
Jeden celny strzał wystarczył, aby w Kalabrii sięgnąć po komplet punktów (Fot. SvFF)
Tak, to był naprawdę emocjonujący wieczór i to pomimo faktu, iż po stosunkowo ciepłym jak na początek marca dniu, temperatura na włoskich termometrach spadła wraz z jego nadejściem o kilka kresek. O odpowiednie rozgrzanie wszystkich zebranych właściwie zadbały jednak piłkarki obu rywalizujących ekip, a także hiszpańskie sędzie, których decyzje raz po raz doprowadzały do niekontrolowanych wybuchów frustracji w sektorach zajmowanych przez najbardziej zaangażowanych sympatyków lokalnego calcio. A przecież początkowy kwadrans aż takiej emocjonalnej huśtawki bynajmniej nie zwiastował, lecz odkąd Filippa Angeldal precyzyjnym uderzeniem zza pola karnego otworzyła wynik spotkania, z minuty na minutę robiło się wyłącznie coraz bardziej intensywnie. To wszystko przede wszystkim za sprawą usilnie dążących przynajmniej do wyrównania stanu rywalizacji gospodyń, ale choć trener Soncin posłał do gry wszystkie swoje liderki, żadnej z nich nie udało się przełamać szczelnej, zdeterminowanej i ponad wszystko ofiarnej szwedzkiej defensywy.
To właśnie o postawie tej formacji pisało i mówiło się przed pierwszym gwizdkiem zdecydowanie najwięcej. Tony Gustavsson wszelkie wątpliwości wyraźnie jednak tonował, wyraźnie podkreślając, że Elma Nelhage jest w pełni gotowa, aby wziąć na swoje barki rolę liderki formacji obronnej już w tych eliminacjach, a Andersson, Wijk, Holmberg, Lundkvist, czy Reidy to nazwiska, na których bez jakiegokolwiek strachu można oprzeć najważniejszy zespół w kraju. No i jak się to zestarzało? Po dziewięćdziesięciu minutach marcowego dwumeczu – lepiej niż wybitnie! Jasne, to nie był perfekcyjny mecz szwedzkiej defensywy, ale nie da się ukryć, że ta młoda kadra dzisiejszym występem na kalabryjskiej ziemi skradła serca niejednego kibica. A łzy padających sobie w objęcia po końcowym gwizdku Smilli Holmberg i Belli Andersson pokazały, jak wiele znaczyło to zwycięstwo i to czyste konto dla dwóch nastolatek, jeszcze nie tak dawno dorastających obok siebie w młodzieżowych zespołach Hammarby i marzących o wspólnym występie w niebiesko-żółtych barwach. Ten obrazek najpewniej będzie zresztą pierwszym z wielu symboli nowej rzeczywistości, w którą tej wiosny wkroczymy wraz z drużyną narodową. Jej realia będą oczywiście inne, zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej wymagające, lecz po takim otwarciu możemy z pewnością w głosie stwierdzić, że może nam ona przynieść mnóstwo przepięknych wzruszeń, nawet takich dawno, a może nawet nigdy wcześniej nieprzeżywanych.
Tak, z kronikarskiego obowiązku wspomnijmy, że w kilku sytuacjach dopisało nam dziś szczęście. Bo przecież aż dwukrotnie rzadko spotykany kiks przytrafił się Jennifer Falk (w jednym przypadku szwedzka golkiperka błyskawicznie sama naprawiła swój błąd), bo przecież gdyby nie słupek to strzał Micheli Cambiaghi niechybnie znalazłby drogę do siatki, bo przecież hiszpańska sędzia dopatrzyła się rzekomego faulu na Hannie Lundkvist w sytuacji, gdy Włoszki wychodziły w zasadzie na czystą pozycję strzelecką. Zamiast tego, z marcowego wyjazdu pamiętać będziemy jednak determinację w oczach Elmy Nelhage, która dzielnie kontynuowała grę pomimo niezwykle brutalnego faulu Barbary Bonansei, raz po raz podnoszącą się z murawy Hannę Lundkvist tylko po to, aby za chwilę znów zachwycić nas próbą ofiarnego wślizgu, przechwytu lub odbioru, mocno zmęczoną Bellę Andersson wybijającą futbolówkę z linii bramkowej w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry, raz po raz śmigające prawą flanką Smillę Holmberg i Johannę Kaneryd, czy wreszcie niezniszczalny duet z Häcken w osobach Felicii Schröder i Moniki Jusu Bah, bez których perfekcyjny kontratak skutecznie sfinalizowany przez Filippę Angeldal nigdy by się nie wydarzył. A że Martina Lenzini z Arianną Caruso w tej konkretnej sytuacji nie ułatwiły swojej bramkarce zadania? Cóż, to już jest problem włoskiej kadry i to ona będzie sobie musiała z nim poradzić. My z miłą chęcią skupimy się raczej na tym, że i Rebecka Blomqvist po wejściu z ławki dała zespołowi dokładnie to, czego od niej oczekiwano i co tak często pokazuje nam występując w podobnej roli we Frankfurcie.
Po jednym z poprzednich włosko-szwedzkich starć pokusiłem się o śmiałą tezę, że oto odbył się mecz, w którym jedna strona zrobiła wiele, aby go przegrać, a druga równie dużo, aby go nie wygrać. Tym razem nastrój towarzyszący boiskowym wydarzeniom był zgoła odmienny: oba zespoły dążyły do sięgnięcia po trzy oczka wszelkimi dostępnymi sposobami, a gospodynie z Italii nie uciekały się również od regularnego przekraczania przepisów gry w piłkę nożną. Swój cel osiągnęła jednak tylko jedna z zainteresowanych drużyn i dokonała tego, oddając dzisiejszego wieczora zaledwie jeden celny strzał. Na Stadio Oreste Granillo triumf święciła jednak nie statystyka, nie współczynniki goli oczekiwanych, a zespołowość, poświęcenie i głęboka wola zwycięstwa. W sporcie często nadużywa się stwierdzenia, że oto wygrywa ten, któremu bardziej na tym zależy, lecz dziś jest ta wyjątkowa sytuacja, w której słowa te zdają się w stu procentach oddawać stan faktyczny. Młoda Szwecjo, jesteś piękna!










