Zwycięstwo w stylu lagom

contentlarge

Dwa mecze i już – Szwecja w 1/8 finału (Fot. Getty Images)

Słowa lagom nie da się niestety dosłownie przetłumaczyć na żaden inny język, a szkoda, gdyż to właśnie ono najlepiej opisałoby styl, w którym kadra Petera Gerhardssona zapewniła sobie drugie zwycięstwo na francuskim mundialu. Szwedzkie piłkarki zrobiły dziś dokładnie tyle, ile trzeba było, aby już po dwóch rozegranych meczach zapewnić sobie awans do 1/8 finału. Nawet prażące z minuty na minutę coraz mocniej śródziemnomorskie słońce nie przeszkodziło naszym reprezentantkom w pokazaniu kilku zagrań, które skutecznie napędzały do jeszcze głośniejszego dopingu będącą na nicejskim stadionie w zdecydowanej większości niebiesko-żółtą część publiczności. I trochę szkoda tylko tego czystego konta Hedvig Lindahl, choć z drugiej strony ekspresyjna radość Tajek po zdobyciu honorowego gola wynagrodziła chwilowy smutek nawet szwedzkim kibicom, którzy w komplecie nagrodzili wysiłek rywalek z Azji gromkimi oklaskami.

Sam mecz nie był widowiskiem, które stanie się za kilkadziesiąt lat symbolem trwającego właśnie turnieju, ale przecież nie takie były nasze ambicje i plany. Analizując jednak boiskowe wydarzenia że szwedzkiej perspektywy, nie sposób nie zauważyć jak wiele spośród nakreślonych przez Gerhardssona zadań, zostało przez jego podopieczne zrealizowanych. Miał być gol po stałym fragmencie? Nie ma sprawy; już w 6. minucie Elin Rubensson dośrodkowała z rzutu wolnego, a Linda Sembrant wbiegła pomiędzy mające ogromne problemy z kryciem tajskie defensorki i strzałem głową otworzyła wynik spotkania. Gol po wrzutce z bocznego sektora? Odhaczone; tym razem asystowała Magdalena Eriksson, a akcję wykańczała Lina Hurtig. Swoją drugą bramkę na finałach we Francji zapisała na swoim koncie także Kosovare Asllani, choć trzeba oddać, że akurat przy tym trafieniu spory udział miała tajska golkiperka Waraporn Boomseng, która interweniowała tak nieszczęśliwie, że w wyniku jej parady futbolówka znalazła się pod nogami pomocniczki Linköping. Do tego wszystkiego dodajmy jeszcze strzał-marzenie Fridoliny Rolfö i już tych powodów do radości zebrało się całkiem sporo. Gdyby szukać po dwóch meczach mundialu jakichś minusów, to na pewno martwić może fakt, że w starciach z dwójką teoretycznie najsłabszych rywalek nie przełamała się żadna ze szwedzkich środkowych napastniczek. Blackstenius, Anvegård i Larsson w komplecie zaprezentowały się już kibicom na francuskich boiskach (w różnym wymiarze czasowym), ale żadna z nich nie znalazła jeszcze sposobu na skierowanie piłki do siatki. Dopóki regularnie strzelają inne, nie jest to podstawowym powodem do zmartwień, ale jednak trzeba podkreślić, że akurat tego elementu planu na fazę grupową nie udało się jak dotąd wykonać. Może w Hawrze klimat będzie nieco bardziej sprzyjał naszym snajperkom?

A Tajki? Cóż, one najpewniej zakończą swój mundial czwartkowym meczem przeciwko Chile, ale nie będą bynajmniej wspominać go jedynie przez pryzmat rekordowej porażki z USA. Akcja z pierwszej minuty doliczonego czasu gry, gdy Kanjana Sungngoen najpierw idealnie wyszła w tempo do prostopadłej piłki zagranej przez koleżankę, a następnie wygrała pojedynek biegowy z Lindą Sembrant i sfinalizowała kontrę swojego zespołu celnym strzałem w krótki róg bramki Hedvig Lindahl, nieprzypadkowo wzbudziła w tajskim obozie aż tak emocjonalną reakcję. Nie był to przecież pierwszy w historii gol czwartej ekipy poprzedniej edycji Pucharu Azji w finałach MŚ, ale był on z pewnością najbardziej spektakularny i na dodatek strzelony rywalowi, który jak dotąd nie opuścił żadnego mundialu. Mająca ewidentnie instynkt snajperski Sungngoen, czy też przerywająca często w brawurowym stylu szwedzkie ataki Natthakarn Chinwong z pewnością zasługują na to, aby jeszcze kiedyś zagrać na tak wielkiej imprezie, ale o tym, czy tak się stanie, zadecyduje najpewniej tajska federacja i jej podejście do reprezentacji, która naprawdę ma potencjał, aby rzucać kolejne wyzwania silniejszym od siebie. Teraz jedynie chodzi o to, aby dostrzegli to nie tylko szwedzcy kibice.

Reklamy

Wygrać awans … i spokój

jubel_lattnad

We wtorek długo czekaliśmy na gola otwierającego wynik (Fot. Getty Images)

Jak trudno przygotować się do meczu z rywalem, który przed kilkoma dniami poniósł najbardziej dotkliwą porażkę w historii? Czego możemy spodziewać się po rozbitych, lecz bardzo chcących odzyskać radość z turnieju Tajkach? Te pytania tak bardzo siedzą nam w głowach, że trochę zapominamy o tym, iż jedna przegrana – nawet taka różnicą trzynastu goli – z mundialu jeszcze nie eliminuje. Czwarty zespół ubiegłorocznego Pucharu Azji cały czas ma pełne prawo marzyć o awansie do 1/8 finału, a naszym zadaniem będzie to, aby szanse na zrealizowanie tych planów ograniczyć do absolutnego minimum. Zgadzając się całkowicie ze słowami Petera Gerhardssona, że roli faworytek w tym starciu nie należy się bać, musimy jutro potraktować reprezentację Tajlandii jako pełnoprawnego uczestnika francuskiej imprezy. Jeśli bowiem zbyt mocno utrwalą się nam obrazki z Reims przedstawiające Azjatki jako zupełnie rozbitą ekipę, to na nicejskiej ziemi czeka nas kolejna tego lata próba nerwów.

Jutro spodziewamy się raczej podobnego obrazu meczu, co w miniony wtorek w Rennes, a jedyna różnica polegać ma na tym, że rozmontowanie defensywnych zasieków rywala zajmie szwedzkim piłkarkom nieco mniej czasu. Jedną z dróg prowadzącą do osiągnięcia tego celu ma być wykorzystanie chyba najbardziej oczywistej przewagi, jaką niewątpliwie stanowią warunki fizyczne. Zarówno przy dośrodkowaniach z bocznych sektorów boiska (nie powinno ich jutro zabraknąć), jak i przy stałych fragmentach gry, wzrost naszych zawodniczek będzie przecież nie lada atutem. Czy ćwiczone bez wytchnienia podczas obozu przygotowawczego w Skanii rzuty wolne i rożne przełożą się wreszcie na bramkową zdobycz? Z Chilijkami się nie udało, choć w jednym przypadku wystarczyło, aby Nilla Fischer ruszyła w tempo do futbolówki zgranej przez Sembrant i obejrzelibyśmy prawdopodobnie najbardziej efektownego gola na tegorocznym mundialu. Ale nic to, może wszystko zagra właściwie już przy następnej okazji, która najpewniej nadarzy się jutro. Przed kilkoma dniami Amerykanki pokazały nam, że grając przeciwko Tajkom kluczem do sukcesu jest między innymi precyzja, więc warto zadbać o to, aby szczególnie piątce naszych pomocniczek w żadnym momencie meczu jej nie zabrakło. I to bez względu na widniejący akurat na tablicy wyników rezultat. Jeśli bowiem nie pozwolimy przeciwniczkom na nawet chwilowe przejęcie kontroli nad meczem, to żadna przykra niespodzianka nie powinna się nam przytrafić. Ale, jak to zwykle bywa, koncentracja musi zostać utrzymana na najwyższym możliwym poziomie.

Zdobycie trzech punktów na Tajlandii ważne jest z przynajmniej kilku powodów. Najważniejszym z nich jest zdecydowanie przyklepanie awansu do 1/8 finału, co oznaczać będzie zrealizowanie absolutnego planu minimum na ten turniej już po dwóch meczach. Kończące zmagania w grupie F starcie z Amerykankami na stadionie w Hawrze byłoby w takim układzie batalią jedynie o pierwsze miejsce, a taki scenariusz jest nam jak najbardziej na rękę. W meczu w Nicei szwedzki selekcjoner szukać będzie jednak nie tylko zwycięstwa, ale także przełamania kilku piłkarek, które przeżywają obecnie nieco gorszy czas w swojej reprezentacyjnej karierze. Gdyby i ten cel został zrealizowany, a dodatkowo uda się uniknąć niepotrzebnych kartek i kontuzji, będzie można mówić o pełnym szczęściu. Zadaniem numer jeden niezmiennie pozostaje jednak to, aby za kilkanaście godzin można było już oficjalnie ogłosić, że reprezentacja Szwecji jest jedną z szesnastu najlepszych drużyn tych mistrzostw. I żeby awans ten został wywalczony w stylu, z którego będziemy przynajmniej w znacznym stopniu zadowoleni.

 

Late, late show

RH_Y5203_2019061162357336

Kosovare Asllani pokonuje chilijską bramkarkę (Fot. FIFA)

0-0 do przerwy? Nic nie szkodzi! Kadra Petera Gerhardssona kolejny raz udowodniła nam, że – zgodnie z maksymą naszego selekcjonera – ważniejsze jest kto kończy, a nie kto zaczyna mecz. W deszczowej Bretanii szwedzkie piłkarki przez ponad dwie godziny (wliczając w to nieplanowaną przerwę pogodową) nieustannie biły głową w chilijski mur, ale w decydującym momencie potrafiły go skruszyć. I ponownie spory udział w wydartym w ostatnim kwadransie zwycięstwie miały zawodniczki, które rozpoczęły mecz na ławce rezerwowych. Tak, tym razem nie ma najmniejszych wątpliwości, że na mundial zabraliśmy 23 osoby do gry.

Zanim jednak odetchnęliśmy z ulgą za sprawą Kosovare Asllani oraz Madelen Janogy, szwedzkie piłkarki wystawiły swoich kibiców na swoistą próbę nerwów. A można było jej uniknąć, gdyby tylko Christiane Endler nie popisała się kapitalnym refleksem, broniąc strzał Lindy Sembrant. Była już kapitanka Montpellier zrobiła absolutnie wszystko jak należy, ale golkiperka PSG bezbłędnie odczytała tor lotu futbolówki i sytuacyjną interwencją zapobiegła utracie gola. Chilijską bramkarkę przed przerwą przetestować chciała jeszcze Stina Blackstenius, ale po akcji duetu Rubensson – Rolfö, snajperka Linköping przeniosła piłkę wysoko nad poprzeczką. Debiutujące w finałach mistrzostw świata zawodniczki z Ameryki Południowej w pierwszej połowie ograniczały się głównie do defensywy, ale strzał z dystansu Karen Arayi sprawił, że obecni na stadionie w Rennes szwedzcy fani na moment wstrzymali oddech. Na szczęście skończyło się na strachu.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie, w przeciwieństwie do warunków atmosferycznych na Roazhon Park. Przy akompaniamencie coraz mocniej padającego deszczu i rozświetlających bretońskie niebo błyskawic, podopieczne Petera Gerhardssona wciąż prowadziły grę, ale chwalić w ich poczynaniach mogliśmy głównie wysoki procent celnych podań w środkowej strefie boiska oraz mnogość proponowanych wariantów rozegrania akcji ofensywnych. Niezmiennie brakowało natomiast tego ostatniego, otwierającego drogę do bramki zagrania, które zaskoczyłoby zdyscyplinowaną chilijską defensywę. Gdy w 72. minucie gry meksykańska sędzia zaordynowała około 40-minutową przerwę ze względu na niebezpieczne warunki pogodowe, nastroje w szwedzkim obozie były dalekie od idealnych, ale podczas kadencji obecnego selekcjonera nauczyliśmy się, że z wyciąganiem jakichkolwiek wniosków zawsze warto zaczekać do końcowego gwizdka. I rzeczywiście – tuż po wznowieniu gry wyraźny sygnał do ataku dała Sofia Jakobsson. Z jej strzałem poradziła sobie jeszcze Endler, ale niespełna dziesięć minut później wreszcie udało się otworzyć wynik. Bramkową akcję napędziła nasza super-jokerka Madelen Janogy, następnie przebitkę w polu karnym wygrała inna rezerwowa Anvegård, a gdy w wyniku klasycznego bilarda futbolówka znalazła się pod nogami Kosovare Asllani, można było spokojnie unieść ręce do góry. Pomocniczka Linköping takich okazji marnować bowiem po prostu nie zwykła. W doliczonym czasie gry nie mające do stracenia nic oprócz kolejnych goli Chilijki spróbowały ruszyć nieco odważniej do przodu, Francisca Lara oddała nawet sytuacyjny strzał na bramkę Lindahl, ale to do Janogy należało dziś ostatnie słowo. Skrzydłowa Piteå – podobnie jak tydzień temu przeciwko Korei – zdecydowała się na rajd na bramkę rywalek i po slalomie między zawodniczkami z Ameryki Południowej uderzyła tak, że Endler nie miała prawa tego odbić.

Trzy punkty na otwarcie wielkiej imprezy muszą cieszyć, podobnie zresztą jak postawa trójki rezerwowych. Jasne, możemy czepiać się zbyt małej liczby wykreowanych sytuacji lub przedłużających się fragmentów monotonnej gry, ale nie zapominajmy, że na przykład inauguracja brazylijskich Igrzysk wcale nie była w naszym wykonaniu bardziej efektowna. Na mundialu na koniec zwycięża ten, kto będąc świadomym własnych ograniczeń, potrafi zrobić najlepszy użytek ze swoich atutów. A to ostatnie dziś reprezentantkom Szwecji się udało. Nie każdy jest w stanie pokonywać rywalki różnicą trzynastu goli, jak w zakończonym właśnie meczu zrobiły to piłkarki z USA, ale na koniec dnia dziesięć zwycięstw w stosunku 1-0 jest warte więcej niż jedno 10-0. Dlatego, doceniając oczywiście boiskowy wyczyn Alex Morgan i jej koleżanek, potrafmy cieszyć się z naszych małych sukcesów. Dziś, zgodnie z planem, wykonaliśmy pierwszy krok w kierunku fazy pucharowej, a Tajlandii też zdążymy trochę postrzelać. Ile? Ważne, aby przynajmniej o gola więcej niż one nam.

Zaczynamy!

contentlarge

Kadra Petera Gerhardssona rozpoczyna dziś swój mundial (Fot. SvFF)

Z jednej strony urokliwa podmiejska uliczka o niewątpliwie piłkarskim klimacie, z drugiej – płynąca leniwym rytmem w kierunku Atlantyku rzeczka La Vilaine, a w środku górujący nad całą scenerią stadion Roazhon Park. W takich okolicznościach przyrody reprezentacja Szwecji jako jedna z ostatnich ekip zainauguruje dziś swój mundial. Czy równie późno uda się nam go zakończyć? Na chwilę obecną po prostu nie wypada analizować innych scenariuszy, a wykonanie za kilka godzin pierwszego zwycięskiego kroku jest zwyczajnie obowiązkiem. O następnym, zgodnie z filozofią naszego selekcjonera, myśleć zaczniemy dopiero wtedy, gdy trzy punkty będą już bezpiecznie zaksięgowane na naszym koncie. Póki co w najlepsze trwa bowiem operacja Chile.

Nie odkryjemy wielkiej tajemnicy mówiąc, że jeszcze pół roku temu o wicemistrzyniach Ameryki Południowej wiedzieliśmy stosunkowo niewiele. Od tamtego czasu wiele się w tej kwestii oczywiście zmieniło, ale jak przekonują zgodnie Peter Gerhardsson i Magnus Wikman, kluczem do zwycięstwa będzie przede wszystkim metodyczna realizacja własnego planu. A ta może okazać się o tyle prostsza, że w tym roku na etapie przygotowań udało się nam uniknąć zarówno poważniejszych kontuzji, jak i pozaboiskowych niesnasek, które w przeszłości potrafiły skutecznie rozbijać atmosferę wokół kadry. Tym razem największy cios wyprowadziła w kierunku ekipy Gerhardssona FIFA, uniemożliwiając przeprowadzenie na murawie Roazhon Park preferowanej liczby treningów, ale nie zburzyło nam to bynajmniej harmonogramu. W zasadzie moglibyśmy nawet powiedzieć, że biorąc pod uwagę rangę rozpoczynającej się imprezy, to jest nawet jakoś zbyt spokojnie, ale chyba nikt z nas nie będzie narzekać, jeśli w niezmienionych nastrojach wytrwamy przynajmniej do Nicei. Bo nerwowo na tym mundialu i tak jeszcze się zdąży zrobić; to jest akurat jedna z niewielu rzeczy, których możemy być absolutnie pewni.

Podczas wszystkich konferencji oraz nieoficjalnych spotkań Peter Gerhardsson niezmiennie stał na stanowisku, że w prowadzonej przez niego kadrze nie ma piłkarek numer 1 i 23. O ile miejsc w wyjściowym składzie wciąż toczy się rywalizacja? O jedenaście! Czy mamy już podstawową parę (względnie trójkę) stoperek? Ależ skąd! Do takich odpowiedzi zdążyliśmy już przywyknąć i nawet je polubiliśmy, choć nie mówią nam one wiele. Zdecydowanie więcej możemy wywnioskować z obserwacji treningów, podczas których przez większość czasu ćwiczyliśmy ustawienie z czwórką z tyłu, a wariantom rozegrania ofensywnych stałych fragmentów gry poświęcaliśmy więcej uwagi niż kiedykolwiek wcześniej. Szwedzki selekcjoner nie boi się jednak również perspektywy gry atakiem pozycyjnym i gorąco wierzy, że i w taki sposób uda się nam postraszyć defensywę niejednego rywala. Bo skoro w nieoficjalnym starciu z Koreą Południową udało się to aż trzy razy, to czemu teraz miałoby być inaczej? Tym bardziej, że to właśnie Azjatki były w założeniu ekipą najbardziej zbliżoną stylem gry do Chile.

Wszyscy zastanawiacie się, w jakim składzie rozpoczniemy mecz. I dobrze. Ja będę w tym czasie myślał w jakim składzie go zakończymy – tymi słowami szwedzki selekcjoner zgrabnie nawiązał do tego, że w ostatnich meczach drugie połowy spotkań wychodziły nam zdecydowanie lepiej niż pierwsze, nierzadko przy sporym udziale rezerwowych. Czy dziś będzie podobnie? Szybki gol na pewno mocno ułatwiłby sprawę, ale jeśli nie ułożymy sobie meczu w początkowym kwadransie, to w cenie niewątpliwie będą takie cechy jak cierpliwość i konsekwencja. Istotna będzie też koncentracja, gdyż nawet Australijki przekonały się niedawno jak groźna potrafi być chilijska ofensywa, gdy pozwoli się jej na zbyt wiele. W pełni szanując rywala, musimy jednak pamiętać, że zdecydowana większość piłkarskich atutów znajduje się dziś po stronie reprezentacji Szwecji. Teraz trzeba po prostu pokazać je na murawie, nawet jeśli warunki do gry okażą się (zgodnie z prognozą) mocno niesprzyjające. I tyle – widzimy się po meczu, bogatsi o trzy punkty!

Dwadzieścia lat z mundialami

Mercy-Akide

Nigeryjki były absolutną rewelacją MŚ 1999

Był czerwiec 1999 roku. Nie znałem wtedy na pamięć kadr zespołów uczestniczących w finałach mistrzostw świata, nie miałem pojęcia, która piłkarka cechuje się ponadprzeciętną szybkością, a która jest najlepsza technicznie. Właśnie wtedy miała jednak miejsce moja mundialowa inicjacja i z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że gdyby nie tamten, rozgrywany na boiskach USA turniej, moja miłość do kobiecego futbolu nie rozwinęłaby się aż tak gwałtownie. Będące prawdziwą rewelacją imprezy sprzed dwudziestu lat Nigeryjki, z fenomenalną Mercy Akide na czele, nie pozostawiły mi jednak wyboru. Do dziś doskonale pamiętam kończący grupowe zmagania mecz Afrykanek z Danią, a także przenikliwy smutek, gdy kapitalną pogoń w ćwierćfinale przeciwko Brazylii w jednej chwili przerwała Sissi, wykonując TEN rzut wolny. Później był jeszcze finał, filigranowa Kristine Lilly wybijająca piłkę z linii bramkowej i seria rzutów karnych, z której najbardziej zapamiętałem nie ikoniczną już radość Brandi Chastain, a złość na Brianę Scurry oraz Nicole Petignat. Amerykańskiej bramkarce nie mogłem wybaczyć, że za nic miała sobie zasady gry w piłkę i postawę fair play, natomiast szwajcarskiej sędzi – że na takie zachowanie ostentacyjnie pozwalała. Wypełniony do ostatniego miejsca Rose Bowl w Pasadenie eksplodował ze szczęścia, ale mi jakoś w ogóle nie było wówczas do śmiechu. To ostatnie stało się zresztą moją prywatną, mundialową tradycją, z jednym miłym wyjątkiem, jakim okazał się turniej w Niemczech.

Rok 2003 to turniej przeniesiony z Azji do Ameryki w trybie last minute. Reprezentacji Szwecji kibicować mogłem aż do finału, w którym to przez nieco ponad kwadrans podopieczne Mariki Domanski mogły czuć się wirtualnymi mistrzyniami świata. Później przyszło jednak błyskawiczne wyrównanie tuż po przerwie (jak ja nie lubię takich goli prosto z szatni!) i rozstrzygnięta złotym golem dogrywka. Z pucharu cieszyły się Niemki, a srebrnym medalistkom na osłodę pozostało iście królewskie powitanie po powrocie do kraju. Inne obrazki, które automatycznie kojarzą mi się z turniejem roku 2003, to na pewno trzy asysty kończącej niezwykle bogatą, reprezentacyjną karierę Mii Hamm w starciu ze Szwecją i techniczne Japonki, które swoim stylem gry rozkochały mnie w sobie tak skutecznie, że uczucie nie osłabło po dziś dzień. Pamiętacie akcję zakończoną golem Homare Sawy w meczu z Argentynkami? To była dopiero przepyszna delicja, prawda? Aha, australijska kapitanka Cheryl Salisbury po tamtym mundialu stała się oficjalnie moją ulubioną piłkarką. Kto widział, ten pewnie wie dlaczego.

Chiny 2007, choć właściwie powinienem napisać Marta 2007. 21-letnia Brazylijka, na co dzień kopiąca futbolówkę w Umeå, w kilka tygodni wzięła szturmem cały piłkarski świat. Nowozelandkom odebrała resztki nadziei w pierwszym meczu grupowym, chińską defensywę ośmieszyła jak nikt nigdy wcześniej (i później), z Amerykankami zatańczyła sambę, którą przez kolejną dekadę podziwiali na każdej długości i szerokości geograficznej i dopiero w wielkim finale jej triumfalny taniec zatrzymała Nadine Angerer, na tamtym turnieju zatrzymująca zresztą … wszystkie lecące w jej bramkę strzały. Nie ma jednak wątpliwości, że był to zdecydowanie najbardziej spektakularny występ pojedynczej zawodniczki w całej historii MŚ i moment, w którym narodziła się nieśmiertelna legenda Marty. A Szwedki? Niestety, wskutek niemożności przebicia nigeryjskiego muru zakończyły swoje zmagania już na fazie grupowej. Choć na pocieszenie i jednocześnie pożegnanie z mundialem, Lotta Schelin z Göteborga dwukrotnie ukłuła jeszcze Koreanki. Inne mecze, które nierozerwalnie przypominają mi o tamtym turnieju to remisowa wymiana ciosów pomiędzy Japonią i Anglią (ach, ta Miyama!) i pełna zwrotów akcji batalia chińsko-duńska, która ostatecznie przesądziła o awansie jednej z tych ekip do fazy pucharowej. Ja mocno ściskałem kciuki za sąsiadki zza Kattegatu, więc pewnie domyślacie się, kto wyszedł z niej zwycięsko.

Sommermärchen 2011 dla nas zaczęła się wcześniej niż dla innych, a dyskusja o braku powołań dla Asllani oraz Liljegärd skutecznie skróciła nam czas oczekiwania na mecz otwarcia Niemek z Kanadyjkami, w którym Christine Sinclair zagrała ze złamanym nosem. Dwa pierwsze mecze w wykonaniu szwedzkiej kadry, pomimo korzystnych w sumie wyników, raczej nie napawały optymizmem, ale drużyna Thomasa Dennerby’ego na niemieckiej ziemi rozkręcała się dosłownie z dnia na dzień. Końcowy efekt był taki, że przywieziony do kadry z szatni Lyonu przez Lottę Schelin słynny, zwycięski taniec podziwialiśmy aż do przedostatniego dnia mistrzostw, a później nasze bohaterki, z brązowymi medalami na szyjach, wykonały go raz jeszcze podczas powitania na Götaplatsen. Z nie mniejszym podziwem niż kapitalny strzał Marie Hammarström w okienko francuskiej bramki, podziwiałem jednak ekipę Nadeshiko, która przyjechała na turniej w zaledwie kilka miesięcy po ogromnej tragedii, jaką niewątpliwie było trzęsienie ziemi u wybrzeży Japonii. Kadra Norio Sasakiego przybyła do Europy w jednym celu: aby przywrócić rodakom uśmiech i – wbrew wszelkim przewidywaniom ekspertów – sięgnęła po mistrzowski laur, odprawiając po drodze gigantki z Niemiec i USA. Jak już wspomniałem, był to jedyny jak dotąd turniej, po którym cieszyłem się z rozstrzygnięcia meczu finałowego, a w swojej radości nie byłem bynajmniej odosobniony, gdyż podobnie swoje sympatie ulokowała na przykład zazwyczaj powściągliwa w reakcjach kanclerka Niemiec Angela Merkel.

Turniej w Kanadzie w pamięci mamy jeszcze całkiem świeżo, więc ograniczę się tylko do kilku wspomnień. Pierwszym była gęstniejąca powoli atmosfera wokół szwedzkiej kadry, która sprawiała, że na mundial za Atlantyk wyruszaliśmy bez przesadnie wygórowanych nadziei. Tym bardziej, że sytuację mocno skomplikowała nam FIFA, w ostatniej chwili zmieniając koszyki podczas losowania finałów MŚ. Brak optymizmu okazał się w jakimś stopniu uzasadniony, gdyż szwedzka kadra po raz pierwszy w historii pożegnała się z turniejem bez choćby jednego zwycięstwa. Co więcej, remis z Nigerią uratowały nam bramkarka i dwie stoperki i w zasadzie tylko w rywalizacji z USA trzy punkty były na wyciągnięcie ręki, ale na stadionie w Winnipeg działała goal-line technology, w efekcie czego skończyło się na bezbramkowym remisie. Nawet trochę szkoda, bo pokonać kroczące po trzecie złoto Amerykanki, to byłoby coś! Pozostałe obrazki, które tworzą w mojej głowie pejzaż kanadyjskiego mundialu, to czysta, dziecięca (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa) radość Kolumbijek po zwycięstwie nad Francją, bolesna strata piłki przez Lauren Sesselmann w ćwierćfinale z Anglią i nieco zapomniany przez wszystkich Kamerun, który zarówno na boisku, jak i na trybunach jako żywo przypominał mi Nigerię 1999.

Francja 2019 – jeszcze nie wiemy, co przyniesie nam ten turniej. Dla wielu z nas będzie on kolejnym przeżywanym świadomie mundialem, ale myślę, że są wśród nas i tacy, którzy po raz pierwszy przeżywać będą najpiękniejsze futbolowe święto czterolecia. To właśnie do nich chciałbym na zakończenie skierować kilka słów. Po pierwsze, dzięki że wytrwaliście i doczytaliście ten tekst do tego miejsca. Po drugie, podczas najbliższych tygodni postarajcie się chłonąć każdą chwilę tak bardzo, jak tylko się da i cieszyć się każdą minutą turnieju. Dlaczego? Cóż, w tej chwili nie zdajecie sobie jeszcze z tego sprawy (i słusznie!), ale uwierzcie mi, że za kilkadziesiąt lat to właśnie czerwiec i lipiec 2019 będziecie wspominać jako najpiękniejszy mundial wszech czasów. Mając nadzieję, że finały we Francji przyniosą mnóstwo satysfakcji zarówno tym najmłodszym, jak i tym nieco bardziej doświadczonym życiowo sympatykom futbolu, życzę każdemu z was wielu pozytywnych, piłkarskich emocji. Mistrzem świata może zostać tylko jedna reprezentacja, ale nie zapominajmy, że bez względu na boiskowe rozstrzygnięcia, nas wszystkich łączy wspólna miłość i pasja. Francjo, Koreo, rozpoczynajcie ten turniej i niech się dzieje!

Gra o tron – sezon ósmy

bmtsuqqjgnfipjw8uzgb

O ten piękny puchar zagrają we Francji 24 reprezentacje (Fot. FIFA)

24 drużyny, 552 zawodniczki, 52 mecze, 31 dni, 9 stadionów, 1 puchar – tak przedstawiają się te zdecydowanie najważniejsze liczby francuskiego mundialu. Na kilkadziesiąt godzin przed jego rozpoczęciem chrapkę na sięgnięcie po najcenniejsze trofeum w światowym futbolu wciąż mają wszyscy uczestnicy turnieju finałowego. Za około miesiąc cieszyć będzie się tylko jeden zwycięzca, ale póki co wiara i nadzieja na triumf towarzyszy sympatykom piłki nożnej od Vancouver do Wellington i od Gamviku po Kapsztad. I słusznie, bo mówimy przecież o chyba najbardziej nieprzewidywalnej dyscyplinie sportu, w której niemożliwe faktycznie nie istnieje. Skoro Piteå mogło przed kilkoma miesiącami sięgnąć po mistrzostwo Szwecji, to niewykluczone, że za chwilę świętować będą w Bangkoku, Kingston lub Buenos Aires. Tym bardziej, że tutaj wystarczy zaledwie siedem meczów, aby sięgnąć gwiazd. A zatem – kto okaże się najlepszy? Najwyższy czas, aby poznać odpowiedź na najważniejsze pytanie roku 2019 w piłkarskim świecie.

Wygra Francja, ponieważ … mając taki potencjał kadrowy nie da się wiecznie przegrywać, szczególnie jeśli gra się u siebie.

Wygra Korea Południowa, ponieważ … nieprzypadkowo każdy klub świata chciałby mieć u siebie So-Youn Ji. A Koreanki ją mają.

Wygra Norwegia, ponieważ … Caroline Hansen to prawdopodobnie najlepsza asystentka na świecie, a w tej kadrze naprawdę jest komu piłkę podawać.

Wygra Nigeria, ponieważ … srebrne pokolenie Super Falcons nareszcie dorosło do sukcesów, a na dodatek tym razem jedzie na wielki turniej z trenerem na ławce.

Wygrają Niemcy, ponieważ … podobno w piłce nożnej zawsze wygrywają.

Wygrają Chiny, ponieważ … duet Wang – Wang udowodni, że prawdziwa ojczyzna futbolu nie tylko w latach 80. i 90. potrafi rzucić wyzwanie najlepszym.

Wygra Hiszpania, ponieważ … ogromne sukcesy w piłce młodzieżowej muszą wreszcie przekuć się na pierwszy, wielki sukces seniorskiej reprezentacji.

Wygra RPA, ponieważ … zatrzymać Thembi Kgatlanę naprawdę nie jest łatwo. Próbowało wielu, udało się nielicznym.

Wygra Australia, ponieważ … Samantha Kerr przegrywać ewidentnie nie lubi.

Wygrają Włochy, ponieważ … dwadzieścia lat wyczekiwania to zdecydowanie za dużo, a na energii i entuzjazmie da się zajechać naprawdę daleko.

Wygra Brazylia, ponieważ … po raz pierwszy nikt na nią nie liczy, a doskonale zdajemy sobie sprawę, co to może oznaczać.

Wygra Jamajka, ponieważ … Nicole McClure potrafi bronić rzuty karne, a Khadija Shaw (jeśli tylko będzie zdrowa) nie boi się żadnej defensywy.

Wygra Anglia, ponieważ … #ItsComingHome. I w zasadzie tyle.

Wygra Szkocja, ponieważ … po raz pierwszy w historii w najważniejszym momencie może skorzystać ze wszystkich kluczowych piłkarek.

Wygra Argentyna, ponieważ … porażka jest najlepszym nauczycielem, jeśli potrafi się wyciągnąć z niej właściwe wnioski.

Wygra Japonia, ponieważ … efektem programu Nadeshiko Vision jest pokolenie, które zwyciężanie ma w swoim kodzie genetycznym.

Wygra Kanada, ponieważ … strzelić im choćby jednego gola nie jest łatwo. A gdy się nie traci goli, to zazwyczaj się nie przegrywa.

Wygra Kamerun, ponieważ … rewelacji poprzedniego turnieju przedwcześnie skreślać nie wolno. A wielu już to zrobiło.

Wygra Nowa Zelandia, ponieważ … najmocniejszą formacją Football Ferns jest defensywa, a to ona najczęściej wygrywa turnieje.

Wygra Holandia, ponieważ … na takich skrzydłach da się wzbić niezwykle wysoko, a Miedema i van de Donk zadbają o resztę.

Wygra USA, ponieważ … na każdej pozycji ma piłkarkę, która biłaby się o wyjściową jedenastkę w dowolnej reprezentacji. Tour de Four jest całkowicie realne.

Wygra Tajlandia, ponieważ … futbol nierzadko potrafi wymknąć się logice i zdroworozsądkowemu myśleniu.

Wygra Chile, ponieważ … Christiane Endler przypomni sobie o swoich warunkach fizycznych i postawi przed bramką mur nie do przejścia.

Wygra Szwecja, ponieważ … przez ostatnie dwa lata ta kadra wiele razy udowodniła nam, że jeśli ma swój dzień, to potrafi wygrać z każdym.