Do przerwy 0-1

Jak to często bywa, na trybunach to fani z Södermalm zaprezentowali się z bardziej efektownej strony (Fot. Hammarby IF)

Czekaliśmy, czekaliśmy i doczekaliśmy się! Jasne, format dwumeczu trochę nam skalę tego wydarzenia rozmywa, lecz jasne jest, że dziś bynajmniej nie zebraliśmy się w tym miejscu po to, aby narzekać. Hammarby i Häcken między sobą rozstrzygają kwestię zwycięstwa w inauguracyjnej edycji piłkarskiego Pucharu Europy, a my jesteśmy naocznymi świadkami tej epokowej nie tylko dla szwedzkiego futbolu klubowego chwili. A żeby zrobiło się jeszcze bardziej ekscytująco, to warto przypomnieć, że na stole leży nie tylko niewymazywalne miejsce w annałach naszej dyscypliny sportu, ale i niemal gwarantowane miejsce w fazie zasadniczej Ligi Mistrzyń 2026-27, bez konieczności przebijania się przez bardzo skomplikowane kwalifikacje. Zdecydowanie było zatem o co grać, choć pewnie wielu neutralnych kibiców i obserwatorów nie miałoby nic przeciwko, aby pierwszy akt tej długo wyczekiwanej sztuki nie przyniósł nam jeszcze wszystkich najistotniejszych odpowiedzi.

Remisu na półmetku rywalizacji się nie doczekaliśmy, a to wszystko za sprawą sytuacji z 22. minuty pierwszej połowy dzisiejszej potyczki. Sprawy w swoje ręce wzięły liderki ekipy z Hisingen, a kluczową akcję sfinalizowała celnym strzałem ta, która jak na zawołanie strzela w każdej koszulce z wyłączeniem tej reprezentacyjnej. Dziś jednak mieliśmy do czynienia z piłką klubową, wobec czego Felicia Schröder po prostu zrobiła to, co potrafi najlepiej, a na dodatek zazwyczaj wychodzi jej to z mistrzowską precyzją. Asystę przy bramkowej akcji zapisała na swoim koncie Monica Jusu Bah, lecz prawdopodobnie największe brawa należą się autorce absolutnie kluczowego, otwierającego podania. Pernille Sanvig ewidentnie przeżywa u progu nowego sezonu swój wyjątkowy czas, a jej współpraca z Anną Anvegård oraz Tabithą Tindell leżała dziś u podstaw wielu zaczepnych prób przyjezdnych z Västergötland. Ta współpraca ostatecznie przełożyła się tym razem na jedno trafienie, lecz jeśli za niespełna tydzień okaże się ono warte zwycięstwa w dwumeczu, to spokojnie będziemy mogli mówić i pisać o najbardziej dochodowym golu w najnowszej historii zespołu z Hisingen. Wszak chyba nikomu nie trzeba specjalnie tłumaczyć, co znaczy i ile jest warty start w fazie ligowej najbardziej prestiżowego z europejskich pucharów już na jesień.

Chrapkę na taki scenariusz wciąż mają jednak także w Södermalm i choć sytuacja kadrowa Hammarby wydaje się być daleka od optymalnej, to szczególnie druga część dzisiejszego starcia jak najbardziej mogła wlać sporo nadziei w serca fanów Bajen. Rezerwowa Vilde Hasund przypomniała o swojej obecności dosłownie chwilę po wejściu na plac gry, naprawdę klarowne okazje marnowały kolejno Sørum i Rehnberg, a przecież sporo strachu napędziły islandzkiej golkiperce Fanney Indze Birkisdottir także stałe fragmenty gry bite przez Vilmę Koivisto. Jasne, gospodyniom zabrakło dziś topowej dziewiątki, którą w swoich szeregach bez wątpienia miały gościnie, lecz jeśli dotychczasowe starcie tych dwóch ekip czegoś nas nauczyły, to tego, że pod żadnym pozorem nie należy ich przedwcześnie kończyć. Tak, Häcken znajduje się chwilowo na minimalnym prowadzeniu i przez rewanżem na Nordic Wellness Arenie znajduje się w całkiem dobrym położeniu, ale – i jest to chyba najbardziej wyczekiwana wiadomość dla nas wszystkich – ten dwumecz wciąż żyje i ku uciesze chyba wszystkich z sympatykami Os z Hisingen włącznie, na jego rozstrzygnięcie przyjdzie nam poczekać do maja.

Wycierpiały

Wraz z Moniką Jusu Bah cierpiała dziś cała piłkarska Szwecja (Fot. Bildbyrån)

W niektórych kulturach cyfra siedem uważana jest za szczególnie szczęśliwą. I choć nie ma pewności, że w podobną numerologię wierzy selekcjoner Tony Gustavsson, to właśnie za siódmym podejściem udało mu się zapisać pierwsze zwycięstwo za sterami reprezentacji Szwecji. W tym miejscu wszelkie pozytywy się jednak niestety kończą, gdyż wyszarpana w najskromniejszych możliwych rozmiarach domowa wiktoria z czerwoną latarnią naszej kwalifikacyjnej grupy, do wypinania piersi po ordery ani trochę niestety nie predestynuje. A gdy zagłębimy się w takie detale, jak chociażby prezentowany styl, pomysł na grę, czy wreszcie reakcja ławki na boiskowe wydarzenia, to końcowa ocena staje się niestety jeszcze bardziej druzgocąca. Trochę inaczej mają się sprawy, gdy analizie poddamy nieśmiertelne statystyki wymienionych podań, lecz jeśli na tym ma się opierać nasza wiara w sens działań obecnego sztabu, to nie jest to przesadnie przekonująca perspektywa.

Na plus niewątpliwie raz jeszcze możemy bardzo udane wejście w mecz, co poniekąd staje się już znakiem firmowym tej drużyny. Analogii z wtorkową batalią na Gamla Ullevi było aż nadto, bo choć selekcjoner pod względem taktycznym zdecydował się na szybki powrót do ustawień fabrycznych, to raz jeszcze wiele z perspektywy gospodyń dobrego miało swój początek w środku pola. Duet Julia Zigiotti – Filippa Angeldal, ze szczególnym uwzględnieniem pomocniczki madryckiego Realu, niezmiennie udowadnia swoją piłkarską jakość, na której w zasadzie wszystkie nasze grupowe rywalki w ten lub inny sposób zdążyły już sobie połamać przysłowiowe zęby. Wielka szkoda, że tym razem wizjonerstwo i lekkość gry zawodniczki wicemistrzyń Hiszpanii nie przełożyły się bezpośrednio na liczby, ale Stina Blackstenius zdecydowanie nie byłaby sobą, gdyby już pierwszą wyborną okazję zamieniła na gola. Wspominamy o tym absolutnie nieironicznie, gdyż doświadczoną snajperkę londyńskiego Arsenalu znamy i kochamy ze wszystkimi jej futbolowymi przymiotami, a na koniec dnia znów to ona uratowała selekcjonerowi nie tylko dzisiejszy wieczór, ale i nadchodzące tygodnie. A że decydująca piłkę dograła jej koleżanka reprezentująca na co dzień największego lokalnego rywala, to i fani angielskiej Barclays WSL mogli się przy okazji szwedzko-serbskiej rywalizacji mocno uaktywnić w mediach społecznościowych.

Nie możemy jednak przejść obojętnie obok faktu, że nasza defensywa raz jeszcze nie działała tak, jak być może powinna i tym razem możemy cieszyć się, że wreszcie swój klasyczny, dobry dzień miała między słupkami Jennifer Falk. Grająca bez swoich trzech absolutnie największych gwiazd drużyna gościń potrafiła się bowiem odgryźć na tyle skutecznie, że serca najbardziej emocjonalnych szwedzkich fanów mocno zadrżały przynajmniej dwukrotnie. A nie do końca pewne w swoich poczynaniach Bella Andersson z Elmą Nelhagę tak skutecznie promowały młody, bałkański duet Nina Matejic – Sara Stokic, że niewykluczone, iż nazwiska te dziś po południu pojawiły się w notesach skautów czołowych, europejskich klubów. W niebezpieczną grę w nieskończoność bawić nie zamierzał się zresztą także sam Gustavsson, już w przerwie posyłając w bój rutynowaną Amandę Ilestedt. O aktualnej dyspozycji stoperki Frankfurtu nie dowiedzieliśmy się jednak wiele ponad to, że pomimo zbliżonych warunków fizycznych, to ona pozostaje zdecydowanie największą wartością dodaną przy okazji stałych fragmentów zarówno w defensywie, jak i w ofensywie. Choć jakość tych ostatnich, co w ostatnich miesiącach także stało się zresztą swego rodzaju niepisaną normą, ustabilizowała się na poziomie niższej strefy stanów średnich. Z perspektywy czasu żałować możemy również, że tak krótkim epizodem okazał się debiut w seniorskiej kadrze Beaty Olsson, że szansy na występ z ławki przeciwko tak sprofilowanym rywalkom nie otrzymała bazująca na dynamice i przyspieszaniu Rebecka Blomqvist, a Rosa Kafaji (w początkowym fragmencie), czy nawet Felicia Schröder (ta ostatnia dziś akurat zaliczyła prawdopodobnie najmniej imponujący w obecnym roku kalendarzowym występ) ewidentnie otrzymały takie indywidualne instrukcje, że momentami można było zastanowić się, czy lepszą taktyką nie byłoby pozostawienie im w boiskowych poczynaniach większej swobody. Choć opcją najbardziej pożądaną byłoby rzecz jasna przypisanie ich do ról i zadań, w których same zainteresowane czują się zdecydowanie bardziej komfortowo.

I tak, panie selekcjonerze, rzut karny jak najbardziej się nam dziś należał. W taką narrację brnąć jednak nie ma ani sensu, ani tym bardziej logiki, bo skoro było tak dobrze, to może warto wreszcie coś pewnie wygrać, zamiast powtarzać, jak wysoko i przekonująco wygrywać możemy. Póki co tabela wskazuje wyraźnie, że w rywalizacji ze zdziesiątkowaną Serbią na przestrzeni dwóch meczów potrafimy strzelić trzy razy mniej goli niż Dunki oraz sześć razy mniej goli niż Włoszki przy okazji jednej potyczki. Jasne, jest to oczywiście najbardziej klasyczny, lecz jednocześnie całkowicie świadomy cherry-picking, lecz cierpienia i braku konkretnego impulsu było podczas tego zgrupowania po szwedzkiej stronie zdecydowanie zbyt dużo, aby ten fakt jedynie przemilczeć bezrefleksyjnym wzruszeniem ramion.

Koncert na otwarcie, ale bis dla Dunek

Perfekcyjnie wyprowadzony kontratak pozwolił Dunkom strzelić zwycięskiego gola już w doliczonym czasie gry (Fot. SVT)

Gdyby ktoś z jakiegokolwiek powodu przerwał oglądanie szwedzko-duńskiej batalii mniej więcej w okolicach dziesiątej minuty spotkania, informacja o końcowym wyniku niewątpliwie byłaby dla takiej osoby niemałym szokiem. Gospodynie wybiegły bowiem na skąpaną w deszczu murawę Gamla Ullevi nastawione tak bojowo i proaktywnie, jakby jutro miało dla nich nie istnieć. Otwierający dzisiejszą rywalizację gol padł zresztą po tak koronkowej akcji, że aż trudno zdecydować, czy bardziej zachwycać się przytomnością umysłu Filippy Angeldal, dynamicznym rajdem Smilli Holmberg, efektowną asystą Felicii Schröder, czy może skupić się na składaniu zasłużonych gratulacji Monice Jusu Bah z okazji uruchomienia reprezentacyjnego, strzeleckiego licznika. To wszystko niebyło jednak wyłącznie chwilowym przebłyskiem futbolowej jakości, bo gospodynie natarły na swoje dzisiejsze oponentki z taką furią i wiarą, że równie dobrze po kwadransie mogły prowadzić zdecydowanie wyżej. Sama tylko Schröder dwukrotnie obiła obramowania bramki Sary Thisgaard (nieco później jej wyczyn skopiowała zresztą Stina Blackstenius), Angeldal niezmiennie czyniła niemałe spustoszenie w szeregach duńskiej defensywy, a Holmberg i Jusu Bah dzielnie napędzały szwedzkie ataki na obu skrzydłach. Tak, to było niewątpliwie perfekcyjne otwarcie, ale z piłką nożną problem jest taki, że aby wygrać mecz, trzeba okazać się lepszym na przestrzeni nie piętnastu, lecz dziewięćdziesięciu minut.

A czy możemy z ręką na sercu przyznać, że szwedzkie piłkarki ten cel zrealizowały? No, nie do końca. Jasne, po przerwie gra długimi fragmentami toczyła się wyłącznie na połowie naszych dzisiejszych gościń, lecz z tej optycznej przewagi powstała w głównie ogromna dysproporcja w statystykach posiadania piłki oraz wymienionych w strefie środkowej podań. Tak, ze dwa lub trzy razy na pograniczu duńskiej szesnastki ostro się zakotłowało, w jednym przypadku swoją bramkarkę musiała nawet ratować rozpaczliwie interweniująca na linii bramkowej Frederikke Thøgersen, ale gdyby zliczyć wszystkie konkrety, to nie uzbierałoby się ich nawet tyle, co przed miesiącem w przypadku równie nieefektywnie bijących głową w mur Włoszek. A broniące się chwilami wyjątkowo nisko przeciwniczki słabnący na sile szwedzki napór przeczekały względnie spokojnie, a następnie same spróbowały wyprowadzić decydujący cios. Za pierwszym razem skończyło się na ostrzeżeniu, gdyż po sprytnie rozegranym rzucie wolnym i strzale Cecilie Fløe naszą golkiperkę uratował jeszcze słupek, ale wobec uderzenia Janni Thomsen w sukurs Jennifer Falk nie przyszły już żadne siły ziemskie lub nadprzyrodzone. I choć po komplet punktów tym samym sięgnął zespół, który po przerwie przez większą część spotkania głównie się bronił, to jakoś nie da się całkowicie dołączyć się do chóru ekspertów wspominających przy tej okazji o niesprawiedliwości naszej pięknej dyscypliny sportu. Bo tego konkretnego rezultatu nie da się w stu procentach dopasować do kliszy, którą nasi anglosascy przyjaciele zwykli nazywać result against the run of play.

O zwycięstwie podopiecznych trenera Michelsena przesądziła jednak w pierwszej kolejności nie tyle skuteczność, co umiejętne korzystanie z błędów i kiksów po stronie przeciwniczek. To właśnie w tym elemencie Dunki wypracowały dziś sobie zdecydowanie największą przewagę i to on okazał się czynnikiem w kluczowym momencie decydującym. Nie da się ukryć, że role rozdających prezenty tym razem wzięły na siebie Elma Nelhage (mocno zamieszana przede wszystkim w sytuację poprzedzającą wyrównującego gola autorstwa Pernille Harder) oraz wyjątkowo niepewna i popełniająca zdecydowanie zbyt dużo pomyłek w ustawieniu i antycypacji Bella Andersson. Z grającej w nietypowym dla siebie ustawieniu szwedzkiej defensywy najbardziej solidnie, choć oczywiście także nie bezbłędnie, prezentowała się debiutantka z Hammarby Sofia Reidy, a dyspozycja naszych obrończyń niechybnie otworzy pole do dyskusji w temacie skąpego doświadczenia międzynarodowego oraz skomplikowanej sytuacji klubowej wspomnianych przed chwilą zawodniczek. My jednak od tego się stanowczo odcinamy, przypominając, że miesiąc temu pozycja Andersson w Madrycie, a także Nelhage w Lyonie była bardzo zbliżona do tej aktualnej, a występów w ważnych, seniorskich meczach obie miały na koncie jeszcze mniej. I choć regularna gra zawsze bardziej pomaga niż szkodzi, to nie tutaj leży sedno problemu. Tym bardziej, że również notująca obecnie zdecydowanie najlepszą rundę w karierze Julia Zigiotti nie zawsze nadążała za swoją niedawną koleżanką z monachijskiego Bayernu, dzięki czemu Dunki w drugim i trzecim kwadransie ewidentnie złapały oddech. Winnych domowej porażki wskazywać więc absolutnie nie będziemy, drużynie dajemy tak bardzo potrzebny jej teraz czas, a na obszerniejsze rozliczenie z selekcjonerem przyjdzie pora na koniec pierwszej (i coraz więcej wskazuje, że w naszym przypadku bynajmniej nie ostatniej) fazy kwalifikacji. Za dzisiejszy występ indywidualne wyróżnienia składamy za to na ręce Smilli Holmberg, Filippy Angeldal oraz Felicii Schröder i każdą z nich gorąco prosimy przynajmniej o powtórkę w sobotę. Czas realnych rozstrzygnięć wciąż bowiem przed nami.

Na zachodzie bez strat

Anna Anvegård w lidze, Tabitha Tindell w pucharach – snajperki niepodzielnie rządzą w drugiej linii klubu z Hisingen (Fot. BK Häcken)

Całkiem niedawno, przy okazji reprezentacyjnych wojaży szwedzkich kadrowiczek, ostatecznie potwierdziliśmy tezę zachęcającą do oceniania każdego kolejnego meczu jako zupełnie nowej opowieści. A zakończona właśnie świąteczna, ligowa kolejka jedynie dostarczyła nam więcej argumentów na poparcie tego poglądu. Przed tygodniem zachwycaliśmy się bezbłędnym zarówno w ofensywie, jak i w defensywie beniaminkiem z Eskilstuny, szukaliśmy przyczyn efektownej, zimowej metamorfozy ekipy z Piteå, czy wreszcie wieszczyliśmy sporo potencjalnych problemów piłkarkom z Växjö. Wszystkie te przemyślenia były na tamten moment jak najbardziej uprawnione, lecz druga seria spotkań ponownie wzięła nas niejako z zaskoczenia, przynosząc ze sobą kompletnie inne oczarowania i rozczarowania.

Z tego gotującego się kociołka poniekąd wyłamuje się jedynie Kristianstad, który tradycyjnie niewiele robi sobie z następujących po sobie kadrowych ubytków. W sposób szczególny imponować może ofensywa zespołu z północno-wschodniej Skanii, która u progu wiosny zdążyła już zaaplikować sześć sztuk rywalkom z Piteå (dwumecz pucharowo-ligowy), trzy faworytkom z Malmö, a teraz cztery znajdującemu się ewidentnie na fali wznoszącej Djurgården. Linda Boama staje się powoli nową, islandzką gwiazdą naszych boisk, Tilda Persson i Alice Egnér zachwycają nie tylko na swoich nominalnych pozycjach skrzydłowych, a Kanadyjka Sadie Sider-Echenberg z tygodnia na tydzień notuje taki progres, że fani KDFF już za chwile przestaną z nutką nostalgii wspominać czasy Emmi Alanen, czy Amy Sayer. A przecież w tym wszystkim są jeszcze dostarczająca fenomenalne liczby super-rezerwowa Filippa Widén, jedna z najsolidniejszych golkiperek na boiskach Damallsvenskan Moa Olsson, czy niezwykle pewne w swoich poczynaniach wahadłowe Lova Sternfeldt oraz Viktoria Persson. Z grona nie-faworytek Kristianstad wszedł w sezon zdecydowanie najlepiej i pozostaje tylko trzymać kciuki za to, aby pomarańczowy ekspres nie wytracił zbyt szybko impetu, bo właśnie takich pozytywnych niespodzianek ta liga bardzo potrzebuje.

Powrót pierwszoligowej piłki do uniwersyteckiego miasta Uppsala przebiegał przy akompaniamencie podmuchów silnego wiatru i dźwiękach padającego ze zmienną intensywnością marznącego deszczu. Pogoda do gry ewidentnie więc nie zachęcała, lecz dobrze usposobione gospodynie nawet w takich okolicznościach przyrody potrafiły dopisać do swojego dorobku pierwszy w sezonie punkt. A mogło być ich nawet trzy razy więcej, gdyby tylko znajdująca się nieoczekiwanie w doskonałej pozycji strzeleckiej Julia Ragnarsson wykorzystała podarowaną przez rywalki piłkę meczową. Inna sprawa, że komplet punktów równie dobrze mógł tego dnia polecieć w podróż do Piteå, gdyż jeszcze dogodniejsze okazje na rozstrzygnięcie tego starcia zmarnowały kolejno Sharon Sampson oraz Shiho Matsubara. Teoretycznie wygrany mecz przeciwko stołecznemu AIK przegrał natomiast Rosengård, który najpierw po świetnie rozegranym stałym fragmencie gry (Filippa Sjöström do Molly Johansson) trochę szczęśliwie znalazł się na prowadzeniu, a następnie, dzięki odpowiedzialnej postawie dowodzonej przez dziewiętnastoletnią Cecily Wellesley-Smith defensywie, pilnował skromnej zaliczki, od czasu do czasu szukając szansy na podwyższenie wyniku. Niestety dla miejscowych, różnicę w końcówce zrobiły rezerwowe obu ekip, lecz tylko w przypadku gościń był to efekt dodatni. Po dośrodkowaniu Anny Oskarsson z prawego skrzydła do remisu doprowadziła bowiem pozostawiona na chwilę kompletnie bez krycia Ida Björnberg, a już w doliczonym czasie próbkę swoich umiejętności dryblerko-snajperskich dała nam Olivia Garcia, korzystając z fatalnego kiksu wprowadzonej chwilę wcześniej na plac gry Nigeryjki Anam Imo. Jako się rzekło na wstępie, na piątkowy mecz do Växjö zupełnie nie dojechały piłkarki z Eskilstuny, które na Spiris Arenie straciły nie tylko trzy gole, ale i bohaterkę sprzed tygodnia Rylie Combs (czerwona kartka jak najbardziej zasłużona). Mariann Høgh do spółki z Elin Nilsson zdecydowanie wygrały walkę o dominację w środku pola, a przy tak usposobionych Mai Bodin, czy Sadze Swedman zwycięstwo piłkarek z Kronobergu mogło tego dnia być nawet bardziej okazałe.

W poniedziałkowe popołudnie do gry wrócił tercet naszych eksportowych drużyn, które tym razem solidarnie rozjechały się po całym kraju w delegacjach. Jako pierwsze, na tle regularnie rozczarowującego ostatnimi czasy Vittsjö, swoje możliwości sprawdziły zawodniczki Häcken, które tym razem musiały wykazać się zupełnie innymi przymiotami niż podczas niedawnej konfrontacji z Eintrachtem Frankfurt. Tak było przynajmniej w pierwszej fazie gry, kiedy to różnicę na korzyść aktualnych mistrzyń Szwecji zrobiły przede wszystkim indywidualności, na czele z rozgrywającą swój najlepszy w tym roku mecz Anną Anvegård. Kapitanka Os najpierw wywalczyła dla swojej ekipy rzut karny, następnie sama podwyższyła wynik rywalizacji (tym razem w rolę kreatorki wcieliła się Paulina Nyström), a następnie wypuściła idealnie w tempo Felicię Schröder tak perfekcyjnym, prostopadłym podaniem, że ręce aż same składały się do oklasków. Piłkarki z Hisingen ewidentnie odczuwały jednak trudy niedawnych, pucharowych bojów, w wyniku czego im bliżej końca spotkania, tym bardziej nerwowo robiło się w okolicach bramki Fanney Ingi Bikrisdottir. Grające po zmianie stron pod wiatr gospodynie rozmiary porażki ostatecznie zmniejszyły, ale trafienie Sandry Lynn nie pozwoliło podopiecznym trenera Blagojevicia sięgnąć po pierwszy w tegorocznej kampanii punkt. Zdecydowanie mniej dramaturgii było za to w sztokholmskich derbach, gdzie Bromma jedynie statystowała, a Hammarby, choć na ewidentnie zaciągniętym ręcznym hamulcu, od pierwszego do ostatniego gwizdka posiadał pełnię kontroli nad boiskowymi wydarzeniami. Na zakończenie weekendowego grania obejrzeliśmy intensywne, lecz mocno przeciętne jakościowo widowisko z udziałem ekip z Norrköping oraz Malmö. Wyrównana rywalizacja zwycięzcy nam ostatecznie nie wyłoniła, a remis okazał się być z gatunku tych, po których obie strony – choć oczywiście z różnych powodów – mają prawo czuć wielki niedosyt. Najbardziej ukontentowana przebiegiem boiskowej rywalizacji mogła być za to niezbyt miło odpalona tej zimy z MFF Matilda Kristell, która na tle sprowadzonych w jej miejsce do stolicy Skanii rywalek wyglądała jak profesorka pierwszoligowych zmagań.


Komplet wyników:


Przejściowa tabela:


Liczby kolejki:


Jedenastka kolejki:

Wspólnie napisały historię!

Mamy to!!! Bez względu na to, komu na co dzień kibicujemy, co sądzimy o Damallsvenskan jako o lidze i jaka przyszłość czeka Puchar Europy – na przełomie kwietnia i maja 2026 będziemy świadkami wydarzenia absolutnie historycznego. Dwa szwedzkie kluby zmierzą się w finałowym dwumeczu, którego stawką będzie nie tylko zapisanie się w annałach jako zwycięzca premierowej edycji najnowszego z europejskich pucharów, ale także – z prawdopodobieństwem bliskim pewności – gwarantowany występ w fazie zasadniczej Ligi Mistrzyń 2026-27. I niezależnie od tego, jak ta konfrontacja się ostatecznie zakończy, jej bohaterki uzyskają sportową nieśmiertelność i nawet długo po zakończeniu swoich karier będą przy różnych okazjach wspominać właśnie te dwa wieczory, podczas których Södermalm oraz Hisingen rozstrzygały między sobą kwestię prymatu na kontynencie. Być może doczekamy się na ten temat filmu, serialu, być może innej formy uhonorowania, ale bez krzty przesady wiosna 2026 na wieki będzie wspominana jako czas dla szwedzkiej piłki klubowej absolutnie wyjątkowy. A my mamy to szczęście, aby być naocznymi świadkami tych niepowtarzalnych chwil.

Dziś merytoryki i chłodnej analizy będzie tu mniej więcej tyle, co ofensywnej gry piłkarek Häcken w rewanżu z Frankfurtem. Tak, Felicia Schröder tuż przed przerwą, a następnie Monica Jusu Bah dosłownie chwilę po wznowieniu gry miały swoje okazje, lecz poza tymi dwoma wypadami, przez bitych sześć kwadransów obserwowaliśmy klasyczny mecz na jedną bramkę. Gwiazdy legendarnego klubu z jeszcze bardziej legendarnej Bundesligi obstrzeliwały ją ze wszystkich stron i kątów, lecz drogę do niej odnalazły dzisiejszego wieczora zaledwie raz, a ich potrzeby sięgały przynajmniej trzech trafień. Jedyny gol dla gościń padł zresztą po… rzucie wolnym egzekwowanym na własnej połowie, po którym najpierw Nesrin Akgün przegrała istotny pojedynek z Ereletą Memeti, następnie w akcji nieco zagubiła się Emma Östlund i Nicole Anyomi strzałem pod poprzeczkę przywróciła kibicom znad Menu nadzieje. Te z każdą upływającą minutą robiły się jednak coraz bardziej ulotne, choć gospodynie fragmentami broniły się doprawdy rozpaczliwie i ze sporą dozą szczęścia. Absolutną życiówkę zagrała występująca przecież na całkowicie obcej dla siebie pozycji Tabitha Tindell, która kolejnymi wyblokami, przechwytami i ofiarnymi interwencjami raz po raz wybijała nacierające rywalki z rytmu. Amerykańskiej pomocniczce dzielnie sekundowała ustawiona na prawej flance Thelma Palmadottir, a trzymająca w ryzach formację defensywną Australijka Aivi Luik wyglądała na tle klasowych przecież rywalek tak, jakby przed chwilę świętowała 25., nie zaś 41. urodziny. Sztab szkoleniowy z Frankfurtu wściekał się przy linii bocznej, chorwacka sędzia rozdawała kartki, trener Arnautis w akcie desperacji rzucił do boju między innymi Reminę Chibę, Hayley Raso, a na środek ataku przestawił Amandę Ilestedt, lecz to wszystko po prostu nie wystarczyło do skruszenia trzymającej się momentami na ostatniej nitce defensywy z Västergötland. A gdy wybrzmiał ostatni gwizdek, stało się jasne, że ani mediolański Inter, ani Eintracht Frankfurt nie były w stanie powstrzymać lotu dzielnych Os do historycznego finału. I nawet jeśli ten wyczyn rodził się w trudach, bólach i znoju, to nijak nie da się powiedzieć, że Häcken znalazł się w tym miejscu przypadkowo. Bo ostatnimi czasy, jeśli na kogoś możemy w europejskiej rywalizacji zawsze liczyć, to jest to…

… ktoś z dwójki Häcken – Hammarby! Sztokholmianki także miały dziś swoje przestoje, już na samym początku spotkanie niepotrzebnie zrobiło się nerwowo (sytuację ratowała poniekąd Emilie Bragstad), a i na początku drugiej odsłony ponownie to Sparta rozdawała na stołecznej 3 Arenie karty. Cóż jednak z tego, skoro to Hammarby miał w swoich szeregach piłkarki, które nasi anglosascy przyjaciele określiliby mianem difference makers. Rzeczoną różnicę zrobiła na przykład Fanny Peterson, która już po raz czwarty tej wiosny (!) przymierzyła zza pola karnego tak, że dosłownie nie było czego zbierać. A jej zmienniczka Vilde Hasund zamknęła kwestię awansu kilkadziesiąt sekund po tym, gdy wróciła na plac gry pomimo doskwierającej jej kontuzji. Kto wie, czy janpiękniejszej historii ze wszystkich nie napisała jednak w czwartkowy wieczór Alice Carlsson – kapitanka Hammarby, która jest częścią tego klubu od początku okresu wielkiej odbudowy. Rutynowana stoperka najpierw pomogła Bajen powrócić w szeregi Damallsvenskan, następnie symbolicznie wbiła sztandar Hammarby w mapę piłkarskiej Europy, aby teraz poprowadzić tak bardzo odmieniony w ostatnich miesiącach zespół do historycznego sukcesu. I choć po drodze na brak ofert z silniejszych lig bynajmniej nie narzekała, ani przez moment nie rozważała zmian barw klubowych, a owocną przyszłość niezmiennie widziała właśnie w Södermalm. I jak się miało za chwilę okazać – miała w tej kwestii absolutną rację.

To jest ten dzień, to jest ta chwila:

HÄCKEN i HAMMARBY w finale Pucharu Europy!!


Komplet wyników:

Hanna zmieściła się w kadrze

Pomimo ciągłych problemów z grą w kolejnych klubach, Hanna Bennison niezmiennie zyskuje zaufanie selekcjonerów (Fot. Getty Images)

Pierwszego kwietnia selekcjoner Tony Gustavsson nie zaszokował opinii publicznej, a kadra na domowy dwumecz eliminacyjny w zdecydowanej większości pokrywa się z listą, którą dzisiaj spodziewaliśmy się zobaczyć. Nazwiska powracających do kadry po dłuższych nieobecnościach Zeciry Musovic oraz Amandy Ilestedt wzbudzają rzecz jasna różne emocje, lecz skoro pierwsza z wymienionych niemal z miejsca posadziła solidną przecież Moę Öhman na ławce w drużynie klubowej, a druga w reprezentacyjnej koszulce zawsze stanowiła wartość dodaną, to trudno mówić tu o szerszej kontrowersji. W podobnych kategoriach tym bardziej nie możemy rozpatrywać nominacji dla zachwycającej nas na angielskich boiskach Beaty Olsson, czy też ewidentnie cieszących się zaufaniem sztabu szkoleniowego, a na dodatek pozytywnie zweryfikowanych w niedawnych bojach Belli Andersson oraz Elmy Nelhage. Osobistym odkryciem selekcjonera wydaje się być wciąż czekająca na oficjalny debiut wszechstronna defensorka Hammarby Sofia Reidy, lecz – jak już wiele razy podkreślaliśmy – każdy trener ma prawo do swoich indywidualnych wyborów, a na obronę tego konkretnego spokojnie i bez większego wysiłku znalazłoby się przynajmniej kilka racjonalnych argumentów.

Jedyną nominacją wzbudzającą nieco większe emocje jest ta dla Hanny Bennison, która w wieku zaledwie 23 lat powoli staje się jedną z największych zagadek szwedzkiego futbolu obecnej dekady. Nieprzypadkowo nazywana swego czasu cudownym dzieckiem Rosengård filigranowa pomocniczka po wyjeździe za granicę wyraźnie wytraciła swój impet i o ile w Evertonie zdarzały się jej jeszcze pojedyncze przebłyski (dla jasności: niezwykle sporadycznie), o tyle w Hiszpanii Bennison przepadła już dokumentnie, a w zbieraniu chociażby skromnych, minutowych ochłapów (przez amerykańskich kibiców sportów wszelakich nazywanych pogardliwie garbage time) nie pomaga jej nawet ogromna rotacja stosowana przez trenerów madryckiego Realu. Całkowity zastój kariery klubowej nie stanowił jednak jakiegokolwiek problemu dla Petera Gerhardssona i najwyraźniej także jego następca nie dostrzega w tym miejscu sygnału alarmowego, choć sama zainteresowana podczas meczów kadry jak dotąd swoją postawą (przynajmniej tą na murawie) nie dostarczała przesadnie wielu argumentów na obronę tych decyzji. Inna kwestia, że nawet nie miała ku temu specjalnie okazji, bo choć nabijanie statystyki rozegranych meczów idzie jej całkiem płynnie, to jej reprezentacyjne występy najczęściej mają formę kilkuminutowych, dosłownie rozumianych epizodów. Tym sposobem, w kadrze mamy zawodniczkę z imponującym 60A przy nazwisku i nawet jeśli każdy z tych meczów obejrzeliśmy dokładnie po kilka razy, wciąż nie jesteśmy sformułować konstruktywnej opinii na temat jej przydatności dla drużyny. A kariera klubowa ani trochę nam w tej materii nie pomaga, gdyż przynajmniej na przestrzeni ostatnich osiemnastu miesięcy istnieje ona – cytując klasyka – wyłącznie teoretycznie.

Ani trochę nie obrazilibyśmy się, gdyby właśnie w kwietniu Hanna Bennison przeżyła przełomowy moment swojej reprezentacyjnej przygody, choć patrząc na aktualną dyspozycję Julii Zigiotti, a także pozycję wypracowaną w grupie przez Filippę Angeldal, nie wyobrażamy sobie, aby najbardziej optymalnie zestawiony duet w szwedzkim środku pola mógł na tę chwilę stworzyć ktoś inny. A przynajmniej podczas konfrontacji na Gamla Ullevi w Göteborgu, zadanie czekające na nasze pomocniczki będzie niezwykle wymagające. Nie bez przyczyny Olivia Holdt jest mocną kandydatką do najlepszej jedenastki sezonu angielskiej Barclays WSL, a Pernille Harder – choć chwilami nie aż tak eksplozywna i bezbłędna jak w swoim prime – przewodzi klasyfikacji strzelczyń niemieckiej Bundesligi, a przy okazji trafia jak na zawołanie w fazie pucharowej Ligi Mistrzyń. A nie zapominajmy, że sezon absolutnie wybitny rozgrywała także na włoskich boiskach Sofie Bredgaard, którą jednak w ostatnich tygodniach ewidentnie trapią kontuzje. Jasne, szczególnie w tyłach Dunki także mają swoje problemy i niepokoje, lecz na szczycie najciekawszej z kwalifikacyjnych grup nie znalazły się bynajmniej z przypadku i z pewnością zrobią wiele, aby przynajmniej do końca nadchodzącego dwumeczu na nim pozostać. Szczególnie, że po trzech ubiegłorocznych porażkach żądza sąsiedzkiego rewanżu zdaje się być za Kattegatem niezwykle silna, a stawka kwietniowej konfrontacji jedynie ją wzmacnia. Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że 14. kwietnia jedna ze skandynawskich ekip może znaleźć się na pole position w wyścigu na brazylijski mundial, a obok tak ewidentnej szansy nikt obojętnie przechodzić zdecydowanie nie zamierza.