Zamiast startu ligi

tina

W Uppsali dłużej poczekają na pierwszoligowy debiut (Fot. Stina Stjernkvist)

Trzeci dzień kwietnia to wyjątkowa data w tegorocznym kalendarzu. To właśnie zaplanowane na dzisiejszy wieczór starcie zespołów z Växjö i Eskilstuny miało na dobre zainaugurować sezon 2020 w szwedzkiej piłce klubowej. Miało, ale z wiadomych względów stało się inaczej. O ligowe punkty nie zagramy dziś ani na Myresjöhus Arenie, ani na żadnym innym stadionie położonym między Skanią i Laponią.

Przymusowa przerwa nie oznacza, że na szwedzkiej ziemi piłka w ogóle przestała się kręcić. Każdy z klubów postawił na swój sposób radzenia sobie z tą nadzwyczajną sytuacją; jedni poszli w kierunku treningów indywidualnych, inni zaś nie zrezygnowali do końca nawet z rozgrywania meczów sparingowych. Te ostatnie w zdecydowanej większości odbywają się oczywiście za zamkniętymi drzwiami, ale bynajmniej nie przeszkadza to na przykład piłkarkom z Göteborga w odnoszeniu bardzo przekonujących zwycięstw nad zdecydowanie niżej notowanymi rywalkami z okręgu Västergötland. Potyczkę o lekkim zabarwieniu derbowym stoczyły także niedawno ekipy Örebro i Eskilstuny. Po wyrównanej pierwszej połowie, w drugiej zaczęła uwidaczniać się przewaga United i to drużyna prowadzona przez Magnusa Karlssona ostatecznie wyszła z tego starcia zwycięsko. Z poczuciem dobrze wykonanego zadania swój mecz zakończyły także zawodniczki z Linköping, które z kolei okazały się skuteczniejsze od reprezentujących lokalny klub chłopców z rocznika 2004. Co ciekawe, o tym ostatnim meczu ani słowa nie napisali ci, którzy często wykazują zaskakującą hiperaktywność w przypadku, gdy taka rywalizacja kończy się odwrotnym wynikiem. Ten jeden raz możemy im to jednak wybaczyć, gdyż akurat dziś to nie wyniki boiskowej rywalizacji są dla nas wszystkich najbardziej istotnym problemem. Zresztą, nawet gdyby było inaczej, to czwartkowe wytyczne zabraniające jakiegokolwiek współzawodnictwa w sportach kontaktowych sprawiły, że za kilka chwil również sparingi staną się elementem świata przeszłości.

Bardzo aktualne wciąż pozostaje jednak pytanie co dalej z ligą. Według ostatnich i zarazem obowiązujących na dziś rekomendacji, rozgrywki od trzeciego poziomu rozgrywkowego w dół wystartują latem i odbędą się w formule jednorundowej. Jest to równoznaczne ze zmniejszeniem liczby zaplanowanych na sezon 2020 meczów o pięćdziesiąt procent i oznacza, że wszyscy ligowi rywale spotkają się ze sobą na boisku tylko jeden raz. Końcowa klasyfikacja ustalana będzie oczywiście na podstawie wyników rozegranych spotkań i w oparciu o nią działać będzie system spadków i awansów.

Zdecydowanie więcej znaków zapytania mamy w przypadku rywalizacji na szczeblu centralnym. Optymistyczny plan zakłada powrót do ligowego grania w pierwszej połowie czerwca, czyi w terminie ósmej lub dziewiątej kolejki, ale trudno powiedzieć, jak dokładnie miałaby wyglądać organizacja meczów Damallsvenskan oraz Elitettan. Jeśli bowiem nie zmienią się wytyczne dotyczące imprez masowych, to nawet w tak beztrosko/liberalnie (w zależności od tego, jakie jest nasze stanowisko w tej kwestii) podchodzącym do problemu epidemii kraju, granie z kibicami byłoby po prostu łamaniem prawa. A perspektywa gry przy pustych trybunach zdecydowanie nie podoba się chociażby klubom ze Sztokholmu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy jednak założyć, że o tym, kiedy i w jakiej formie wrócimy do ligowej normalności, zadecydują nie piłkarki czy kluby, a szalejący już na wszystkich kontynentach wirus. Nam pozostaje jedynie cierpliwie czekać, stosować się do zaleceń i dbać o swoje samopoczucie fizyczne i mentalne. A także – jeśli tylko sami mamy taką możliwość – wspierać lokalne kluby, które dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej potrzebują naszej pomocy. Jeśli więc chcecie na przykład znaleźć się w elitarnej grupie sympatyków Vittsjö albo uczestniczyć w próbie pobicia (wirtualnego) rekordu frekwencji na stadionie w Umeå, to gorąco zachęcam do uczestnictwa w internetowych zbiórkach.

Bądźcie zdrowi, dbajcie o siebie i – mam nadzieję – do następnego razu!

Wszystko będzie dobrze!

hjarta

Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że w ten weekend nasza uwaga skupiona będzie przede wszystkim na ośmiu spotkaniach fazy grupowej Pucharu Szwecji, które to na dobre miały zainaugurować nam sezon 2020 w piłce klubowej. Życie, jak nikt inny, potrafi jednak pisać bardzo niespodziewane scenariusze. Jak bardzo? Tak, że w tej chwili nikt odpowiedzialny i tak nie byłby prawdopodobnie w stanie skupić się na sportowej rywalizacji. Początkowo podjęto decyzję, że pucharowe mecze odbędą się bez udziału publiczności, wszak mówimy tu nie o kilku tysiącach (jak miałoby to miejsce w przypadku regularnej, ligowej niedzieli na wszystkich poziomach rozgrywek), lecz o „zaledwie” ośmiu starciach w skali kraju, ale i ten pomysł ostatecznie porzucono. Zwyciężył zdrowy rozsądek i możemy się z tego powodu tylko cieszyć. Tak, futbol jest ważny, ale są na świecie kwestie po tysiąckroć ważniejsze. A jeśli będziemy żyć i cieszyć się dobrym zdrowiem, to prędzej czy później zdążymy nadrobić wszystkie piłkarskie zaległości.

Każdy, kto miał w życiu jakikolwiek kontakt ze sportem, powinien doskonale znać od lat funkcjonującą w tym świecie zasadę, że aby osiągnąć sukces, nie można lekceważyć żadnego przeciwnika. A już szczególnie tego najgroźniejszego, a to właśnie do tej grupy zalicza się koronawirus COVID-19. Jest on o tyle niebezpieczny, że pomimo zaangażowania po naszej stronie największej klasy fachowców, wciąż nie potrafimy do końca rozpracować jego taktyki i strategii. Pomimo braku pełnej wiedzy, zdążyliśmy jednak poznać już najsilniejsze strony naszego rywala i – podobnie zresztą jak w na boisku – musimy teraz skupić się na tym, aby w możliwie największym stopniu je zneutralizować. Tak, zadanie to jest na mniej więcej podobnym poziomie trudności, co upilnowanie Wendie Renard przy stałym fragmencie gry, ale przecież nie oznacza to, że mamy poddać się bez walki.

Nasz przeciwnik bardzo lubi kontakt, a skoro tak, co całkiem przemyślana wydaje się opcja, aby skontrować go społeczną kwarantanną. Oczywiście, są zawody, które nie mogą pozwolić sobie na ten luksus (i to właśnie im należą się dziś zdecydowanie największe słowa wsparcia i uznania!), ale akurat bez meczów piłki nożnej świat jest w stanie normalnie funkcjonować. I nie chodzi tu nawet o kontaktowy aspekt futbolu, gdyż zdecydowanie bardziej poważną kwestią niż stykowe sytuacje między zawodniczkami w trakcie meczu jest fakt, że aktywne społecznie piłkarki oraz członkowie ekip stanowiliby idealną stację przekaźnikową dla wirusa. A przecież ustaliliśmy już, że w tym meczu nie chcemy oddawać piłki rywalowi. Bądźmy więc odpowiedzialni i nie prowokujmy niebezpiecznych i zupełnie niepotrzebnych sytuacji podbramkowych. Tym sposobem pozostawimy też więcej przestrzeni tym, którzy dzień i noc stoją na straży naszego bezpieczeństwa i dobrego samopoczucia.

Nie ma co ukrywać, że to Europa stanowi w tej chwili epicentrum światowej pandemii. W samej Szwecji liczba oficjalnie potwierdzonych zakażeń COVID-19 właśnie przekroczyła tysiąc, a najbardziej narażony na niekontrolowane rozprzestrzenianie się wirusa Sztokholm może stać się „czerwoną strefą”. Dane nieoficjalne mogą być zdecydowanie bardziej alarmujące, gdyż w kraju (ze szczególnym uwzględnieniem największych miast) zaczyna brakować wiarygodnych testów na obecność koronawirusa i od kilku dni coraz częściej odmawia się ich przeprowadzania. W zaistniałej sytuacji naprawdę nie jest najistotniejsze to, czy na piłkarskiej murawie Mallbacken zaskoczyłoby Piteå, a Vittsjö udowodniło, że ma sposób na Linköping. Tym zajmiemy się później, a teraz do wygrania jest inny, ważniejszy mecz. I choć już wiemy, że czystego konta nie uda nam się w nim zachować, to cały czas mamy jak najbardziej realną szansę zakończyć go zwycięstwem. A co z ligą? Kluby ze stolicy już wystosowały apel, aby nie starać się rozpoczynać jej na siłę i jeśli rzeczywiście tak się stanie, to najbardziej prawdopodobne wydają się trzy wersje wydarzeń. Pierwsza zakłada skrócony sezon, druga – czasowe lub permanentne przejście na system jesień-wiosna, trzecia i zarazem mająca chyba najwięcej zwolenników – granie zgodnie z terminarzem od momentu, gdy wszystko wróci do normy i nadrobienie początkowych kolejek zimą lub wczesną wiosną. Nad tym wszystkim będziemy już jednak debatować w innej rzeczywistości, w której – mam nadzieję – w komplecie się spotkamy. Allt kommer att bli bra! Wszystko będzie dobrze!

Wnioski po Pucharze Algarve

dam_swe_den

Za szwedzką kadrą trzy niezwykle cenne sprawdziany na portugalskiej ziemi (Fot. Bildbyrån)

Jedno zwycięstwo i dwie porażki – tak wygląda bilans kadrowiczek Petera Gerhardssona na zakończenie pierwszego tegorocznego reprezentacyjnego okienka. Biorąc pod uwagę suche liczby mogło oczywiście być zdecydowanie lepiej, ale w futbolu – szczególnie wtedy, gdy mówimy o meczach towarzyskich – to nie wyniki są najbardziej istotną kwestią. Doskonale przecież pamiętamy, że tak udany dla nas rok 2019 rozpoczynaliśmy od mało inspirującego bezbramkowego remisu w Kapsztadzie. Czas zatem przeanalizować portugalską eskapadę z nieco szerszej perspektywy i przedstawić tradycyjny, coroczny zestaw luźnych wniosków po Pucharze Algarve. A tych, jak zwykle zresztą, nie brakuje:

1. Magdalena Eriksson już dziś jest w pełni gotowa, aby być liderką szwedzkiego bloku defensywnego.

2. Jonna Andersson znajduje się obecnie w lepszej dyspozycji niż podczas swojego ostatniego sezonu w Linköping, a przy okazji stała się piłkarką jeszcze bardziej kompletną, co niejako w sposób naturalny rozwiązuje nam chwilowo problem lewej obrony / lewego wahadła.

3. Wysoki pressing w szwedzkim wydaniu zdaje egzamin. Każdy z naszych przeciwników podczas Pucharu Algarve miał dłuższymi lub krótszymi fragmentami problem ze swobodnym rozgrywaniem i wyprowadzeniem piłki.

4. W starciach z wyżej notowanymi rywalami warto jednak pamiętać o tym, że długotrwała gra wysokim pressingiem może wiązać się z konkretnymi zagrożeniami w defensywie. Co szczególnie w pierwszej połowie meczu otwarcia dobitnie pokazały nam Niemki.

5. Trio ofensywnych pomocniczek Jakobsson – Asllani – Rolfö staje się powoli jednym z symboli tej kadry. Jeśli chcemy liczyć się w grze o najwyższe cele, bezwzględnie potrzebujemy tych piłkarek w optymalnej formie.

6. Największą wygraną ostatnich tygodni wśród napastniczek jest bez wątpienia Anna Anvegård, która do Portugalii w ogóle nie poleciała. Występy Blackstenius, Blomqvist oraz Larsson pokazały, że właściwa obsada pozycji numer dziewięć może stanowić obecnie jedno z najpilniejszych wyznwań dla selekcjonera.

7. Gdyby trzeba było jednak wyróżnić jedną z napastniczek, która na boiskach Algarve zagrała, byłaby to najpewniej Mimmi Larsson.

8. Oceniając portugalskie zgrupowanie od strony klubowej, zdecydowanie najbardziej imponowały formą piłkarki Rosengård. Kibice w Skanii mogą zatem być umiarkowanymi optymistami przed startem nowego sezonu (przynajmniej jeśli chodzi o kwestie czysto sportowe).

9. A propos Rosengård, wszyscy z uwagą śledziliśmy boiskowe wyczyny Hanny Bennison, dla której był to pierwszy, poważny reprezentacyjny sprawdzian. Ocena? Jak najbardziej pozytywna! I wiele wskazuje na to, że siedemastolatka z Malmö już za chwilę będzie konkurować z Elin Rubensson o miejsce na pozycji numer osiem.

10. Mamy naprawdę nieźle obsadzone oba boki defensywy, ale przy taktyce preferowanej przez Petera Gerhardssona, współpraca pomiędzy wahadłowymi i skrzydłowymi musi być jeszcze bardziej płynna. Szczególnie gdy te ostatnie schodzą do środka, robiąc przy linii bocznej przestrzeń, z której nikt nie korzysta (najbardziej widoczne było to przez większą część meczu z Danią).

11. Dobry przegląd pola i duża liczba celnych, długich podań sprawiły, że w starciu z Portugalią bardzo przyzwoicie prezentował się szwedzki atak pozycyjny. Nie każdy rywal będzie jednak zostawiał nam aż tyle miejsca i czasu na rozgrywanie piłki. Dlatego, bijąc zasłużone brawa za ostatni mecz, pamiętajmy, że w tym elemencie gry wciąż daleko nam do Amerykanek.

12. Caroline Seger zbliżyła się do pobicia rekordu Therese Sjögran. Do osiągnięcia magicznej granicy 215 występów w kadrze, brakuje jej obecnie 11 meczów.

******

Tyle tytułem podsumowania. Niestety, wiele wskazuje na to, że w najbliższych dniach (tygodniach?, miesiącach?) to nie piłka nożna będzie dla nas wszystkich tematem numer jeden. Według terminarza, za nieco ponad trzy tygodnie powinien ruszyć szwedzki sezon ligowy, ale na dziś – z oczywistych względów – nikt nie jest w stanie jednoznacznie powiedzieć kiedy i w jakiej formule go rozegramy. Propozycji jest wiele, lecz żadna z nich nie wydaje się optymalna. Na dziś postanowiono tyle, że fazę grupową Pucharu Szwecji dogramy przy pustych trybunach, a co będzie dalej – zobaczymy. Kwestie sportowe schodzą jednak na drugi plan w obliczu zagrożenia, które czyha na nas nie tylko na stadionach, a na każdym kroku. Pamiętajmy, aby w tej nadzwyczajnej sytuacji zachowywać się odpowiedzialnie i nie powielajmy błędów popełnionych przez tych, którzy alarmujące sygnały świadomie bagatelizowali. Być może zabrzmi to górnolotnie, ale każdy z nas może przyczynić się do uratowania przynajmniej jednego ludzkiego życia. Pomyślmy o tym, zanim zdecydujemy się zrobić coś nieodpowiedzialnego. Nie panikujmy, ale zachowujmy maksymalną ostrożność, dbając w ten sposób o siebie i o innych. Trzymajmy się zdrowo!

Portugalia była tłem

dpseger

Zwycięstwo nad gospodyniami zamknęło portugalskie zgrupowanie (Fot. SvFF)

Gdy na stadionie nieopodal Faro dobiegał końca pierwszy kwadrans meczu pomiędzy Szwecją i Portugalią, na tablicy wyników wciąż widniał bezbramkowy remis, ale powiedzieć, że ten rezultat nie oddawał przebiegu rywalizacji, to właściwie nie powiedzieć nic. Różnica klas pomiędzy obiema drużynami była widoczna w absolutnie każdym elemencie futbolowego rzemiosła i gdyby tylko podopieczne Petera Gerhardssona potrafiły wykorzystać choćby połowę ze stworzonych przez siebie bramkowych okazji, starcie to zostałoby rozstrzygnięte przed upływem piętnastu minut gry. Zaskoczone świetnie funkcjonującym szwedzkim pressingiem Portugalki nie były w stanie wyjść z piłką za linię środkową, a tercet ofensywnych pomocniczek Jakobsson – Asllani – Rolfö raz po raz stwarzał realne zagrożenie pod bramką Ines Pereiry. Na szczęście dla gospodyń, kapitalnym, zespołowym akcjom naszych piłkarek brakowało wykończenia, a po ustawionej na szpicy Rebece Blomqvist – pomimo całkiem niezłego wejścia w mecz – było widać brak zgrania z koleżankami z przednich formacji. A gdy Asllani udało się wreszcie wstrzelić w światło bramki, na posterunku była dobrze ustawione Pereira.

Piłka nożna charakteryzuje się jednak tym, że jeszcze nie pojawił się taki zespół, który potrafiłby dowieźć do końcowego gwizdka względnie korzystny wynik, bazując wyłącznie na głębokiej defensywie. I, jak łatwo się domyślić, Portugalki nie okazały się w tej materii wyjątkiem. W drugiej z czterech doliczonych do pierwszej połowy minut Fridolina Rolfö zdecydowała się na długie podanie do Jakobsson, a skrzydłowa madryckiego Tacon otworzyła worek z bramkami precyzyjnym uderzeniem pod poprzeczkę. Jeśli jednak ten gol nazwiemy efektownym, to trafienie Rolfö na 2-0 było prawdziwą, futbolową delicją. Wszystko zaczęło się od jednej z największych zwyciężczyń zgrupowania na Algarve Jonny Andersson, która zdecydowała się na kolejny w ostatnich dniach odważny rajd lewą flanką i kąśliwe dośrodkowanie w portugalską szesnastkę. Zawodniczki z Półwyspu Iberyjskiego piłkę potrafiły wprawdzie jeszcze wybić, ale gdy dopadła do niej wspomniana Rolfö i bez przyjęcia huknęła w okienko, pozostało im jedynie przyglądać się i podziwiać. Pomocniczka Wolfsburga, która niespełna tydzień temu w meczu przeciwko Niemkom kompletnie rozczarowała, dziś była klasą dla siebie. Podobnie zresztą jak ustawiona z nią w jednej linii Jakobsson, która ewidentnie idzie w ślady Asllani, stając się powoli zawodniczką potrafiącą wejść na najwyższy poziom właśnie w meczach reprezentacji. Dziś obie szwedzkie skrzydłowe wpisały się na listę strzelczyń i to właśnie ich gole ustaliły ostatecznie wynik meczu w Faro. Pomimo kolejnych, choć już mniej licznych szans, nie udało się bowiem uczynić zwycięstwa nad Portugalią bardziej efektownym. Najbliżej powodzenia była po jednym ze stałych fragmentów Magdalena Eriksson, ale jej strzał zatrzymał się na górnej poprzeczce.

Co jeszcze zapamiętamy z trzeciego meczu kadry Petera Gerhardssona w roku olimpijskim? Na pewno powrót do bramki Hedvig Lindahl, ale szwedzkie defensorki dołożyły wszelkich starań, aby golkiperka Wolfsburga nie miała dziś dużo okazji do zaprezentowania nam swoich umiejętności. A gdy Claudii Neto udało się wreszcie oddać celny strzał, to swoją bramkarkę wyręczyła świetnie ustawiona Asllani. Całkiem sporo minut ponownie dostała od selekcjonera Hanna Bennison i choć jej dzisiejszy występ nie był może przesadnie efektowny (co nie oznacza bynajmniej, że był zły), to nastolatka ze Skanii z pewnością wróci z portugalskiego zgrupowania jako poważna kandydatka do regularnych występów w kadrze na pozycji numer osiem. Z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku do klubów wrócić mogą ponadto Jonna Andersson (pokazała, że postęp poczyniony w Chelsea da się z równie pozytywnym skutkiem spożytkować także w warunkach reprezentacyjnych), Nathalie Björn (na dobre weszła do rotacji, z całkiem uzasadnionymi nadziejami na coś więcej) oraz Magdalena Eriksson, która zdała najpoważniejszy jak dotąd test na zostanie następczynią Nilli Fischer w roli liderki bloku defensywnego. Na bardziej szczegółowe wnioski, a także indywidualne cenzurki, czas przyjdzie jednak za kilka dni, a póki co cieszmy się, że pierwsze, wiosenne zgrupowanie udało nam się zakończyć naprawdę miłym akcentem. Oczywiście, pamiętamy o tym, że rywal był sporo niżej notowany, ale z drugiej strony nie zapominamy również, jak wyglądał mecz z Portugalią niemal dokładnie rok temu. I uznając tę perspektywę, dzisiejszy występ trzeba po prostu odpowiednio docenić.

Duński dynamit odpalił w końcówce

EShkc4ZXkAEmJD7

Pomimo porażki, szwedzka defensywa skutecznie powstrzymała Pernille Harder (Fot. Bildbyrån)

Dziesięć zmian w wyjściowej jedenastce, dwadzieścia pięć minut dobrej gry i druga porażka w trakcie portugalskiego zgrupowania – tak przedstawiają się najważniejsze liczby szwedzkiej kadry po dzisiejszym starciu z reprezentacją Danii. Zespół Petera Gerhardssona po raz pierwszy podczas kadencji obecnego selekcjonera przegrał trzeci mecz z rzędu, choć jeszcze pod koniec pierwszej połowy wydawało się, że to Szwedki mają całkowitą kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Jeśli jednak popełnia się tak proste błędy, jak w 92. minucie, to trudno oczekiwać, że przełoży się to na jakikolwiek korzystny rezultat.

A przecież zaczęło się całkiem obiecująco, co – biorąc pod uwagę eksperymentalnie zestawiony skład – było nawet w jakimś stopniu niespodzianką. Dunki, które nie oszczędzały swoich największych gwiazd, w początkowej fazie meczu zderzyły się z masywną, żółto-niebieską ścianą i żadnym sposobem nie potrafiły jej sforsować. Agresywny, wysoki pressing Szwedek powodował, że rywalki miały ogromne trudności nie tylko z zawiązywaniem składnych akcji ofensywnych, ale nawet ze spokojnym rozgrywaniem piłki na własnej połowie boiska. A o tym, jak opłakane mogą być tego skutki, w 11. minucie przekonała się Luna Gewitz. Stoperka Guingamp wykonała bardzo niedokładne podanie, które bez zbędnych refleksji przecięła Jessica Samuelsson i błyskawicznie dostrzegła wychodzącą na pozycję Linę Hurtig. Dynamiczna skrzydłowa Linköping nie robiła sobie wiele z asysty dwóch duńskich obrończyń i pewnym strzałem przy lewym słupku pokonała nową golkiperkę Djurgården Kathrine Østergaard Larsen. Gol ten, choć strzelony po ewidentnym błędzie, był jednak nagrodą za niezwykle udane wejście w mecz naszych piłkarek, które do pewnego momentu nie pozwalały na wiele podopiecznym Larsa Søndergaarda. Dunkom niewiele pożytku przynosiły nawet seryjnie bite rzuty rożne, a najgroźniejszą przed przerwą sytuację pod bramką debiutującej w kadrze Jennifer Falk sprokurowała przypadkową interwencją Magdalena Eriksson. Bramkarka z Göteborga bezbłędnie zachowała jednak czujność i koncentrację.

Sporą przesadą byłoby stwierdzenie, że obraz gry po przerwie uległ diametralnej zmianie, ale faktem jest, że Dunki coraz częściej i coraz bardziej konkretnie meldowały się na szwedzkiej połowie. I szybko zebrały tego owoce, a w roli głównej wystąpiła doskonale znana nam z boisk Damallsvenskan Sofie Svava. Dziewiętnastolatka z Rosengård zbiegła do linii końcowej i wrzuciła idealną piłkę na głowę nabiegającej na wprost bramki Stiny Larsen, a pozostawiona bez opieki napastniczka Fleury spokojnie dopełniła formalności. Inna sprawa, że w tej sytuacji szwedzkie stoperki – nie po raz ostatni tego dnia – zachowały się bardzo niefrasobliwie. O wyniku 1-1 można było powiedzieć tyle, że był on stosunkowo sprawiedliwy dla obu stron, gdyż od pewnego momentu gra toczyła się głównie w środkowej strefie boiska, a dogodnych sytuacji pod obiema bramkami było jak na lekarstwo. Tę najlepszą stworzyły sobie jednak Szwedki, gdy po przytomnym rozegraniu Angeldal i fenomenalnym podłączeniu się do akcji Hanny Glas, piłkę meczową miała na nodze Hurtig. Strzelczyni gola na 1-0 przegrała jednak pojedynek sam na sam z Kathrine Larsen i na tablicy wciąż utrzymywał się rezultat remisowy. Pomyłka ta okazała się o tyle kosztowna, że w doliczonym czasie gry kolejny raz sprawdziło się stare, piłkarskie porzekadło o niewykorzystanych sytuacjach. Amanda Ilestedt próbowała znaleźć podaniem Caroline Seger, ale zrobiła to tak niedokładnie, że szybka niczym błyskawica Janni Thomsen wyprowadziła z tego zwycięską, duńską kontrę. Młoda piłkarka Aarhus bez większych problemów wygrała pojedynek biegowy z kapitanką Rosengård i prostopadłym podaniem wypuściła w bój Nanne Christiansen, która nie zważając na próbującą zapobiec nieszczęściu Falk, bez litości umieściła futbolówkę w szwedzkiej bramce.

Porażka w trybie last minute boli zawsze, nawet jeśli zostanie poniesiona w meczu towarzyskim. A ból ten jest dodatkowo spotęgowany, gdy decydującego gola traci się po błędzie, który na tym poziomie po prostu nie powinien mieć miejsca. Minusy nie mogą jednak całkowicie przesłonić nam plusów, a ten na pewno możemy postawić przy nazwisku Liny Hurtig, która szczególnie w pierwszej połowie była zdecydowanie najlepszą piłkarką na murawie w Lagos. Za swoich zadań bez zarzutu wywiązywała się także ustawiona na przeciwległej flance Madelen Janogy, choć występ obu szwedzkich skrzydłowych byłby jeszcze bardziej imponujący, gdyby otrzymały one należyte wsparcie od swoich wahadłowych. Tak, zarówno Jessica Samuelsson, jak i Hanna Glas miały przebłyski naprawdę dobrej gry i niewiele brakowało, a obie brałyby udział w akcjach bramkowych, lecz na dystansie całego meczu od każdej z nich mamy prawo oczekiwać więcej. Swoje momenty miały także odpowiedzialna za rozegranie Filippa Angeldal oraz najbardziej stabilna w defensywnym kwartecie Nathalie Björn, choć i one nie ustrzegły się pojedynczych błędów. A debiutantki? Jennifer Falk sama przyznała po meczu, że jej występowi towarzyszyły dziś całkiem spore nerwy i niestety w kilku sytuacjach dało się to zauważyć. Golkiperka Göteborga nie ponosi wprawdzie całkowitej winy na żadną z wpuszczonych bramek, ale w jej grze brakowało jednak tej pewności, którą potrafi wyróżniać się na boiskach ligowych. Zupełnie bezbarwny występ zanotowała na lewym wahadle Lotta Ökvist, po której było widać brak rytmu meczowego, a argumentów za tym, aby znaleźć się w kadrze na zbliżające się wielkimi krokami mecze o punkty, nie dała sztabowi szkoleniowemu również grająca dziś swój drugi mecz w reprezentacyjnych barwach Emma Kullberg.

Zanim jednak wznowimy eliminacyjne boje, na zakończenie zgrupowania na portugalskim wybrzeżu czeka nas jeszcze wtorkowy mecz z gospodyniami. I dobrze byłoby zaprezentować się w nim tak, aby do klubów rozjechać się w dobrych humorach. A doskonale wiemy, co najlepiej buduje morale w każdym zespole …

Momenty były, lecz Niemki zwyciężyły

ger_swe_2

Niemki – w przeciwieństwie do Stiny Blackstenius – miały dziś powody do radości (Fot. SvFF)

Bez zwycięstwa, bez gola, ale z przebłyskami naprawdę dobrej gry – tak w największym skrócie wyglądał pierwszy tegoroczny mecz kadry Petera Gerhardssona. Tych pozytywnych momentów nie było jednak aż tyle, aby na dystansie dziewięćdziesięciu minut stawić czoła wciąż aktualnym mistrzyniom olimpijskim z Niemiec, które wielkiego spotkania może nie zagrały, ale kolejny raz udowodniły wszystkim, dlaczego niezmiennie zaliczają się do ścisłego, piłkarskiego topu.

W zasadzie od pierwszego gwizdka to Niemki były na stadionie nieopodal Faro stroną zdecydowanie bardziej aktywną i to one już w początkowym kwadransie stworzyły sobie dwie naprawdę dogodne okazje do strzelenia gola. W obu przypadkach zabrakło im jednak wykończenia; najpierw – po kapitalnej, zespołowej akcji, zainicjowanej przez Dzsenifer Marozsan – nieczysto w piłkę trafiła Magull, a chwilę później słupek szwedzkiej bramki ustrzeliła Svenja Huth. Podopieczne Martiny Voss nie zrażały się jednak takim obrotem sprawy i w 34. minucie spotkania ich starania zostały ostatecznie wynagrodzone. Dośrodkowanie z lewego skrzydła przecięła wprawdzie Fridolina Rolfö, ale uczyniła to tak niefortunnie, że wybita przez nią futbolówka znalazła się pod nogami Huth. Była napastniczka Turbine Poczdam bez namysłu uderzyła w kierunku bramki, a rykoszet pozbawił Zecirę Musovic resztek szans na skuteczną interwencję. Trzeba zatem przyznać, że był to nieco szczęśliwy gol, ale w niczym nie zmieniało to faktu, że Niemki, po okresie zdecydowanej przewagi, znalazły się na całkowicie zasłużonym prowadzeniu.

Druga połowa była już zdecydowanie lepsza w wykonaniu naszych piłkarek, choć to rywalki na samym jej początku były bardzo bliskie podwyższenia wyniku. Alexandra Popp, widząc stosunkowo ryzykowne ustawienie Musovic, zdecydowała się na strzał z dystansu, który zatrzymał się dopiero na poprzeczce szwedzkiej bramki. I trzeba obiektywnie zauważyć, że tym razem to do nas mocno uśmiechnęła się fortuna, gdyż w przypadku nieco bardziej precyzyjnego uderzenia, zastępująca dziś przeziębioną Hedvig Lindahl golkiperka Rosengård, musiałaby po raz drugi wyciągać piłkę z siatki. Upływające minuty ewidentnie działały jednak na korzyść podopiecznych Gerhardssona, które na trudnej do gry murawie w Faro poczynały sobie coraz bardziej swobodnie. Na swój reprezentacyjny poziom wskoczyła wreszcie Kosovare Asllani, a na bokach obrony bardzo solidnie prezentował się ofensywnie usposobiony duet Andersson – Samuelsson. Ich wysiłki sprawiły, że w ostatnim kwadransie wreszcie na dobre zakotłowało się pod niemiecką bramką, ale broniąca dostępu do niej Merle Frohms bezbłędnie wywiązała się ze wszystkich swoich obowiązków. Inna sprawa, że w 86. minucie bramkarka Freiburga powinna stanąć przed najpoważniejszym tego popołudnia testem, ale ani sędzia główna, ani jej asystentka, nie zauważyły ewidentnego faulu Mariny Hegering na Sofii Jakobsson w niemieckiej szesnastce. Na nic zdały się energiczne protesty szwedzkiej ławki oraz długo wyrażających swoją dezaprobatę dla decyzji pani arbiter szwedzkich kibiców, gdyż w tym meczu rzutu karnego się nie doczekaliśmy. Podobnie zresztą jak wyrównującego gola.

Gdyby wystawiać noty za ostatnich dziesięć minut, każda ze szwedzkich piłkarek byłaby najprawdopodobniej zadowolona z otrzymanej oceny. Zryw w samej końcowce nastąpił jednak zdecydowanie zbyt późno, aby liczyć na korzystny wynik w starciu z tej klasy rywalem. Pomimo poniesionej porażki, z meczu z Niemkami na pewno możemy wyciągnąć jednak pewne pozytywy, a zebrany materiał będzie stanowił dla sztabu szkoleniowego niezwykle cenną wskazówkę. Indywidualnie na plus z pewnością wyrózniła się Jonna Andersson, która dzisiejszym występem potwierdziła, że mocno poprawiła wyprowadzenie i rozegranie piłki. Bardzo solidnie w swoim debiucie w wyjściowej jedenastce zaprezentowała się Hanna Bennison, a bohaterką kompletną (czyli pozytywną i negatywną) była dziś jej koleżanka z formacji Caroline Seger. Kapitanka Rosengård zapisywała na swoim koncie zarówno kluczowe podania, jak i niebezpieczne straty, choć te ostatnie były w dużej mierze efektem bezbłędnego antycypowania gry przez niemiecką drugą linię. Dobrą zmiane na prawej flance defensywy dała ponadto rekonwalescentka Jessica Samuelsson, która zaprezentowała się na tej pozycji zdecydowanie bardziej wyraziście niż Hanna Glas, po której widać z kolei brak regularnych występów w drużynie klubowej. A co możemy zapisać po stronie minusów? Z pewnością brak jakości na pozycji numer dziewięć, gdzie zbyt mało konkretów pokazała zarówno Stina Blackstenius, jak i Mimmi Larsson. Na więcej liczyliśmy także ze strony Fridoliny Rolfö, która – podobnie jak jej była koleżanka z Linköping – starała się szukać gry, ale pomimo tego pozostawała długimi fragmentami poza nią. Okazja do poprawki nadarzy się jednak bardzo szybko, gdyż już w sobotę czeka nas kolejne trudne wyzwanie podczas portugalskiego zgrupowania. Bo o to, że rywalki z Danii poprzeczkę zawieszą równie wysoko jak Niemki, możemy być całkowicie spokojni.