Julia Zigiotti ze statuetką dla najlepszej piłkarki meczu – bardzo częsty obrazek w obecnych rozgrywkach (Fot. WomensSportsPic)
Choć marzenia o awansie do zdefiniowanej minionego lata na nowo Ligi Mistrzyń szwedzkie kluby musiały póki co odłożyć w czasie, obecna edycja europejskich pucharów i tak może okazać się z naszej perspektywy nadzwyczaj produktywna. Nie jest to oczywiście jakaś niespotykana wcześniej sytuacja, wszak dopiero co bohaterkami najważniejszych, klubowych meczów w europejskim futbolu zostawały Fridolina Rolfö oraz Stina Blackstenius, lecz tym razem podbój kontynentu przez piłkarki spod znaku Blågult odbywa się wyjątkowo szeroką ławą. Gdyby tylko Juventus nie roztrwonił dwubramkowej zaliczki w dwumeczu fazy play-off z niemieckim Wolfsburgiem, aż siedmiu ćwierćfinalistów miałoby w swoich kadrach przynajmniej jedną zawodniczkę rodem ze Szwecji. Sześć na osiem to jednak również całkiem zacny wynik, a fakt, iż w gronie tym nie ma akurat uznawanej przez wielu za faworyta numer jeden Barcelony, wiele w tej kwestii nie zmienia.
Tym bardziej, że marsz potentatek z Katalonii ku kolejnym zaszczytom i pucharom spróbuje przerwać madrycki Real z Filippą Angeldal na kierownicy, a także z Bellą Andersson i Hanną Bennison w mniej lub bardziej szerokiej rezerwie. 28-letnia rozgrywająca w obecnych rozgrywkach często pozostawała nieco w cieniu lepiej dysponowanych koleżanek z drugiej linii w osobach Sary Däbritz oraz Caroline Weir, lecz kapitalny, a na dodatek okraszony niezwykle efektownym golem występ przeciwko Teneryfie, był kolejnym sygnałem, że sprawy idą w jak najbardziej właściwym kierunku. O ile batalia dwóch hiszpańskich klubów zapowiada się iście frapująco, o tyle starcie już na tym etapie odwiecznych rywalek z Londynu można bez wielkiej przesady nazwać prawdziwym hitem. Chelsea kontra Arsenal, niespełnione na europejskim poletku dyżurne mistrzynie Anglii kontra od lat niepotrafiące odzyskać prymatu w kraju, lecz w niewytłumaczalny sposób mobilizujące się na wielkie, międzynarodowe potyczki Kanonierki. A tak patrząc trochę z naszej perspektywy: dynamiczna i eksplozywna, choć niedostarczająca oczekiwanych liczb Johanna Kaneryd kontra nieobliczalna, budząca się w decydujących momentach, lecz potrafiąca mocno zirytować swoją kultową już nieskutecznością Stina Blackstenius. A na tym ćwierćfinałowe emocje widziane szwedzkim okiem się przecież nie kończą, gdyż debiutujący na tym etapie zmagań Manchester United spróbuje przedłużyć swój cudowny, pucharowy sen przynajmniej o jeszcze jeden etap, a znajdująca się od początku roku w życiowej formie Julia Zigiotti oraz z każdym rokiem pracująca na przydomek specjalistki od Ligi Mistrzyń Fridolina Rolfö z największą przyjemnością dołożą do kolejnego awansu niemałą cegiełkę. Inna sprawa, że o przebiciu swojego szklanego sufitu równie intensywnie myślą w Monachium, a tamtejszy Bayern – z Magdaleną Eriksson w składzie – ma już dość bycia wypraszanym z imprezy chwilę przed jej punktem kulminacyjnym. Potencjalnie najbardziej letni pod względem temperatury dwumecz czeka nas w rywalizacji Wolfsburga z Olympique Lyon, bo nie dość, że faworyt w tym zestawieniu bezdyskusyjny, to jeszcze spory znak zapytanie towarzyszy roli, jaką odegra w tym spektaklu Elma Nelhage.
Jeszcze bardziej od Ligi Mistrzyń interesuje nas rzecz jasna Puchar Europy, gdzie Häcken i Hammarby może nie równym, lecz zdecydowanie skutecznym krokiem, dotarły już do fazy półfinałowej. Szwedzki finał to oczywiście marzenia każdego szanującego się sympatyka Damallsvenskan, choć warto pamiętać, że gra tutaj toczy się o jeszcze jedną, wcale nie mniej znaczącą stawkę. Późną jesienią zgodnie stwierdziliśmy, że wobec efektownej szarży holenderskich klubów, skuteczna obrona siódmej lokaty w rankingu krajowym UEFA może graniczyć z cudem, którego symbolem miało być właśnie dotarcie obu naszych ekip do finału drugich w hierarchii ważności, europejskich rozgrywek. Dziś jesteśmy już naprawdę o dwa małe kroczki od tego, aby i w tym sezonie rywalizacja w Damallsvenskan toczyła się o trzy miejsca premiowane grą w eliminacjach Ligi Mistrzyń, gdyż to właśnie z tym wiąże się tak często przywoływana tu przy okazji różnych wyliczeń lokata w TOP-7. Możemy zatem nieśmiało zaryzykować stwierdzenie, że oto przed nami nadzwyczaj ciekawa wiosna, podczas której zadzieje się wiele i na tych największych i na tych nieco mniejszych piłkarskich arenach. A to z kolei jeszcze jeden dowód na to, jak bardzo przewrotną i nieprzewidywalną dyscypliną sportu jest futbol. Wszak gdzieś w okolicy października pewnie niewielu z nas pomyślałoby, że taka Ellen Wangerheim w sezonie 2025-26 stanie przed szansą zdobycia zarówno Ligi Mistrzyń, jak i Pucharu Europy. Że mało realne? Oczywiście, ale Japonia też nie miała zostać mistrzem świata, a Piteå sięgnąć po tytuł w Damallsvenskan.
Dwie piłkarki londyńskiego Tottenhamu powracają po przerwie do reprezentacji (Fot. Alamy)
Po ogłoszeniu nazwiska nowego selekcjonera apelowaliśmy o spokój, podobne słowa konsekwentnie powtarzaliśmy przez całą jesień przy okazji kolejnych powołań, zgrupowań i – bądźmy szczerzy – sparingów w ramach Ligi Narodów. Teraz jednak nadszedł w końcu czas, kiedy o żadnej taryfie ulgowej mowy być nie może. Pierwszy realny test, dwie wyjazdowe potyczki, a na horyzoncie start rekordowo skondensowanych eliminacji do brazylijskiego mundialu. No, chyba że te kwalifikacyjne emocje postanowimy sobie nieco przedłużyć, jak dosłownie kilkanaście godzin temu uczyniły piłkarki stołecznego Hammarby w pucharowym dwumeczu ze Sportingiem Lizbona. Wywalczenie bezpośredniego awansu jest jednak w naszym przypadku zdecydowanie wskazane i jak najbardziej jest to cel leżący w zasięgu aktualnych możliwości Blågult, choć oczywiście nawet jednego punkcika nikt nam na srebrnej tacy nie podaruje. I tę myśl warto zanotować i mieć na uwadze przynajmniej do zakończenia grupowych zmagań.
A co powiemy o samej konferencji Gustavssona i jego personalnych wyborach? Cóż, dyskusje w niemal wszystkich branżowych portalach zdominował temat potencjalnego zestawienia formacji defensywnej i doprawdy trudno się temu dziwić. Stanowiące przez lata jej żelazny fundament przedstawicielki złotego pokolenia swoje reprezentacyjne kariery już zakończyły, a przynajmniej kilka ich naturalnych wydawałoby się następczyń wypisało się tymczasowo z gry z powodów pozasportowych. Przetrzebiony urazami skład trzeba było zatem jakoś sklecić, a mający w tej kwestii decydujący głos selekcjoner raz jeszcze postanowił obdarzyć wielkim zaufaniem Elmę Nelhage. Dysponująca dobrymi warunkami fizycznymi 22-letnia stoperka na co dzień reprezentuje barwy francuskiego hegemona Olympique Lyon, gdzie zresztą dostaje od trenera Giraldeza naprawdę sporo okazji do regularnej gry. Specyfikę Division 1 znamy jednak doskonale, w związku z czym nie umyka nam fakt, iż w tych decydujących potyczkach kataloński opiekun OL stawia jednak na nieco inne nazwiska. Bardzo zbliżona, a nawet jeszcze mniej optymistyczna, jest także sytuacja Belli Andersson w madryckim Realu. Mecz z Barceloną – ławka. Mecz z Atletico – ławka. Mecz z Realem Sociedad – ławka. Mecze Ligi Mistrzyń z Wolfsburgiem, Twente, Paris FC – ławka. Za to pierwszy skład w rywalizacji z Alhamą, La Coruną, czy Eibarem. I tak to się kręci…
Skoro zajrzeliśmy już do Madrytu, to nieco bez echa przeszła decyzja o powołaniu dla Hanny Bennison, która z kolei – wyłączając starcia z Alhamą i Eibarem – od poprzedniej przerwy na kadrę (przypomnijmy, iż miała ona miejsce w połowie października ubiegłego roku) uzbierała we wszystkich rozgrywkach dokładnie… 154 minuty. Wystrzał formy Julii Zigiotti, a także wciąż solidna, równa postawa Filippy Angeldal i Kosovare Asllani sprawiają jednak, że akurat o ten sektor boiska przesadnie martwić się nie musimy i osoba – jak realistycznie zakładamy – potencjalnej dziewiątej rezerwowej aż tak kluczową kwestią nie jest. W linii obrony wygląda to jednak zgoła inaczej, wszak ktoś na zwolnione przez Nathalie Björn i Annę Sandberg miejsca wskoczyć musi, a trudno dziś odgadnąć, jaki Gustavsson będzie miał pomysł na przykład na uwolnienie maksimum potencjału Hanny Lundkvist oraz jej imienniczki Wijk, która zresztą powraca do kadry wraz z dwiema klubowymi koleżankami z mającego świeżo w pamięci efektowną wiktorię w Birmingham londyńskiego Tottenhamu. W miejmy nadzieję choć trochę bardziej słonecznej Kalabrii, a także cztery dni później w Serbii, aż tak efektownego strzelania się nie spodziewamy, choć nie mielibyśmy nic przeciwko, aby Amanda Nildén z Matildą Vinberg znów mogły pogratulować sobie dobrze wykonanego zadania.
Monica Jusu Bah efektownym golem przypieczętowała awans Häcken do kolejnej fazy (Fot. Yrkil Valsson)
Miało być dopełnienie formalności, lecz piłkarki Hammarby trochę na własną prośbę zafundowały sobie horror, który przeciągnął się aż do późnego wieczoru. I choć jego zakończenie tym razem okazało się szczęśliwe, to jednak podopieczne trenera Strömberga długimi minutami balansowały na niezwykle cienkiej linie, która w zasadzie w dowolnym momencie mogła się urwać, kończąc w ten sposób piękną, europejską przygodę wicemistrzyń Szwecji. A przecież mając na uwadze przebieg gry, ten dwumecz trzeba było rozstrzygnąć już w Lizbonie, choć i dziś to zawodniczki z Södermalm miały po swojej stronie zauważalnie więcej czysto sportowych atutów. Oczywiście, Sporting zaczął zdecydowanie bardziej odważnie niż przed tygodniem, lecz Lwicom z Portugalii konceptu i entuzjazmu wystarczyło na mniej więcej dwadzieścia minut, a i w tym okresie nie udało im się wykreować choćby jednej klarownej okazji do otwarcia wyniku spotkania. Takie szybko pojawiły się natomiast po drugiej stronie, ale na drodze do szczęścia stawała miejscowym albo dobre dysponowana tego dnia Anna Wellmann, albo dwukrotnie obijana przez Stinę Lennartsson poprzeczka, albo brak precyzji, na który pomstować mogła przede wszystkim wciąż czekająca na swoje pierwsze trafienie w barwach Bajen Svea Rehnberg. I choć bezbramkowy remis niezmiennie premiował awansem Hammarby, to już po zmianie stron na własnej skórze przekonaliśmy się, jak bardzo ulotna jest w futbolu skromna, jednobramkowa zaliczka.
Tę fazę spotkania lepiej rozpoczęły z kolei gospodynie, norweski duet Joramo – Sørum perfekcyjnie radził sobie w środku pola, a dośrodkowania spod linii końcowej na głowy nabiegających na wprost bramki Sportingu Rehnberg lub Hasund sprawiały defensorkom z Lizbony sporo kłopotów. Wystarczył jednak jeden ofensywny wypad, precyzyjna centra doskonale pamiętanej przez wszystkich sympatyków FC Rosengård Beatriz Fonseki, sytuacyjna przewrotka Telmy Encarnacao i wreszcie fatalne ustawienie Maliny Loeck, która z sobie tylko znanych powodów zdecydowała się pozwiedzać przedpole własnej bramki (gdyby stała na linii, złapałaby ten strzał do koszyczka), aby dwumecz rozpoczął się od początku. I aż do konkursu rzutów karnych Hammarby pełnej kontroli nad boiskowymi wydarzeniami już nie odzyskał, choć jeszcze w doliczonym czasie gry Vilde Hasund mogła uratować nas od emocji związanych z dodatkowymi dwoma kwadransami gry. Szczęśliwie dla Bajen, na listę strzelczyń nie wpisała się także wykazująca ogromną chęć do gry Brittany Raphino, choć gdy amerykańska snajperka starła się w szesnastce sztokholmianek z Emilie Bragstad, z obawami kierowaliśmy wzrok w kierunku włoskiej sędzi. Jej gwizdek wówczas jednak milczał, a kilkadziesiąt minut później – po horrorze jedenastek – oznajmił, że to Hammarby uzupełniło stawkę półfinalistek inauguracyjnej edycji piłkarskiego Pucharu Europy.
Spodziewaną formalnością była natomiast rewanżowa potyczka na Islandii, gdzie w mroźnej i wietrznej aurze Häcken powiększył swoją zaliczkę z Bravida Areny o trzy kolejne gole. Dodajmy jeszcze, że ci, którzy zdecydowali się mimo wszystko wybrać na malowniczo położony stadion w Kopavogurze, obejrzeli wyjątkowo efektowne trafienia i w zasadzie trudno zdecydować, czy to najładniejsze było dziełem Moniki Jusu Bah (kapitalny, solowy rajd i mierzony strzał przy słupku), Alvy Selerud (klasycznie ściągnięta pajęczyna), czy też Elisy Vitharsdottir, która choć trochę powetowała sobie bardzo nieudany występ sprzed siedmiu dni. Niestety, zdecydowanie więcej niż o samym meczu mówiło się po końcowym gwizdku o kontuzji Heleny Sampaio, która przez dwie godziny tego dwumeczu była zdecydowanie wyróżniającą się postacią w ekipie mistrzyń Szwecji. Uraz Brazylijki na żywo wyglądał bardzo niepokojąco i pozostaje trzymać kciuki, aby w tym przypadku nie potwierdziły się najgorsze obawy, które tak często towarzyszą nam w analogicznych sytuacjach. Byłby to naprawdę ironiczny chichot losu, gdyby absolwentka Uniwersytetu Południowej Kalifornii musiała udać się na przymusową, kilkumiesięczną pauzę właśnie w chwili, gdy doczekała się na swoją tak bardzo wyczekiwaną i w stu procentach zasłużoną szansę.
Gol Emilie Joramo pozwolił piłkarkom Hammarby wykonać ważny krok w stronę awansu (Fot. Bildbyrån)
To miały być pierwsze realne testy dla odświeżonych po wyjątkowo nawet jak na nasze warunki intensywnej zimowej wyprzedaży w Hisingen oraz Södermalm. Znaczącą różnicę stanowił jednak poziom trudności stojącego przed naszymi eksportowymi zespołami wyzwania. O ile bowiem mistrzynie kraju miały zmierzyć się z nieoczekiwanie obecnym na tym etapie zmagań islandzkim Breithablikiem (także zresztą mocno i konsekwentnie w ostatnich tygodniach osłabianym), o tyle w szranki z Bajen stanął mający już w bieżącym sezonie na rozkładzie miedzy innymi Rosengård lizboński Sporting. Oczywiście już dawno bez absolutnie wyjątkowej i bijącej kolejne transferowe rekordy Olivii Smith, lecz za to z nie mniej od niej utalentowaną rodaczką Jenevą Gray, wybitnie bramkostrzelną Caroliną Santiago, czy wreszcie nie bez przyczyny nazywaną żyjącą legendą Damallsvenskan Claudią Neto w składzie. Jak zatem doskonale widać, choć perspektywa awansu niezmiennie znajdowała się w zasięgu, poprzeczka w przypadku Hammarby zawieszona została na tyle wysoko, że trzeba było się nieźle natrudzić, aby do niej koniec końców doskoczyć. Szczególnie, że tym razem cegiełki do ewentualnego sukcesu nie mogły już dołożyć kluczowe na poprzednich etapach, lecz sprzedane zimą do angielskiej Barclays WSL Smilla Holmberg, Asato Miyagawa, Anna Jøsendal, Julie Blakstad oraz Ellen Wangerheim. A skoro mówimy tu o europejskich pucharach, to w oczy najbardziej rzucała się chyba absencja ostatniej z wymienionych, bo choć 21-letnia snajperka ligową jesień miała – oczywiście jak na swoje imponujące standardy – mocno nierówną, to jednak podczas międzynarodowego grania zawsze prezentowała tę najlepszą wersję siebie, o czym boleśnie przekonały się nie tylko norweski Brann, czy holenderski Ajax, ale także… jej przyszły jak się miało za chwilę okazać klub z czerwonej części Manchesteru.
Zacznijmy jednak chronologicznie, czyli od szybkiego meldunku z Bravida Areny, gdzie teoretycznie łatwiejszy debiut w nowej, niewątpliwie odpowiedzialnej roli trenerki mistrzyń Szwecji zaliczyła Elena Sadiku. W przypadku Os z Västergötland zdecydowanie najpilniej przyglądaliśmy się obu wahadłom, a także postawie środka pola, gdyż to właśnie w tych sektorach boiska Häcken poniósł zdecydowanie największe kadrowe straty. Czy zatem pod nieobecność Alice Bergström, Hanny Wijk, Carly Wickenheiser oraz Johanny Fossdalsy (ta ostatnia akurat ze względu na eliminujący ją z gry na wiele miesięcy uraz) koniec końców udało się skruszyć islandzkie zasieki? Cóż, chwilkę to trwało, lecz gdy piłkarki w żółto-czarnych strojach zaczęły już strzelać, to w jak najbardziej dosłownym rozumieniu tego słowa zwyczajnie nie potrafiły przestać. Felicia Schröder i Monica Jusu Bah zaprezentowały się tak, jakby zimowa przerwa w rozgrywkach nigdy nie miała miejsca, a poprzedni mecz o stawkę przyszło im rozegrać w miniony weekend. O formę akurat tej dwójki fani z Västergötland i tak się jednak nie obawiali, więc ze zdecydowanie większym entuzjazmem przyjęto fakt, iż dwiema absolutnie wyróżniającymi się zawodniczkami na placu gry były podłączające się aktywnie do niemal każdej akcji ofensywnej wahadłowa Alva Selerud, a także rozgrywająca Helena Sampaio. A żeby ten chłodny, środowy wieczór był jeszcze słodszy, tytuł najlepszej Islandki na boisku bez wątpienia trafiłby w ręce Thelmy Palmadottir, która oficjalny debiut w barwach Os uczciła golem i asystą drugiego stopnia. Jasne, królowa strzelczyń Damallsvenskan z poprzedniego sezonu powinna zakończyć dzień z trzema trafieniami na koncie, ale w takich okolicznościach nie będziemy przecież lamentować, że oto nie udało się dobić do dwucyfrówki. Inna sprawa, że Breithablik zaprezentował się na tle Häcken jak zespół całkowicie amatorski, a najlepszym podsumowaniem występu naszych gościń było zachowanie Heidy Vitharsdottir przy golu na 0-4. Kto widział, ten już nie odzobaczy.
A jak spisał się na swojej wielkiej, atlantyckiej wyprawie odmieniony zespół z Södermalm? W prostych słowach ujmijmy to tak: jeśli po pamiętnej rywalizacji z Benfiką portugalska stolica wywoływała w sympatykach Bajen wyłącznie pozytywne skojarzenia, to od dziś zostały one tylko wzmocnione. Bohaterka? Owszem, jest! Podczas niemal całego zimowego okienka ze Sztokholmu docierały niepotwierdzone informacje, jakoby Emilie Joramo szykowała się do odejścia z klubu przy pierwszej nadarzającej się sposobności, ale nawet jeśli było w nich choć malutkie ziarenko prawdy, to 24-letnia pomocniczka z Norwegii doszła do jedynego słusznego wniosku, że najłatwiej będzie jej wypromować się świetną grą. Profesorka środka pola nawiązała tym samym to swoich absolutnie topowych występów w koszulce Hammarby i dziejową sprawiedliwością należy nazwać fakt, że to właśnie po jej strzale ekipa trenera Strömberga zapisała na swoim koncie zwycięskie trafienie. A mogła nawet dwa, lecz tuż przed końcem spotkania z kolejną próbą Joramo nie bez problemów poradziła sobie niemiecka golkiperka Sportingu Anna Wellmann. Przez większość spotkania wicemistrzynie Portugalii sprawiały jednak wrażenie ekipy wyjątkowo zagubionej i nieporadnej, co biorąc pod uwagę ich sportowy potencjał, może jednak nieco zaskakiwać. Zawodniczki z Lizbony stać było w zasadzie jedynie na wyprowadzenie dwóch, szybkich kontrataków po których to – i to należy przyznać – zdobywczyniom Pucharu Szwecji ewidentnie dopisało szczęście. Samo zwycięstwo fartowne żadną miarą jednak nie było, a obserwując harce i popisy niezmordowanego duetu Lennartsson – Hasund odnieśliśmy silne wrażenie, że kwestię awansu tak na dobra sprawę można było rozstrzygnąć już w Lizbonie. Ale spokojnie, siedem dni dłużej z chęcią poczekamy, wszak perspektywa szwedzkiego finału właśnie na powrót stała się nieco bardziej rzeczywista.
W Malmö inauguracji nowego sezonu ligowego wypatrują z w pełni zrozumiałym optymizmem (Fot. Malmö FF)
Już za tydzień startują zmagania pucharowe (zarówno te w kraju, jak i na arenie europejskiej), ale szwedzkie kluby – jak to mają w zwyczaju – na uzupełnienie kadrowych braków mają jeszcze naprawdę sporo czasu. A w większości przypadków zdecydowanie jest co łatać, wszak jedynie fani Malmö FF mogą na ten moment z czystym sumieniem stwierdzić, iż pod względem jakościowym ich stan posiadania od początku zimowego okienka transferowego zmienił się na plus. Co godne podkreślenia, w Skanii postanowili brać przykład z najlepszych, a strategia bezpośredniego przechwytywania kluczowych zawodniczek od ligowych rywalek zdaje się w sposób naturalny łączyć kilka kluczowych elementów, w tym mityczne już niemal minimalizowanie ryzyka pomyłki. Zwycięski sparing z Hammarby tezę o podążaniu we właściwym kierunku zdaje się jedynie potwierdzać, ale póki co z bardziej wylewnymi gratulacjami damy sobie jeszcze profilaktycznie na wstrzymanie, choć nie da się ukryć, że to MFF na tę chwilę jawi się nam jako jedyny na tym naszym szwedzkim placu budowy kompletny produkt.
W wielu innych ośrodkach zima przyniosła ostre wietrzenie szatni. Ani trochę nie dziwi to w przypadku obu tegorocznych beniaminków, choć o ile w Uppsali raz jeszcze trzeba będzie mocno liczyć na futbolowy cud i uśmiech piłkarskiej fortuny, o tyle Eskilstuna realnie posiada aktywa uprawniające ją do walki przynajmniej o bezpieczną lokatę w środku stawki. Trochę z konieczności, choć oczywiście wersja oficjalna brzmi w tym temacie nieco inaczej, na wyraźne odmłodzenie kadry zdecydowano się w Vittsjö, a klub ze wsi leżącej nieopodal Hässleholm będzie musiał znaleźć na siebie pomysł po erze takich ikon jak chociażby Linda Sällström. Jeszcze bardziej egzotyczne informacje docierają do nas z dalekiej Północy, gdzie misję ratowania ekstraklasy dla Piteå podejmą między innymi reprezentantki Łotwy, Wysp Owczych i Jamajki. W Växjö mocno postawiono za to na krajową młodzież i to właśnie do Kronobergu ścieżki sportowej kariery przywiodły tej zimy Tyrę Andersson, Tildę Sandén, czy nieprzypadkowo uważane za wielkie talenty siostry Ericę oraz Thelmę Persson Welin. I to właśnie powrotu tych ostatnich na pierwszoligowe boiska wyczekujemy ze szczególną ekscytacją, tym bardziej, że trener Unogård zdaje się wręcz stworzony do prowadzenia zespołów o takim właśnie profilu.
Tradycyjna wyprzedaż garażowa w Kristianstad a także nieco mniej spodziewany eksodus niemal wszystkich kluczowych zawodniczek z Norrköping sprawiły, że oto na nieco ponad miesiąc przed startem ligowej kampanii usilnie poszukujemy potencjalnych kandydatek do lokat w czołowej piątce. Dla jednych będzie to zaskoczeniem, dla innych wręcz przeciwnie, lecz w tym celu najlepiej… po prostu nie ruszać się ze stolicy. Tak, trend przenoszenia wielkiego futbolu do wielkich metropolii zdaje się nie omijać także i naszego podwórka i ani trochę się na tę współczesną rzeczywistość nie obrażamy. Kontrowersyjny, mający za sobą pracę w angielskiej Barclays WSL Szkot William Kirk (Djurgården), a także pochodzący ze Szczecina Lukas Syberyjski (AIK) tej wiosny staną przed niezwykle odpowiedzialnym zadaniem wprowadzenia swoich ekip na jeszcze wyższy poziom, a spodziewanym efektem tych działań ma być dołączenie do ścisłej, liczącej maksymalnie sześć drużyn krajowej elity. Nieco bardziej odważni sympatycy tych ekip coraz głośniej dopominają się nawet podjęcia skutecznej rywalizacji z Hammarby o prymat w mieście i nawet jeśli te deklaracje wydają się być naprawdę odważne, to jednak pozyskanie takich piłkarek, jak Johanna Renmark, Maria Olafsdottir i Sara Eriksson (Djurgården) oraz Olivia Garcia, czy Lotta Kalske (AIK) jasno pokazuje, że o żadnych półśrodkach w stolicy mowy być nie może. Teraz jeszcze tylko wypadałoby jakoś to wszystko mądrze poskładać i nawet podwójne, sztokholmskie podium wcale nie musi zaliczać się do kategorii soccer fiction.
Stina Blackstenius może być umiarkowanie zadowolona po zwycięskich dla Arsenalu styczniowych derbach Londynu (Fot. Arsenal FC)
Nasi wspaniali ligowcy powoli budzą się z zimowego snu, ale ta część świata, w której zimowy klimat bywa zazwyczaj zdecydowanie bardziej łagodny, rywalizuje w najlepsze. Co więcej, w najbliższych dniach czeka nas wiele potencjalnych hitów, wśród których na pierwszy plan niewątpliwie wybijają się takie pozycje, jak potyczka Manchesteru City z londyńską Chelsea, francuski klasyk Lyon vs PSG, a także bezpośrednie batalie pretendentów w Hiszpanii (Teneryfa vs Real Sociedad) oraz Niemczech (Eintracht Frankfurt vs Hoffenheim). Piłkarskie uniwersum w Europie na nudę narzekać zatem nie może, a gdyby ktoś jednak próbował, to FIFA postanowiła urozmaicić nam zimowy kalendarz kolejnym kadłubowym turniejem, w którym to Arsenal miał sposobność stanąć w szranki na przykład z mistrzyniami Maroka. My tu jednak nie o tym, bo skoro w Anglii, czy we Włoszech piłeczka po murawach się toczy, to i dla wielu szwedzkich zawodniczek początek roku kalendarzowego 2026 okazał się niezwykle pracowity. A skoro tak, to trzymajmy łapkę na pulsie i sprawdźmy, co tam u nich aktualnie słychać.
Z oczywistych względów koncentrować będziemy się przede wszystkim na Wyspach Brytyjskich, gdyż to właśnie w najbardziej wymagających rozgrywkach na kontynencie zebrała się najbardziej liczna szwedzka kolonia. Ów fakt cieszy nas niezmiernie, choć zdajemy sobie sprawę, iż jest on bezpośrednią wypadkową renomy, którą przez lata, a nawet dekady wyrobiła sobie Damallsvenskan. Narzekać jednak z tego powodu nie mamy zamiaru, wszak wyszkolone w Szwecji piłkarki oraz odpowiedzialni za ich sportowy rozwój trenerzy kapitalną markę wyrobili sobie sami, a skoro futbol jest w jakimś sensie biznesem, to trudno obrażać się na to, że z uczciwie osiągniętej pozycji korzystają następne pokolenia. Przed nimi wyzwanie jednak paradoksalnie jeszcze trudniejsze, gdyż na szczycie zdecydowanie trudniej się utrzymać niż na niego wejść, a szczególnie w naszym środowisku konkurencja nigdy wcześniej nie była choćby w ułamku tak silna i tak globalna.
Pierwszy przystanek naszej angielskiej wędrówki zrobimy sobie z Manchesterze, a konkretnie w jego czerwonej części. Klub, który jeszcze rok temu nie byłby w analogicznym tekście nawet trzecim, czy czwartym wyborem, niepostrzeżenie stał się domem dla naprawdę licznego i wybitnie jakościowego szwedzkiego kontyngentu. Co może zaskakiwać, jego fundamentem stała się 22-letnia lewa defensorka Anna Sandberg, która nie tylko skutecznie i chyba już definitywnie odesłała na ławkę rezerwowych Gabrielle George, ale dla wielu stała się solidną kandydatką do miejsca w jedenastce sezonu całej ligi! To wszystko tym bardziej imponujące, że wychowanka Örebro radzić musiała sobie równocześnie także z zawirowaniami natury pozasportowej, lecz z dzisiejszej perspektywy można jedynie stwierdzić, iż wszystkie te historie wyłącznie ją wzmocniły. Zasilenie kadry Czerwonych Diablic okazało się także pozytywnym przełomem w zagranicznej karierze Julii Zigiotti, która ani w Brightonie, ani w Monachium, nie potrafiła zaprezentować się na poziomie choćby zbliżonym do tego, który wcześniej prezentowała nosząc z dumą koszulki ekip z Södermalm oraz Hisingen. Posiadająca włoskie korzenie pomocniczka w deszczowym Manchesterze zdecydowanie odnalazła jednak swoje miejsce na ziemi, a stworzony przez nią do spółki z Hinatą Miyazawą i Jessiką Park tercet filigranowych wojowniczek środka pola stał się jedną z wizytówek angielskiej ekstraklasy. Swój dobry czas w barwach United przeżywa także Fridolina Rolfö, choć w jej przypadku nie mówimy rzecz jasna o poziomie, do którego zdarzało jej się dobijać w okresie największej wolfsbursko-barcelońskiej prosperity. Doświadczona skrzydłowa (lub w razie potrzeby wahadłowa) imponuje jednak przede wszystkim doświadczeniem i umiejętnością wskoczenia na najwyższy poziom w tej jednej, decydującej akcji, o czym najbardziej boleśnie przekonywały się rywalki ekipy z Manchesteru w rozgrywkach Ligi Mistrzyń. Tej zimy do United dołączyły ponadto Hanna Lundkvist i Ellen Wangerheim, które w pierwszej kolejności czeka jednak ostra rywalizacja o miejsce składzie niebędącego przecież wielkim miłośnikiem stosowania rotacji Marka Skinnera. Prawa defensorka konkurować będzie przede wszystkim z prezentującą niezwykle podobne do niej piłkarskie walory Kanadyjką Jayde Riviere i choć na ten moment nieco wyżej stoją akcje tej drugiej, to jednak Lundkvist w niedawnym starciu z Aston Villą ewidentnie zapisała przy swoim nazwisku pierwszy sporych rozmiarów plus. Była napastniczka Hammarby za konkurentki mieć będzie takie tuzy, jak chociażby Elisabeth Terland, Melvine Malard, czy Lea Schüller i w jej przypadku sporo zależeć będzie od tego, na jakie ustawienie w pierwszej kolejności zdecyduje się trener Skinner. Choć fakt, że United jak dotąd z powodzeniem rywalizują aż na czterech frontach pozwala mieć nadzieję, że każda z wymienionych może liczyć na całkiem uczciwą liczbę minut.
Przed mniej więcej dekadą klubem szczycącym się nieformalną nazwą Damallsvenskan FC był niemiecki Wolfsburg, a teraz podobne miano bez wątpienia dzierży Tottenham. Jest to oczywiście wynikiem tego, że ekipę z północnego Londynu prowadzili w ostatnich latach kolejno Robert Vilahamn oraz doskonale znający skandynawski rynek Martin Ho, który zresztą znajduje się na najlepszej drodze, aby w obecnych rozgrywkach wykręcić – przynajmniej pod względem punktowym – historyczny wynik w dziejach klubu. W tym całym, pozytywnym zamieszaniu pierwszoplanową rolę odgrywają Amanda Nildén oraz – co mimo wszystko nieco zaskakujące – Josefine Rybrink. Szczególnie ta ostatnia sporo skorzystała jednak na pladze urazów, które od jesieni dosłownie zdziesiątkowały formację defensywną popularnych Kogutów, bo jednak trzeba uczciwie przyznać, że wspomniana Rybrink do najpewniejszych filarów zespołu absolutnie się nie zalicza, a efektowne liczby w tyłach są w pierwszej kolejności zasługą momentami iście bezbłędnej postawy duetu stoperek Clare Hunt – Toko Koga, a także wsparcia udzielanego im przez niezwykle wszechstronne i niestrudzone defensywne pomocniczki w osobach Eveliiny Summanen i Drew Spence. Swoje minuty w ofensywie regularnie otrzymuje także Matilda Vinberg i nawet jeśli to Olivia Holdt, czy Cathinka Tandberg jesienią zbierały od trenera i fanów najwięcej pochwał, to jednak była zawodniczka Hammarby również miewała przebłyski naprawdę solidnej gry. Na to samo liczymy w niedługim czasie także od pozyskanych w trwającym wciąż okienku Matildy Nildén oraz Hanny Wijk, które jednak do meczowej rotacji wprowadzane są przez angielskiego szkoleniowca nadzwyczaj ostrożnie, co każe przypuszczać, iż na tę chwilę w nieformalnej hierarchii plasują się nieco niżej niż startujące w styczniu 2026 z teoretycznie zbliżonego pułapu Norweżki Signe Gaupset oraz Julie Blakstad.
A co tam słychać w Liverpoolu? Ano, kłopoty. Zachowajmy jednak umiarkowany spokój, wszak wciąż nie mówimy tu o sytuacji, w której nie byłoby widać nie tylko światełka, ale i tunelu. Niecierpliwi sympatycy The Reds od dłuższego czasu regularnie domagają się zwolnienia walijskiego menedżera Garetha Taylora, lecz chyba nawet ci najbardziej w swoich żądaniach wyrywni zauważyli, iż w grze wciąż zamykającej tabelę Barclays WSL ekipy wreszcie coś drgnęło. A nas cieszyć może, że w owe drgania, których efektem była niewidziana w tym klubie od dawna passa dwóch kolejnych zwycięstw, wprawiła zespół z Liverpoolu szwedzka jednostka napędowa. No dobrze, Ceri Holland jest niekwestionowaną królową środka pola, Lily Woodham robi na wahadle sporo wiatru, a Fuka Nagano wprowadza a poczynania zespołu spokój i rytm, ale nie da się przejść obojętnie obok faktu, że przecież w pierwszej połowie sezonu to indywidualne przebłyski Beaty Olsson i Cornelii Kapocs w dużej mierze uratowały w ogóle głowę trenera Taylora. A gdy wznowiliśmy rozgrywki po świąteczno-noworocznej przerwie, to angielscy fani dowiedzieli się, ile znaczą rajdy błyskotliwej, kreatywnej i znajdującej się od kilku miesięcy w ewidentnym uderzeniu Alice Bergström, a także tak długo i z utęsknieniem wyczekiwany spokój w tyłach, którego gwarantem jest wypożyczona póki co z BK Häcken Jennifer Falk.
W tych największych klubach także mamy swoje przedstawicielki i chyba najbardziej obiektywną oceną byłoby stwierdzenie, że wszystkie trzy zwyczajnie… robią swoje. Dwie ostatnie laureatki Diamentowej Piłki ani na moment nie tracą miejsca w rotacji londyńskiej Chelsea, a skoro mówimy o jednej z pięciu czołowych ekip Europy, to już ten prosty fakt wiele mówi o ich sportowej klasie. Konkurencja wewnętrzna będzie jednak tylko i wyłącznie rosnąć, bo przecież nie po to ściąga się z USA Alyssę Thomspon, czy Naomi Girmę, aby te obserwowały poczynania koleżanek z perspektywy trybun. A była defensorka San Diego Wave kontuzję już wyleczyła i nawet jeśli jej ostatnie występy nawet przy sporej dozie wyrozumiałości trudno nazwać choćby poprawnymi, to jednak z milionowych transferów lekką ręką z definicji się nie rezygnuje. Paradoksalnie, zdecydowanie najprościej i najbardziej klarownie prezentuje się sytuacja Stiny Blackstenius w Arsenalu. Nominalna pierwsza zmienniczka, albo wchodząca w miejsce Alessii Russo, albo – w wariancie gry na dwie napastniczki – partnerująca jej od pierwszej minuty (co istotne, wówczas to Szwedka gra na dziewiątce, a reprezentantka Anglii schodzi pięterko niżej). Jej sezon póki co możemy scharakteryzować doskonale znanymi w jej przypadku przymiotami: spalony, zmarnowana setka, a na koniec rozstrzygający o losach meczu gol i będzie to bynajmniej charakterystyka niewiele odbiegająca od stanu faktycznego. Choć żaby wybrzmiało to odpowiednio mocno – rozgrywki 2025-26 jak dotąd są w wykonaniu Stiny Blackstenius jednoznacznie udane, a jej dyspozycja zdecydowanie równiejsza niż solidniejsza niż na przykład w dwóch poprzednich sezonach. Bardzo chcielibyśmy, aby przynajmniej na ten sam poziom wskoczyła w tym półroczu Smilla Holmberg, lecz póki co obwołana przez wieku najbardziej utalentowaną nastoletnią piłkarką na świecie wahadłowa swoje szanse od trenerki Renée Slegers otrzymuje (i wykorzystuje) przede wszystkim w mniej prestiżowych rozgrywkach. Na przełamanie na murawach Barclays WSL trzeba będzie jednak cierpliwie poczekać, a konkurencja w osobie Emily Fox tempa zwalniać nie zamierza.
Kapitanką i mentalną liderką London City Lionesses niezmiennie pozostaje Kosovare Asllani i nawet jeśli regularnie zasilana chińskim paliwem gwiazdorska maszyna w szerszym obrazku zdecydowanie zbyt często posapuje i się zacina, to akurat 36-latkę z Kristianstad o taki stan rzeczy winilibyśmy chyba najmniej. Żeby było zabawniej, gdy w grudniu na ławce trenerskiej LCL Francuza Jocelyna Précheura zastąpił Hiszpan Eder Maestre, coraz częściej swojej rodaczce w drugiej linii towarzyszyć zaczęła także Julia Roddar, której większość obserwatorów angielskiej ekstraklasy wieszczyła już raczej powolny zjazd do bazy. Doświadczona piłkarka rodem z Falun niewiele sobie jednak z tych predykcji robiła, a fakt nie tylko podjęcia, ale i wygrania rywalizacji z takimi konkurentkami jak Grace Geyoro, Saki Kumagai, czy Marta Perez warto podkreślić i docenić. Wypożyczenie do Brightonu posłużyło za to Rosie Kafaji, która wcześniej na dobre znalazła się poza rotacją londyńskiego Arsenalu. W nowym środowisku znacznie częściej oglądamy już jednak tę samą piłkarkę, która swoją grą wiele razy podnosiła z krzeseł publiczność na Skytteholms IP i Bravida Arenie, a wciąż mamy nadzieję, że w jej przypadku sprawdzi się stare, angielskie powiedzenie the best is yet to come. Jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, wobec kontuzji Michelle Agyemang szans powinna otrzymać sporo, a mając za plecami takie artystki jak Jelena Cankovic, można naprawdę dokonać rzeczy wielkich. Takim małym cudem w przypadku Leicester City byłoby zapewne uniknięcie miana czerwonej latarni angielskiej ekstraklasy, gdyż to właśnie ekipę trenera Ricka Passmoora niemal wszyscy eksperci jednogłośnie obsadzali w tej roli przed rozpoczęciem rozgrywek. Póki co, prezentujące niesamowicie zdyscyplinowany, a dla wielu może nawet wyrachowany futbol Lisice skutecznie oszukują przeznaczenie, lecz grupa pościgowa ewidentnie wrzuciła ostatnio wyższy bieg. Czy w osiągnięciu celu pomoże swojej nowej ekipie pozyskana zimą z FC Rosengård Emma Jansson? Niewykluczone, wszak zawodniczek o dokładnie takiej charakterystyce szkoleniowiec LFC potrzebuje teraz najbardziej. Bo na King Power Stadium o gwiazdorzeniu i finezji mowy być nie może, tutaj ewentualny sukces trzeba będzie sumiennie wybiegać, a jak trzeba to i wyszarpać.
Na koniec naprawdę ekspresowy przegląd zaplecza, bo mówią, że podobno na nim zawsze najciekawiej. Po spadku do WSL 2 w kadrze Crystal Palace pozostała My Cato i niezmiennie pozostaje w swojej ekipie jedną z pewniaczek do gry w środku pola. Choć nie ma co ukrywać, że zarówno pod względem liczb, jak i wykreowanych koleżankom sytuacji, mielibyśmy prawo oczekiwać od niej nieco więcej. Na innym etapie angielskiej przygody znajduje się inna z ikon IFK Norrköping Wilma Leidhammar, która najpierw pobiła transferowy rekord angielskiej drugiej ligi, a następnie przywitała się z kibicami Birmingham City trafieniem w debiucie. Barw Nottingham Forest dzielnie bronią od kilku miesięcy dwie byłe piłkarki stołecznego Djurgården, lecz o ile Ebba Hed rywalizację na lewej flance defensywy zazwyczaj wygrywa, o tyle trochę rzucana po różnych pozycjach Tove Almqvist jak dotąd uzbierała na ligowych boiskach zaledwie nieco ponad 200 minut. Na zdecydowanie więcej liczy z pewnością Emilia Larsson, która dopiero co ze stosunkowo niewielkim wsparciem koleżanek utrzymała w Damallsvenskan Rosengård (jak to w ogóle abstrakcyjnie brzmi!), a teraz ze swoim nowym klubem z Newcastle spróbuje powalczyć o cel zgoła odwrotny, czyli o awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Fanom szwedzkiej ekstraklasy nie trzeba ponadto przypominać, że również na drugim poziomie rozgrywkowym w Anglii oglądać możemy także niedawne, zagraniczne gwiazdy naszej ligi, w osobach między innymi fińskiej golkiperki Anny Tamminen, czy też japońskiej pomocniczki Asato Miyagawy. A zatem, kończymy lekturę i zaglądamy na Wyspy Brytyjskie, wszak kolejna seria spotkań rozpoczyna się dosłownie za chwilkę.