
Wraz z Moniką Jusu Bah cierpiała dziś cała piłkarska Szwecja (Fot. Bildbyrån)
W niektórych kulturach cyfra siedem uważana jest za szczególnie szczęśliwą. I choć nie ma pewności, że w podobną numerologię wierzy selekcjoner Tony Gustavsson, to właśnie za siódmym podejściem udało mu się zapisać pierwsze zwycięstwo za sterami reprezentacji Szwecji. W tym miejscu wszelkie pozytywy się jednak niestety kończą, gdyż wyszarpana w najskromniejszych możliwych rozmiarach domowa wiktoria z czerwoną latarnią naszej kwalifikacyjnej grupy, do wypinania piersi po ordery ani trochę niestety nie predestynuje. A gdy zagłębimy się w takie detale, jak chociażby prezentowany styl, pomysł na grę, czy wreszcie reakcja ławki na boiskowe wydarzenia, to końcowa ocena staje się niestety jeszcze bardziej druzgocąca. Trochę inaczej mają się sprawy, gdy analizie poddamy nieśmiertelne statystyki wymienionych podań, lecz jeśli na tym ma się opierać nasza wiara w sens działań obecnego sztabu, to nie jest to przesadnie przekonująca perspektywa.
Na plus niewątpliwie raz jeszcze możemy bardzo udane wejście w mecz, co poniekąd staje się już znakiem firmowym tej drużyny. Analogii z wtorkową batalią na Gamla Ullevi było aż nadto, bo choć selekcjoner pod względem taktycznym zdecydował się na szybki powrót do ustawień fabrycznych, to raz jeszcze wiele z perspektywy gospodyń dobrego miało swój początek w środku pola. Duet Julia Zigiotti – Filippa Angeldal, ze szczególnym uwzględnieniem pomocniczki madryckiego Realu, niezmiennie udowadnia swoją piłkarską jakość, na której w zasadzie wszystkie nasze grupowe rywalki w ten lub inny sposób zdążyły już sobie połamać przysłowiowe zęby. Wielka szkoda, że tym razem wizjonerstwo i lekkość gry zawodniczki wicemistrzyń Hiszpanii nie przełożyły się bezpośrednio na liczby, ale Stina Blackstenius zdecydowanie nie byłaby sobą, gdyby już pierwszą wyborną okazję zamieniła na gola. Wspominamy o tym absolutnie nieironicznie, gdyż doświadczoną snajperkę londyńskiego Arsenalu znamy i kochamy ze wszystkimi jej futbolowymi przymiotami, a na koniec dnia znów to ona uratowała selekcjonerowi nie tylko dzisiejszy wieczór, ale i nadchodzące tygodnie. A że decydująca piłkę dograła jej koleżanka reprezentująca na co dzień największego lokalnego rywala, to i fani angielskiej Barclays WSL mogli się przy okazji szwedzko-serbskiej rywalizacji mocno uaktywnić w mediach społecznościowych.
Nie możemy jednak przejść obojętnie obok faktu, że nasza defensywa raz jeszcze nie działała tak, jak być może powinna i tym razem możemy cieszyć się, że wreszcie swój klasyczny, dobry dzień miała między słupkami Jennifer Falk. Grająca bez swoich trzech absolutnie największych gwiazd drużyna gościń potrafiła się bowiem odgryźć na tyle skutecznie, że serca najbardziej emocjonalnych szwedzkich fanów mocno zadrżały przynajmniej dwukrotnie. A nie do końca pewne w swoich poczynaniach Bella Andersson z Elmą Nelhagę tak skutecznie promowały młody, bałkański duet Nina Matejic – Sara Stokic, że niewykluczone, iż nazwiska te dziś po południu pojawiły się w notesach skautów czołowych, europejskich klubów. W niebezpieczną grę w nieskończoność bawić nie zamierzał się zresztą także sam Gustavsson, już w przerwie posyłając w bój rutynowaną Amandę Ilestedt. O aktualnej dyspozycji stoperki Frankfurtu nie dowiedzieliśmy się jednak wiele ponad to, że pomimo zbliżonych warunków fizycznych, to ona pozostaje zdecydowanie największą wartością dodaną przy okazji stałych fragmentów zarówno w defensywie, jak i w ofensywie. Choć jakość tych ostatnich, co w ostatnich miesiącach także stało się zresztą swego rodzaju niepisaną normą, ustabilizowała się na poziomie niższej strefy stanów średnich. Z perspektywy czasu żałować możemy również, że tak krótkim epizodem okazał się debiut w seniorskiej kadrze Beaty Olsson, że szansy na występ z ławki przeciwko tak sprofilowanym rywalkom nie otrzymała bazująca na dynamice i przyspieszaniu Rebecka Blomqvist, a Rosa Kafaji (w początkowym fragmencie), czy nawet Felicia Schröder (ta ostatnia dziś akurat zaliczyła prawdopodobnie najmniej imponujący w obecnym roku kalendarzowym występ) ewidentnie otrzymały takie indywidualne instrukcje, że momentami można było zastanowić się, czy lepszą taktyką nie byłoby pozostawienie im w boiskowych poczynaniach większej swobody. Choć opcją najbardziej pożądaną byłoby rzecz jasna przypisanie ich do ról i zadań, w których same zainteresowane czują się zdecydowanie bardziej komfortowo.
I tak, panie selekcjonerze, rzut karny jak najbardziej się nam dziś należał. W taką narrację brnąć jednak nie ma ani sensu, ani tym bardziej logiki, bo skoro było tak dobrze, to może warto wreszcie coś pewnie wygrać, zamiast powtarzać, jak wysoko i przekonująco wygrywać możemy. Póki co tabela wskazuje wyraźnie, że w rywalizacji ze zdziesiątkowaną Serbią na przestrzeni dwóch meczów potrafimy strzelić trzy razy mniej goli niż Dunki oraz sześć razy mniej goli niż Włoszki przy okazji jednej potyczki. Jasne, jest to oczywiście najbardziej klasyczny, lecz jednocześnie całkowicie świadomy cherry-picking, lecz cierpienia i braku konkretnego impulsu było podczas tego zgrupowania po szwedzkiej stronie zdecydowanie zbyt dużo, aby ten fakt jedynie przemilczeć bezrefleksyjnym wzruszeniem ramion.






























