę tę uniemożliwiła im rozgrywająca kapitalne zawody między słupkami bramki Kristianstad Moa Olsson. W futbolu najczęściej mówi się o sukcesie drużynowym, lecz tym razem wkład 26-letniej golkiperki w wywalczony przez ekipę z północno-wschodniej Skanii awans, jest absolutnie nie do przecenienia. Po przeciwległej stronie boiska show równie efektownie skradła jednak niesamowicie eksplozywna snajperka Linda Boama, która tej wiosny może okazać się jedną z najbardziej interesujących nowych piłkarek na szwedzkich, ligowych boiskach.
Na pozostałych arenach momentów i wzruszeń też nie brakowało, lecz w każdym z przypadków główna fabuła powoli, lecz stanowczo podążała według zaplanowanego zawczasu scenariusza. Na Kristinebergs IP nawet nieobecność rewelacyjnej Olivii Ulenius nie przeszkodziła zawodniczkom Djurgården w spokojnym rozklepaniu ubiegłorocznych finalistek z Norrköping. Dzieła zniszczenia IFK dokonała przede wszystkim autorka hat-tricka Therese Åsland, a swojej norweskiej kapitance aktywnie asystowały nie tylko Urara Watanabe (gol + wywalczony rzut karny), lecz także pozyskane tej zimy ze zdegradowanego Linköping Sara Eriksson i Maria Olafsdottir Gros. Inna sprawa, że przy takim natężeniu kiksów i pomyłek ze strony Soffi Hjern oraz Jessiki Wik, pokonanie w teorii niewygodnych rywalek stało się zdecydowanie prostszym zadaniem. Jakichkolwiek problemów od startu do linii mety nie miały natomiast nasze dwa eksportowe zespoły. Häcken i Hammarby solidarnie odprawiły swoje rywalki z AIK oraz Vittsjö z bagażem trzech goli, a dało się odnieść wrażenie, że zwycięstwa te udało się osiągnąć bez konieczności włączania najwyższego biegu. Co więcej, w Hisingen cieszyć mogli się nie tylko z trzech trafień Moniki Jusu Bah, lecz również z bardziej niż obiecującego debiutu Tabithy Tindell w kompletnie nowej roli, a także z najlepszego występu w barwach Os duńskiej rozgrywającej Pernille Sanvig, której dyspozycja w nadchodzących tygodniach może okazać się dla Häcken kluczowa. W Södermalm o napędzaną norwesko-fińskim napędem drugą linię aż tak bardzo martwić się akurat nie trzeba, lecz na długo wyczekiwane przełamanie Svei Rehnberg, czy wreszcie na stanowiącego absolutnie największą ozdobę całego, przedłużonego, pucharowego weekendy gola gwiazdy ostatniego okienka reprezentacyjnego w szwedzkiej piłce młodzieżowej Fanny Peterson, zawsze miło popatrzeć.
A teraz zabawa wreszcie rozkręci się nam na dobre: Djurgården kontra Häcken i Kristianstad kontra Hammarby. Finał marzeń wciąż realny, podobnie jak derby stolicy, lub kolejna część epickiej batalii Os z Hisingen z Pomarańczowymi ze Skanii. Co jednak kluczowe, nareszcie będziemy mogli popatrzeć i emocjonować się pucharowym graniem w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Co po miesiącu spędzonym z absurdalną mini-ligą szczerze doceniamy.






