EUROkronika – dzień 16

1200

Fot. Anna Tärnhuvud

Koniec turnieju, bez względu na to, na którym etapie nastąpi, od zawsze nieuchronnie wiąże się z początkiem podsumowań. Kto zachwycił? Kto rozczarował? Czego nauczyło nas tegoroczne EURO? Te i podobne pytania z pewnością dominują teraz na wielu ulicach Sztokholmu, Göteborga, Malmö czy Minneapolis. Wiadomo, że emocje po sobotnim rollercoasterze nie zdążyły jeszcze dobrze opaść, ale warto poświęcić chwilę, aby przyjrzeć się występowi każdej ze szwedzkich piłkarek na holenderskich boiskach, oceniając go w najbardziej klasycznej skali 1-5.

Hedvig Lindahl – 2.5. Podczas mundialu w Kanadzie oraz brazylijskich Igrzysk była zdecydowanie najpewniejszym punktem szwedzkiej kadry, wielokrotnie ratując nas z opresji. W Holandii aż tak rewelacyjnie nie było, ale pomimo kilku błędów w dwóch ostatnich meczach, nie możemy zapominać, że to jej interwencje dały nam jak się później okazało bezcenny punkt w starciu z Niemkami.

Jessica Samuelsson – 2. Przed turniejem wybrana w wewnętrznym plebiscycie najbardziej niedocenianą piłkarką Europy, ale podczas EURO nie zrobiła wiele, aby potwierdzić tę tezę. Prawdziwym testem miał być dla niej ćwierćfinał z Holandią, ale próba zneutralizowania zagrożenia ze strony Martens skończyła się kompletnym fiaskiem. Niesamowicie samokrytyczna wypowiedź po odpadnięciu z turnieju wskazuje na to, ża sama miała wobec siebie znacznie większe oczekiwania.

Nilla Fischer – 2.5. Jak w kolejce górskiej – raz w górę, raz w dół. Świetne wybloki, przechwyty i długie podania przeplatała zdecydowanie zbyt licznymi kiksami oraz błędami w ustawieniu. Mniej niż zazwyczaj dała ponadto przy stałych fragmentach gry, zarówno tych ofensywnych, jak i defensywnych.

Linda Sembrant – 3. Niemal bezbłędna w meczu z Niemkami, solidna w rywalizacji z Rosją, ale od pamiętnego błędu w starciu z Włoszkami już nieco bardziej ‘elektryczna’ w swoich interwencjach. Biorąc jednak pod uwagę cały turniej, kapitanka Montpellier zaliczyła w Holandii całkiem przyzwoity występ i na tle koleżanek z formacji wyróżniała się na plus.

Jonna Andersson – 2.5. Oj, baliśmy się o jej dyspozycję po tym, jak w ostatnim sparingu w ziemię wkręcały ją Meksykanki. Okazało się jednak, że całkowicie niesłusznie i choć nie prezentowała takiej formy, jak chociażby jesienią 2016 w barwach Linköping, to na tle niemieckich i holenderskich skrzydłowych absolutnie nie sprawiała wrażenia zagubionej. Ocenę obniża niestety niewielka aktywność w ofensywie, co w przypadku współczesnych wahadłowych defensorem jest nie do zaakceptowania.

Magdalena Eriksson – 2.5. Weszła na Rosjanki i Włoszki, aby męczyć je przede wszystkim stałymi fragmentami, ale pomimo jednej asysty nie może powiedzieć, aby w pełni wykonała powierzone jej zadanie. W meczu przeciwko Italii zagrała na swojej nominalnej pozycji, ale współpraca z Sembrant nie zawsze układała się harmonijnie.

Lisa Dahlkvist – 2.5. Bez błysku, ale biorąc pod uwagę to, co grała przez ostatnie dwie rundy w Örebro, wydaje się, że na ten moment wycisnęła z siebie maksimum. Potwierdziła, że na tym poziomie nie jest w stanie zaoferować wiele w ofensywie, ale szczególnie w pierwszej połowie meczu z Niemkami doskonale sprawdziła się w roli ‘plastra’ dla Marozsan.

Caroline Seger – 2. To zdecydowanie nie był jej turniej. Plan Sundhage zakładał, że w momentach kryzysowych to pomocniczka Lyonu weźmie na siebie odpowiedzialność za wynik, ale okazało się, że właśnie wtedy najbardziej jej brakowało. Trzy otwierające koleżankom drogę do bramki podania na cały turniej to zdecydowanie nie jest dobry bilans dla rozgrywającej, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, że nie jest ona klasyczną ’dziesiątką’.

Kosovare Asllani – 3. Waleczna, ambitna, harująca na całej długości boiska. Nie udał się jej w zasadzie jedynie mecz z Włoszkami, po którym mocno narzekała na niesportową postawę rywalek. W pozostałych spotkaniach nie schodziła jednak poniżej pewnego poziomu, a na szczególną pochwałę zasługuje niespotykana wcześniej w jej przypadku duża liczba przechwytów i odbiorów.

Olivia Schough – 1.5. Trochę żartobliwie, a trochę złośliwie nazywana maskotką Sundhage. Turnieju w Holandii do udanych z całą pewnością jednak nie zaliczy i naprawdę trudno zrozumieć dlaczego tak długo wychodziła w podstawowej jedenastce. Nietrafionym pomysłem okazało się również powierzenie jej wykonywania stałych fragmentów, których szczególnie w meczu z Niemkami zmarnowała zdecydowanie zbyt wiele.

Hanna Folkesson – 2. Jack Majgaard wielokrotnie powtarzał, że pomocniczka Rosengård do swojej optymalnej dyspozycji dojdzie najwcześniej jesienią, a jej występ na EURO jedynie potwierdził te słowa. Nie unikała gry, starała się pokazywać koleżankom, ale w decydujących momentach zabrakło z jej strony jakichkolwiek konkretów.

Elin Rubensson – 2. Rzucana po wielu pozycjach, co już samo w sobie nie zwiastowało niczego dobrego. Ma dynamikę, ma niezły przegląd pola, ale nie potrafiła zrobić ze swoich atutów należytego użytku. Inna sprawa, że jej aktualna dyspozycja jest jednak daleka od tego, co prezentowała chociażby podczas swojego najlepszego sezonu w Malmö.

Lotta Schelin – 3. Nie błyszczała tak, jak jeszcze zimą i na początku wiosny, kiedy w pojedynkę potrafiła zrobić różnicę, ale kolejny raz pokazała, że w futbolu pewnych rzeczy się po prostu nie zapomina. Golem przeciwko Rosjankom na stałe zapisała się w historii szwedzkich występów na EURO i chyba zgodzimy się, że nikt nie zasłużył na takie wyróżnienie bardziej niż ona.

Fridolina Rolfö – 2. Gdyby cały turniej wyszedł jej tak, jak trzydzieści minut meczu z Włoszkami, to w tej chwili byłaby główną kandydatką do nagrody MVP. Niestety, w pozostałych meczach – poza krótkimi przebłyskami – nie była w stanie dać zespołowi wartości dodanej. W jej przypadku cieszy również to, że tym razem udało jej się przejść przez duży turniej bez kontuzji, dzięki czemu po raz pierwszy wróci z reprezentacji do Monachium w dobrej dyspozycji fizycznej.

Stina Blackstenius – 3. Szwedzki dorobek na EURO 2017 to cztery gole i aż w trzech bezpośredni udział miała napastniczka Montpellier. Bilans całkiem przyzwoity, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę, że turniej rozpoczynała na ławce. Już tradycyjnie, jej największym problemem okazała się słaba skuteczność, co dało o sobie znać przede wszystkim w ćwierćfinale, który – przy sprzyjającym układzie – mogła nawet zakończyć z hat-trickiem na koncie.

Pauline Hammarlund, Julia Spetsmark, Mimmi Larsson – grały zbyt krótko.

Emma Berglund, Hilda Carlén, Josefin Johansson, Hanna Glas, Emelie Lundberg – nie grały.

Średnia ocena drużyny – 2.40. Zgodnie z oczekiwaniami, nie odbiega ona znacząco od tej z MŚ 2015 (2.33) oraz IO 2016 (2.53).

******

d617d868-e8db-47c7-a8d4-1f81dc1f77ff

Fot. Maja Hitij

W momencie, gdy będziecie czytać te słowa, po szwedzkiej bazie w Arnhem pozostanie już wyłącznie wspomnienie. Wczoraj odbyła się w niej ostatnia konferencja Pii Sundhage na holenderskiej ziemi i to właśnie podczas niej otrzymaliśmy informację, że Dunki doprowadziły do remisu w starciu z Niemkami. Kilkadziesiąt minut później było już jasne, że zespół Nilsa Nielsena na jednym golu nie poprzestał, dzięki czemu stał się sprawcą być może największej sensacji w historii piłkarskich mistrzostw Europy. Dla Pernille Harder, jej koleżanek z reprezentacji, a także zawodniczek z trzech innych krajów EURO 2017 wciąż trwa. Kto wie, być może w najbliższą niedzielę dowiemy się, że o bilety na francuski mundial przyjdzie nam rywalizować z najlepszą ekipą Starego Kontynentu? Te wydarzenia będziemy już jednak śledzić z pewnego dystansu, gdyż nasz czas na tej konkretnej imprezie definitywnie dobiegł końca. Tak więc – odmeldowujemy się i do następnego razu!

Reklamy

EUROkronika – dzień 15

fe2c1a5e-e2ea-439f-899e-e08853275a00

Fot. Anna Tärnhuvud

Emocje powoli opadają, ale i tak niezwykle ciężko zabrać się za napisanie tego tekstu. Żegnać się z turniejem nigdy nie jest bowiem miło, a EURO 2017 jest tak wspaniałą imprezą, że chciałoby się uczestniczyć w niej aż do ostatniego dnia. Niestety, w Doetinchem nie było nam dane przeżyć powtórki z brazylijskiego cudu i do półfinału awansowała drużyna, która z przebiegu gry bardziej na to zasłużyła. Czy mamy prawo być z tego powodu smutni? Na pewno. Rozczarowani? Tutaj odpowiedź nie jest już aż tak jednoznaczna, gdyż obserwując postawę tej kadry w ostatnim czteroleciu trudno było oczekiwać, że nagle przejdzie ona totalną metamorfozę i zacznie zachwycać swoją grą. To znaczy, oczekiwać pewnie można było, ale nie szły za tym jakiekolwiek racjonalne przesłanki.

Wczorajszy rezultat oznacza koniec nie tylko tego turnieju, ale i pewnej ery w szwedzkiej piłce reprezentacyjnej. Chyba nigdy wcześniej nie zdarzyło się, aby zmiana na stanowisku selekcjonera najważniejszej drużyny w kraju była wyczekiwana niczym powiew świeżego powietrza, ale dziś nie jest właściwy moment na to, aby rozwijać ten temat. Zamiast tego, warto przypomnieć sobie te najwspanialsze momenty minionego pięciolecia, a takich – choć duszna atmosfera ostatnich miesięcy zatarła nieco te wspomnienia – absolutnie nie brakowało. Najpiękniejszym z nich było z całą pewnością EURO 2013. Piłkarskie święto, na które czekała cała Szwecja, okazało się sukcesem nie tylko organizacyjnym, ale i sportowym, a na kadrę Pii Sundhage cała Europa patrzyła wówczas z niekłamanym podziwem. Przypuszczam zresztą, że wielu z was również do dziś wspomina kapitalną dyspozycję Kristin Hammarström, szczelny i jednocześnie potrafiący wyprowadzać niespodziewane ciosy duet Fischer – Rohlin, życiową formę Seger, odkurzoną w ostatniej chwili 36-letnią Sjörgan w roli superrezerwowej, czy wreszcie Schelin grającą tak, jak przystało na prawdziwą liderkę. Tak, to był ten turniej, na którym ta kadra miała niepowtarzalną szansę zapisać się na kartach historii, wygrywając pierwsze od trzydziestu lat złoto wielkiej, piłkarskiej imprezy. Do tego poziomu nie udało się nam jednak zbliżyć ani podczas kanadyjskiego mundialu, ani na Igrzyskach w Brazylii, ani wreszcie na holenderskim EURO. Biorąc pod uwagę jedynie samą grę, trzy wymienione występy ustawiłbym zresztą mniej więcej w jednym szeregu, choć – jak na ironię – każdy z nich zakończył się skrajnie różnym wynikiem.

Wracając jednak do teraźniejszości, wczorajsza porażka jest o tyle bolesna, że Holenderki w zasadzie niczym nas nie zaskoczyły. Największe zagrożenie z ich strony czyhało tam, gdzie się tego spodziewaliśmy i na co – przynajmniej w teorii – byliśmy doskonale przygotowani. Problemem nie do przeskoczenia okazała się jednak realizacja planu, gdyż chociażby Jessica Samuelsson w niczym nie przypominała piłkarki, która w poprzednim sezonie dwukrotnie potrafiła powstrzymać Lieke Martens na ligowych boiskach. Dobrze zlokalizowane zostały także słabe strony Holenderek, ale cóż z tego, skoro żadna z pięciu piłek posłanych za plecy mało zwrotnych defensorek Pomarańczowych Lwic nie znalazła ostatecznie drogi do siatki. Próbowała Blackstenius, próbowała Rolfö, ale tę ostatnią i tak zapamiętaliśmy przede wszystkim z nieodpowiedzialnej straty, od której zaczęło się całe nieszczęście przy drugim golu dla rywalek. Kiksy przytrafiały się jednak nie tylko zawodniczce monachijskiego Bayernu, w związku z czym z minuty na minutę robiło się coraz bardziej nerwowo, a sytuacji z pewnością nie poprawiał utrzymujący się niekorzystny wynik, który niejako zmuszał Szwedki do bardziej otwartej gry, z której – co chyba specjalnie nie zaskakuje – wynikało stosunkowo niewiele.

1200

Fot. Anna Tärnhuvud

Trzeba jednak podkreślić, że podobnie jak szwedzkie piłkarki, swojego dnia nie miała również prowadząca wczorajsze spotkanie Bibiana Steinhaus, która w przynajmniej kilku sytuacjach podjęła bardzo kontrowersyjne decyzje. Krytycznych uwag pod adresem niemieckiej sędzi nie szczędziła między innymi Kosovare Asllani, podsumowując jej postawę w niezwykle mocnych słowach. Ona była po prostu fatalna, a to nie ma prawa zdarzać się na tym poziomie. W ogóle nie wytrzymała presji. Jestem zła i rozczarowana – powiedziała pomocniczka Manchesteru, która wczoraj zostawiła na murawie w Doetinchem mnóstwo zdrowia. Jej werdykt jest rzeczywiście bardzo surowy, choć trzeba przyznać, że zarówno niepodyktowanie rzutu karnego dla Szwecji jeszcze przy stanie 0-0, jak i nieuznanie na dziesięć minut przed końcem meczu gola na 1-2, będą przynajmniej przez kilka dni niezwykle szeroko komentowane. Holendrzy zauważają wprawdzie, że i im należała się jedenastka, ale – paradoksalnie – kto wie, czy podyktowany ostatecznie rzut wolny nie przyniósł im więcej korzyści. Nie od dziś wiemy bowiem, że Lindahl akurat rzuty karne bronić potrafi, a skuteczna interwencja po strzale Spitse mogłaby pozytywnie natchnąć ją – i cały szwedzki zespół – na dalszą fazę spotkania. W tej chwili możemy jednak wyłącznie gdybać, bo nigdy nie będziemy w stanie sprawdzić, jakim torem potoczyłaby się alternatywna rzeczywistość.

Do sytuacji z 32. minuty odniosła się także Jessica Samuelsson, która zdecydowanie najdłużej nie potrafiła po ostatnim gwizdku uspokoić emocji. Tak, tam był kontakt, kolano w kolano. Ja chyba nie podyktowałabym wolnego, ale o wynikach meczów często decydują właśnie takie sytuacje – zauważyła obrończyni Linköping. Ona z kolei znacznie bardziej krytycznie niż panią arbiter oceniła samą siebie. Nie chciałyśmy odpadać na tym etapie, a ja dobrze wiem, że powinnam dać z siebie znacznie więcej. Jestem bardzo rozczarowana swoją postawą – powiedziała Samuelsson, po czym ponownie w jej oczach pojawiły się łzy, a dojście do równowagi zajęło jej kolejnych kilka minut.

Pytanie Co dalej? zadawali sobie właściwie wszyscy, choć zdecydowanie najczęściej pojawiało się ono w kontekście najbardziej doświadczonych kadrowiczek. Czy EURO 2017 było ich ostatnim turniejem? Czy może jednak zdecydują się powalczyć o awans na francuski mundial, co wcale nie musi być łatwym zadaniem? W reprezentacji zawsze trzeba dawać z siebie 110 procent. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy będę w stanie znaleźć odpowiednią motywację – stwierdziła na gorąco Lotta Schelin, dla której akurat pewnym wabikiem mogłaby okazać się perspektywa gry w finale mistrzostw świata na stadionie w Lyonie. Niezwykle pragmatycznie podeszły do sprawy Nilla Fischer oraz Caroline Seger, które nie zamierzały składać jakichkolwiek pospiesznych deklaracji, wyrażając jednocześnie chęć rozmowy z nowym selekcjonerem. Znacznie bardziej konkretna była za to Hedvig Lindahl. Nie widzę powodu, dla którego miałabym teraz rezygnować – odparła golkiperka Chelsea.

Na dyskusje o przyszłości przyjdzie jeszcze czas, a tymczasem przychodzi nam pożegnać się z Arnhem. Tak to już w sporcie bywa, że szczęście jednych wiąże się bezpośrednio z porażką drugich. Wszystkim drużynom wciąż pozostającym w turnieju życzymy więc powodzenia i wielu fantastycznych emocji w najbliższych dniach, a Peterowi Gerhardssonowi tego, aby już dziś udało mu się poczynić pierwsze, właściwe obserwacje (okazja już o 12:00). Życie nie znosi próżni, operacja Francja rozpoczęta, a kluczowy mecz za niespełna trzy miesiące!

EUROkronika – dzień 14

UEFA Women EURO

Fot. EPA

Można próbować napisać naprawdę piękny wstęp do czekającego nas za kilka godzin widowiska, ale dziś około godziny 18 wszystko i tak przestanie mieć znaczenie. Liczyć będzie się wyłącznie to, co wydarzy się na stadionie w Doetinchem, który póki co nie kojarzy się nam najlepiej, ale za chwilę może stać się areną wspaniałego, szwedzkiego triumfu. Grające tym razem na niebiesko podopieczne Pii Sundhage oraz Lilie Persson zmierzą się z niepokonanymi na EURO 2017 Holenderkami, a stawką będzie miejsce wśród czterech najlepiej grających w piłkę nożną nacji w Europie. Czy przed rozpoczęciem turnieju można było wyobrazić sobie bardziej ekscytujący scenariusz? Cóż, pewnie tak, ale na brak emocji i tak raczej nie narzekamy.

Po raz pierwszy na tegorocznych mistrzostwach przyjdzie nam zagrać na stadionie zapełnionym przede wszystkim przez sympatyków naszych rywalek. Podczas meczu z Niemkami proporcje wynosiły mniej więcej 65/35 na korzyść fanów ze Szwecji, w dwóch pozostałych potyczkach grupowych atmosfera niewiele różniła się od tej, którą doskonale znamy z Gamla Ullevi, ale tym razem role się odwrócą i na De Vijverberg możemy spodziewać się żółtej wysepki na bezkresnym, pomarańczowym morzu. Czy takie warunki mogą stanowić problem? Zdaniem obu selekcjonerek, w żadnym razie nie ma takiego ryzyka. Podczas meczu z Brazylią na Maracanie graliśmy na oczach siedemdziesięciu tysięcy Brazylijczyków i udało nam się wygrać – przekonują zgodnie Persson i Sundhage i chyba musimy przyznać im rację, choć dziś jednak nie chcielibyśmy oglądać aż takiej nerwówki. Przede wszystkim z obawy o zdrowie tych, którzy drugiej tak wielkiej huśtawki nastrojów mogliby po prostu nie wytrzymać. Co ciekawe, we wspomnianym, zwycięskim półfinale szwedzka kadra także wystąpiła w niebieskich koszulkach. Czy ten kolor raz jeszcze okaże się szczęśliwy?

Dzisiejszy mecz może być dla Pii Sundhage ostatnim, w którym poprowadzi z ławki szwedzką reprezentację. Sama zainteresowana doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale zapewnia, że nie będzie to zaprzątać jej głowy podczas gry. O to najprawdopodobniej zadbają zresztą przede wszystkim Holenderki, po których możemy spodziewać się szturmu na bramkę Hedvig Lindahl w początkowej fazie spotkania. Zaczniemy od wyniku 0-0 i im dłużej się on utrzyma, tym większe będą nasze szanse – zapewnia Sundhage, uzupełniając w ten sposób wczorajszą wypowiedź Lilie Persson, która przekonywała nas, że czas będzie w tym ćwierćfinale szwedzkim sprzymierzeńcem. Obie selekcjonerki zastrzegły przy tym, że choć awans do czwórki byłby czymś wspaniałym, to ewentualnej porażki nie zamierzają rozpatrywać w kategoriach fiaska, gdyż przy tak wyrównanym poziomie o sukcesie lub jego braku bardzo często decydują teoretycznie niewielkie detale. Z taką opinią, co podkreślam z nieukrywaną radością, zgadza się także większość szwedzkich mediów, choć oczywiście nikt nie zakłada, że holenderska przygoda miałaby się już za moment skończyć. Te mistrzostwa są po prostu zbyt piękne, aby ich decydującą fazę oglądać wyłącznie w charakterze widzów.

W ostatnich godzinach sporo mówiło się o planach obu ekip na sobotnie starcie (które i tak zostaną ostatecznie zweryfikowane przez boisko), ale nie obyło się także bez dyskusji na temat personaliów. Ani Sundhage, ani Persson nie dały się rzecz jasna namówić na zdradzenie wyjściowej jedenastki, ale wszystko wskazuje na to, że parę napastniczek stworzą tym razem Schelin oraz Blackstenius. Takie przeczucie towarzyszyło również … Fridolinie Rolfö, która zaznaczyła jednak, że zarówno fizycznie, jak i mentalnie jest gotowa do gry przez 120 minut, jeśli tylko zaszłaby taka potrzeba. Na pozostałych pozycjach trudno spodziewać się wielkiej rewolucji, więc przesądzony wydaje się chociażby powrót do duetu Fischer – Sembrant, a także zastąpienie Elin Rubensson Jessicą Samuelsson. Jedyną niewiadomą stanowi na chwilę obecną obsada lewej obrony, gdzie selekcjonerki dokonają wyboru między dwiema piłkarkami grającymi wiosną w barwach Linköping. Małym zaskoczeniem może być fakt, że wczorajszą gierkę w teoretycznie silniejszym zespole rozpoczęła Jonna Andersson, choć jeszcze niedawno wydawało się, że nieco wyżej stoją akcje Magdaleny Eriksson. Czyżby w decydującym momencie miał zatem nastąpić powrót do ustawienia bloku defensywnego, które z powodzeniem sprawdzało się w zimowych i wiosennych meczach sparingowych? W takim rozumowaniu z pewnością jest jakaś logika i za kilka godzin przekonamy się, czy identyczną drogą podążył nasz sztab szkoleniowy.

Emocje przed ważnym wydarzeniem można podgrzewać na wiele sposobów. W tym miejscu mógłbym więc poszukać odpowiedniego cytatu z Hedvig Lindahl, Lotty Schelin, czy Caroline Seger, ale zamiast tego proponuję zupełnie inną metodę.

Najpierw przypomnijmy sobie inny, ważny mecz z gospodyniami wielkiej imprezy:

Następnie pozwólmy, żeby Laleh przypomniała nam o tym, że nawet najbardziej nieprawdopodobne marzenia można spełnić:

A na koniec, dajmy się porwać magii turnieju, bo bez względu na to, czy zakończy się on dla nas dziś, czy w następną niedzielę, na kolejny będziemy musieli poczekać aż cztery lata:

Co więcej? Jeden apel: jeśli przyjdzie wam oglądać dzisiejszy mecz w towarzystwie osób, które (podobnie jak Gustaf na filmiku powyżej) nie mają pojęcia co to jest spalony, bądźcie bardziej wyrozumiali niż zazwyczaj. W końcu nie codziennie gra się w ćwierćfinale EURO, a przecież nie każdy musi wiedzieć, że jeżeli w momencie podania zawodniczka drużyny atakującej … Życzę wszystkim miłego odbioru i niech zwycięży lepszy! Heja tjejer, in med bollen i mål!

EUROkronika – dzień 13

8bfcbd39-9baa-47f3-9c33-84a6ff149eca

Fot. Anna Tärnhuvud

Blisko, blisko, coraz bliżej. Ćwierćfinałowa euforia ogarnia powoli całą Holandię, ale gdyby wczoraj do bazy szwedzkiej reprezentacji zajrzał przypadkowy przechodzień, z pewnością nie zorientowałby się, że mieszka tu drużyna, która za mniej więcej 48 godzin stoczy być może swój najważniejszy w tym roku bój. Żadnej nerwowości, żadnej paniki, wszystko toczyło się według zaplanowanego jeszcze przez rozpoczęciem mistrzostw harmonogramu, który wyraźnie zakładał, że w czwartek kadrowiczki dostaną dzień wolny. Ponieważ w środowych zajęciach brały udział jedynie te piłkarki, które nie zagrały w meczu z Włoszkami przynajmniej jednej połowy, aż trzynaście zawodniczek na dobrą sprawę nie odbyło jeszcze w tym tygodniu ani jednej poważnej jednostki treningowej. Czy powinniśmy się zatem obawiać, że pewien mikrocykl został zaburzony? Zdaniem Lilie Persson, w żadnym wypadku nie ma powodów do niepokoju. Zarówno od strony fizycznej, jak i mentalnej, niezwykle istotne jest, aby ciało i umysł dostały trochę wytchnienia. Dziś wieczorem będziemy tylko rozmawiać o Holandii, a jutro i pojutrze przyjdzie czas na wykorzystanie tej wiedzy w praktyce. Skupimy się przede wszystkim na ich ofensywie i naszej defensywie, trochę czasu poświęcimy też jak zwykle na stałe fragmenty, ale dużo więcej zrobić nie zdążymy – podkreślała szwedzka współselekcjonerka, która dostrzega u naszych najbliższych rywalek także słabe punkty. W ofensywie rzeczywiście są tam cztery fenomenalne piłkarki, ale już defensywa nie wygląda tak stabilnie. Ich obrończynie mają spore braki szybkościowe – zauważyła Persson i dodała. – Będziemy bardzo dużo rozmawiać o cierpliwości, ponieważ mniej więcej w okolicach sześćdziesiątej minuty Holenderki zazwyczaj zaczynają pękać. Poza tym, wydaje się, że one są mocno uzależnione od postawy wyjściowej jedenastki, a zmienniczki nie wnoszą wiele. Ostatnie trzydzieści minut powinno więc należeć do nas, a im dłużej będzie trwał ten mecz, tym większe będą nasze szanse. Szczególnie w przypadku dogrywki.

Drugim tematem, który zdominował czwartkową konferencję, była mało sportowa postawa włoskich piłkarek we wtorkowym meczu. Lilie Persson podkreśliła, że dawno nie spotkała drużyny, która z tak wielką konsekwencją uciekała się do przekraczania przepisów, krytykując szczególnie manierę pociągania rywalek za koszulki przy każdej stykowej sytuacji. Ze swoją trenerką całkowicie zgodziła się Kosovare Asllani. Najbardziej zaskoczyło mnie, że zostałam pociągnięta za włosy. Na szczęście w tamtej sytuacji dostałyśmy przynajmniej rzut wolny – komentowała pomocniczka Manchesteru. Do sprawy odniosła się także Linda Sembrant, która podkreśliła, że Pia Sundhage oraz Lilie Persson zawsze uczulały swoje piłkarki, aby bez względu na sytuację zawsze grać i postępować fair. Wiemy tyle, że powinnyśmy starać się jak najdłużej utrzymać na nogach, więc czasami zdarza się, że wręcz bronimy się przed upadkiem, zamiast po prostu się położyć. Taki jest nasz styl i jestem z tego dumna – podkreśliła Sembrant, zauważając przy tym, że byłoby miło, gdyby sędzie częściej zwracały uwagę na przekraczanie przepisów także w sytuacjach, w których poszkodowana zawodniczka nie próbuje na nich niczego wymusić.

******

823629752_9489

Fot. Getty Images

O ile w Arnhem działo się w czwartek stosunkowo niewiele, o tyle w Tilburgu i w Deventer obejrzeliśmy najlepsze możliwe zakończenie fazy grupowej EURO 2017. Przez ostatnie dwa tygodnie przywykliśmy już do tego, że holenderskie mistrzostwa wymykają się jakimkolwiek regułom, ale jednak fakt, że zarówno Szkotki, jak i Portugalki od awansu do ćwierćfinału dzielił zaledwie jeden gol, wciąż brzmi – przynajmniej dla mnie – jak opowieść z działu fantastyka. Żeby było jeszcze ciekawiej, w trzeciej minucie doliczonego czasu gry Laura Luis miała na nodze piłkę na ćwierćfinał, ale z jej strzałem bez większych problemów poradziła sobie Chamberlain. Tę sytuację warto zapamiętać, gdyż może się jeszcze zdarzyć tak, że będziemy o niej opowiadać przyszłym pokoleniom. Od działań portugalskiej federacji w najbliższych latach zależy jednak, czy będzie to opowieść o narodzinach nowej, futbolowej potęgi, czy też o jednorazowym, lecz honorowym występie zawodniczek z tego kraju na wielkiej imprezie.

Już teraz swoją wspaniałą historię mogą za to napisać Angielki. Podobnie jak w dwóch ostatnich rozegranych przed turniejem sparingach, Mark Sampson znów zdecydował się wymienić niemal całą jedenastkę i ponownie roszady te przyniosły jego piłkarkom komplet zwycięstw. Oprócz Duggan, Christiansen, czy Parris, sporych rozmiarów cegiełkę do angielskiej wiktorii dołożyła tym razem także portugalska bramkarka, ale w końcu nie od dziś wiemy, że futbol to przede wszystkim gra błędów. Wygrana grupa oznacza, że Lwice w niedzielnym ćwierćfinale czekać będzie pojedynek z Francją, ale Toni Duggan już teraz jest przed nim w niezwykle bojowym nastroju. Jeżeli mogłabym wybrać jeden moment, w którym chciałabym zmierzyć się z Francją, to byłoby to właśnie teraz – zapowiada piłkarka grająca dotychczas w Manchesterze. Pozostaje więc trzymać za słowo!

EUROkronika – dzień 12

1200

Fot. Anna Tärnhuvud

Emocje po cokolwiek nieoczekiwanej porażce z Włoszkami na koniec fazy grupowej nie mogą opaść. To dobrze. Oznacza to bowiem dokładnie tyle, że reprezentacja prowadzona przez Pię Sundhage oraz Lilie Persson nie jest jedynie tworem stworzonym dla na potrzeby szaleńców, ale organizmem mającym bezpośredni wpływ na aktualne samopoczucie setek tysięcy ludzi. Na ten moment nie jest ono oczywiście najlepsze, choć z pewnym rozbawieniem zauważam, że zrozumienie dla niedawnych wydarzeń w Doetinchem jest wprost proporcjonalne do liczby obejrzanych meczów i treningów kadry. Nie chcę przez to powiedzieć, że sam przewidywałem taki właśnie obrót wypadków, gdyż prawda jest taka, że w ostatnim meczu liczyłem na trzy punkty nawet gdybyśmy mieli grać od pierwszej minuty Hanną Glas i Olivią Schough, ale jednak zwycięstwo Włoszek nie sprawiło, że w jednej chwili zawalił mi się cały porządek świata. Po prostu, widziałem Viborg, widziałem Chiny, widziałem Meksyk, zdawałem sobie sprawę z wielu problemów sportowych i pozasportowych dręczących tę drużynę i myślę, że w miarę obiektywnie potrafiłem oszacować jej aktualne możliwości. Temat ten poruszałem zresztą wielokrotnie, więc zainteresowanych (ze szczególnym uwzględnieniem tych, którzy wciąż widzą w obecnej szwedzkiej reprezentacji piłkarskiego hegemona) odsyłam do archiwalnych tekstów, które znajdziecie między innymi tutaj, tutaj i tutaj. Mam nadzieję, że pozwolą one choć w pewnym stopniu zrewidować oczekiwania wobec ekipy, która na czternaście ostatnich meczów na wielkich imprezach wygrała dwa (z RPA i Rosją).

Czy powyższy akapit oznacza, że przez sobotnim ćwierćfinałem jestem pesymistą? Absolutnie nie! Jak zawsze jestem realistą i takie podejście do tematu pozwala mi dostrzec mnóstwo powodów, dla których już na etapie ćwierćfinału zakończymy przygodę gospodyń EURO 2017 z turniejem. Po pierwsze, zagramy z przeciwnikiem potrafiącym grać w piłkę, dzięki czemu nie będzie trzeba przez dziewięćdziesiąt minut mordować się z atakiem pozycyjnym, który nie jest naszą najsilniejszą bronią. Po drugie, Hedvig Lindahl, w przeciwieństwie do wielu innych bramkarek, w decydujących momentach zazwyczaj nie zawodzi. Po trzecie, szybkie kontrataki i stałe fragmenty mamy dopracowane do tego stopnia, że nie będę ani trochę zaskoczony, jak coś po nich wpadnie. Po czwarte, Jessica Samuelsson wielokrotnie pokazywała, że doskonale potrafi poradzić sobie z Lieke Martens nawet wtedy, gdy ta ostatnia znajduje się w świetnej formie. Po piąte, defensywa w spotkaniu z Włoszkami chyba wyczerpała już cały limit błędów na ten turniej. Po szóste … i tak mógłbym wymieniać jeszcze długo. Nie wycofuję się z tego, że biorąc pod uwagę wyłącznie aktualny potencjał sportowy faworytkami sobotniego starcia będą Holenderki, ale jak najbardziej potrafię sobie wyobrazić scenariusz, w którym to Rolfö, Dahlkvist, czy Seger będą po ostatnim gwizdku celebrować awans do najlepszej czwórki. Dlaczego? Ponieważ w futbolu na koniec zwycięża nie ten, który ma więcej atutów, lecz ten, który potrafi zrobić z nich właściwy użytek. Coś na ten temat chyba wiemy, prawda?

Często spotykam się z porównywaniem fazy grupowej EURO 2017 do tego samego etapu ubiegłorocznych Igrzysk, ale wydaje mi się, że takie analogie są cokolwiek chybione. Na boiskach Holandii reprezentacja Szwecji prezentuje się bowiem zdecydowanie lepiej niż rok temu w Brazylii, czego dowodem są nie tylko suche liczby (bilans bramkowy 4-3 zamiast 2-5 przy identycznym dorobku punktowym), ale i zestawienie ze sobą poszczególnych meczów. Chyba nikt nie zaprzeczy, że:

– z Niemcami zagraliśmy lepiej niż rok temu z Chinami

– z Rosją zagraliśmy lepiej niż rok temu z RPA

– z Włochami zagraliśmy lepiej niż rok temu z Brazylią

Jak do tej pory, porównania wychodzą zatem jednoznacznie na plus dla tegorocznej kadry, a drabinka fazy pucharowej układa się nam niemal identycznie jak w Brazylii. Aby zagrać ewentualny finał z Niemkami znów będzie trzeba poradzić sobie z gospodyniami oraz jednymi z głównych faworytek, choć tym razem odwrócona została kolejność tych potyczek. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że przez przypadek nie odwrócą się wyniki (no, może poza samym finałem), choć jednocześnie raz jeszcze przestrzegam przed zbyt mocnym rozdmuchiwaniem oczekiwań. Jeśli wygramy ten turniej, co jak najbardziej jest realne, to zrobimy to na własnych zasadach. Jeśli nie, to najpewniej dokona tego ktoś od nas lepszy i trzeba będzie to zaakceptować. Przed najważniejszym meczem (najważniejszymi meczami) mistrzostw warto jednak pamiętać o tym, że szwedzkie piłkarki na tym etapie rozgrywek już absolutnie nic nie muszą. Ale z całą pewnością mogą, chcą i oczywiście spróbują!

******

823165706_9516

Fot. Getty Images

Gdyby ktoś dwa tygodnie temu powiedział, że Francja zagra w ćwierćfinale EURO 2017 uznalibyśmy to za równie oczywiste, co fakt, że właśnie ten kraj zorganizuje najbliższy mundial. Podopieczne Oliviera Echouafniego postanowiły jednak, że na holenderskich boiskach zrobią Szwecję i zamiast w dobrym stylu nie pozostawić niżej notowanym rywalkom złudzeń, do ostatnich chwil drżały o miejsce w ósemce. Można zażartować, że mając w pamięci wszystkie efektowne zwycięstwa w meczach fazy grupowej, po których za każdym razem następowało równie spektakularne wykolejenie, tym razem Les Bleues zapragnęły zasmakować czegoś odwrotnego, ale dopiero w niedzielę wieczorem przekonamy się, czy Francuzkom faktycznie będzie do śmiechu. czy może płakać będzie nie tylko Eve Perisset. Trochę w cieniu batalii w Bredzie, pierwsze miejsce w grupie przypieczętowały Austriaczki, których postawę na turnieju najtrafniej podsumował popularny wczoraj w mediach społecznościowych cytat z Wolfganga Amadeusza Mozarta. Doceniając niesamowity wyczyn drużyny prowadzonej przez Dominika Thalhammera trzeba jednak wspomnieć o tym, że wczoraj niezwykle ważnego gola podarowała im Gudbjörg Gunnarsdottir. Najlepszej golkiperce wiosny 2017 w Damallsvenskan przytrafił się bardzo niefortunny kiks, z którego jedyny właściwy użytek zrobiła Sarah Zadrazil, a Islandki pożegnały się z turniejem bez choćby jednego punktu, choć nie zapominajmy, że w starciu z Francją jak najbardziej im się on należał.

EUROkronika – dzień 11

DFnAytpXsAA6Jpv

Fot. Getty Images

Nie tak dawno pisałem, że dzień po zwycięstwie jest zawsze przyjemniejszy niż dzień po porażce. Niestety, trochę na własne życzenie, dziś przyjdzie nam zmierzyć się z tym drugim. Paradoksalnie, mecz z Włoszkami z całą pewnością nie był najgorszym występem kadry Pii Sundhage w ostatnich miesiącach, a biorąc pod uwagę jedynie postawę formacji ofensywnej, należałoby go nawet zaliczyć do grona tych lepszych. Współpraca w trójkącie Schelin – Rolfö – Blackstenius przez mniej więcej dwa kwadranse układała się bowiem wzorowo, niezłą zmianę dała ustawiona nieco bliżej bramki przeciwniczek niż ma to w zwyczaju Dahlkvist, a rozmach i polot w kreowaniu kolejnych sytuacji pozwolił nam na moment zapomnieć o niedawnych męczarniach z Chinami, Szkocją, czy Meksykiem. Jasne, skuteczność wciąż nieco szwankowała, bo na dobrą sprawę jedna Blackstenius mogła zakończyć mecz z hat-trickiem na koncie, ale nareszcie udawało się w miarę regularnie stwarzać realne zagrożenie pod bramką rywalek, co już samo w sobie stanowiło miłą odmianę od doskonale znanego nam mało produktywnego klepania w poprzek boiska. Cały problem jednak w tym, że we wtorkowy wieczór na nieplanowany urlop postanowiła udać się szwedzka defensywa, z czego w całkiem naturalny sposób skorzystały Włoszki. Możemy przypuszczać, że gdyby nasze obrończynie zagrały wczoraj na poziomie, do którego nas przyzwyczaiły, spotkanie najpewniej zakończyłoby się wynikiem 2-0, ale już w czwartej minucie kiks Lindy Sembrant przyniósł rywalkom pierwszego gola. Później było niestety jeszcze gorzej i chyba żadna ze szwedzkich defensorek nie może powiedzieć, że nie była zamieszana przynajmniej w jedną bramkową akcję Włoszek. Nie jest to z całą pewnością najlepsza recenzja ich występu, ale do soboty (oby dłużej!) możemy się łudzić, że limit błędów na ten turniej został już w całości wyczerpany. I jeśli kiedyś miało się to stać, to wczoraj nie był chyba nawet najgorszy moment.

Wielokrotnie wspominałem już, że wielkie turnieje to chwile, w których piłką nożną zaczynają żyć nawet ci, którzy na co dzień wyżej niż ligową młóckę w wykonaniu Hammarby i Örebro cenią sobie chociażby serial dokumentalny o weterynarzach. Są tacy, którym nie do końca się to podoba, ale ja akurat wychodzę z założenia, że jeśli reprezentacja potrafi porwać i zjednoczyć tłumy, to jest to tylko i wyłącznie powód do radości. Co więcej, nierzadko uwagi osób patrzących na ten cały futbolowy cyrk mniej wprawionym, ale jednocześnie bardziej świeżym okiem, potrafią być niezwykle cenne i właśnie z taką sytuacją spotkałem się w okolicach 90. minuty wczorajszego meczu z Włoszkami, kiedy to otrzymałem bardzo interesujące pytanie. Zadała je osoba, która piłką interesuje się jedynie przy okazji meczów kadry, a brzmiało ono następująco: Dlaczego Lotta gra w obronie? Szybko odpowiedziałem, że w dzisiejszym futbolu coraz większy nacisk kładzie się na to, aby zarówno bronić, jak i atakować potrafił w miarę możliwości cały zespół, ale w tym samym momencie dotarło do mnie jeszcze coś. Na boisku w Doetinchem postawa Lotty Schelin rzeczywiście rzucała się w oczy, gdyż nominalna napastniczka Rosengård była w zasadzie jedyną piłkarką, która stanowiła wsparcie dla ustawionej za jej plecami defensorki. Ani Asllani, ani Schough, ani Spetsmark nie wyrażały dostatecznego zainteresowania asekurowaniem pozycji, z czego raz po raz całkowicie bezkarnie korzystały Włoszki. Jasne, ani Rubensson, ani Andersson nie zagrały wczoraj wielkiego meczu, ale obie zdecydowanie zbyt często pozostawiane były same sobie, co w zderzeniu z dynamicznymi skrzydłowymi Italii nie mogło skończyć się dobrze. Co dziwne, w tym aspekcie zabrakło również jakiejkolwiek reakcji z ławki, a szczególnie Olivia Schough długimi fragmentami zdawała się w ogóle nie pamiętać o części swoich obowiązków (zakładam, że jednak je miała, bo jeśli nie, to tym gorzej).

Kwestia odpowiedniego zabezpieczenia newralgicznego sektora boiska stała się o tyle kluczowa, że w sobotnim ćwierćfinale zmierzymy się z Holenderkami, które akurat tam mają swoje zdecydowanie największe atuty. Wiadomo, że niepokoić powinien nas także zerowy dorobek strzelecki Miedemy (w końcu przecież musi zacząć trafiać), ale jednak zneutralizowanie zagrożeń w postaci niesamowicie dynamicznych Martens oraz van de Sanden będzie z całą pewnością warunkiem koniecznym do tego, aby w ogóle myśleć o ewentualnym pozostaniu w turnieju do sierpnia. Nie jest to oczywiście zadanie, które przerastałoby umiejętności szwedzkich piłkarek, ale pod warunkiem, że tym razem każda z nich zagra na sto procent. Czy możemy na to liczyć? Raczej tak, gdyż w sobotę zdecydowanymi faworytkami będą rywalki, a to właśnie w roli underdoga szwedzka kadra pod wodzą Sundhage i Persson prezentowała się ostatnio zdecydowanie najkorzystniej.

******

822537262_9498

Fot. Getty Images

Nawet jednobramkowa porażka z Włoszkami gwarantowała nam awans do ćwierćfinału bez względu na to, co wydarzy się w Utrechcie, ale w drugim meczu grupy B również działo się całkiem sporo. Niemki rzecz jasna planowo zwyciężyły, ale pomimo wyraźnej optycznej przewagi, znów nie potrafiły udokumentować jej chociażby jednym golem z gry. Na ich szczęście, aż dwukrotnie otrzymały szansę zaprezentowania swoich umiejętności strzelania rzutów karnych, choć w jednym przypadku odgwizdanie faulu w drugą stronę jak najbardziej dałoby się obronić. Inna sprawa, że prowadząca to spotkanie polska sędzia, która kilka dni wcześniej uznała gola dla Belgii z wyraźnego spalonego, tym razem postanowiła anulować zupełnie prawidłową bramkę Niemek, dopatrując się … ofsajdu.

Wracając jednak do niezwykle moim zdaniem ciekawej statystyki dotyczącej goli zdobytych z wyłączeniem stałych fragmentów gry, to zdecydowanymi liderkami spośród drużyn, które zakończyły już fazę grupową okazują się w niej Włoszki. Podopieczne Antonio Cabriniego aż pięciokrotnie zaskakiwały w ten sposób podczas EURO 2017 defensywę rywalek, a na przeciwnym biegunie znajdują się … Niemki oraz Norweżki, którym sztuka ta nie udała się jak dotychczas ani razu. Oczywiście, trzeba mieć świadomość, że wszystkie tego typu zestawienia należy traktować wyłącznie w kategoriach ciekawostki, ale jednak zazwyczaj pokazują one, które z uczestniczących w turnieju drużyn prezentowały najbardziej atrakcyjny futbol. I rankingi te, podobnie zresztą jak wyniki wielu spotkań na holenderskich mistrzostwach, są na ten moment zapowiedzią niezwykle interesujących eliminacji do francuskiego mundialu w strefie europejskiej.

******

Dziś do gry wraca grupa C, czyli ta, w której Francuzki miały gromić, ale zamiast tego zagrają ze Szwajcarią o awans. W znacznie bardziej komfortowej sytuacji znajdują się póki co debiutujące na wielkiej imprezie Austriaczki, ale możemy być pewni, że wyeliminowana już Islandia postawi im niezwykle trudne warunki. Ze szwedzkiej perspektywy zdecydowanie najbardziej interesuje nas, kto ostatecznie zakończy zmagania na drugim miejscu w tabeli, ale czy na pewno warto poświęcać temu aż tyle uwagi? Trwający właśnie turniej nauczył nas przecież tego, że w finałach EURO najlepiej trafić na Szkotki nie ma już słabych drużyn.