Szwedzkapiłka mówi hej då!

Triumf BK Häcken w szwedzkim finale Pucharu Europy, czyli najpiękniejsze podsumowanie wspólnej dekady (Fot. Bildbyrån)

Nie lubię pożegnań. A doprecyzowując ten nieoczekiwany w tym miejscu statement – bardzo nie lubię pożegnań. I z tego właśnie powodu za chwilę dowiecie się o fakcie, z którym ja zdążyłem się już nie tylko oswoić, ale nawet na swój sposób polubić. Tak się bowiem składa, że relacja z finału Pucharu Europy była ostatnią, którą w tej formie miałem przyjemność opublikować na tym portalu.

Na początek chcę uspokoić tych, którzy czekają na konkrety, niekoniecznie zaś na obszerne i pełne dygresji wyjaśnienia. Otóż decyzja ta nie jest na szczęście motywowana problemami zdrowotnymi, ani żadną inną katastrofą obejmującą inny obszar życia. W nich wszystko póki co na szczęście stabilnie, co w moim przypadku oznacza mniej więcej tyle, że wyzwania są i bardzo dobrze, bo bez nich byłoby nudno i nieciekawie.

Skoro jednak znaliśmy się przez ponad dekadę (wirtualnie, ale jednak), to wręcz nietaktownie byłoby po prostu znikać bez pożegnania i jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia. Dlatego pozwólcie mi wyjaśnić, co doprowadzało mnie do punktu, w którym zdecydowałem się pójść w tę właśnie stronę. Bo musicie wiedzieć, że nie był to jeden wiodący impuls, lecz suma mniejszych lub większych klocków, które ostatecznie ułożyły się w taką właśnie konstelację.

Po pierwsze – timing. Kilkanaście dni temu minęło równo dziesięć lat, odkąd zamieściłem tutaj pierwszy post. Dekada to kawał życia, który jakimś cudem przyszło nam w tej przestrzeni dzielić. Przez cały czas (nie licząc jednego poważnego kryzysu zdrowotnego) strona ta była rzetelnie i na bieżąco aktualizowana i nie będzie przesady w stwierdzeniu, że łącznie spędziłem tu przynajmniej kilka miesięcy życia. To jednak idzie do przodu, jedne furtki się w nim otwierają, inne zamykają, a perspektywy i percepcje ciągle ewoluują. Bez wchodzenia w detale, ostatnimi czasy zwyczajnie funkcjonowałem tu pod coraz większą presją czasu, a opracowując np. podsumowania kolejki lub miesiąca bardziej niż zawartością merytoryczną martwiłem się, żeby tylko nie powstały opóźnienia w publikacji, którymi ktoś z Was mógłby poczuć się rozczarowany. Perfekcjonizm w podejściu do tematu sprawił, że coraz więcej czasu i energii zajmowały mi rozważania na temat potencjalnej obniżki jakości zamieszczanych tu treści, a ich tworzenie stało się w pierwszej kolejności niezwykle stresującym obowiązkiem.

Dlaczego akurat taki moment na pożegnanie? Tak, znając siebie i zakładając, że obyłoby się bez niespodziewanych turbulencji, najpewniej udałoby się np. domknąć obecny sezon ligowy, ale… piłkarski kalendarz jest obecnie tak napakowany, że w każdym jego momencie i tak znajdowalibyśmy się w środku czegoś. A to sezonu pucharowego, a to kwalifikacji do mundialu, w efekcie czego czasu na spokojne poskładanie rzeczy i zamknięcie drzwi w praktyce nie doczekalibyśmy się nigdy. Wybrana chwila musiała zatem być z mojej perspektywy wyjątkowa i tak się szczęśliwie złożyło, że za sprawą naszego eksportowego duetu w składzie Hammarby oraz Häcken spełniło się moje największe marzenie jako obserwatora i publicysty piłkarskiego.

Być może niektórzy z Was podskórnie wyczuli, że futbol w wydaniu klubowym zawsze był mi bliższy niż ten reprezentacyjny. Bo choć piłkarską inicjację przeżyłem – jak zresztą wielu z nas – podczas mundialu, to jednak Damallsvenskan stała się moim pierwszym azylem, gdzie realnie dotknąłem i eksplorowałem naszą piękną dyscyplinę z bliska. Pierwsze mecze, pierwsze wyjazdy (w czasach gdy o tych zorganizowanych nikt jeszcze nie słyszał), pierwsze idolki – to wszystko wiązało się z ligą i to wokół niej od samego początku kręciła się moja sportowa rzeczywistość. Wtedy właśnie – i na szczęście mam na to przynajmniej dwoje świadków – wypowiedziałem słowa, że moim największym piłkarskim marzeniem jest obejrzeć starcie dwóch szwedzkich klubów w meczu europejskich pucharów. Tak, brzmiało to może abstrakcyjnie, ale czyż właśnie nie po to wymyślono marzenia? W tamtej chwili ani przez milisekundę nie pomyślałem jednak, że takim meczem może być finał jakichkolwiek rozgrywek, w którym to dwaj przedstawiciele Damallsvenskan stworzą spektakl, o którym będzie głośno daleko poza granicami Szwecji.

I wiecie co? Jednym z tych klubów okazał się ten, na meczach którego tak na dobre uczyłem się tego sportu. To wszystko działo się oczywiście na długo przed przenosinami do Hisingen, na kultowej Valhalli, na którą to bez względu na pogodę lub niepogodę regularnie jeździłem autobusem linii 52. Wysiadało się na Korsvägen, a następnie – już spacerkiem – szło wzdłuż słynnej hali Scandinavium, kontemplując aktualną sytuację w ligowej tabeli. Tak upływała wiosna za wiosną, jesień za jesienią, na długo zanim w ogóle pojawił się pomysł założenia tego serwisu. Tak, jestem z Göteborga i to właśnie tam moja miłość do futbolu wybuchła pełną mocą, lecz – i piszę to z pełną świadomością tych słów – na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat rywalizację w Damallsvenskan śledziłem z perspektywy w stu procentach neutralnego obserwatora. Wiecie, moja perspektywa zmieniła się o tyle, że od dłuższego czasu moją codzienność stanowiły nie wyjazdy na mecze jednego klubu, lecz rzetelna analiza gry kilkunastu. Z każdym z nich byłem więc emocjonalnie tak samo blisko, każdy traktowałem – rzecz jasna z zachowaniem oczywistych proporcji – jak własne dziecko, a przecież chyba wszyscy zgodzimy się, co do tego, że w zdrowej rodzinie nie wolno jednego z dzieci kochać bardziej. Piątkowy triumf Häcken ucieszył mnie zatem w dokładnie takim samym stopniu, jak uczyniłaby to wiktoria Hammarby. Bo oba kluby niestety pucharu do gabloty wstawić nie mogły. I z dokładnie takim samym nastawieniem, już za niespełna dwa tygodnie, śledzić będę wielki rewanż w ramach finału Pucharu Szwecji. Z tą jednak różnicą, że tym razem nie będzie mi już towarzyszyć presja związana z napisaniem na gwizdek pomeczowego tekstu. Nowa rzeczywistość, na której nadejście czekam i która na swój sposób mnie ekscytuję.

Świata i społeczności Damallsvenskan opuszczać jednak w najbliższej przyszłości dobrowolnie nie zamierzam, więc zachęcam do obserwowania moich mniej lub bardziej trafnych analiz i diagnoz w mediach społecznościowych. Tam tworzę treści głównie w językach angielskim i szwedzkim, ale przecież nie przez przypadek mówi się, że futbol jest językiem międzynarodowym. Tam też znajdziecie grafiki, statystyki, rankingi, ale już w zdecydowanie bardziej przystającej do dzisiejszych czasów, krótkiej i dynamicznej formie. Bo to jest kolejny z aspektów, który warto tu poruszyć – świat idzie do przodu, więc i my musimy z nim nadążać.

Wiecie co? Mocno pilnowałem się, aby w tym tekście nie zawrzeć nazwiska żadnej piłkarki i chyba udało mi się to mini-wyzwanie skutecznie doprowadzić do końca. Za chwilę raz jeszcze przeczytam jednak moją dzisiejszą twórczość i ostatecznie się w tym przekonaniu utwierdzę (lub nie). Zrobimy to zresztą razem, bo obiecuję, że jeśli jakimś cudem jakieś dane się tu pojawiły, to korekty robić nie będę. Bo skoro komuś udało się złamać system, to najwidoczniej tak właśnie miało być.

Trzymajcie się, do zobaczenia na piłkarskim i nie tylko szlaku!

Dzięki za wspólną dekadę! Tak po prostu, z całego serduszka!

PS. Bardzo proszę o niepozostawianie pod tym postem komentarzy. Jeżeli chcecie pożegnać się, podziękować, czy w jakikolwiek inny sposób publikowane tu treści spropsować – zostawcie lajka, a zaoszczędzony czas poświęćcie komuś bliskiemu, kto na to zasługuje (tak, self-care też jak najbardziej się w tym zbiorze zawiera). To będzie dla mnie najcudowniejsza forma docenienia.

Finał godny święta

Puchar idzie w górę, a BK Häcken staje się częścią historii europejskiej piłki klubowej (Fot. UEFA)

Ach, co to był za finał! Zastanawialiśmy się, kreśliliśmy różne scenariusze, a na koniec tej sekwencji na murawę stadionu w Hisingen wyszły piłkarki Häcken oraz Hammarby i ponad wszelką wątpliwość udowodniły, że pomimo gwałtownych zmian na sportowej mapie Europy, Damallsvenskan wciąż potrafi. Historyczny finał Pucharu Europy był wewnętrzną batalią dwóch szwedzkich klubów i jednocześnie najlepszą reklamą i ekspozycją naszej piłki klubowej, na jaką mogliśmy liczyć. Do epokowego charakteru dzisiejszej potyczki dopasowała się nawet pogoda, bo o ile niemal cały kwiecień upłynął nam pod znakiem deszczowo-huraganowych zjawisk atmosferycznych, o tyle piątkowe popołudnie w Västergötland było w zasadzie pierwszym prawdziwie wiosennym. I jak się miało okazać, był to zaledwie początek dobrych informacji dla sympatyków aktualnych mistrzyń Szwecji.

Tak, zwyciężyć i przejść do historii tak naprawdę mógł tylko jeden z zespołów i podopieczne trenerki Eleny Sadiku ewidentnie wzięły sobie tę oczywistą prawdę mocno do serca. Bo nawet jeśli to Hammarby jako pierwsze spróbowało przejąć w tym starciu inicjatywę, to pierwszy, solidny konkret pojawił się zdecydowanie po stronie gospodyń. A chwilę później również i drugi, w wyniku czego przyjezdne z Södermalm znalazły się w nie lada kłopocie. I nie jest to bynajmniej przesada, skoro dwa ofensywne wypady na przestrzeni niespełna trzech minut wystarczyły, aby niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju Felicia Schröder zapisała na swoim koncie dublet. Tak, dziewiętnastoletnia snajperka najpierw bezbłędnie wykorzystała centrę Alvy Selerud, następnie zrobiła najlepszy możliwy użytek z jeszcze bardziej efektownej asysty Anny Anvegård i Hammarby znalazło się na podwójnym deficycie, zanim Melina Loeck oraz jej obrończynie zdążyły w ogóle złapać meczowy rytm. Feta na murawie i na sektorach zajmowanych przez fanów Os rozkręcała się zatem w najlepsze, wszak chyba nikt nie spodziewał się, że tak poukładana w tyłach ekipa, na dodatek uskrzydlona kolejnym błyskiem swojej liderki, pozwoli na dobre wrócić do gry mocno osłabionym przecież przeciwniczkom ze stolicy. Bo skoro na drodze do finału, mediolański Inter oraz Eintracht Frankfurt w sumie potrafiły złamać defensywę Häcken zaledwie jeden raz na przestrzeni czterech meczów, to jakim cudem Bajen miałoby dokonać tego trzykrotnie w niespełna osiemdziesiąt minut? Cóż, tyle teorii, bo futbol raz jeszcze pokazał, że co, jak co, ale zaskakiwać nas niezmiennie potrafi.

Na korzyść Hammarby ewidentnie zagrał fakt, iż również po ich stronie pierwsza czysta, bramkowa okazja została od razu zamieniona na gola. Swojego trafienia na europejskim gruncie doczekała się Svea Rehnberg, doskonale w tempo zamykając dośrodkowanie podłączającej się do akcji na prawej flance Stiny Lennartsson. Kontakt w tym meczu został więc złapany, a piłkarki trenera Strömberga najwyraźniej na powrót uwierzyły, że ta rywalizacja nie jest jeszcze rozstrzygnięta. Końcówka pierwszej połowy to coraz większa dominacja sztokholmianek, jednak tym razem bez bramkowego efektu, choć z niemałą kontrowersją już w doliczonym czasie gry. Po zderzeniu Anny Anvegård z Elin Sørum hiszpańska sędzia nie zdecydowała się jednak na odgwizdanie jedenastki dla gościń, choć głośno domagała się tego nie tylko ławka rezerwowych, ale i jak zawsze doskonale zorganizowana, liczna grupa kibiców z Södermalm. Ta ostatnia na swój wybuch radości poczekać musiała do wznowienia gry po przerwie, bo wtedy już nikt i nic nie stanęło Zielono-Białym na drodze do wyrównania stanu meczu. Z narożnika boiska dośrodkowała Vilma Koivisto, obrończyniom z Hisingen urwała się wspomniana Sørum i Fanney Inga Birkisdottir nie miała szans na skuteczną interwencję.

Powrót do meczu udał się zawodniczkom ze Sztokholmu znakomicie, lecz na ich nieszczęście po stronie Häcken cały czas biegały po murawie Anvegård i Schröder. Pierwsza znów popisała się dograniem najwyższej próby, a druga zrobiła to, z czego słynie już nie tylko w naszym kraju, kompletując tym samym finałowego hat-tricka. I gdyby sztuki tej dokonał ktokolwiek inny, zapewne wiązałoby się to z długim, entuzjastycznym opisem tego wyczynu, lecz przy okazji kolejnych strzeleckich popisów najskuteczniejszej snajperki Damallsvenskan, ze wszystkich istniejących superlatyw zdążyliśmy się już chyba… wystrzelać. Tak, czy inaczej piłkarki z Hisingen raz jeszcze wypracowały sobie w finale poduszkę bezpieczeństwa i pomimo ambitnej postawy rywalek, tym razem tej zaliczki z rąk już nie wypuściły. Tym samym, to właśnie zespół z Västergötland już na zawsze zapisał się w historii europejskiej piłki klubowej, wykonując jednocześnie ogromny krok w kierunku gry w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzyń bez konieczności przebijania się przez kwalifikacje. A my możemy po prostu czuć się uhonorowani, że dane nam było doświadczyć na żywo tak magicznego, wiosennego popołudnia, o którym za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat na pewno postanie niejeden film, serial lub dokument.

HÄCKEN, HAMMARBY – DZIĘKUJEMY ZA WSZYSTKO!!