The Chester Report (VIII)

linda

92. minuta, jeden gol i półfinał jest nasz (Fot. Pontus Orre)

Back to Sheffield! We wtorek zagramy o finał na tym samym stadionie, na którym nie tak dawno rozpoczynaliśmy naszą angielską przygodę. A my od pewnego czasu wprost uwielbiamy takie turniejowe powroty. Pamiętacie francuski mundial i triumfalne, ponowne wizyty w Rennes i Nicei? Tam też mierzyliśmy się z najwyższej klasy rywalkami, którym po ostatnim gwizdku pozostawało jedynie pokiwać z uznaniem głowami. Teraz sytuacja niejako się powtarza, ponieważ to na kroczących od jednego efektownego zwycięstwa do drugiego gospodyniach EURO 2022 ciążyć będzie presja zwycięstwa, a my po raz pierwszy od dłuższego czasu wyjdziemy na mecz w roli underdoga. A to paradoksalnie wcale nie muszą być dla nas złe informacje. Oby tylko w decydujących momentach opuściły nas problemy natury pozasportowej, to przed grą o finał będziemy ostrożnymi optymistami. Na analizę najbliższej przyszłości przyjdzie jednak jeszcze czas, bo dziś mamy pełne prawo świętować trzeci półfinał z rzędu na wielkiej imprezie. Wiecie ile innych reprezentacji może pochwalić się podobnymi statystykami? Jeśli nie, to spróbujcie to policzyć, a wtedy jeszcze bardziej docenicie to, czego tej niepokonanej od 868 dni kadrze udało się właśnie dokonać.

Jaki był mecz – każdy widział. Z jednej strony możemy narzekać na niską efektywność, zbyt długie przestoje, czy wreszcie łatwe do rozczytania schematy konstruowania akcji ofensywnych. To wszystko jest oczywiście prawdą, ale warto docenić przy tym solidność belgijskiej defensywy, która raz jeszcze udowodniła, że w futbolu sukcesy buduje się od tyłu, a prawidłowość ta jest szczególnie widoczna w przypadku ekip na dorobku. W pierwszej połowie obrończynie Czerwonych Płomieni dały się zaskoczyć tylko jeden raz, kiedy to błysk geniuszu pokazała niezawodna Kosovare Asllani. Przez chwilę mogło się wydawać, że zamiary piłkarki Milanu idealnie przeczytała Stina Blackstenius, ale radość z faktu umieszczenia piłki w belgijskiej siatce szybko przerwała nam bezlitosna analiza VAR. Rywalki miały więc trochę szczęścia, ale nie zapominajmy o drobnym szczególe, który na imię ma Nicky, a na nazwisko Evrard. Bądźmy szczerzy: mało kto z nas śledzi na bieżąco rozgrywki ligowe w Belgii i może nawet trochę dziwił nas fakt, że 27-letnia piłkarka grająca przez dwa ostatnie sezony w Gent znalazła się w hierarchii trenera Serneelsa wyżej niż chociażby znana z występów w barwach włoskiego Sassuolo Diede Lemey. Finały EURO ponad wszelką wątpliwość udowodniły nam jednak, że belgijski selekcjoner doskonale wiedział, co robi i w tej chwili trudno nam wyobrazić sobie najlepszą jedenastkę turnieju bez belgijskiej bramkarki. Bo przecież nawet w sytuacji, która koniec końców przyniosła nam zwycięskiego gola, Evrard chwilę wcześniej popisała się dwiema kapitalnymi paradami. Wobec drugiej dobitki była już rzecz jasna całkowicie bezradna, ale ani trochę nie wpływa to na ocenę jej występu zarówno dziś, jak i w trzech spotkaniach fazy grupowej. A w Leuven mogą naprawdę zacierać ręce, że taką zawodniczkę udało im się zaklepać jeszcze przed rozpoczęciem letniego okienka transferowego, gdyż obecnie byłoby to zadanie zdecydowanie bardziej wymagające.

Wróćmy jednak do spraw naszych i nie chodzi tutaj wcale o dyskusję na temat niewykonanych przez Petera Gerhardssona zmian. W tej kwestii możemy jedynie zacytować jednego z trenerów Damallsvenskan, który w analogicznej sytuacji odparł, że roszady personalne mają sens tylko i wyłącznie wtedy, gdy wykonuje się je w konkretnym celu, a w przeciwnym razie są jedynie graniem na alibi. Szwedzki selekcjoner owego celu najwyraźniej nie widział i ostatecznie wyszło na jego, choć nasza cierpliwość rzeczywiście została tym razem wystawiona na naprawdę ciężką próbę. Inna sprawa, że akurat dziś gra szwedzkich piłkarek wcale nie była aż tak zła, jak na pomeczowej konferencji oceniali to najwięksi krytycy. A skoro tuż przed decydującym rzutem rożnym w żółtym sektorze dominowało podejście w stylu: teraz Ilestedt i 1-0, to znaczy to tyle, że nawet utrzymujący się przez ponad dziewięćdziesiąt minut bezbramkowy remis nie zachwiał wiarą w ten zespół. I bardzo skądinąd słusznie, bo w tej prognozie nie udało się trafić wyłącznie nazwiska obrończyni, która wpisała się na listę strzelczyń. Tego zaszczytu dostąpiła ostatecznie mająca za sobą naprawdę wymagający rok Linda Sembrant, dla której wspomniany gol z pewnością okazał się najwspanialszą możliwą nagrodą za tygodnie walki o to, aby na turniej do Anglii w ogóle pojechać. Tę walkę z czasem udało się wygrać, choć bardzo długo wcale nie było to aż tak oczywiste. I dokładnie tymi samymi słowami moglibyśmy określić dzisiejszy mecz z Belgią, który jednak – i podkreślmy to naprawdę wyraźnie – wcale nie był popisem szwedzkiej bezradności, jak niektórzy chcieliby to widzieć.

A co z indywidualnymi laurkami? Jak widać, Gerhardsson nieprzypadkowo chwalił podczas ostatniego przedmeczowego briefingu Nathalie Björn, bo piłkarka Evertonu rozegrała dziś na szóstce naprawdę efektowną partię. Do pełni szczęścia zabrakło może konkretów w postaci liczb, choć tych przynajmniej dwa razy pozbawiły jej koleżanki, marnując doskonale rozpoczętą akcję ofensywną. Jeśli jednak defensywne pomocniczki rozliczamy zarówno ze statystyk typowo defensywnych, jak i z gry do przodu, to Björn w obu tych aspektach zwyczajnie nie zawiodła. Niezwykle aktywnie weszła w mecz Kosovare Asllani, ale to w przypadku meczów kadry stało się w ostatnich latach czymś w rodzaju niepisanej tradycji. Inna sprawa, że gdyby nie system VAR, to szwedzka wicekapitanka byłaby na tę chwilę liderką klasyfikacji asyst na angielskim EURO, ale słynne już na cały piłkarski świat wideoweryfikacje pozbawiły ją aż dwóch decydujących podań. Druga połowa nie była już w wykonaniu Kosse aż tak efektywna, choć ambicji i chęci do gry nie można jej odmówić nawet wtedy, gdy zaczynało brakować sił. A te ulatywały coraz bardziej wyraźnie z każdą upływającą minutą, w wyniku czego Asllani nie była w stanie spędzić choćby chwili w pomeczowej strefie mieszanej i jako jedyna ze szwedzkich piłkarek bezpośrednio z murawy udała się na zasłużony odpoczynek. Lekarz kadry uspokoił jednak, że w tym przypadku nie ma tematu kontuzji lub choroby, a mówić możemy tylko (lub aż) o wyczerpaniu organizmu. I znów w tym miejscu pojawiają się nam przed oczami obrazki z francuskiego mundialu, kiedy to po meczu z Holandią byliśmy świadkami identycznej sytuacji, a dosłownie trzy dni później odrodzona na nowo Asllani została jedną z bohaterek nieoczekiwanej wiktorii nad Anglią. Historia podobno lubi się powtarzać.

Sporo pochwał zebrała ponadto zastępująca dziś chorą Jonnę Andersson Amanda Nildén, dla której starcie z Belgią było absolutnym debiutem na wielkiej imprezie. I faktycznie, pierwszy występ na EURO defensorka Juventusu może zapisać na plus, a o zaufaniu ze strony bardziej doświadczonych koleżanek może świadczyć fakt, że to właśnie Nildén wykonywała dziś wszystkie stałe fragmenty, które nominalnie byłyby działką Andersson. Na podobne recenzje nie mogła natomiast liczyć ustawiona raz jeszcze w roli lewoskrzydłowej Fridolina Rolfö i coraz częściej słychać głosy, że ubiegłoroczna zdobywczyni Diamentowej Piłki nie jest na angielskich boiskach w optymalnej formie. Nierzadko podnoszony jest także temat jej roli na boisku oraz tego, czy aby na pewno Gerhardsson w pełni potrafi spożytkować taktycznie jej potencjał. Wiemy jednak, że Rolfö to zawodniczka potrafiąca jednym wybitnym występem zamknąć usta wszystkim krytykom, więc mocno trzymamy kciuki, aby stało się to na przykład w Sheffield. Podobnie mają się zresztą sprawy z Magdaleną Eriksson, która swój zdecydowanie najlepszy mecz na turnieju rozegrała przeciwko Holandii, a w kolejnych starciach wielokrotnie decydowała się przetestować naszą cierpliwość. Mecz przeciwko Anglii może być jednak dla niej spotkaniem wyjątkowym, a okazji do wykazania się jakością defensywnego rzemiosła może być w nim więcej niż podczas całej drogi do półfinału EURO. O tym, jak zneutralizować angielskie atuty będziemy jednak myśleć w kolejnej analizie, a póki co meldujemy wykonanie zadania i pozdrawiamy z najlepszej czwórki! Do następnego razu!

The Chester Report (VII)

glas

Występ Hanny Glas przeciwko Belgijkom stoi pod dużym znakiem zapytania (Fot. Pontus Orre)

Przetrwaliśmy! I nie, wcale nie chodzi tu o rywalizację w grupie C, choć w niej też oczywiście zapisaliśmy na swoim koncie pewne sukcesy. Zdecydowanie większym wyzwaniem okazało się jednak skuteczne poradzenie sobie z … najcieplejszym dniem w historii Wielkiej Brytanii. Fale upałów są wprawdzie w tej części Europy zjawiskiem coraz bardziej powszechnym, ale tym razem pogoda naprawdę przesadziła. Do tego stopnia, że wczorajsze wydania najpopularniejszych brukowców i dzienników w komplecie stanęły do wyścigu o najbardziej krzykliwy i katastroficzny tytuł na pierwszej stronie, a dramatyczne informacje o roztapiającej się pod wpływem gorąca Anglii chwilowo wyparły z nagłówków i Beth Mead i Borisa Johnsona. A to w obecnych czasach naprawdę duże osiągnięcie. Wiele wskazuje jednak na to, że już za moment zarówno piłkarki, jak i ustępujący ze stanowiska brytyjski premier powrócą na należne im miejsca, gdyż środowy poranek przyniósł pierwsze oznaki ochłodzenia, a od jutra powinniśmy na dobre wrócić do warunków, które stereotypowo kojarzą nam się z typowym, angielskim lipcem, czyli dwudziestu stopni na termometrach i kropel deszczu padających z nieba. Po kilkudniowym skwarze zmiany tej wyczekujemy jednak z utęsknieniem, a ponieważ selekcjonerem naszej kadry jest człowiek o pseudonimie Rainman, to już o ogóle wydaje się to kapitalnym prognostykiem przed czekającym nas za chwilę ćwierćfinałem.

Nie jest jednak tak, że do pierwszego od trzynastu lat meczu przeciwko Belgii przystąpimy wolni od wszelkich zmartwień i trosk. Bardzo długo wydawało się, że nas przed i w trakcie angielskiego EURO problemy z niewiadomych względów omijają, ale jak widać przeznaczenia najwyraźniej nie da się oszukiwać w nieskończoność. Szczególnie, że wciąż funkcjonujemy przecież w rzeczywistości wyjątkowej, a koszmarna epidemia, choć nie zbiera już takiego żniwa jak jeszcze kilka miesięcy temu, wciąż nie daje o sobie zapomnieć. Pierwszy sygnał alarmowy pojawił się dzień po meczu z Portugalią, kiedy to objawy choroby wirusowej zgłosiła sztabowi medycznemu jedna z piłkarek. Takiej sytuacji oczywiście nie można było lekceważyć, a przeprowadzone u wszystkich członków szwedzkiej ekipy szybkie testy antygenowe przyniosły niestety trzy wyniki pozytywne. Nazwiska zakażonych osób pozostawały jednak tajemnicą do momentu potwierdzenia wstępnej diagnozy wynikami testów PCR i w tym miejscu musimy naprawdę szczerze i z uznaniem pochwalić fakt, iż dane te rzeczywiście nie ujrzały światła dziennego wcześniej niż było to konieczne. A przecież łatwo domyślić się, że wszelkiego rodzaju domysłów i podchodów oczywiście nie brakowało. Imponująca szczelność bańki informacyjnej w niczym nie zmieniła jednak tego, że Hanna Glas, Emma Kullberg oraz psycholog kadry Rasmus Liljeblad znaleźli się w izolacji, a akurat w szwedzkim obozie jej reguły przestrzegane są w sposób najbardziej surowy spośród wszystkich uczestników EURO. Dwie zawodniczki i lekarz w tej chwili nie mają więc absolutnie żadnej możliwości fizycznego kontaktu z resztą ekipy, którą – podobnie zresztą jak cały zewnętrzny świat – mogą jedynie obejrzeć przez zamknięte okno hotelowe. Posiłki dostarczane są im bezpośrednio pod drzwi pokojów, a rolę dostawczyń pożywienia z własnej, nieprzymuszonej woli wzięły dziś na siebie Fillippa Angeldal i Johanna Kaneryd. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że niebawem nie zwiększy się im zakres obowiązków, gdyż z powodu choroby w środowym treningu nie wzięły udziału także Jennifer Falk, Jonna Andersson oraz Hanna Bennison. W przypadku wymienionego tu tercetu wspomniane testy antygenowe nie wykazały wprawdzie zakażenia koronawirusem, ale w zaistniałej sytuacji będzie trzeba je powtórzyć i z niepokojem czekać na wyniki. A te mogą dość mocno skomplikować nam ostatnie godziny przed piątkowym bojem na Leigh Sports Village.

Nietrudno zauważyć, że wśród zmagających się z infekcjami piłkarek znajdują się dwie boczne defensorki, które odpowiednio na prawej (Glas) i lewej (Andersson) stronie defensywy były ostatnio pierwszym wyborem szwedzkiego selekcjonera. I o ile w przypadku byłej piłkarki Chelsea możemy jeszcze liczyć na cud w postaci uniknięcia najgorszego scenariusza, to jednak trzeba być mentalnie przygotowanym na to, że żadnej z nich jutro na murawie nie zobaczymy. A to z kolei ponownie zmusza Gerhardssona do dokonywania roszad i przesunięć, które ostatnimi czasy nie zawsze przynosiły nam oczekiwane rezultaty. Na stole leżą tak naprawdę dwie opcje: albo powrót do ustawienia z trójką stoperek (w którym nijak nie potrafimy zagrać z poważnymi rywalkami na zero z tyłu), albo zestaw klasyczny z Magdaleną Eriksson obstawiająca lewą flankę. Minimalnie bardziej prawdopodobny wydaje się wariant pierwszy, ale nawet w nim problematyczną kwestią pozostaje obsada wahadeł. W teorii akurat te sektory boiska wydają się mocno zabezpieczone, bo oprócz alternatyw z kategorii jeden do jednego (Amanda Nildén) mamy w kadrze cały wachlarz zawodniczek mających za sobą występy jako wing backs. Do tego grona zaliczyć możemy między innymi Elin Rubensson (dwa sezony jako boczna defensorka Häcken), Johannę Kaneryd (z czasów gry w Djurgården), czy wreszcie Fridolinę Rolfö (od czasu do czasu ustawiana tak przez Jonatana Giraldeza w Barcelonie), co pozornie daje szwedzkiemu szkoleniowcowi całkiem spore pole manewru. Teraz trzeba będzie jednak postawić na to rozwiązanie, które akurat w piątek, 22. lipca 2022 zafunkcjonuje najlepiej na stadionie w Leigh. A to nie jest już aż takie oczywiste i bez względu na treść kolejnych komunikatów medycznych, sztab szkoleniowy czeka jutro jeszcze jedna nieprzespana noc. I tym razem bynajmniej nie ze względu na upał.

Z Belgią do tej pory mierzyliśmy się w oficjalnych meczach czterokrotnie i za każdym razem okazywaliśmy się w bezpośredniej rywalizacji lepsi. Gorąco wierzymy, że prawo serii zadziała także na EURO 2022, choć przygotowania akurat do tego meczu trudno nazwać optymalnymi. W przeszłości zdarzały się jednak turnieje, kiedy to podobnego rodzaju wstrząsy jeszcze bardziej cementowały szwedzką kadrę i okazywały się fundamentem naprawdę wielkich sukcesów. Nieco starszym kibicom nie trzeba chyba przypominać mundialu 2003 w USA, kiedy to swój osobisty dramat tuż przed … ćwierćfinałem z Brazylią przeżyła Caroline Jönsson. Wtedy zatrzymaliśmy się dopiero w finale, teraz musimy wykonać w jego kierunku kolejny krok. I choć nie będzie to zadanie tak łatwe, jak może się niektórym wydawać, to zwycięstwo jak najbardziej pozostaje w naszym zasięgu. A skoro nasza liderka Kosovare Asllani obiecuje na konferencji, że narzucimy Belgijkom tempo, którego rywalki nie będą miały prawa wytrzymać, to pozostaje jej tylko uwierzyć. I czekać, aby słowa te znalazły potwierdzenie na boisku.

The Chester Report (VI)

FX4YddkWQAoxEo5

Tak prezentuje się jedenastka, która właśnie ‘załatwiła’ nam pierwsze miejsce w grupie (Fot. Pontus Orre)

I co, naprawdę było się po co tak denerwować? Miał być przynajmniej jeden gol ze stałego fragmentu, a był … o jeden więcej niż podczas lutowej potyczki z Portugalkami, czyli dokładnie cztery. To znaczy, mówiąc czysto technicznie futbolówka w siatce naszych dzisiejszych rywalek lądowała jeszcze częściej, ale dwukrotnie radości z kolejnego trafienia na EURO pozbawiła nas linia wyznaczająca spalonego. Nie będziemy jednak narzekać, bo bilans szczęścia i pecha ostatecznie i tak wyszedł na zero. Wszak w doliczonym czasie pierwszej połowy francuska sędzia miała pełne prawo odgwizdać przewinienie Amandy Ilestedt, co automatycznie skutkowałoby anulowaniem gola na 3-0. Inna sprawa, że od początku do końca było jasne, że zwycięzca na rozgrzanej niemal do granic murawie Leigh Sports Village mógł być tylko jeden i że w tej właśnie roli wystąpiły dziś szwedzkie piłkarki. Cyferki na tablicy wyników nie były jednak całkowicie bez znaczenia, gdyż cały czas toczył się korespondencyjny pojedynek z Holenderkami o to, kto nastrzela ostatnim grupowym rywalkom więcej bramek. A grać zdecydowanie było o co, bo awans z pierwszego miejsca oznaczał nie tylko potencjalnie łatwiejszego przeciwnika w ćwierćfinale, ale także perspektywę rozegrania tego arcyważnego meczu na znanym nam już stadionie, który na dodatek usytuowany jest w pobliżu naszej turniejowej bazy. A nie od dziś wiadomo, że im mniej przejechanych na turnieju kilometrów, tym lepiej dla organizmów. Oczywiście, na pewno nie będzie to w najbliższy piątek czynnik decydujący, ale jednak miło wchodzić w fazę pucharową z perspektywą, że dalsza wyprawa czeka nas dopiero na finał. Tak, tak, pod warunkiem, że w nim zagramy, a szanse na to są wciąż dokładnie takie same jak przed Holandią, czy po Szwajcarii. I niech to wybrzmi jasno i głośno.

Wracając do dzisiejszego popołudnia, najprościej byłoby podsumować je stwierdzeniem o perfekcyjnie wykonanym planie i w tym miejscu zakończyć analizę. Już przed turniejem wiedzieliśmy, że układ meczów jest dla nas o tyle sprzyjający, że z Portugalkami zmierzymy się w trzeciej kolejce, kiedy to nasze rywalki będą już mocno podmęczone niezwykle intensywnymi potyczkami ze Szwajcarią i Holandią. Taki stan rzeczy mocno utrudniał im złapanie właściwego dla siebie rytmu, co najbardziej dobitnie widać było po bohaterce poprzedniego tygodnia Jessice Silvie. Dynamiczna skrzydłowa cały czas wykazywała chęć do gry, kilkukrotnie dała próbkę nieprzeciętnych umiejętności technicznych, ale jednak widoczny dla wszystkich był fakt, że ciało, a mówiąc bardziej precyzyjnie nogi, nie zawsze nadążają za głową. Względy motoryczne nie były jednak największą zmorą Portugalek, które raz jeszcze przeprowadziły bezpłatny pokaz tego, jak nie należy zachowywać się w okolicach własnego pola karnego podczas stałych fragmentów. I zanim przejdziemy w tym względzie do pochwał w kierunku naszych piłkarek (a dziś jak najbardziej chwalić jest za co!), to musimy zaznaczyć, że tym razem rywalki specjalnie nam w poprawianiu indywidualnych statystyk nie przeszkadzały. Czy ta niefrasobliwość również mogła być efektem grania trzeciego meczu o punkty w odstępie ośmiu dni? A może to szwedzka siła ofensywna okazała się aż tak imponująca? Cóż, prawda – jak to często bywa – leży zapewne gdzieś pośrodku.

Ponieważ jednak po wysokim zwycięstwie na EURO, a przy okazji pierwszym na turnieju czystym koncie po stronie Hedvig Lindahl, powinno być przede wszystkim miło, to teraz przyszedł czas na laurki w stronę bohaterek z Leigh. W tej roli wystąpiła dziś przede wszystkim kapitanka Kosovare Asllani, która ponownie zagrała fenomenalne zawody z opaską na ramieniu. Pomocniczka Milanu doskonale weszła w mecz, a później … było jeszcze lepiej. I nawet jeśli Portugalki stosunkowo szybko połapały się, że to właśnie ze strony Kosse czyha na nie największe zagrożenie, to niewiele mogły w tym temacie zdziałać. A rozegranie rzutu wolnego przed golem na 2-0, poprzedzone krótką wymianą zdań między Asllani i Jonną Andersson, niech na zawsze pozostanie dla nas obrazkiem numer jeden tego popołudnia. I jeśli ktoś z niewiadomych powodów zdecydował się nie oglądać dzisiejszej batalii w Leigh, to przynajmniej ten moment powinien jak najszybciej nadrobić. Kolejne udane zawody w reprezentacyjnej koszulce ma za sobą także Filippa Angeldal, która jednak tym razem wystąpiła przede wszystkim w nieco mniej typowej dla siebie roli egzekutorki. Liczby wykręcane w kadrze w roku 2022 przez piłkarkę Manchesteru City absolutnie nie przestają imponować, a coś mówi nam, że nie było to jeszcze jej ostatnie słowo. Mały plusik stawiamy także przy nazwisku Stiny Blackstenius, która na (uznanego) gola musiała czekać aż do 91. minuty, ale gdy już wreszcie skutecznie zdjęła pajęczynę z portugalskiej bramki, to uczyniła to w stylu idealnie nadającym się na otwarcie dzisiejszych serwisów sportowych. Trafienie to było o tyle istotne pod względem psychologicznym, że pierwszy gol na dużym turnieju to dla napastniczki zawsze swego rodzaju przełamanie i ulga. A przy okazji w końcu udało się też ukłuć Portugalki z gry, więc nikt nie będzie mógł narzekać, że to zwycięstwo to tak właściwie dzięki stałym fragmentom. Póki co czeka nas jednak gorąca w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa noc, a jutro udajemy się do klimatyzowanego pomieszczenia i z zainteresowaniem obserwujemy ostateczne rozstrzygnięcia w grupie D. Preferencji w temacie wymarzonych przeciwniczek absolutnie nie mamy, choć w sumie dawno nie graliśmy meczu o punkty na przykład z taką Belgią. Coś jednak mówi nam, że ostatecznie skończy się na jeszcze jednym starciu z Włoszkami, ale kto by nie stanął na drodze, cel pozostaje niezmienny. Podobnie zresztą, jak droga, którą do niego zmierzamy. Trzymajcie się, pozdrowienia z pierwszego miejsca w grupie, fajnie tu!

The Chester Report (V)

swesup

Na trybunach w Leigh zasiądzie około 1500 szwedzkich kibiców (Fot. Pontus Orre)

Wczoraj Norwegia, dziś Dania, a jutro … też jest dzień. Nie da się jednak ukryć, że jak dotąd EURO 2022 z całą pewnością nie jest imprezą skandynawskich drużyn. Bo odpaść, nawet w fazie grupowej, jak najbardziej można, ale zarówno zespołowi prowadzonemu przez Martina Sjögrena, jak i podopiecznym Larsa Søndergaarda do awansu zabrakło zdecydowanie więcej niż sugerowałyby suche wyniki. A i one nie prezentują się przecież jakoś specjalnie imponująco. Oczywiście, te skądinąd nierówne boje odpowiednio z Austrią i Hiszpanią absolutnie nie wzięły się znikąd, ale nad problemami naszych nordyckich przyjaciół pochylimy się chyba przy nieco innej okazji. A to dlatego, że za kilkanaście godzin sami staniemy do rywalizacji, w której marginesu na błąd zwyczajnie nie będzie, a ewentualna wpadka sprawi, że mocno przedwcześnie przyszłoby nam podzielić norwesko-duński los.

Takiego scenariusza nie bierzemy rzecz jasna w ogóle pod uwagę, ale gdy jeszcze kilkanaście dni temu wizualizowaliśmy sobie angielski turniej, to wieńczący grupowe zmagania mecz z Portugalią zdecydowanie nie jawił nam się jako nieformalna potyczka w ramach 1/8 finału. Jasne, nie jest to do końca prawda (wszak do awansu do kolejnej fazy szwedzkim piłkarkom w zupełności wystarcza remis), ale w jakimś sensie zagramy jutro o wszystko z zespołem, który o swoim udziale w turnieju finałowym dowiedział się przed kilkoma tygodniami. I choć będziemy w tej rywalizacji wyraźnymi faworytkami, to nie możemy nieobliczalnego przeciwnika lekceważyć. Futbolowa rzeczywistość wygląda bowiem tak, że póki co to zawodniczki z Półwyspu Iberyjskiego strzeliły na angielskich boiskach więcej goli, a dynamiczna i eksplozywna Jessica Silva zachwyciła nas do tego stopnia, że ani trochę nie zazdrościmy w tej chwili naszym bocznym defensorkom tego, co może czekać je za kilkanaście godzin na murawie stadionu w Leigh. Tym bardziej, że zarówno Holenderki, jak i Szwajcarki momentami potrafiły wsadzić szwedzkie obrończynie na niezbyt przyjemną karuzelę. Doceniając klasę pomocniczki Benfiki, pamiętamy jednak także o zdecydowanie słabszych punktach portugalskiej kadry. A tych zarówno po lutowym meczu towarzyskim (kto by wtedy pomyślał, że tak szybko i w takich okolicznościach dojdzie do powtórki), jak i po dwóch kolejkach EURO wynotowaliśmy naprawdę wiele. Podstawowe błędy w kryciu przy stałych fragmentach, pozostawianie zdecydowanie zbyt dużo wolnej przestrzeni tuż przed własną szesnastką, czy wreszcie ubytki motoryczno-szybkościowe to tylko niektóre z nich. A układa się to wszystko o tyle szczęśliwie, że w kadrze mamy zawodniczki wręcz stworzone do tego, aby z tych niedoskonałości skorzystać. Tyle tylko, że w podobny sposób ocenialiśmy to już przed Szwajcarią, a boiskowa rzeczywistość ostatecznie znacząco różniła się od tej z naszych wyobrażeń. Nie chce się jednak wierzyć, żeby kilka z naszych planów A nie zafunkcjonowało skutecznie w przynajmniej jednym meczu grupowym, w związku z tym obstawiamy jutro przynajmniej jednego szwedzkiego gola po stałym fragmencie i jednego po dośrodkowaniu spod linii końcowej. I tej wersji, przynajmniej do godziny 19:00, będziemy się mocno trzymać.

Jeśli chodzi o kwestie pozasportowe, to na pierwszy plan zdecydowanie wysunęły się w tej chwili dwa tematy. Pierwszy, zdecydowanie mniej zagmatwany, dotyczy kontuzji stopy Caroline Seger, która z tego właśnie powodu opuściła przedmeczowy trening. Szwedzka kapitanka na pewno znajdzie się jutro w kadrze meczowej, ale jej występ w większym wymiarze czasowym wydaje się jednak mało prawdopodobny, co otwiera selekcjonerowi furtkę do nieco bardziej odważnych rotacji w drugiej linii. Inną gorącą kwestią pozostaje także stan murawy w Leigh, krytykowany solidarnie przez szwedzkie zawodniczki i sztab szkoleniowy. Podczas ostatniej konferencji Peter Gerhardsson starał się stosować klasyczny, nordycki humor, obracając ten problem w żart, ale nienaturalnie sucha nawierzchnia, choć identyczna dla obu ekip, z pewnością nie będzie naszym sprzymierzeńcem. Szwedzki trener był jednak wdzięczny, że na tej przypominającej nieco sztuczną murawę płycie udało się przeprowadzić jeden oficjalny trening i teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że spędzony na niej czas nie okaże się ostatecznie czasem zmarnowanym. Bo na gruntowne zabiegi last minute liczyć raczej nie możemy, a ewentualne zroszenie na dłuższą metę wiele nam nie pomoże. Jutrzejsze popołudnie w obszarze metropolitalnym Manchesteru zapowiada się bowiem niezwykle sucho i upalnie, a warunki mogą okazać się zbliżone do tych, które towarzyszyły nam podczas ćwierćfinału francuskiego mundialu. Oby podobny okazał się także końcowy wynik, bo na wszystkich lokalnych stacjach i we wszystkich galeriach handlowych mijamy ogłoszenia przestrzegające przed dalekimi podróżami podczas trzech najbliższych dni. A skoro mądrzy ludzie radzą, to warto się to ich zaleceń stosować i w drogę powrotną do domu wybrać się nieco później. Całkiem ciekawą datą wydaje się tu na przykład 1. sierpnia.

PS. ale gdyby ktoś myślał, że prognozowane podczas jutrzejszego meczu 34 stopnie w cieniu to ostatnie słowo angielskiej pogody, to zdecydowanie tak nie jest. Grupa D rozegra swoje mecze w jeszcze bardziej upalny poniedziałek (choć tam mają to szczęście, że pierwszy gwizdek zaplanowano im na godzinę 20:00), a we wtorek słupki rtęci mają dobić nawet do czterdziestki. Atmosfera schłodzi nam się dopiero na ćwierćfinały, ale zrobi to w stylu nie gorszym niż występ Beth Mead przeciwko Norwegii, czyli gwałtownie i konkretnie.

The Chester Report (IV)

swesui

Pierwsze zwycięstwo na turnieju nie zawsze wywołuje entuzjazm (Fot. Pontus Orre)

Trzy punkty – są. Druga na turnieju asysta Kosovare Asllani – jest. Fridolina Rolfö udowadniająca, że Diamentowa Piłka trafiła w jej ręce absolutnie zasłużenie – odhaczone. Zmienniczki w osobach Kaneryd, Bennison i Blomqvist potwierdzające słowa selekcjonera, że zdecydowanie ważniejsze od składu personalnego wyjściowej jedenastki bywa to, kto mecz kończy – jak najbardziej. W jakich zatem nastrojach opuszczamy gościnne i żółto-niebieskie w ostatnich dniach Sheffield? Ujmiemy to dyplomatycznie: bywało lepiej. A to dlatego, że w tym miejscu zakończyliśmy właśnie wyliczanie pozytywów po wymęczonym zwycięstwie nad osłabioną Szwajcarią. No dobrze, moglibyśmy jeszcze dopisać do listy heroiczną interwencję Nathalie Björn, dzięki której nie wpadliśmy w pewnym momencie w jeszcze większe tarapaty, ale przecież środowe popołudnie na Bramall Lane miało od początku do końca wyglądać zupełnie inaczej. To nasze przeciwniczki miały tego dnia zmierzyć się z przeszkodami nie do pokonania, a my – śladem Niemek, Angielek i Austriaczek – mieliśmy ich słabości wypunktować. Tyle tylko, że teoria swoje, a praktyka swoje. I nawet jeśli możemy spierać się do tego, czy gol autorstwa Rebecki Blomqvist rzeczywiście padł z milimetrowego spalonego, to w niczym nie zmienia to faktu, że występ szwedzkich piłkarek daleki był od poziomu, którego mamy prawo od tego zespołu oczekiwać. I może to nawet lepiej, że w samej końcówce wyniku nie udało się podreperować, bo ewentualne 4-1 lub 5-1 mocno zaciemniłoby niektórym ekspertom i kibicom meczowy obraz. Podobnie zresztą jak już wiele razy w przeszłości.

Kto zaglądał tutaj regularnie przed turniejem, ten doskonale wie, jak wiele miejsca poświęciliśmy dyskusjom na temat niedostatków szwedzkiej defensywy, ze szczególnym uwzględnieniem pozycji bramkarki. I po dwóch meczach angielskiego EURO trzeba ze smutkiem przyznać, że obawy te nie były bynajmniej na wyrost. Tak, w latach 2015-2016 Hedvig Lindahl była postacią numer jeden w szwedzkiej kadrze, ale jak widać nie ma przypadku w tym, że w madryckim Atletico rywalizację o miejsce między słupkami nasza doświadczona golkiperka przegrywała najpierw z Pauline Peyraud-Magnin, a następnie z Dolores Gallardo. Z drugiej strony, nawet podczas dwuletniego, hiszpańskiego epizodu Lindahl przytrafiały się także pojedyncze występy iście kapitalne, ze szczególnym uwzględnieniem starć z FC Barceloną. Czy zatem możemy mieć nadzieję, że również w reprezentacji przełamanie nastąpi w najbardziej kluczowym momencie? Cóż, po wiosennych meczach towarzyskich, a także dwóch potyczkach na EURO trudno znaleźć ku temu racjonalne przesłanki, ale jednak cały czas mówimy przecież o piłkarce wybitnej, a przy tym niesamowicie ambitnej i świadomej. Ani trochę nie zdziwimy się zatem, jeśli na przykład za nieco ponad tydzień szwedzka golkiperka kolejny już raz w swojej karierze stanie się bohaterką pozytywną. A dzisiejsze dywagacje zakończmy ponownymi podziękowaniami w kierunku Nathalie Björn i jej głowy, która znalazła się tam, gdzie akurat znaleźć się powinna. Bo gdyby było inaczej, to zrobiłoby się naprawdę niewesoło …

Zgodnie z naszymi zapowiedziami, Gerhardsson wrócił dziś do ustawienia sprawdzonego i wielokrotnie zweryfikowanego przez boisko. Czwórka defensorek miała gwarantować stabilizację w tyłach, ale jeszcze przed przerwą aż dwa razy o szybsze bicie serc przyprawiła nas Magdalena Eriksson. Sporo uwag mieliśmy także do postawy Hanny Glas, która w pomeczowych statystykach nie wygląda może najgorzej (ale to głównie zasługa równie bezbarwnych Aigbogun i Reuteler), ale na boisku pożytku z prawego wahadła nie mieliśmy w zasadzie żadnego. A przecież aż prosiło się o to, aby niestanowiące przecież w tym sektorze boiska monolitu rywalki nacisnąć zdecydowanie mocniej, próbując zmusić je do błędów. To zapewniłoby przy okazji wsparcie dla Liny Hurtig, która starała się pozostawać pod grą, ale momentami była w swoich ofensywnych poczynaniach całkowicie osamotniona. Podobnie zresztą jak Stina Blackstenius, która na dodatek najwyraźniej przypomniała sobie czasy gry w Linköping, kiedy to jej znakiem firmowym numer jeden były taśmowo marnowane okazje bramkowe. Demony przeszłości z pełną mocą powróciły dziś na Bramall Lane i znów pozostaje wierzyć, że jest to wyłącznie stan przejściowy. Niezwykle trudno ocenić za to postawę szwedzkiej drugiej linii, która od gry odcinana była w równym stopniu przez Szwajcarki, co przez … koleżanki z formacji defensywnej. Oczywiście, długie, prostopadłe piłki miały być jednym z flagowych pomysłów na drugą i trzecią kolejkę fazy grupowej, ale szczególnie w rywalizacji z Helwetkami aż prosiło się o częstsze łamanie schematu i oddanie futbolówki pod nogi Seger lub Angeldal. Poza pierwszym kwadransem żadna z naszych środkowych pomocniczek nie była jednak pierwszoplanową postacią w kreacji, co mocno ograniczyło nam arsenał ofensywnych opcji.

Całe szczęście, że po murawie w Sheffield biegała Fridolina Rolfö, która najpierw sama pokonała Thalmann (kapitalna asysta Asllani, który to już raz?), a następnie miała niezwykle istotny udział przy efektownym trafieniu Hanny Bennison. W tej ostatniej sytuacji największe brawa i ukłony należą się jednak Johannie Kaneryd, która pojawiła się na placu gry w 68. minucie i pokazała to, co doskonale znają kibice regularnie odwiedzający Bravida Arenę. Intensywność, przebojowość, szczypta szaleństwa – to wszystko wystarczyło, aby zapisać na swoim koncie decydujący odbiór, który – jak się miało chwilę później okazać – załatwił nam trzy punkty. Swój kwadrans dostała od selekcjonera także Rebecka Blomqvist i nie da się ukryć, że wejście zawodniczki Wolfsburga również należało do tych, które niewątpliwie zostaną dobrze zapamiętane. Inna sprawa, że w tej fazie meczu Szwajcarki zostawiały nam tak dużo przestrzeni do gry, że na tle tak wyglądającego motorycznie rywala nietrudno było pokazać się z korzystnej strony. Szczególnie w sytuacji, gdy samemu dysponowało się świeżym zapasem sił. Ani trochę nie zdziwimy się jednak, jeśli przeciwko Portugalii grę Johanny Kaneryd będziemy mogli podziwiać w nieco dłuższym wymiarze czasowym.

No dobrze, nie był to na pewno wybitny dzień szwedzkiego piłkarstwa, ale jednak przesadą byłoby kończyć go w minorowych nastrojach. Opuściliśmy ostatnie miejsce w grupie (oby już na zawsze), mamy pierwsze na turnieju zwycięstwo, a z wielu uwydatnionych dziś problemów doskonale zdawaliśmy sobie przecież sprawę tydzień, miesiąc, czy pół roku temu. A jeśli ktoś z zupełnie nieracjonalnych powodów uległ złudzeniu, że oto nagle staliśmy się Anglią, Francją, czy Hiszpanią … nic na to nie poradzimy, bo żadną z tych nacji ani nie jesteśmy, ani nie będziemy, ani nawet do takiego miana nie aspirujemy, co zresztą do znudzenia było tu podkreślane. I jeżeli rzeczywiście pozostaniemy w Anglii jeszcze ze dwa tygodnie (bo w sumie czemu nie, choć trochę gorąco), to zrobimy to we własnym, szwedzkim stylu. A szanse na ewentualny sukces oceniam dokładnie tak samo, jak przed pierwszym gwizdkiem na EURO. Czyli, mówiąc w największym uproszczeniu, atakujemy z drugiego szeregu i trafiamy z najlepszym dniem wtedy, kiedy będziemy go najbardziej potrzebować. Kilka razy się sprawdziło, więc czemu by nie teraz? Trzymajcie się zdrowo, do następnego razu!

The Chester Report (III)

chester

Otwarty trening szwedzkiej kadry w bazie w Chester (Fot. Pontus Orre)

Nie, to nie będzie kolejny z tekstów o wczorajszej klęsce reprezentacji Norwegii. A przynajmniej nie tylko. Choć podopieczne Martina Sjögrena naprawdę mocno postarały się, aby we wtorkowe popołudnie stać się bohaterkami numer jeden każdego piłkarskiego nagłówka. A konkurencję miały sporą, bo przecież zarówno grające wspaniały koncert Angielki, jak i całkowicie bezużyteczny i ponownie oblewający egzamin futbolowej dojrzałości system VAR także zrobiły w tym celu naprawdę wiele. Tyle tylko, że całkowicie niespodziewana bezradność, mieszająca się momentami z kompletnie nieuzasadnioną agresją (starcie Celin Bizet Ildhusøy z Leah Williamson) w wykonaniu norweskiego zespołu stała się obrazkiem, który już na zawsze pozostanie z nami jako jeden z symboli EURO 2022. I nie zmaże go ani ewentualne zwycięstwo nad Austrią, ani nawet dobrze zagrany ćwierćfinał, choć w ten ostatni scenariusz w Oslo, Trondheim, czy Bergen nie wierzy już chyba nikt. Bądźmy szczerzy, gdyby ktoś przypadkowo włączył wczorajsze starcie, to mógłby pomyśleć, że w czerwono-granatowych strojach biegają po murawie w Brighton Łotyszki, Macedonki lub reprezentantki Luksemburga. Ale o ile w przypadku tych amatorskich reprezentacji klęska w rywalizacji z drużyną Sariny Wiegman była niejako wliczona w koszty, o tyle w przypadku trenujących na co dzień w naprawdę wielkich klubach Norweżek o żadnych okolicznościach łagodzących nie może być mowy. I choć wciąż mamy ogromny szacunek do fantastycznej kadencji trenera Sjögrena w Linköping, to musimy jasno stwierdzić, że ten związek przyszłości zdecydowanie nie ma i w sztabie szkoleniowym kadry naszych sąsiadek czas na radykalne zmiany. A moment na to o tyle dobry, że tamtejsza reprezentacja do lat dziewiętnastu właśnie była o kilkanaście sekund od dogrywki w finale EURO w swojej kategorii wiekowej. Wracając jednak do Anglii i spraw bieżących, nie da się ukryć, że pierwszy tydzień turnieju upłynął nam pod znakiem kompromitacji Dunek, a na początek drugiego ich niechlubny wyczyn o dwie długości (dosłownie i w przenośni!) postanowiły pobić Norweżki. Ech, i kto znów musi bronić honoru Skandynawii?

No właśnie, remis na otwarcie za nami, ale wszyscy czekają już na pierwsze podczas tej imprezy trzy punkty, aby wreszcie stworzyć sobie okazję do pełnowymiarowej celebracji. Przygotowania do misji Szwajcaria ruszyły już na dobre, choć poniedziałek upłynął naszym kadrowiczkom pod znakiem testowania i otwartego treningu. A na ten ostatni nadspodziewanie licznie zjechali się do Chester szwedzcy sympatycy, którzy na swoją bazę wypadową podczas EURO wybrali Sheffield, Manchester, czy Wigan. Dobrą wiadomością była z pewnością ta o braku zarówno poważnych kontuzji, jak i problemów natury wirusowej. A trzeba uczciwie przyznać, że zarówno jedne, jak i drugie skutecznie zdążyły już zdziesiątkować w ostatnich dniach niejeden zespół. Zdecydowanie najmniej fortunny los na loterii wyciągnęły jednak Szwajcarki, które najpierw przez pierwsze dwa dni nie mogły przeprowadzać regularnych jednostek treningowych ze względu na fatalny stan murawy w Leeds, następnie wypuściły w rąk komplet punktów w wydawałoby się kontrolowanym przez siebie meczu z Portugalią, a następnie nabawiły się poważnych problemów żołądkowych, co sprawiło, że przez krótką chwilę środowy mecz stanął pod wielkim znakiem zapytania. Nastroje uspokoił nieco oficjalny komunikat szwajcarskiej federacji, ale nie da się ukryć, że Helwetki udadzą się do Sheffield mocno poturbowane i to bez względu na to, na jakie ustawienie zdecyduje się ostatecznie Nils Nielsen. A problemy grenlandzkiego szkoleniowca w tym miejscu się tak naprawdę dopiero zaczynają, gdyż prowadzony przez niego zespół ewidentnie nie przeżywa w ostatnich miesiącach gwiezdnego czasu. Szwajcarki dopiero co przyjęły siedem goli od Niemek, cztery od Angielek, trzy od Austriaczek, a chwilę wcześniej nie potrafiły pokonać rywalek pokroju … Rumunii czy Irlandii Północnej. Z w miarę poważnych przeciwniczek raz udało im się ograć jedynie Włoszki, choć z zaznaczeniem, że wywalczoną z trudem i mozołem w sycylijskim Palermo zaliczkę i tak koncertowo roztrwoniły w starciu rewanżowym. Na uwagę zasługują przede wszystkim stosunkowo mało ekskluzywne statystyki defensywne, gdyż Helwetki w obecnym roku kalendarzowym zdążyły już stracić dwadzieścia goli. Na usta sama ciśnie się w tym momencie kąśliwa uwaga o dziurawym serze, ale mając na uwadze szczególne okoliczności, nie będziemy tym razem kopać leżącego. Tym bardziej, że właśnie trzy filary defensywy naszych środowych rywalek znalazły się wśród najmocniej dotkniętych leżącym u źródła poważnych kłopotów gastrycznych nieszczęsnym norowirusem.

W szwedzkim obozie wczoraj na pytania dziennikarzy odpowiadały Johanna Kaneryd i Fridolina Rolfö, ale spora część konferencji została zdominowana właśnie przez wspomniane już zakażenia w obozie szwajcarskim. Nic więc dziwnego, że nieco więcej spokoju miał tym razem selekcjoner Gerhardsson, a ekspercką wiedzą mógł popisać się główny lekarz kadry Houman Ebrahimi. Wygłoszone zostało zapewnienie o ciągłym monitorowaniu sytuacji oraz o ścisłym przestrzeganiu wszelkich zasad higieny w najbliższym otoczeniu reprezentantek Szwecji. Choć oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nasze rywalki także nie spodziewały tak soczystego ciosu wyprowadzonego tuż przed kluczowym dla nich meczem na angielskim turnieju. Słowa wsparcia i pocieszenia w kierunku Szwajcarek zgodnie słały zresztą również wspomniane Rolfö i Kaneryd. Gwiazda Barcelony zauważyła, że obecna sytuacja nie ułatwia także zadania Szwedkom, zaznaczając jednak szybko, że z dwóch szykujących się do meczu na Bramall Lane ekip to Helwetki mają na tę chwilę zdecydowanie większy problem. Raport medyczny zakończyliśmy jeszcze informacją, że jutro do gry od pierwszej minuty gotowa będzie Stina Blackstenius, a decyzja o tym, w jakim wymiarze ujrzymy na placu gry napastniczkę Arsenalu, zależeć będzie wyłącznie od sztabu szkoleniowego. Ofensywne piłkarki londyńskiego klubu jak dotąd ewidentnie mają podczas trwającego EURO dobre statystyki, więc ani trochę nie obrazilibyśmy się za kontynuację. Tym bardziej, że okazja do ich podreperowania wydaje się być wprost wyśmienita. Ale zanim to, czeka nas jeszcze jedna noc w roli outsidera turniejowej grupy C. I jeśli upłynie nam ona względnie spokojnie i bez turbulencji w wersji last minute, to jutro wieczorem słyszymy się w już w zupełnie innych rolach. A za to warto trzymać kciuki, gdyż ta impreza zaledwie po kilku dniach trwania już zdążyła przynieść nam wysyp nieoczywistych i niełatwych wyzwań. A kolejnym, które możemy dopisać do listy, będzie nadchodząca właśnie nad Anglię fala upałów. O niej więcej już jednak następnym razem.