Finał godny święta

Puchar idzie w górę, a BK Häcken staje się częścią historii europejskiej piłki klubowej (Fot. UEFA)

Ach, co to był za finał! Zastanawialiśmy się, kreśliliśmy różne scenariusze, a na koniec tej sekwencji na murawę stadionu w Hisingen wyszły piłkarki Häcken oraz Hammarby i ponad wszelką wątpliwość udowodniły, że pomimo gwałtownych zmian na sportowej mapie Europy, Damallsvenskan wciąż potrafi. Historyczny finał Pucharu Europy był wewnętrzną batalią dwóch szwedzkich klubów i jednocześnie najlepszą reklamą i ekspozycją naszej piłki klubowej, na jaką mogliśmy liczyć. Do epokowego charakteru dzisiejszej potyczki dopasowała się nawet pogoda, bo o ile niemal cały kwiecień upłynął nam pod znakiem deszczowo-huraganowych zjawisk atmosferycznych, o tyle piątkowe popołudnie w Västergötland było w zasadzie pierwszym prawdziwie wiosennym. I jak się miało okazać, był to zaledwie początek dobrych informacji dla sympatyków aktualnych mistrzyń Szwecji.

Tak, zwyciężyć i przejść do historii tak naprawdę mógł tylko jeden z zespołów i podopieczne trenerki Eleny Sadiku ewidentnie wzięły sobie tę oczywistą prawdę mocno do serca. Bo nawet jeśli to Hammarby jako pierwsze spróbowało przejąć w tym starciu inicjatywę, to pierwszy, solidny konkret pojawił się zdecydowanie po stronie gospodyń. A chwilę później również i drugi, w wyniku czego przyjezdne z Södermalm znalazły się w nie lada kłopocie. I nie jest to bynajmniej przesada, skoro dwa ofensywne wypady na przestrzeni niespełna trzech minut wystarczyły, aby niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju Felicia Schröder zapisała na swoim koncie dublet. Tak, dziewiętnastoletnia snajperka najpierw bezbłędnie wykorzystała centrę Alvy Selerud, następnie zrobiła najlepszy możliwy użytek z jeszcze bardziej efektownej asysty Anny Anvegård i Hammarby znalazło się na podwójnym deficycie, zanim Melina Loeck oraz jej obrończynie zdążyły w ogóle złapać meczowy rytm. Feta na murawie i na sektorach zajmowanych przez fanów Os rozkręcała się zatem w najlepsze, wszak chyba nikt nie spodziewał się, że tak poukładana w tyłach ekipa, na dodatek uskrzydlona kolejnym błyskiem swojej liderki, pozwoli na dobre wrócić do gry mocno osłabionym przecież przeciwniczkom ze stolicy. Bo skoro na drodze do finału, mediolański Inter oraz Eintracht Frankfurt w sumie potrafiły złamać defensywę Häcken zaledwie jeden raz na przestrzeni czterech meczów, to jakim cudem Bajen miałoby dokonać tego trzykrotnie w niespełna osiemdziesiąt minut? Cóż, tyle teorii, bo futbol raz jeszcze pokazał, że co, jak co, ale zaskakiwać nas niezmiennie potrafi.

Na korzyść Hammarby ewidentnie zagrał fakt, iż również po ich stronie pierwsza czysta, bramkowa okazja została od razu zamieniona na gola. Swojego trafienia na europejskim gruncie doczekała się Svea Rehnberg, doskonale w tempo zamykając dośrodkowanie podłączającej się do akcji na prawej flance Stiny Lennartsson. Kontakt w tym meczu został więc złapany, a piłkarki trenera Strömberga najwyraźniej na powrót uwierzyły, że ta rywalizacja nie jest jeszcze rozstrzygnięta. Końcówka pierwszej połowy to coraz większa dominacja sztokholmianek, jednak tym razem bez bramkowego efektu, choć z niemałą kontrowersją już w doliczonym czasie gry. Po zderzeniu Anny Anvegård z Elin Sørum hiszpańska sędzia nie zdecydowała się jednak na odgwizdanie jedenastki dla gościń, choć głośno domagała się tego nie tylko ławka rezerwowych, ale i jak zawsze doskonale zorganizowana, liczna grupa kibiców z Södermalm. Ta ostatnia na swój wybuch radości poczekać musiała do wznowienia gry po przerwie, bo wtedy już nikt i nic nie stanęło Zielono-Białym na drodze do wyrównania stanu meczu. Z narożnika boiska dośrodkowała Vilma Koivisto, obrończyniom z Hisingen urwała się wspomniana Sørum i Fanney Inga Birkisdottir nie miała szans na skuteczną interwencję.

Powrót do meczu udał się zawodniczkom ze Sztokholmu znakomicie, lecz na ich nieszczęście po stronie Häcken cały czas biegały po murawie Anvegård i Schröder. Pierwsza znów popisała się dograniem najwyższej próby, a druga zrobiła to, z czego słynie już nie tylko w naszym kraju, kompletując tym samym finałowego hat-tricka. I gdyby sztuki tej dokonał ktokolwiek inny, zapewne wiązałoby się to z długim, entuzjastycznym opisem tego wyczynu, lecz przy okazji kolejnych strzeleckich popisów najskuteczniejszej snajperki Damallsvenskan, ze wszystkich istniejących superlatyw zdążyliśmy się już chyba… wystrzelać. Tak, czy inaczej piłkarki z Hisingen raz jeszcze wypracowały sobie w finale poduszkę bezpieczeństwa i pomimo ambitnej postawy rywalek, tym razem tej zaliczki z rąk już nie wypuściły. Tym samym, to właśnie zespół z Västergötland już na zawsze zapisał się w historii europejskiej piłki klubowej, wykonując jednocześnie ogromny krok w kierunku gry w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzyń bez konieczności przebijania się przez kwalifikacje. A my możemy po prostu czuć się uhonorowani, że dane nam było doświadczyć na żywo tak magicznego, wiosennego popołudnia, o którym za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat na pewno postanie niejeden film, serial lub dokument.

HÄCKEN, HAMMARBY – DZIĘKUJEMY ZA WSZYSTKO!!

Kompletne Kristianstad

Mają lidera, w Kristianstad mają lidera! (Fot. kdff.nu)

Powrót do ligowego grania upłynął nam pod znakiem mocno niesprzyjających warunków atmosferycznych. Bo tak naprawdę powiedzieć, że szwedzka, sobotnio-niedzielna aura do gry w piłkę nie zachęcała, to w zasadzie nie powiedzieć nic. W stolicy mieliśmy zacinający deszcz, co gorsza w skrajnych momentach przechodzący w wyjątkowo nieprzyjemny grad, w Kristianstad wiało tak mocno, że chwilami futbolówka zaczynała po prostu żyć własnym życiem, ani trochę nie zważając przy tym na cele, zamiary i plany zawodniczek obu ekip, zaś w Uppsali przeszliśmy przez niemal wszystkie etapy meteorologicznego załamania, nie wyłączając z tego równania huraganowych podmuchów i śnieżnych burz. Zabrakło może tylko piorunów, ale to akurat dobrze się składa, gdyż dzięki temu wszystkie zaplanowane potyczki udało się ostatecznie doprowadzić do szczęśliwego końca.

A skoro jesteśmy już przy zadowoleniu, to pierwszego dnia rywalizacji najbardziej cieszyli się w Kristianstad, gdyż to właśnie ekipa z północno-wschodniej Skanii jako jedyna mogła dopisać sobie do ligowego dorobku komplet punktów. Trochę jak na ironię, gdyż z przebiegu gry to właśnie konfrontacja zespołów trenerów Chamberlaina i Unogårda okazała się starciem najbardziej wyrównanym. O końcowym wyniku przesądziła jednak islandzka trójkombinacja już z trzeciej minuty, którą to celnym strzałem spuentowała Elisa Lana Sigurjonsdottir. Gościnie z Växjö szybkim deficytem zdawały się przesadnie nie przejmować, lecz najpierw Moa Olsson stanęła na wysokości zadania wobec błyskawicznej próby odpowiedzi w wykonaniu Sophii Redenstrand, a następnie po strzale Mai Bodin w sukurs miejscowym przyszła poprzeczka. Zawodniczki z Kronobergu w dążeniu do wywiezienia z terenu liderek in spe nie ustawały aż do końcowego gwizdka, kiedy to kapitalnym, kilkudziesięciometrowym podaniem popisała się ustawiona tym razem jako fałszywa dziewiątka Elin Nilsson, lecz ostatecznie do siatki KDFF futbolówki nie potrafiła wepchnąć ani aktywna jak zawsze Bodin, ani podążająca za akcją Saga Swedman.

Na pozostałych arenach sobotnie granie przyniosło nam podziały punktów, choć zarówno w Uppsali, jak i w Kristinebergu, fani obu rywalizujących zespołów przeżywali istny, emocjonalny swing. Skazywany na niemal pewną degradacją beniaminek dzielnie stawiał się przeżywającym ewidentny kryzys czternastokrotnym mistrzyniom kraju z Rosengård, a plan przygotowany przez trenera Brekkana działał do tego stopnia perfekcyjnie, że sama tylko Älvali Lindström zmarnowała dwie stuprocentowe okazje do wyprowadzenia gospodyń na prowadzenie. Inna kwestia, że w przypadku drugiej z nich kapitalną interwencją na wślizgu popisała się Molly Johansson, niejako ratując swój zespół przed niechybną katastrofą. Konsekwentnie grające piłkarki z Uppsali celu ostatecznie dopięły za sprawą mierzonego strzału Amandy Sundström zza pola karnego, lecz rosnący napór Rosengård pozwolił gościniom wrócić do gry za sprawą wyrównującego trafienia Remy Siemsen. Na zgarnięcie pełnej puli zawodniczkom ze Skanii zabrakło już jednak konceptu, dzięki czemu ofiarnie broniące się zawodniczki beniaminka wciąż pozostają w tegorocznej kampanii niepokonane na własnym obiekcie. 1-1 to także końcowy wynik rywalizacji Djurgården z Norrköping i w niczym nie zmienia tego fakt, że sama tylko Urara Watanabe w sobotnie popołudnie strzeliła dwa jak najbardziej prawidłowe gole. O taki stan rzeczy Duma Sztokholmu pretensje może mieć jednak wyłącznie do siebie, gdyż pomijając postawę ekipy sędziowskiej, Djurgården w dwóch inauguracyjnych kwadransach wypracował sobie tak kolosalną przewagę, że ten mecz już wówczas powinien być w zasadzie rozstrzygnięty. Taśmowo niewykorzystywane okazje zemściły się już przy okazji pierwszego, ofensywnego wypadu przyjezdnych, kiedy to po akcji Carrie Jones do remisu doprowadziła sytuacyjnym strzałem przy dalszym słupku Matilda Kristell. A druga połowa przyniosła nam już zdecydowanie bardziej wyrównany obraz gry i w tej fazie meczu to Anna Koivunen musiała wykonać najbardziej efektowną interwencję, ratującą swojemu zespołowi przynajmniej jeden punkt.

Ligową niedzielę rozpoczęliśmy rywalizacją, która spokojnie mogłaby być personifikacją Damallsvenskan. Wczesne popołudnie, chłodna i wietrzna aura, na murawę wychodzą piłkarki Piteå oraz Vittsjö, gospodynie grają, przyjezdne odgryzają się pojedynczymi, lecz zdecydowanie bardziej konkretnymi wyskokami, a na koniec któraś ze stron wygrywa 1-0. Jedyna niezgodność polegała w zasadzie na tym, iż zwycięskie trafienie nie było efektem absurdalnego kiksu, a mądrej, przemyślanej, zespołowej akcji, w której w pierwszoplanowych rolach wystąpiły Japonka Shiho Matsubara oraz Amerykanka Amirah Ali. Mówiąc jednak całkiem serio, w tym meczu po komplet punktów sięgnęła drużyna lepsza tego dnia w każdym elemencie futbolowego rzemiosła i trener Blagojevic zdecydowanie ma o czym myśleć. Podobnie jak Vittsjö, zerowym dorobkiem punktowym po trzech rozegranych meczach legitymuje się także ekipa z Brommy. Wystarczy jednak pobieżnie zerknąć w ligowy terminarz, aby skonstatować, że dla zawodniczek z zachodniego Sztokholmu właściwy sezon zaczyna się dopiero w najbliższy weekend. Zdecydowanie więcej powodów do niepokoju mają za to w Malmö, bo choć pojedyncze zawodniczki Błękitnych (Hoff Persson, D’Aquila, Nevin, czy Kanutte) złapały u progu wiosny oczekiwany flow, to jednak całościowo drużyna trenera Valfridssona absolutnie w niczym nie przypomina głównego faworyta do mistrzowskiego tytułu. A czasu na dokonywanie niezbędnych korekt z każdym upływającym dniem zostaje coraz mniej.


Komplet wyników:


Przejściowa tabela:


Liczby kolejki:


Jedenastka kolejki:

Do przerwy 0-1

Jak to często bywa, na trybunach to fani z Södermalm zaprezentowali się z bardziej efektownej strony (Fot. Hammarby IF)

Czekaliśmy, czekaliśmy i doczekaliśmy się! Jasne, format dwumeczu trochę nam skalę tego wydarzenia rozmywa, lecz jasne jest, że dziś bynajmniej nie zebraliśmy się w tym miejscu po to, aby narzekać. Hammarby i Häcken między sobą rozstrzygają kwestię zwycięstwa w inauguracyjnej edycji piłkarskiego Pucharu Europy, a my jesteśmy naocznymi świadkami tej epokowej nie tylko dla szwedzkiego futbolu klubowego chwili. A żeby zrobiło się jeszcze bardziej ekscytująco, to warto przypomnieć, że na stole leży nie tylko niewymazywalne miejsce w annałach naszej dyscypliny sportu, ale i niemal gwarantowane miejsce w fazie zasadniczej Ligi Mistrzyń 2026-27, bez konieczności przebijania się przez bardzo skomplikowane kwalifikacje. Zdecydowanie było zatem o co grać, choć pewnie wielu neutralnych kibiców i obserwatorów nie miałoby nic przeciwko, aby pierwszy akt tej długo wyczekiwanej sztuki nie przyniósł nam jeszcze wszystkich najistotniejszych odpowiedzi.

Remisu na półmetku rywalizacji się nie doczekaliśmy, a to wszystko za sprawą sytuacji z 22. minuty pierwszej połowy dzisiejszej potyczki. Sprawy w swoje ręce wzięły liderki ekipy z Hisingen, a kluczową akcję sfinalizowała celnym strzałem ta, która jak na zawołanie strzela w każdej koszulce z wyłączeniem tej reprezentacyjnej. Dziś jednak mieliśmy do czynienia z piłką klubową, wobec czego Felicia Schröder po prostu zrobiła to, co potrafi najlepiej, a na dodatek zazwyczaj wychodzi jej to z mistrzowską precyzją. Asystę przy bramkowej akcji zapisała na swoim koncie Monica Jusu Bah, lecz prawdopodobnie największe brawa należą się autorce absolutnie kluczowego, otwierającego podania. Pernille Sanvig ewidentnie przeżywa u progu nowego sezonu swój wyjątkowy czas, a jej współpraca z Anną Anvegård oraz Tabithą Tindell leżała dziś u podstaw wielu zaczepnych prób przyjezdnych z Västergötland. Ta współpraca ostatecznie przełożyła się tym razem na jedno trafienie, lecz jeśli za niespełna tydzień okaże się ono warte zwycięstwa w dwumeczu, to spokojnie będziemy mogli mówić i pisać o najbardziej dochodowym golu w najnowszej historii zespołu z Hisingen. Wszak chyba nikomu nie trzeba specjalnie tłumaczyć, co znaczy i ile jest warty start w fazie ligowej najbardziej prestiżowego z europejskich pucharów już na jesień.

Chrapkę na taki scenariusz wciąż mają jednak także w Södermalm i choć sytuacja kadrowa Hammarby wydaje się być daleka od optymalnej, to szczególnie druga część dzisiejszego starcia jak najbardziej mogła wlać sporo nadziei w serca fanów Bajen. Rezerwowa Vilde Hasund przypomniała o swojej obecności dosłownie chwilę po wejściu na plac gry, naprawdę klarowne okazje marnowały kolejno Sørum i Rehnberg, a przecież sporo strachu napędziły islandzkiej golkiperce Fanney Indze Birkisdottir także stałe fragmenty gry bite przez Vilmę Koivisto. Jasne, gospodyniom zabrakło dziś topowej dziewiątki, którą w swoich szeregach bez wątpienia miały gościnie, lecz jeśli dotychczasowe starcie tych dwóch ekip czegoś nas nauczyły, to tego, że pod żadnym pozorem nie należy ich przedwcześnie kończyć. Tak, Häcken znajduje się chwilowo na minimalnym prowadzeniu i przez rewanżem na Nordic Wellness Arenie znajduje się w całkiem dobrym położeniu, ale – i jest to chyba najbardziej wyczekiwana wiadomość dla nas wszystkich – ten dwumecz wciąż żyje i ku uciesze chyba wszystkich z sympatykami Os z Hisingen włącznie, na jego rozstrzygnięcie przyjdzie nam poczekać do maja.

Wycierpiały

Wraz z Moniką Jusu Bah cierpiała dziś cała piłkarska Szwecja (Fot. Bildbyrån)

W niektórych kulturach cyfra siedem uważana jest za szczególnie szczęśliwą. I choć nie ma pewności, że w podobną numerologię wierzy selekcjoner Tony Gustavsson, to właśnie za siódmym podejściem udało mu się zapisać pierwsze zwycięstwo za sterami reprezentacji Szwecji. W tym miejscu wszelkie pozytywy się jednak niestety kończą, gdyż wyszarpana w najskromniejszych możliwych rozmiarach domowa wiktoria z czerwoną latarnią naszej kwalifikacyjnej grupy, do wypinania piersi po ordery ani trochę niestety nie predestynuje. A gdy zagłębimy się w takie detale, jak chociażby prezentowany styl, pomysł na grę, czy wreszcie reakcja ławki na boiskowe wydarzenia, to końcowa ocena staje się niestety jeszcze bardziej druzgocąca. Trochę inaczej mają się sprawy, gdy analizie poddamy nieśmiertelne statystyki wymienionych podań, lecz jeśli na tym ma się opierać nasza wiara w sens działań obecnego sztabu, to nie jest to przesadnie przekonująca perspektywa.

Na plus niewątpliwie raz jeszcze możemy bardzo udane wejście w mecz, co poniekąd staje się już znakiem firmowym tej drużyny. Analogii z wtorkową batalią na Gamla Ullevi było aż nadto, bo choć selekcjoner pod względem taktycznym zdecydował się na szybki powrót do ustawień fabrycznych, to raz jeszcze wiele z perspektywy gospodyń dobrego miało swój początek w środku pola. Duet Julia Zigiotti – Filippa Angeldal, ze szczególnym uwzględnieniem pomocniczki madryckiego Realu, niezmiennie udowadnia swoją piłkarską jakość, na której w zasadzie wszystkie nasze grupowe rywalki w ten lub inny sposób zdążyły już sobie połamać przysłowiowe zęby. Wielka szkoda, że tym razem wizjonerstwo i lekkość gry zawodniczki wicemistrzyń Hiszpanii nie przełożyły się bezpośrednio na liczby, ale Stina Blackstenius zdecydowanie nie byłaby sobą, gdyby już pierwszą wyborną okazję zamieniła na gola. Wspominamy o tym absolutnie nieironicznie, gdyż doświadczoną snajperkę londyńskiego Arsenalu znamy i kochamy ze wszystkimi jej futbolowymi przymiotami, a na koniec dnia znów to ona uratowała selekcjonerowi nie tylko dzisiejszy wieczór, ale i nadchodzące tygodnie. A że decydująca piłkę dograła jej koleżanka reprezentująca na co dzień największego lokalnego rywala, to i fani angielskiej Barclays WSL mogli się przy okazji szwedzko-serbskiej rywalizacji mocno uaktywnić w mediach społecznościowych.

Nie możemy jednak przejść obojętnie obok faktu, że nasza defensywa raz jeszcze nie działała tak, jak być może powinna i tym razem możemy cieszyć się, że wreszcie swój klasyczny, dobry dzień miała między słupkami Jennifer Falk. Grająca bez swoich trzech absolutnie największych gwiazd drużyna gościń potrafiła się bowiem odgryźć na tyle skutecznie, że serca najbardziej emocjonalnych szwedzkich fanów mocno zadrżały przynajmniej dwukrotnie. A nie do końca pewne w swoich poczynaniach Bella Andersson z Elmą Nelhagę tak skutecznie promowały młody, bałkański duet Nina Matejic – Sara Stokic, że niewykluczone, iż nazwiska te dziś po południu pojawiły się w notesach skautów czołowych, europejskich klubów. W niebezpieczną grę w nieskończoność bawić nie zamierzał się zresztą także sam Gustavsson, już w przerwie posyłając w bój rutynowaną Amandę Ilestedt. O aktualnej dyspozycji stoperki Frankfurtu nie dowiedzieliśmy się jednak wiele ponad to, że pomimo zbliżonych warunków fizycznych, to ona pozostaje zdecydowanie największą wartością dodaną przy okazji stałych fragmentów zarówno w defensywie, jak i w ofensywie. Choć jakość tych ostatnich, co w ostatnich miesiącach także stało się zresztą swego rodzaju niepisaną normą, ustabilizowała się na poziomie niższej strefy stanów średnich. Z perspektywy czasu żałować możemy również, że tak krótkim epizodem okazał się debiut w seniorskiej kadrze Beaty Olsson, że szansy na występ z ławki przeciwko tak sprofilowanym rywalkom nie otrzymała bazująca na dynamice i przyspieszaniu Rebecka Blomqvist, a Rosa Kafaji (w początkowym fragmencie), czy nawet Felicia Schröder (ta ostatnia dziś akurat zaliczyła prawdopodobnie najmniej imponujący w obecnym roku kalendarzowym występ) ewidentnie otrzymały takie indywidualne instrukcje, że momentami można było zastanowić się, czy lepszą taktyką nie byłoby pozostawienie im w boiskowych poczynaniach większej swobody. Choć opcją najbardziej pożądaną byłoby rzecz jasna przypisanie ich do ról i zadań, w których same zainteresowane czują się zdecydowanie bardziej komfortowo.

I tak, panie selekcjonerze, rzut karny jak najbardziej się nam dziś należał. W taką narrację brnąć jednak nie ma ani sensu, ani tym bardziej logiki, bo skoro było tak dobrze, to może warto wreszcie coś pewnie wygrać, zamiast powtarzać, jak wysoko i przekonująco wygrywać możemy. Póki co tabela wskazuje wyraźnie, że w rywalizacji ze zdziesiątkowaną Serbią na przestrzeni dwóch meczów potrafimy strzelić trzy razy mniej goli niż Dunki oraz sześć razy mniej goli niż Włoszki przy okazji jednej potyczki. Jasne, jest to oczywiście najbardziej klasyczny, lecz jednocześnie całkowicie świadomy cherry-picking, lecz cierpienia i braku konkretnego impulsu było podczas tego zgrupowania po szwedzkiej stronie zdecydowanie zbyt dużo, aby ten fakt jedynie przemilczeć bezrefleksyjnym wzruszeniem ramion.

Koncert na otwarcie, ale bis dla Dunek

Perfekcyjnie wyprowadzony kontratak pozwolił Dunkom strzelić zwycięskiego gola już w doliczonym czasie gry (Fot. SVT)

Gdyby ktoś z jakiegokolwiek powodu przerwał oglądanie szwedzko-duńskiej batalii mniej więcej w okolicach dziesiątej minuty spotkania, informacja o końcowym wyniku niewątpliwie byłaby dla takiej osoby niemałym szokiem. Gospodynie wybiegły bowiem na skąpaną w deszczu murawę Gamla Ullevi nastawione tak bojowo i proaktywnie, jakby jutro miało dla nich nie istnieć. Otwierający dzisiejszą rywalizację gol padł zresztą po tak koronkowej akcji, że aż trudno zdecydować, czy bardziej zachwycać się przytomnością umysłu Filippy Angeldal, dynamicznym rajdem Smilli Holmberg, efektowną asystą Felicii Schröder, czy może skupić się na składaniu zasłużonych gratulacji Monice Jusu Bah z okazji uruchomienia reprezentacyjnego, strzeleckiego licznika. To wszystko niebyło jednak wyłącznie chwilowym przebłyskiem futbolowej jakości, bo gospodynie natarły na swoje dzisiejsze oponentki z taką furią i wiarą, że równie dobrze po kwadransie mogły prowadzić zdecydowanie wyżej. Sama tylko Schröder dwukrotnie obiła obramowania bramki Sary Thisgaard (nieco później jej wyczyn skopiowała zresztą Stina Blackstenius), Angeldal niezmiennie czyniła niemałe spustoszenie w szeregach duńskiej defensywy, a Holmberg i Jusu Bah dzielnie napędzały szwedzkie ataki na obu skrzydłach. Tak, to było niewątpliwie perfekcyjne otwarcie, ale z piłką nożną problem jest taki, że aby wygrać mecz, trzeba okazać się lepszym na przestrzeni nie piętnastu, lecz dziewięćdziesięciu minut.

A czy możemy z ręką na sercu przyznać, że szwedzkie piłkarki ten cel zrealizowały? No, nie do końca. Jasne, po przerwie gra długimi fragmentami toczyła się wyłącznie na połowie naszych dzisiejszych gościń, lecz z tej optycznej przewagi powstała w głównie ogromna dysproporcja w statystykach posiadania piłki oraz wymienionych w strefie środkowej podań. Tak, ze dwa lub trzy razy na pograniczu duńskiej szesnastki ostro się zakotłowało, w jednym przypadku swoją bramkarkę musiała nawet ratować rozpaczliwie interweniująca na linii bramkowej Frederikke Thøgersen, ale gdyby zliczyć wszystkie konkrety, to nie uzbierałoby się ich nawet tyle, co przed miesiącem w przypadku równie nieefektywnie bijących głową w mur Włoszek. A broniące się chwilami wyjątkowo nisko przeciwniczki słabnący na sile szwedzki napór przeczekały względnie spokojnie, a następnie same spróbowały wyprowadzić decydujący cios. Za pierwszym razem skończyło się na ostrzeżeniu, gdyż po sprytnie rozegranym rzucie wolnym i strzale Cecilie Fløe naszą golkiperkę uratował jeszcze słupek, ale wobec uderzenia Janni Thomsen w sukurs Jennifer Falk nie przyszły już żadne siły ziemskie lub nadprzyrodzone. I choć po komplet punktów tym samym sięgnął zespół, który po przerwie przez większą część spotkania głównie się bronił, to jakoś nie da się całkowicie dołączyć się do chóru ekspertów wspominających przy tej okazji o niesprawiedliwości naszej pięknej dyscypliny sportu. Bo tego konkretnego rezultatu nie da się w stu procentach dopasować do kliszy, którą nasi anglosascy przyjaciele zwykli nazywać result against the run of play.

O zwycięstwie podopiecznych trenera Michelsena przesądziła jednak w pierwszej kolejności nie tyle skuteczność, co umiejętne korzystanie z błędów i kiksów po stronie przeciwniczek. To właśnie w tym elemencie Dunki wypracowały dziś sobie zdecydowanie największą przewagę i to on okazał się czynnikiem w kluczowym momencie decydującym. Nie da się ukryć, że role rozdających prezenty tym razem wzięły na siebie Elma Nelhage (mocno zamieszana przede wszystkim w sytuację poprzedzającą wyrównującego gola autorstwa Pernille Harder) oraz wyjątkowo niepewna i popełniająca zdecydowanie zbyt dużo pomyłek w ustawieniu i antycypacji Bella Andersson. Z grającej w nietypowym dla siebie ustawieniu szwedzkiej defensywy najbardziej solidnie, choć oczywiście także nie bezbłędnie, prezentowała się debiutantka z Hammarby Sofia Reidy, a dyspozycja naszych obrończyń niechybnie otworzy pole do dyskusji w temacie skąpego doświadczenia międzynarodowego oraz skomplikowanej sytuacji klubowej wspomnianych przed chwilą zawodniczek. My jednak od tego się stanowczo odcinamy, przypominając, że miesiąc temu pozycja Andersson w Madrycie, a także Nelhage w Lyonie była bardzo zbliżona do tej aktualnej, a występów w ważnych, seniorskich meczach obie miały na koncie jeszcze mniej. I choć regularna gra zawsze bardziej pomaga niż szkodzi, to nie tutaj leży sedno problemu. Tym bardziej, że również notująca obecnie zdecydowanie najlepszą rundę w karierze Julia Zigiotti nie zawsze nadążała za swoją niedawną koleżanką z monachijskiego Bayernu, dzięki czemu Dunki w drugim i trzecim kwadransie ewidentnie złapały oddech. Winnych domowej porażki wskazywać więc absolutnie nie będziemy, drużynie dajemy tak bardzo potrzebny jej teraz czas, a na obszerniejsze rozliczenie z selekcjonerem przyjdzie pora na koniec pierwszej (i coraz więcej wskazuje, że w naszym przypadku bynajmniej nie ostatniej) fazy kwalifikacji. Za dzisiejszy występ indywidualne wyróżnienia składamy za to na ręce Smilli Holmberg, Filippy Angeldal oraz Felicii Schröder i każdą z nich gorąco prosimy przynajmniej o powtórkę w sobotę. Czas realnych rozstrzygnięć wciąż bowiem przed nami.

Na zachodzie bez strat

Anna Anvegård w lidze, Tabitha Tindell w pucharach – snajperki niepodzielnie rządzą w drugiej linii klubu z Hisingen (Fot. BK Häcken)

Całkiem niedawno, przy okazji reprezentacyjnych wojaży szwedzkich kadrowiczek, ostatecznie potwierdziliśmy tezę zachęcającą do oceniania każdego kolejnego meczu jako zupełnie nowej opowieści. A zakończona właśnie świąteczna, ligowa kolejka jedynie dostarczyła nam więcej argumentów na poparcie tego poglądu. Przed tygodniem zachwycaliśmy się bezbłędnym zarówno w ofensywie, jak i w defensywie beniaminkiem z Eskilstuny, szukaliśmy przyczyn efektownej, zimowej metamorfozy ekipy z Piteå, czy wreszcie wieszczyliśmy sporo potencjalnych problemów piłkarkom z Växjö. Wszystkie te przemyślenia były na tamten moment jak najbardziej uprawnione, lecz druga seria spotkań ponownie wzięła nas niejako z zaskoczenia, przynosząc ze sobą kompletnie inne oczarowania i rozczarowania.

Z tego gotującego się kociołka poniekąd wyłamuje się jedynie Kristianstad, który tradycyjnie niewiele robi sobie z następujących po sobie kadrowych ubytków. W sposób szczególny imponować może ofensywa zespołu z północno-wschodniej Skanii, która u progu wiosny zdążyła już zaaplikować sześć sztuk rywalkom z Piteå (dwumecz pucharowo-ligowy), trzy faworytkom z Malmö, a teraz cztery znajdującemu się ewidentnie na fali wznoszącej Djurgården. Linda Boama staje się powoli nową, islandzką gwiazdą naszych boisk, Tilda Persson i Alice Egnér zachwycają nie tylko na swoich nominalnych pozycjach skrzydłowych, a Kanadyjka Sadie Sider-Echenberg z tygodnia na tydzień notuje taki progres, że fani KDFF już za chwile przestaną z nutką nostalgii wspominać czasy Emmi Alanen, czy Amy Sayer. A przecież w tym wszystkim są jeszcze dostarczająca fenomenalne liczby super-rezerwowa Filippa Widén, jedna z najsolidniejszych golkiperek na boiskach Damallsvenskan Moa Olsson, czy niezwykle pewne w swoich poczynaniach wahadłowe Lova Sternfeldt oraz Viktoria Persson. Z grona nie-faworytek Kristianstad wszedł w sezon zdecydowanie najlepiej i pozostaje tylko trzymać kciuki za to, aby pomarańczowy ekspres nie wytracił zbyt szybko impetu, bo właśnie takich pozytywnych niespodzianek ta liga bardzo potrzebuje.

Powrót pierwszoligowej piłki do uniwersyteckiego miasta Uppsala przebiegał przy akompaniamencie podmuchów silnego wiatru i dźwiękach padającego ze zmienną intensywnością marznącego deszczu. Pogoda do gry ewidentnie więc nie zachęcała, lecz dobrze usposobione gospodynie nawet w takich okolicznościach przyrody potrafiły dopisać do swojego dorobku pierwszy w sezonie punkt. A mogło być ich nawet trzy razy więcej, gdyby tylko znajdująca się nieoczekiwanie w doskonałej pozycji strzeleckiej Julia Ragnarsson wykorzystała podarowaną przez rywalki piłkę meczową. Inna sprawa, że komplet punktów równie dobrze mógł tego dnia polecieć w podróż do Piteå, gdyż jeszcze dogodniejsze okazje na rozstrzygnięcie tego starcia zmarnowały kolejno Sharon Sampson oraz Shiho Matsubara. Teoretycznie wygrany mecz przeciwko stołecznemu AIK przegrał natomiast Rosengård, który najpierw po świetnie rozegranym stałym fragmencie gry (Filippa Sjöström do Molly Johansson) trochę szczęśliwie znalazł się na prowadzeniu, a następnie, dzięki odpowiedzialnej postawie dowodzonej przez dziewiętnastoletnią Cecily Wellesley-Smith defensywie, pilnował skromnej zaliczki, od czasu do czasu szukając szansy na podwyższenie wyniku. Niestety dla miejscowych, różnicę w końcówce zrobiły rezerwowe obu ekip, lecz tylko w przypadku gościń był to efekt dodatni. Po dośrodkowaniu Anny Oskarsson z prawego skrzydła do remisu doprowadziła bowiem pozostawiona na chwilę kompletnie bez krycia Ida Björnberg, a już w doliczonym czasie próbkę swoich umiejętności dryblerko-snajperskich dała nam Olivia Garcia, korzystając z fatalnego kiksu wprowadzonej chwilę wcześniej na plac gry Nigeryjki Anam Imo. Jako się rzekło na wstępie, na piątkowy mecz do Växjö zupełnie nie dojechały piłkarki z Eskilstuny, które na Spiris Arenie straciły nie tylko trzy gole, ale i bohaterkę sprzed tygodnia Rylie Combs (czerwona kartka jak najbardziej zasłużona). Mariann Høgh do spółki z Elin Nilsson zdecydowanie wygrały walkę o dominację w środku pola, a przy tak usposobionych Mai Bodin, czy Sadze Swedman zwycięstwo piłkarek z Kronobergu mogło tego dnia być nawet bardziej okazałe.

W poniedziałkowe popołudnie do gry wrócił tercet naszych eksportowych drużyn, które tym razem solidarnie rozjechały się po całym kraju w delegacjach. Jako pierwsze, na tle regularnie rozczarowującego ostatnimi czasy Vittsjö, swoje możliwości sprawdziły zawodniczki Häcken, które tym razem musiały wykazać się zupełnie innymi przymiotami niż podczas niedawnej konfrontacji z Eintrachtem Frankfurt. Tak było przynajmniej w pierwszej fazie gry, kiedy to różnicę na korzyść aktualnych mistrzyń Szwecji zrobiły przede wszystkim indywidualności, na czele z rozgrywającą swój najlepszy w tym roku mecz Anną Anvegård. Kapitanka Os najpierw wywalczyła dla swojej ekipy rzut karny, następnie sama podwyższyła wynik rywalizacji (tym razem w rolę kreatorki wcieliła się Paulina Nyström), a następnie wypuściła idealnie w tempo Felicię Schröder tak perfekcyjnym, prostopadłym podaniem, że ręce aż same składały się do oklasków. Piłkarki z Hisingen ewidentnie odczuwały jednak trudy niedawnych, pucharowych bojów, w wyniku czego im bliżej końca spotkania, tym bardziej nerwowo robiło się w okolicach bramki Fanney Ingi Bikrisdottir. Grające po zmianie stron pod wiatr gospodynie rozmiary porażki ostatecznie zmniejszyły, ale trafienie Sandry Lynn nie pozwoliło podopiecznym trenera Blagojevicia sięgnąć po pierwszy w tegorocznej kampanii punkt. Zdecydowanie mniej dramaturgii było za to w sztokholmskich derbach, gdzie Bromma jedynie statystowała, a Hammarby, choć na ewidentnie zaciągniętym ręcznym hamulcu, od pierwszego do ostatniego gwizdka posiadał pełnię kontroli nad boiskowymi wydarzeniami. Na zakończenie weekendowego grania obejrzeliśmy intensywne, lecz mocno przeciętne jakościowo widowisko z udziałem ekip z Norrköping oraz Malmö. Wyrównana rywalizacja zwycięzcy nam ostatecznie nie wyłoniła, a remis okazał się być z gatunku tych, po których obie strony – choć oczywiście z różnych powodów – mają prawo czuć wielki niedosyt. Najbardziej ukontentowana przebiegiem boiskowej rywalizacji mogła być za to niezbyt miło odpalona tej zimy z MFF Matilda Kristell, która na tle sprowadzonych w jej miejsce do stolicy Skanii rywalek wyglądała jak profesorka pierwszoligowych zmagań.


Komplet wyników:


Przejściowa tabela:


Liczby kolejki:


Jedenastka kolejki: