Niezwyciężone!

222569612_219872946805051_6456570475958598840_n

Fridolina Rolfö stała się niekwestionowaną liderką kadry Petera Gerhardssona (Fot. Getty Images)

Nie ma sensu ukrywać, że są takie teksty, które pisze się po prostu z wielką przyjemnością. I podsumowanie roku 2021 w wykonaniu piłkarskiej reprezentacji Szwecji z całą pewnością się do nich zalicza. Ostatnich dwanaście miesięcy w wykonaniu kadry Petera Gerhardssona przypominało bowiem niekończący się, cudowny sen, z którego to najchętniej nigdy nie chcielibyśmy się budzić. I nawet jeśli gdzieś pośrodku na krotką chwilę pojawiły się łzy, to żadną miarą nie mogą nam one przesłonić wspaniałego, namalowanego przez szwedzkie piłkarki na stadionach całego świata obrazka. I jeśli dwa lata temu, mniej więcej o tej samej porze zastanawialiśmy się, czy rok 2019 był najlepszym w historii szwedzkiego futbolu w wydaniu reprezentacyjnym, to dziś z całą mocą możemy powiedzieć, że nie. A to dlatego, że rok 2021 wyprzedził go przynajmniej o kilka długości i już chyba na zawsze stał się synonimem ogromnego sukcesu, który w teorii nie miał przecież prawa się wydarzyć.

Jasne, przywiezione z dwóch kolejnych imprez mistrzowskich medale nie są może sensacją na miarę tytułu mistrzowskiego dla Piteå, ale patrząc zupełnie na spokojnie, szwedzka kadra dokonała czegoś wyraźnie ponad stan. Drużyna oparta o zawodniczki z mocno ignorowanej przez cały europejski mainstream Damallsvenskan raz jeszcze stanęła na podium wielkiej imprezy, grając przy tym tak piękny futbol, że chyba nawet sami, w tych najbardziej optymistycznych prognozach, nie przewidywaliśmy takiego scenariusza. Ktoś może oczywiście nie bez racji zauważyć, że na japońskich Igrzyskach połowę kadrowiczek stanowiły przecież piłkarki z lig zagranicznych i jest to jak najbardziej słuszna uwaga. Tyle tylko, że poza Magdaleną Eriksson z Chelsea oraz Hanną Glas z Bayernu, o żadnej ze szwedzkich kadrowiczek nie da się powiedzieć, że jest w swojej drużynie klubowej postacią numer jeden. Co więcej, wiele z nich (Lindahl, Musovic, Andersson, Jakobsson, Blomqvist żeby wymienić tylko kilka nazwisk), w ogóle miewa problemy z regularnymi występami, a Linda Sembrant czy Kosovare Asllani ostatnimi czasy więcej minut spędzają w gabinetach lekarskich niż na murawie. Gdy jednak przychodzi do międzynarodowego grania, to wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle przestaje mieć znaczenie. I jeśli za coś można kadrę Petera Gerhardssona pokochać, to między innymi za to, iż zespół bez gwiazd pokroju Pii Sundhage, Leny Videkull, Hanny Ljungberg, czy Lotty Schelin wykręca wyniki wyraźnie wykraczające ponad jego potencjał. I tak, jak kiedyś zastanawialiśmy się dlaczego niektóre zawodniczki nijak nie potrafią przełożyć dobrej dyspozycji w klubie na mecze kadry, tak teraz z podobnymi dylematami zmagają się trenerzy klubowi. Z perspektywy sympatyka niebiesko-żółtej reprezentacji jest to niewątpliwie przyjemna zmiana.

Przejdźmy jednak powoli do konkretów w postaci liczb, które zresztą przedstawiają się w tym roku nadzwyczaj imponująco. Podczas ostatnich dwunastu miesięcy kadra Petera Gerhardssona rozegrała 18 meczów, spośród których 15 zakończyło się jej zwycięstwem, 3 remisem, a porażek w ogóle nie odnotowaliśmy. Stosunek bramek? 42-9 na plus. Mając przed sobą zestaw tegorocznych rywalek, możemy chyba tylko w tym momencie pokiwać z uznaniem głową. Co ciekawe, jedynie reprezentacje Polski i Australii potrafiły podczas jednego meczu dwukrotnie pokonać szwedzką bramkarkę, ale gdy spojrzymy na nazwiska piłkarek, które tego dokonały (odpowiednio Ewa Pajor oraz Samantha Kerr), to nie jest to absolutnie powód do wstydu. Oprócz wspomnianej dwójki, do naszej siatki trafiały inne wielkie nazwiska, jak chociażby Megan Rapinoe, Jessie Fleming, czy Mina Tanaka, legenda boisk Damallsvenskan Linda Sällström, a także stoperka Frankfurtu Virginia Kirchberger. Po stronie zysków zdecydowanie najmocniej zapisał się natomiast tercet Fridolina Rolfö (9 goli), Stina Blackstenius (8 goli) oraz Lina Hurtig (7 goli). Łatwo obliczyć, że wspomniana trójka była bezpośrednio odpowiedzialna za ponad połowę szwedzkich bramek w minionym roku, a kolejna na liście Caroline Seger zapisała na swoim koncie dokładnie trzy trafienia. Zdecydowanie bardziej równomiernie rozłożyły się za to asysty i tutaj czołówka wewnętrznej klasyfikacji jest zdecydowanie bardziej spłaszczona. Na jej szczycie znajduje się trio Kosovare AsllaniSofia JakobssonOlivia Schough (po 4 asysty), a tuż za ich plecami znajdziemy Filippę Angeldal oraz Fridolinę Rolfö (po 3 asysty).


Reprezentacyjne NAJ – kolekcja 2021:

Najlepszy mecz: Szwecja – USA 3-0. Mecz otwarcia japońskich Igrzysk, a po drugiej stronie aktualne mistrzynie świata i niekwestionowane liderki rankingu FIFA. Czy można było wyobrazić sobie trudniejszą inaugurację turnieju? Zdecydowanie nie, ale to wszystko sprawia, że końcowe zwycięstwo smakowało wybornie jak nigdy! Ale co tam zwycięstwo, przecież w historii kilka meczów przeciwko USA udawało się nam już wygrać. Nigdy wcześniej przeciwko temu rywalowi nie zagraliśmy jednak TAKIEGO meczu. A można pójść przecież jeszcze dalej i stwierdzić, że w całej swojej historii Amerykanki nie rozegrały meczu, w którym byłyby aż tak bezradne i zdominowane. No, może do tego miana kandydować mogłaby pamiętna potyczka z Brazylią na MŚ 2007, ale wtedy całemu światu objawiał się właśnie talent legendarnej Marty. A na boisku w Tokio mieliśmy popis kapitalnej gry zespołowej, na którą podopieczne trenera Andonovskiego nijak nie potrafiły znaleźć odpowiedzi. A wynik 3-0, jakkolwiek surrealistycznie to brzmi, był dla Amerykanek najniższym wymiarem kary. Nic więc dziwnego, że nawet osoby będące ze szwedzką kadrą od połowy lat osiemdziesiątych minionego wieku, jednogłośnie uznały ten mecz za najlepszy w historii szwedzkiej piłki reprezentacyjnej. I trudno z tą opinią jakkolwiek polemizować.

Najgorszy mecz: Słowacja – Szwecja 0-1. Początki nowych rozdziałów pisze się zazwyczaj trudno i jak widać prawidła te funkcjonują nie tylko w literaturze. Pierwszy mecz australijsko-nowozelandzkiej, eliminacyjnej kampanii przyszło nam rozegrać w słowackim Senecu i choć spotkanie to zaczęło się od gola Fridoliny Rolfö, to były to jedynie dobre złego początki. Z każdą upływającą minutą coraz trudniej było dostrzec w szwedzkich piłkarkach zespół, który w poprzednich kwalifikacjach zaaplikował Słowaczkom trzynaście bramek, a gdy po przerwie rywalki coraz śmielej zaczęły dochodzić do głosu, zrobiło się już zupełnie nieciekawie. I choć koniec końców skromne prowadzenie udało się dowieźć do końcowego gwizdka, to był to występ zdecydowanie poniżej oczekiwań, o którym jak najszybciej powinniśmy po prostu zapomnieć.

Najładniejszy gol: Lina Hurtig (na 2-1 z Finlandią). Stratą punktów pachniało zresztą nie tylko w Senecu, ale i w Göteborgu, gdzie pod koniec listopada zawitała reprezentacja Finlandii. Raz jeszcze strzelanie rozpoczęła Rolfö, chwilę później skutecznie odpowiedziała Sällström i długo zanosiło się na to, że nordyckie derby zakończą się remisem. W 79. minucie obudziła się jednak Angeldal, która dorzuciła niemal idealną piłkę na przedpole bramki Korpeli, a tam nieoczekiwanie dla fińskiej defensywy znalazła się Lina Hurtig i uderzając na wślizgu zapewniła swojemu zespołowi bezcenne zwycięstwo.

Piłkarka roku: Fridolina Rolfö. Gdyby nie kontuzje, to zapewne już wiele razy jej nazwisko pojawiłoby się właśnie w tej rubryce. Rok 2021, a szczególnie jego pierwsza połowa, także nie były dla niej czasem bez zmartwień i trosk, ale im dalej w rok, tym bardziej optymistyczne były kolejne wieści. Najlepsza piłkarka japońskich Igrzysk, liderka kadry w jesiennych eliminacjach mundialu, liderka wewnętrznych klasyfikacji strzelczyń i punktowej – to wszystko dobitnie świadczy, że ostatnie miesiące należały właśnie do niej. I jeśli któraś Szwedka zasłużyła na to, aby pretendować w tym roku do największych, światowych laurów, to bez wątpienia jest to właśnie piłkarka, która latem zamieniła niemiecką Bundesligę na cieplejsze, katalońskie klimaty. Pozostaje jednak życzyć, aby w Barcelonie niezmiennie dopisywało jej zdrowie, bo wydaje się, że z pozostałymi problemami poradzi sobie sama.

Rozczarowanie roku: jesienna stagnacja. Fajnie odbiera się medale i zaszczyty, ale jeszcze trudniej się na tym szczycie utrzymać. Kosovare Asllani zwykła mawiać, że wczorajsze zwycięstwa nie dadzą nam jutro medali i jesienią jej słowa dźwięczały nam w uszach nadzwyczaj często. Tym bardziej, że po raz pierwszy za kadencji Gerhardssona lampek alarmowych wokół kadry zaczynało się świecić zdecydowanie zbyt wiele. Co gorsza, światło większości z nich widzieli tylko nieliczni, a mówiąc nieco bardziej konkretnie ci, którzy nie dali się na długo oślepić blaskiem tokijskiego srebra. Doskonale pamiętamy czasy, w których szwedzka kadra stała się zamkniętym kręgiem, którego progi przekroczyć mogły jedynie posiadaczki kart stałego klienta. Nie trzeba nam przypominać, jak duszno zaczęło się wówczas robić wokół reprezentacji. Powrotu tych czasów bardzo byśmy nie chcieli, ale jednak każde kolejne jesienne powołania przekonywały nas, że znów zaczynamy powoli dryfować w tym kierunku. Wciąż jednak jest jeszcze czas, aby przestawić ster i na powrót obrać właściwy kurs. Peterze i drogi sztabie, skorzystajcie proszę z tej szansy!

Największa wygrana: Filippa Angeldal. Pod nieobecność Elin Rubensson oraz Nathalie Björn w szwedzkiej drugiej linii powstała znacząca wyrwa. Bardzo szybko lukę tę wypełniła zawodniczka, która jeszcze nie tak dawno wydawała się mocną kandydatką do miana kolejnego niespełnionego talentu z Damallsvenskan. Progres, jaki piłkarka ta zrobiła przede wszystkim pod względem motorycznym, nie mógł jednak pozostać niezauważony, a Angeldal dziś w niczym nie przypomina piłkarki z czasów AIK. A że poprawa parametrów fizycznych poszła w parze z rozwojem techniczno-taktycznym, to w tym roku zobaczyliśmy wreszcie w akcji produkt kompletny, który okazał się być produktem klasy reprezentacyjnej. I ani trochę nie dziwimy się, że Angeldal jesienią szturmem wywalczyła sobie miejsce w wyjściowej jedenastce Manchesteru City. Historia tej piłkarki może być ponadto inspiracją dla wielu młodych adeptek futbolu, bo pokazuje jak wspaniałe efekty może przynieść połączenie talentu i nieustannej pracy nad sobą.

Najbardziej niedoceniana: Jennifer Falk. W tej kategorii mogłaby rywalizować o prymat z Hanną Glas, ale jednak defensorka Bayernu była na swojej pozycji doceniona zdecydowanie bardziej. A golkiperka Häcken wciąż nie została w hierarchii selekcjonera numerem jeden, choć zarówno postawą w klubie, jak i w reprezentacji dała mnóstwo powodów, aby tym pierwszym wyborem być. Po stronie plusów zapisujemy przede wszystkim kwietniowy mecz przeciwko USA, który był dla niej swoistym egzaminem piłkarskiej dojrzałości, a jej wymiana zdań z blokiem defensywnym tuż przed rzutem karnym dla rywalek stała się niejako symbolem gotowości Falk do gry na najwyższym poziomie. Bezbłędnie zaprezentowała się także w meczach z Nową Zelandią oraz Słowacją, które z bramkarskiej perspektywy okazały się zdecydowanie trudniejsze niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. A wszystko wskazuje na to, że najlepsze lata kariery wciąż przed nią.

Nagroda specjalna: ranking FIFA. Brzmi to może dość oryginalnie, bo przecież jak można nagrodzić ranking? Z drugiej jednak strony, jest to najlepszy sposób, aby uhonorować fakt, iż kadra Petera Gerhardssona zamknęła rok na najwyższej w historii lokacie w klasyfikacji FIFA. A ta, jak doskonale wiemy, jest jedną z bardzo niewielu rzeczy, które się piłkarskiej centrali akurat udały. Na to osiągnięcie składa się przede wszystkim niemal bezbłędny występ na japońskich Igrzyskach, kiedy to passę pięciu kolejnych zwycięstw przerwał nam dopiero remis w wielkim finale. Wynik ten ma znaczenie nie tylko prestiżowe, ale i … całkiem praktyczne. Jeśli bowiem do wiosny 2023 uda nam się zachować lokatę w czołowej szóstce, to podczas losowania grup finałów MŚ 2023 reprezentacja Szwecji znajdzie się w pierwszym koszyku, co w tym wieku nie zdarzyło się jeszcze nigdy.

Zwycięskie pożegnanie roku

contentmedium

Piąty mecz, piąte zwycięstwo – szwedzka kadra wciąż niepokonana w el. MŚ (Fot. Bildbyrån)

Ten mecz był niemal idealnym podsumowaniem jesieni w wykonaniu kadry Petera Gerhardssona. Z jednej strony znów nie obejrzeliśmy bowiem wielkiego futbolu, a z drugiej – piąte kolejne zwycięstwo w eliminacyjnej kampanii sprawiło, że wyjazd na mundial w Australii i Nowej Zelandii wydaje się być dosłownie na wyciągnięcie ręki. Co więcej, uniknięcie poważnych potknięć w starciach ze znacznie niżej notowanymi rywalami sprawiło, że szwedzka reprezentacja zakończy obecny rok jako wicelider rankingu FIFA i nie ma co ukrywać, że jest to osiągnięcie absolutnie historyczne.  Na szczegółowe podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy przyjdzie jednak czas za kilka dni, a póki co skupmy się na tym, co kilkanaście godzin temu wydarzyło się na stadionie w Malmö.

Początek meczu nie przyniósł nam w zasadzie żadnych emocji i choć to szwedzkie piłkarki starały się narzucić rywalkom własne warunki, to konkretów było z tego bardzo niewiele. Wystarczyła jednak zaledwie jedna bramkowa okazja, aby podopieczne trenera Gerhardssona otworzyły wynik spotkania. Mówiąc bardziej konkretnie, dokonała tego Lina Hurtig, która niczym urodzona lisica pola karnego wykorzystała dobre, choć nieco przypadkowe dogranie Johanny Kaneryd. Dla piłkarki Juventusu był to szesnasty gol w narodowych barwach i kolejne potwierdzenie tezy, że sprawdzenie jej na dziewiątce było naprawdę udanym pomysłem szwedzkiego selekcjonera. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie, choć blisko pokonania słowackiej golkiperki była chociażby Olivia Schough. Skrzydłowej Rosengård do pełni szczęścia zabrakło jednak centymetrów, a szkoda, bo gol strzelony w wyniku chyba najbardziej ikonicznego zagrania tej piłkarki byłby wspaniałym podsumowaniem zdecydowanie najlepszego sezonu w jej karierze. Swojego szczęścia w tej fazie meczu próbowały szukać także Słowaczki, którym raz udało się nawet uderzyć w światło bramki strzeżonej przez Hedvig Lindahl. Nie da się jednak ukryć, że tym razem rywalki nie sprawiały nam aż takiego zagrożenia jak chociażby przed dwoma miesiącami w Senecu, a większość ich ofensywnych prób udawało się skutecznie zneutralizować jeszcze w stosunkowo bezpiecznej strefie boiska.

Druga połowa to jeszcze większa szwedzka dominacja i ponownie szkoda, że nie udało się podkreślić jej nieco bardziej spektakularną zdobyczą bramkową. Niejako na pocieszenie fani ze stolicy Skanii obejrzeli jednak dwa efektowne gole, choć w przypadku pierwszego z nich Fridolina Rolfö powinna napisać list dziękczynny do słowackiej bramkarki Marii Korenciovej. Strzał zawodniczki Barcelony był oczywiście najwyższej próby, ale gdyby golkiperka Milanu nie była aż tak fatalnie ustawiona, to uderzona przez szwedzką pomocniczkę futbolówka nie miałaby prawa znaleźć drogi do siatki. Trafienie na 3-0 było za to ukłonem w kierunku tych, którzy ostatnimi czasy zaczęli coraz głośniej narzekać na skuteczność przy stałych fragmentach gry. Do tego rozegrania przyczepić się jednak żadną miarą nie sposób; Jonna Andersson zagrała krótko z Filippą Angeldal, piłkarka Manchesteru City dośrodkowała w słowackie pole bramkowe, a tam najwyżej wyskoczyła Amanda Ilestedt i uderzyła tak precyzyjnie, że tym razem żadna bramkarka raczej by tego strzału nie zatrzymała. Jako się rzekło, szwedzkie zwycięstwo mogło być jeszcze bardziej okazałe, ale w ostatniej fazie meczu brakowało nam albo skuteczności, albo szczęścia, jak w sytuacji kiedy to Fischerova ewidentnie faulowała we własnej szesnastce Linę Hurtig.

Listopadowe zgrupowanie kończymy zatem bez strat zarówno punktowych, jak i kartkowo-zdrowotnych i to jest chyba zdecydowanie najlepsza informacja na środowy poranek. Kadrę Petera Gerhardssona w akcji ujrzymy ponownie dopiero w połowie lutego i pozostaje mieć nadzieję, że czas pozostały do następnych powołań zostanie przepracowany w sposób należyty. Bo nawet jeśli w tej chwili cieszymy się z historycznych osiągnięć i przedłużającej się passy meczów bez porażki, to we współczesnym futbolu zmiany zachodzą niezwykle szybko, a pewnych sygnałów ostrzegawczych nie można bagatelizować. Rok 2021 pozostaje nam zatem pożegnać z nadzieją, że – paradoksalnie – nie będziemy do niego zbyt długo wracać wspomnieniami. Byłoby to bowiem równoznaczne z tym, że szwedzka kadra wciąż będzie dawać nam powody do radości i dumy. A czy tak się stanie? Pozostaje zaufać selekcjonerowi oraz sztabowi, który już niejednokrotnie udowodnił, że na to zaufanie zasługuje. Najbliższe miesiące zupełnie nieoczekiwanie mogą jednak okazać się dla wszystkich zainteresowanych okresem najcięższej próby.

Komplet na boisku, komplet na trybunach

FFD-aAZXMAIuzh1

Na zwycięskiego gola kibice na Gamla Ullevi musieli czekać aż do 79. minuty (Fot. Bildbyrån)

Pierwszy po ponad dwuletniej przerwie mecz na wypełnionym kibicami Gamla Ullevi pozostawił nas z mieszanymi uczuciami. Bo z jednej strony niby jest czwarte kolejne zwycięstwo, komplet punktów na półmetku eliminacji i niezmiennie powiększająca się przewaga nad grupą pościgową, ale z drugiej kadra Petera Gerhardssona znów nie rozegrała meczu, z którego moglibyśmy być jednoznacznie zadowoleni. Jasne, gole Fridoliny Rolfö oraz Liny Hurtig, a także akcje je poprzedzające, były dziś wyjątkowo pięknej urody, ale problem w tym, że tych dobrych momentów było w wykonaniu szwedzkich piłkarek zdecydowanie zbyt mało. Po stronie plusów możemy oczywiście bez zastanowienia zapisać pierwszy kwadrans, a także końcowe dwadzieścia minut, kiedy to odczuwająca narastające zmęczenie reprezentacja Finlandii broniła się coraz głębiej na własnej połowie. Pomiędzy tymi dwoma segmentami mieliśmy jednak niezwykle długi okres wyrównanej gry, a nie brakowało również momentów, w których to grające bez kompleksów rywalki uzyskiwały przewagę. A tego w przedmeczowym scenariuszu zdecydowanie nie było.

Na początek skupmy się jednak na pozytywach, a do nich zaliczyć możemy na przykład obie akcje bramkowe. W pierwszej z nich wydawało się, iż Lina Hurtig nieco zbyt długo zwlekała z odegraniem futbolówki w kierunku Fridoliny Rolfö, ale koniec końców okazało się, że o żadnym spalonym w tej sytuacji mowy być nie może. A gdy piłkarka Barcelony stanęła oko w oko z Tinją-Riikką Korpelą, to skuteczne wykończenie tej akcji golem było już wyłącznie formalnością. Trafienie na 2-1 to już natomiast zasługa Filippy Angeldal, która w sobie tylko znany sposób posłała idealną centrę w kierunku Hurtig, a ta ostatnia dopadła futbolówki zanim uczyniła to którakolwiek z fińskich defensorek i sytuacyjnym uderzeniem zmieściła ją tuż przy słupku, oczywiście po tej właściwej z naszej perspektywy stronie. Ofensywny tercet Angeldal – Rolfö – Hurtig wymieniamy zresztą z nazwisk nieprzypadkowo, gdyż to właśnie te piłkarki zasłużyły na zdecydowanie najwyższą notę za występ przeciwko Finlandii. Oprócz nich uwagę przyciągały także dwie zawodniczki Häcken; waleczna i tocząca nieustanne boje (również w znaczeniu jak najbardziej dosłownym!) z Eveliiną Summanen Filippa Curmark oraz dynamiczna Johanna Kaneryd, która pojawiła się na murawie na początku drugiej połowy w miejsce Olivii Schough i błyskawicznie wniosła do ofensywnych poczynań szwedzkiej kadry mnóstwo ożywienia. Skoro jednak chwilę temu byliśmy jeszcze przy golach, to warto wspomnieć, że trafienie dla gości także było wynikiem przemyślanej, zespołowej akcji, która rozpoczęła się jednak od całkowicie bezsensownej straty Hurtig w środkowej strefie boiska. Zdecydowanie najlepszym przeglądem pola wykazała się wówczas Ria Öling, a że zawodniczka Rosengård potrafi zdziałać cuda z piłką przy nodze, wiemy przecież nie od dziś. A ponieważ z asysty koleżanki ze Skanii bezbłędnie skorzystała również doskonale znana szwedzkim kibicom Linda Sällström, to Hedvig Lindahl po raz pierwszy w tych eliminacjach musiała wyjmować piłkę z siatki. A przecież gdyby Finki pod koniec pierwszej i na początku drugiej połowy wykazały się nieco większą cierpliwością, to goli oraz dogodnych sytuacji bramkowych mogło być po ich stronie jeszcze więcej. Zrywane dośrodkowania oraz uderzenia z kompletnie nieprzygotowanych pozycji sprawiły jednak, że golkiperka madryckiego Atletico nie miała dziś aż tak bardzo stresującego wieczora. Choć wynik widniejący na tablicy absolutnie nie pozwalał na jakąkolwiek obniżkę koncentracji nawet w samej końcówce.

Bo Finki, jak to one, niebezpieczne są również wtedy, gdy teoretycznie nie stwarzają akurat bezpośredniego zagrożenia pod bramką rywalek. Szwedzka defensywa miała się jednak na baczności i choć ten jeden, jedyny raz Sällström potrafiła się urwać między innymi naszemu eksportowemu duetowi z Chelsea, to ani Magdalena Eriksson, ani Jonna Andersson z pewnością nie ponoszą wyłącznej odpowiedzialności za utratę gola. Trudno przesadnie winić również rozgrywającą dziś swój 180. mecz w kadrze Lindahl, choć pewnie wszyscy zastanawialiśmy się, jak w analogicznej sytuacji poradziłaby sobie Jennifer Falk. Wybiórczo i z czasowymi przestojami funkcjonowały za to szwedzkie skrzydła, które szczególnie po lewej stronie w sposób zdecydowanie niewystarczający partycypowały w budowaniu optycznej przewagi na fińskiej połowie. Zarzut ten w może nieco mniejszym stopniu dotyczyć może Sofii Jakobsson, gdyż nawet jeśli napastniczka monachijskiego Bayernu zaliczała pojedyncze straty i bezsensowne wybory, to jednak jej entuzjazm i niesłabnąca wiara w zwycięstwo jeszcze bardziej kształtowały mentalność całej ekipy, co w konsekwencji okazało się jednym z wielu kluczy do zwycięstwa. Mały plusik przy nazwisku Jakobsson stawiamy również za całkiem niezłą współpracę z Hanną Glas oraz Liną Hurtig, co mogłoby stanowić niezwykle interesujący przedmiot dyskusji na temat postawy zawodniczki mistrzyń Niemiec w roli wahadłowej. Jak doskonale zdajemy sobie sprawę, współczesny futbol wymaga od piłkarek występujących na tej pozycji zachowania idealnego balansu między atakiem i obroną i akurat z tego zadania Jakobsson jak najbardziej się wywiązała.

Na półmetku eliminacji przewodzimy grupowej stawce z kompletem dwunastu punktów na koncie, a ponieważ wyniki pozostałych spotkań ułożyły się dla nas wprost idealnie, to już teraz kadra Petera Gerhardssona może powiedzieć, że jedną nogą znajduje się w samolocie do Australii. I nawet jeśli oficjalne świętowanie będziemy musieli odłożyć w czasie przynajmniej do kwietnia, to już dziś możemy powoli rozpocząć szybki przegląd hoteli w Sydney i okolicach. Zanim jednak już ostatecznie i definitywnie zamkniemy reprezentacyjny rok 2021, czeka nas jeszcze wtorkowe starcie ze Słowacją i naprawdę trzeba zrobić wszystko, aby na koniec tego istotnie wspaniałego czasu nie popsuć sobie nastrojów. A rywal do takiej potyczki, choć zdecydowanie niżej notowany, wydaje się być całkiem wymagający. Na to przynajmniej wskazywałyby bowiem wyniki osiągane przez drużynę prowadzoną przez Petera Kopuna w trwającej właśnie kampanii. Jeśli więc nie chcemy udać się na kilkumiesięczny, reprezentacyjny detoks w minorowych nastrojach, to już za cztery dni znów musimy być gotowi na twardą, boiskową walkę. Z której to – miejmy nadzieję – raz jeszcze wyjdziemy zwycięsko.


W drugim meczu grupy ‘szwedzkiej’ Słowacja niespodziewania przywiozła jeden punkt z Irlandii, remisując 1-1 na przedmieściach Dublina. Dla porządku dodajmy, że gola dla podopiecznych trenera Kopuna strzeliła Martina Surnovska, zaś do wyrównania doprowadziła niepowstrzymywalna tej jesieni Katie McCabe. Wynik ten oznacza tyle, że zakładając planowe zwycięstwo Irlandii nad Gruzją w zaległym meczu pierwszej kolejki, szwedzkie piłkarki mają już pięciopunktową przewagę nad najgroźniejszymi przeciwniczkami w walce o wyjazd do Australii i Nowej Zelandii.

* – tytuł tekstu odnosi się do faktu wyprzedania wszystkich biletów na mecz Szwecja – Finlandia. Realnego kompletu na trybunach Gamla Ullevi ostatecznie się nie doczekaliśmy, choć wolnych krzesełek w istocie nie pozostało wiele.

Klasyfikacja punktowa Damallsvenskan

a5aa4443-4023-49b5-accf-5f7a0b563cec

Stina Blackstenius wygrała w obecnym sezonie niemal wszystkie klasyfikacje indywidualne (Fot. Astrid Pedersen)

Podsumowanie tegorocznych rozgrywek kończymy tradycyjnie zestawieniem klasyfikacji punktowej dla każdego z klubów Damallsvenskan. Statystyki opublikowane na oficjalnej stronie federacji już tradycyjnie dość mocno mijają się ze stanem faktycznym, ale akurat w tym roku Stina Blackstenius do tego stopnia zdominowała właściwie wszystkie klasyfikacje, że wygrałaby je nawet gdyby liczeniem zajmowali się przedstawiciele komisji wyborczych. Bardzo solidne cyferki wykręciły ponadto Olivia Schough z Rosengård oraz Madelen Janogy z Hammarby, a Ebba Hed z Vittsjö dała się poznać jako dobra egzekutorka stałych fragmentów gry. Jeśli jednak ciekawi was kto okazał się najskuteczniejszą piłkarką każdej z drużyn, to wszystkie niezbędne informacje znajdziecie poniżej.

aik

dif

esk

hif

bkh

kdff

lfc

pif

fcr

vgik

vdff

ore

Jedenastka roku Damallsvenskan 2021

lag_yr

Sabrina D’Angelo (Vittsjö) – kanadyjska golkiperka ma za sobą naprawdę udany rok, choć trzeba uczciwie przyznać, że akurat na tej pozycji rywalizacja o miejsce w jedenastce roku nie była aż tak zaciekła jak w przypadku zawodniczek z pola. Nie ma w tym jednak ani trochę winy samej zainteresowanej, która – może wyłączając dwumecz z Rosengård – przez niemal cały sezon prezentowała równą, stabilną formę. A jej występ przeciwko Häcken na Bravida Arenie to bez wątpienia jeden z najlepszych popisów bramkarskich w tegorocznej Damallsvenskan.

Glodis Perla Viggosdottir (Rosengård) – weteranka tego zestawienia raz jeszcze pokazała swoją sportową klasę. Przez całą rundę wiosenną stanowiła centralny punkt bloku defensywnego klubu z Malmö i nie ma ani trochę przypadku w tym, że w aż dziesięciu z dwunastu ligowych spotkań Rosengård zachował wówczas czyste konto. Latem zdecydowała się zamienić szwedzką Damallsvenskan na niemiecką Bundesligę, a początek jej przygody w Bayernie Monachium tylko utwierdził nas w przekonaniu, że przez kilka ostatnich lat oglądaliśmy w naszej lidze piłkarkę należącą do ścisłego, światowego topu na swojej pozycji.

Clare Polkinghorne (Vittsjö) – informacja o tym, że doświadczona reprezentantka Australii dołączy do Vittsjö była przed rozpoczęciem sezonu bardzo szeroko komentowana. Niezwykle szybko okazało się jednak, że 32-latka z Brisbane zdecydowanie nie zamierza się na szwedzkich boiskach oszczędzać. Jej długie, mierzone podania, a także czyste odbiory piłki od razu stały się jej znakiem firmowym, a współpraca z Sandrą Adolfsson układała się na tyle dobrze, że pod koniec sezonu to właśnie klub z północnej Skanii mógł poszczycić się najbardziej efektywną parą stoperek w lidze. A w Vittsjö już mocno zacierają ręce na myśl, że wiosną znów będzie okazja, aby obejrzeć waleczną Australijkę w akcji.

Nilla Fischer (Linköping) – kolejna weteranka, która ani myśli ustępować pola młodszym koleżankom. I bardzo słusznie, bo Fischer w takiej dyspozycji chcielibyśmy oglądać na boiskach Damallsvenskan jak najdłużej. Nawet w meczach, w których defensywa Linköping znajdowała się w sporych kłopotach, akurat do jej postawy trudno było się przyczepić. I choć nie jest już aż tak bramkostrzelna jak za czasów Wolfsburga, a mistrzynią szybkości i zwrotności nie zostanie już raczej nigdy, to i tak w kadrze chciałby mieć ją każdy z pierwszoligowych trenerów. Przypadek? Nie sądzę.

Katrine Veje (Rosengård) – w Arsenalu nie była może gwiazdą numer jeden, ale po powrocie na szwedzkie boiska ewidentnie rozpoczęła swoje drugie, piłkarskie życie. Choć początki nie były łatwe, a decyzja Jonasa Eidevalla o przekwalifikowaniu jej ze skrzydłowej na boczną defensorkę budziła najpierw mieszane uczucia. Te ostatnie szybko ustąpiły jednak zachwytowi i choć trzydziestolatka z duńskiej Fredericii nie wykręciła może wielkich liczb, to zarówno Olivia Schough, jak i Sanne Troelsgaard doskonale wiedzą kto zapoczątkował wiele bramkowych akcji Rosengård w zakończonym właśnie sezonie.

Jelena Cankovic (Rosengård) – czy to już ten moment, w którym możemy zacząć nazywać serbską pomocniczkę żywą legendą szwedzkich boisk? Trudno orzec, choć argumenty na obronę i tak odważnej tezy z pewnością by się znalazły. Zdecydowanie najlepsza piłkarka Damallsvenskan obecnego sezonu, która bardziej niż ktokolwiek inny zasłużyła na tytuł MVP całej ligi. A jeśli ktoś zgłasza w tej kwestii jakieś obiekcje, to przypomnijmy sobie wiosenny mecz przeciwko Häcken, który de facto ułożył nam tabelę na dalszą część sezonu. Choć z drugiej strony, przywoływanie tylko tego meczu jest może nieco krzywdzące, gdyż akurat tej zawodniczce słabsze występy z zasady się nie przytrafiają.

Filippa Angeldal (Häcken) – w tym sezonie ustawiana była nieco wyżej niż w poprzednich i ta drobna zmiana okazała się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Progres, który wykonała na przestrzeni ostatnich lat zarówno czysto sportowo, jak i motorycznie, musi budzić szacunek i podziw. Latem zdecydowała się zamienić Hisingen na niebieską część Manchesteru, ale zanim to nastąpiło, to swoim kapitalnym występem zdążyła jeszcze zapewnić Häcken występy w fazie grupowej Ligi Mistrzyń.

Sanne Troelsgaard (Rosengård) – po ponad pięciu latach pożegna się z Malmö i nie ma wątpliwości, że zrobi to w wielkim stylu i na swoich zasadach. W najlepszej dyspozycji oglądaliśmy ją na początku rundy jesiennej, kiedy to wraz z Olivią Schough zadbała o to, aby ekipa ze Skanii utrzymała bezpieczną przewagę nad ligowym peletonem. Jej rajdy prawym skrzydłem to zmora wielu defensorek, choć delikatnym cieniem na jej postawie kładzie się mocno wybuchowy charakter, który czasami potrafi dać o sobie znać. I tylko łaskawości sędziów zawdzięcza to, że udało jej się zamknąć miniony sezon bez choćby jednej czerwonej kartki.

Madelen Janogy (Hammarby) – choć wydaje się, że dopiero co prowadziła Piteå do sensacyjnego mistrzostwa, to od tamtego czasu jej kariera miała niezliczoną ilość wzlotów i upadków. Kończący się właśnie rok zapisujemy jednak zdecydowanie po stronie plusów i naprawdę nie sposób się nie uśmiechnąć, gdy widzimy, jak 26-letnia napastniczka znów potrafi cieszyć się futbolem. Cała reszta to już tylko bonus, ale szczególnie z perspektywy kibica Hammarby jest on niezwykle miły. Bo historia rewelacyjnego beniaminka z Södermalm nigdy nie zostałaby napisana, gdyby nie życiowa forma liderki sztokholmianek w osobie Madelen Janogy.

Olivia Schough (Rosengård) – rok temu dołożyła ogromną cegłę do pozostania Djurgården w gronie pierwszoligowców, a teraz, choć przyszło jej grać o zupełnie inne cele, znów nie zawiodła. Szczególnie imponowała wiosną, kiedy to nieoczekiwanie stała się niekwestionowaną liderką ofensywnej formacji Rosengård, a jej popisowy zwód stał się jednym z symboli całej ligi. Również ona wystąpiła w pierwszoplanowej roli, gdy łapiący jesienną zadyszkę lider ze Skanii potrzebował zwycięstwa w starciu z nieobliczalnym Linköping. I jeśli kilka lat temu z przekąsem zauważaliśmy, że w przypadku tej zawodniczki zdecydowanie zbyt mało mówi się o jej dokonaniach boiskowych, to dziś te proporcje wyraźnie się zmieniły. Oczywiście nie trzeba dodawać, że na korzyść.

Stina Blackstenius (Häcken) – Siedemnaście goli, dziesięć asyst, bezpośredni udział przy ponad trzydziestu strzelonych przez Häcken golach. Te liczby mówią naprawdę wiele, a przecież wspominamy tu wyłącznie o lidze. Bo gdyby spojrzeć nieco szerzej, to trzeba byłoby jeszcze zauważyć hat-tricka przeciwko norweskiej Vålerendze w kwalifikacjach Ligi Mistrzyń, trafienie na wagę awansu do finału Pucharu Szwecji, czy wreszcie niezwykle udany turniej olimpijski w Japonii. Tak, ten rok bez wątpienia należał właśnie do niej i wręcz nieprawdopodobne wydaje się to, że jeszcze nie tak dawno nazwisko Blackstenius było przede wszystkim synonimem napastniczki nieskutecznej. Te czasy najwyraźniej należą jednak do przeszłości i pozostaje życzyć, aby już na zawsze tam pozostały.

Skoro mamy konsensus co do tego, że drużyna roku to więcej niż wyjściowa jedenastka, to warto wymienić jeszcze kilka nazwisk piłkarek, które w zakończonym właśnie sezonie pokazały się na boiskach Damallsvenskan z naprawdę dobrej strony. A my mamy absolutną pewność, że z taką ławką rezerwowych żaden przeciwnik nie byłby nam straszny: Jennifer Falk (Häcken), Emma Berglund (Rosengård), Sandra Adolfsson (Vittsjö), Filippa Curmark (Häcken), Caroline Seger (Rosengård), Emilia Larsson (Hammarby), Fernanda Da Silva (Vittsjö), Sveindis Jane Jonsdottir (Kristianstad).

Przedwczesny koniec złudzeń

sbb

Piłkarki Benfiki w drodze pod portugalski sektor tuż po zdobyciu gola na 1-0 (Fot. Getty Images)

To miał być wieczór, podczas którego piłkarki Häcken przedłużą o kilka tygodni swój europejski sen, który gdzieś w połowie grudnia zakończą ostatecznie Bayern do spółki z Lyonem. Futbol bywa jednak mocno nieprzewidywalny i czasami pisze nam takie scenariusze, których żadną miarą nie chcielibyśmy oglądać. Jeden z nich, na naszych oczach, dopełnił się właśnie na Bravida Arenie, bo choć podopieczne trenera Vilahamna rozegrały chyba swój najlepszy mecz w tej edycji Ligi Mistrzyń, to i tak zakończyły go bez jakiejkolwiek zdobyczy punktowej. A marzenia o tym, aby kontynuować pucharową przygodę, wybiła im nie jedna z wielkich firm, a mocno niedoceniana przez wielu portugalska Benfica. Jasne, czysto matematyczne szanse na ćwierćfinał wciąż oczywiście istnieją, ale nawet nieprzewidywalność futbolu ma przecież swoje granice.

Już przed pierwszym gwizdkiem czeskiej sędzi Adamkovej było jasne, jaką strategię obiorą w środkowy wieczór obaj szkoleniowcy. Robert Vilahamn zapowiadał wysoki pressing, który miał sprawić, że portugalska defensywa w początkowej fazie meczu będzie się znajdować pod nieustającą presją. Trener Häcken właśnie w postawie formacji obronnej doszukiwał się największych słabości u rywalek i – jak sam stwierdził – plan na przekucie tej wiedzy w czyny był doskonale opracowany. Z nieco innego założenia wyszedł natomiast André Vale, który przewagi swoich podopiecznych nad wicemistrzyniami Szwecji widział przede wszystkim w elementach technicznych. A ponieważ aura wyjątkowo zlitowała się nad zawodniczkami, na murawie w Hisingen tym razem dało się grać w stylu, który Benfice ewidentnie odpowiadał. Doskonale wiedzieliśmy więc, jaki plan mają na środowe spotkanie obaj szkoleniowcy, ale bez odpowiedzi wciąż pozostawało pytanie, komu ostatecznie uda się narzucić swoje zasady. Jako pierwsze zaatakowały przyjezdne i … od razu zrobiło się gorąco, gdy na bramkę Jennifer Falk z dystansu uderzyła Kika. Strzał obchodzącej dziś dziewiętnaste urodziny napastniczki szwedzka golkiperka zdołała jeszcze obronić, ale następstwem tego całego zamieszania był rzut rożny, który z kolei przyniósł mistrzyniom Portugalii upragnionego gola. Raz jeszcze w roli głównej wystąpiła Kika, posyłając futbolówkę w szesnastkę Häcken, a po olbrzymim zamieszaniu w polu karnym najwięcej spokoju zachowała Cloé Lacasse i to ona zapisała się na kartach historii jako pierwsza strzelczyni gola dla Benfiki w Lidze Mistrzyń. A my zastanawialiśmy się jakim cudem zagrożenia nie udało się uniknąć pomimo faktu, że pomiędzy centrą z narożnika boiska, a celnym strzałem Kanadyjki aż trzy piłkarki gospodyń mogły (a nawet powinny!) wyekspediować futbolówkę daleko poza szesnastkę.

Szybki gol meczu absolutnie jednak nie ustawił, choć przed przerwą wicemistrzynie Szwecji miały ogromne problemy z właściwym uregulowaniem celowników. I nawet gdy Larsen lub Karlernäs uderzały na bramkę Leticii, to brazylijska golkiperka w zasadzie nawet nie musiała interweniować. Ten stan rzeczy uległ jednak zmianie w pierwszej minucie drugiej połowy, kiedy to portugalskiej defensywie sprytnie urwała się Johanna Kaneryd. Na drodze do wyrównania stanęła jej jednak wspomniana Leticia, a przyjezdne niemal od razu odgryzły się równie efektowną próbą Paulety. Kolejne minuty przyniosły nam w miarę wyrównaną grę, gdyż zarówno gospodynie, jak i piłkarki z Lizbony, miały w tej fazie meczu te lepsze, jak i zdecydowanie gorsze fragmenty. Na tablicy wyników cały czas utrzymywało się jednak skromne prowadzenie gości, a taki rezultat siłą rzeczy nie mógł zadowalać ani miejscowych kibiców, ani ubranych na żółto-czarno piłkarek. Podopieczne trenera Vilahamna postanowiły więc przeprowadzić jeszcze jeden szturm na bramkę Leticii i tym razem przyniósł on częściowe powodzenie. Pierwszego w szwedzkiej przygodzie z nową Ligą Mistrzyń gola z akcji nie udało się wprawdzie strzelić, ale po jednym z dośrodkowań ręką we własnym polu karnym zagrała Christy Ucheibe. Pani Adamkova musiała podyktować rzut karny dla Häcken, a za jego wykonanie – dokładnie jak przed tygodniem – wzięła się Elin Rubensson. I ponownie okazała się w tym elemencie gry bezbłędna, dzięki czemu na nieco ponad kwadrans przed końcem znów mieliśmy na Bravida Arenie remis.

Nietrudno się domyślić, że taki wynik nie był wymarzonym dla żadnej ze stron, więc gdzieś w środku cały czas czuliśmy, że strzelanie w Hisingen jeszcze się nie zakończyło. I mieliśmy rację, gdyż w końcowej fazie meczu obie ekipy zaczęły taśmowo stwarzać sobie doskonałe sytuacje bramkowe. Po stronie Häcken bliskie powodzenia były między innymi Kaneryd oraz dynamiczna rezerwowa Milica Mijatovic, choć nie możemy zapominać również o prezencie, który od Any Seicy otrzymała Stine Larsen. Była snajperka Aston Villi przegrała jednak pojedynek sam na sam z Leticią i kto wie, czy nie był to moment, w którym definitywnie i ostatecznie pożegnaliśmy się z marzeniami o awansie. Tym bardziej, że swojego szczęścia wciąż szukały także mistrzynie Portugalii i jedynie przychylnym tonom wydobywającym się z gwizdka pani arbiter zawdzięczamy to, że po zagraniu ręką Luny Gevitz to przyjezdne nie stanęły przed szansą wykonania rzutu karnego. Tuż przed końcem regulaminowego czasu gry dziękowaliśmy za to Jennifer Falk, która dobrze ustawiła się do główki Carole Costy, ale w pierwszej spośród trzech doliczonych minut Benfica dopięła swego. Z rzutu wolnego dośrodkowała niezastąpiona Kika, defensywa Häcken zachowała się w sposób karygodny, pozostawiając bez jakiegokolwiek krycia cztery (!!) piłkarki mistrzyń Portugalii, a futbolówkę do siatki z najbliższej odległości wpakowała ostatecznie Amado. I nie trzeba chyba w tym miejscu dodawać, że było to trafienie na wagę meczowego zwycięstwa. Szkoda, bo nawet jeśli ćwierćfinał i tak był marzeniem średnio realnym, to punkty do rankingu krajowego bardzo by się nam przydały. Trzeba jednak zaznaczyć, że mistrzynie Portugalii pokazały się w zakończonym właśnie dwumeczu z naprawdę dobrej strony i w pełni zasłużyły na to, aby w listopadowy wieczór odtańczyć na Bravida Arenie taniec radości wraz z kilkudziesięcioosobową grupką fanów z Lizbony. Nam pozostaje natomiast pogratulować zwyciężczyniom i trwać w nadziei, że grudniowe mecze z Bayernem i Lyonem pozostawią nas w nieco lepszych nastrojach.


17.11.2021.

Liga Mistrzyń 2021/22 – grupa D

BK Häcken 1-2 SL Benfica

0-1 Lacasse 3., 1-1 Rubensson 74. (k), 1-2 Amado 90+1.

Häcken: Falk – Wijk, Gevitz, Kollmats, Ökvist (46. Csiki) – Rubensson, Curmark – Kaneryd, Karlernäs (64. Zomers), Gejl (56. Mijatovic) – Larsen

Benfica: Leticia – Amado, Seica, C. Costa, Lucia Alves – Ucheibe (79. Faria), Pauleta, Ana Vitoria – Kika – Valeria (59. Cameirao), Lacasse


W drugim meczu grupy D Bayern Monachium pokonał niespodziewanie Olympique Lyon 1-0 po golu japońskiej defensorki Saki Kumagai. Na czele tabeli wciąż pozostają jednak siedmiokrotne triumfatorki Ligi Mistrzyń, choć ich przewaga nad klubem z Bawarii stopniała dziś do zaledwie dwóch punktów