
Perfekcyjnie wyprowadzony kontratak pozwolił Dunkom strzelić zwycięskiego gola już w doliczonym czasie gry (Fot. SVT)
Gdyby ktoś z jakiegokolwiek powodu przerwał oglądanie szwedzko-duńskiej batalii mniej więcej w okolicach dziesiątej minuty spotkania, informacja o końcowym wyniku niewątpliwie byłaby dla takiej osoby niemałym szokiem. Gospodynie wybiegły bowiem na skąpaną w deszczu murawę Gamla Ullevi nastawione tak bojowo i proaktywnie, jakby jutro miało dla nich nie istnieć. Otwierający dzisiejszą rywalizację gol padł zresztą po tak koronkowej akcji, że aż trudno zdecydować, czy bardziej zachwycać się przytomnością umysłu Filippy Angeldal, dynamicznym rajdem Smilli Holmberg, efektowną asystą Felicii Schröder, czy może skupić się na składaniu zasłużonych gratulacji Monice Jusu Bah z okazji uruchomienia reprezentacyjnego, strzeleckiego licznika. To wszystko niebyło jednak wyłącznie chwilowym przebłyskiem futbolowej jakości, bo gospodynie natarły na swoje dzisiejsze oponentki z taką furią i wiarą, że równie dobrze po kwadransie mogły prowadzić zdecydowanie wyżej. Sama tylko Schröder dwukrotnie obiła obramowania bramki Sary Thisgaard (nieco później jej wyczyn skopiowała zresztą Stina Blackstenius), Angeldal niezmiennie czyniła niemałe spustoszenie w szeregach duńskiej defensywy, a Holmberg i Jusu Bah dzielnie napędzały szwedzkie ataki na obu skrzydłach. Tak, to było niewątpliwie perfekcyjne otwarcie, ale z piłką nożną problem jest taki, że aby wygrać mecz, trzeba okazać się lepszym na przestrzeni nie piętnastu, lecz dziewięćdziesięciu minut.
A czy możemy z ręką na sercu przyznać, że szwedzkie piłkarki ten cel zrealizowały? No, nie do końca. Jasne, po przerwie gra długimi fragmentami toczyła się wyłącznie na połowie naszych dzisiejszych gościń, lecz z tej optycznej przewagi powstała w głównie ogromna dysproporcja w statystykach posiadania piłki oraz wymienionych w strefie środkowej podań. Tak, ze dwa lub trzy razy na pograniczu duńskiej szesnastki ostro się zakotłowało, w jednym przypadku swoją bramkarkę musiała nawet ratować rozpaczliwie interweniująca na linii bramkowej Frederikke Thøgersen, ale gdyby zliczyć wszystkie konkrety, to nie uzbierałoby się ich nawet tyle, co przed miesiącem w przypadku równie nieefektywnie bijących głową w mur Włoszek. A broniące się chwilami wyjątkowo nisko przeciwniczki słabnący na sile szwedzki napór przeczekały względnie spokojnie, a następnie same spróbowały wyprowadzić decydujący cios. Za pierwszym razem skończyło się na ostrzeżeniu, gdyż po sprytnie rozegranym rzucie wolnym i strzale Cecilie Fløe naszą golkiperkę uratował jeszcze słupek, ale wobec uderzenia Janni Thomsen w sukurs Jennifer Falk nie przyszły już żadne siły ziemskie lub nadprzyrodzone. I choć po komplet punktów tym samym sięgnął zespół, który po przerwie przez większą część spotkania głównie się bronił, to jakoś nie da się całkowicie dołączyć się do chóru ekspertów wspominających przy tej okazji o niesprawiedliwości naszej pięknej dyscypliny sportu. Bo tego konkretnego rezultatu nie da się w stu procentach dopasować do kliszy, którą nasi anglosascy przyjaciele zwykli nazywać result against the run of play.
O zwycięstwie podopiecznych trenera Michelsena przesądziła jednak w pierwszej kolejności nie tyle skuteczność, co umiejętne korzystanie z błędów i kiksów po stronie przeciwniczek. To właśnie w tym elemencie Dunki wypracowały dziś sobie zdecydowanie największą przewagę i to on okazał się czynnikiem w kluczowym momencie decydującym. Nie da się ukryć, że role rozdających prezenty tym razem wzięły na siebie Elma Nelhage (mocno zamieszana przede wszystkim w sytuację poprzedzającą wyrównującego gola autorstwa Pernille Harder) oraz wyjątkowo niepewna i popełniająca zdecydowanie zbyt dużo pomyłek w ustawieniu i antycypacji Bella Andersson. Z grającej w nietypowym dla siebie ustawieniu szwedzkiej defensywy najbardziej solidnie, choć oczywiście także nie bezbłędnie, prezentowała się debiutantka z Hammarby Sofia Reidy, a dyspozycja naszych obrończyń niechybnie otworzy pole do dyskusji w temacie skąpego doświadczenia międzynarodowego oraz skomplikowanej sytuacji klubowej wspomnianych przed chwilą zawodniczek. My jednak od tego się stanowczo odcinamy, przypominając, że miesiąc temu pozycja Andersson w Madrycie, a także Nelhage w Lyonie była bardzo zbliżona do tej aktualnej, a występów w ważnych, seniorskich meczach obie miały na koncie jeszcze mniej. I choć regularna gra zawsze bardziej pomaga niż szkodzi, to nie tutaj leży sedno problemu. Tym bardziej, że również notująca obecnie zdecydowanie najlepszą rundę w karierze Julia Zigiotti nie zawsze nadążała za swoją niedawną koleżanką z monachijskiego Bayernu, dzięki czemu Dunki w drugim i trzecim kwadransie ewidentnie złapały oddech. Winnych domowej porażki wskazywać więc absolutnie nie będziemy, drużynie dajemy tak bardzo potrzebny jej teraz czas, a na obszerniejsze rozliczenie z selekcjonerem przyjdzie pora na koniec pierwszej (i coraz więcej wskazuje, że w naszym przypadku bynajmniej nie ostatniej) fazy kwalifikacji. Za dzisiejszy występ indywidualne wyróżnienia składamy za to na ręce Smilli Holmberg, Filippy Angeldal oraz Felicii Schröder i każdą z nich gorąco prosimy przynajmniej o powtórkę w sobotę. Czas realnych rozstrzygnięć wciąż bowiem przed nami.












































