Powrót do rzeczywistości

Wprawdzie nie samym Rio człowiek żyje, ale prawda jest taka, że zdecydowana większość szwedzkich kibiców od początku sierpnia … żyła samym Rio. Igrzyska dobiegły jednak końca i już niebawem przyjdzie nam zamienić żywiołowość Maracany na znacznie bardziej kameralny klimat Strandvallen czy Vilans IP. Aby uczynić powrót do poolimpijskiej rzeczywistości nieco bardziej łagodnym, spróbowaliśmy zebrać w jednym miejscu dziesięć najważniejszych wydarzeń, które mogły umknąć uwadze tych z was, dla których w ostatnich tygodniach liczyła się przede wszystkim impreza odbywająca się po tamtej stronie Atlantyku.

– Pożegnanie z grecką myślą szkoleniową. Zaledwie pół roku trwała przygoda George’a Papachristou z Damallsvenskan. Następcą pierwszego w historii szwedzkiej ekstraklasy greckiego szkoleniowca został Martin Skogman, dotychczasowy asystent Viktora Erikssona w Eskilstunie i to on podejmie się zadania wprowadzenia Örebro na ligowe podium.

– W znacznie bardziej burzliwych okolicznościach odbyło się rozstanie Marii Bergkvist z Umeå. Nie zabrakło słownych przepychanek, wzajemnych oskarżeń o słabe wyniki i brak taktu, a nawet groźby strajku połowy kadry pierwszego zespołu. Ostatecznie – oprócz oczywiście byłej już trenerki – z klubem z Västerbotten pożegnały się jedynie dwie piłkarki, ale atmosfera w przeddzień być może kluczowego dla dalszych losów siedmiokrotnego mistrza Szwecji meczu przeciwko Kvarnsveden jest daleka od idealnej.

– Karuzela trenerska bardziej niż zazwyczaj kręci się w tym roku także w Elitettan. Na zmiany zdecydowali się w Karlstad, Sztokholmie, Alingsås i Skellefteå, a coś podpowiada nam, że to jeszcze nie koniec.

– Skoro jesteśmy już przy Elitettan, to tam runda jesienna trwa już w najlepsze. Limhamn Bunkeflo oraz Hammarby robią wszystko, aby nasze przedsezonowe typowania okazały się w stu procentach słuszne i pewnym krokiem podążają w kierunku awansu. Jeśli na ostatniej prostej nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, aż dwa wielkie miasta doczekają się w przyszłym sezonie ekstraklasowych derbów.

– Transfery Lotty Schelin, Lisy Dahlkvist czy Chloe Logarzo z pewnoscią nie uszły niczyjej uwadze, ale nie mniej imponującym nabytkiem może pochwalić się Limhamn Bunkeflo. Lider Elitettan pozyskał bowiem 92-krotną reprezentantkę Francji, Sabrinę Viguier, która ma uporządkować chaos panujący dotychczas w defensywie LB07.

– Ten nieco bardziej znany klub z Malmö tak intensywnie szukał następczyni Sary Björk Gunnarsdottir, że ostatecznie zdecydował się na piłkarkę, która w orbicie zainteresowań znajdowała się już od ponad pół roku (o czym zresztą na bieżąco informowaliśmy). Grająca dotychczas w niemieckiej Jenie reprezentantka Chorwacji Iva Landeka związała się z ekipą mistrza Szwecji dwuletnim kontraktem.

– Nową zawodniczką Djurgården została Michelle Wörner. Sympatycy beniaminka z pewnością mają nadzieję, że 22-letnia Niemka będzie jesienią tak wielkim objawieniem, jak w minionej rundzie Johanna Rytting Kaneryd, także „wyciągnięta” z klubu błąkającego się po dolnych rejonach Elitettan.

– W Dalarnie zrozumieli, że opieranie ofensywy wyłącznie na jednej zawodniczce może nie wystarczyć, nawet jeśli rzeczona piłkarka nazywa się Tabitha Chawinga. Napastniczce z Malawi zapewniono więc wsparcie w postaci Tiffany Weimer (ostatnio Kansas City) oraz Elizabeth Addo (ostatnio Ferencvaros). Cel jest jasny – utrzymanie.

– O pozostanie w ekstraklasie walczy także Kristianstad. Ekipa ze Skanii, pomimo sporych tarapatów finansowych, postanowiła wzmocnić obsadę bramki, decydując się na transfer Stiny Petersen. Duńska golkiperka ma już spore doświadczenie z występów w drużynach borykających się z problemami natury ekonomicznej (grała m.in. w Duisburgu), ale musimy ostrzec, że ostatnio w podobnej sytuacji skończyło się niestety degradacją.

– Wyniki meczów towarzyskich zawsze traktować należy ze sporą rezerwą, ale jednak są rezultaty, obok których nie da się przejść obojętnie. Do takich z pewnością należy poniesiona przez wicelidera Damallsvenskan na własnym boisku porażka 1-9 (!) z drużyną z Hiszpanii (!!), która jedyny tytuł w swoim kraju zdobyła ponad ćwierć wieku temu (!!!). Rozumiemy, że skład był mocno eksperymentalny, forma iście wakacyjna, a ewentualne konsekwencje bardzo minimalne, ale mimo wszystko drużynie walczącej o mistrzostwo Szwecji taka gra po prostu nie przystoi, nawet gdyby wyjściową jedenastkę trzeba było zbierać prosto z plaży.

BB120517CS009

Fot. Bildbyrån

Reklamy

Rozliczenie z Rio

Igrzyska Olimpijskie w Rio niewątpliwie przeszły do historii i to zarówno w ujęciu dosłownym, jak i w odniesieniu do występu, a w zasadzie wyniku osiągniętego przez szwedzkie piłkarki. Przywiezione zza Atlantyku srebrne medale sprawiają, że kadra 2016 na zawsze pozostanie tą, która niejako odczarowała dla nas Igrzyska. Długimi, zimowymi wieczorami wspominać będziemy przede wszystkim pasjonujące i zakończone ostatecznie zwycięskimi horrorami starcia z USA i Brazylią, gdyż to właśnie te dwa mecze sprawiły, że o reprezentacji Szwecji na kilka dni znów zrobiło się głośno nie tylko w kraju, ale także poza jego granicami.

Życie nie znosi jednak próżni, a świat po Rio nie zwolni nawet na minutę. Już za kilka dni wznowione zostaną rozgrywki ligowe, w Malmö odbędzie się miejmy nadzieję ekscytujący finał Pucharu Szwecji, a reprezentacja będzie musiała skupić się na kolejnych, nie mniej istotnych wyzwaniach, do których zaliczamy eliminacje i finały piłkarskich mistrzostw Europy. Skoro wczoraj był czas na świętowanie, to dziś jest doskonały moment na analizę tego, co przez ostatnie trzy tygodnie wydarzyło się na brazylijskich boiskach. Tym razem ocena występu naszych piłkarek to zadanie iście karkołomne, gdyż z jednej strony trudno o zmasowaną krytykę drużyny, która właśnie zapisała się na kartach historii, z drugiej – nawet suche statystyki pokazują, że nie wszystko funkcjonowało tak, jak być może powinno. Jedno, na dodatek mocno wymęczone zwycięstwo, trzy remisy, dwie porażki, cztery gole strzelone i osiem straconych to bilans bardzo niewiele różniący się od tego z kanadyjskiego mundialu, na którym nawiasem mówiąc także przecież nie daliśmy się pokonać Amerykankom. Jeśli zatem ubiegłoroczne mistrzostwa zgodnie uznaliśmy za jeden z najsłabszych występów szwedzkiej reprezentacji na wielkiej imprezie, to jak przedstawia się prawda o Rio? W jak diametralnie różnych nastrojach bylibyśmy dziś, gdyby Roxanne Barker w meczu otwarcia nie wrzuciła sobie futbolówki do własnej bramki?

Ostatnie z pytań na zawsze pozostanie nierozwiązaną zagadką, ale odpowiedzi na przedostatnie możemy jak najbardziej poszukać. W tym celu musimy jednak na moment odrzucić świeże jeszcze emocje i nieco bardziej szczegółowo przyjrzeć się występowi każdej z naszych piłkarek na Igrzyskach w Rio, oceniając go w najbardziej klasycznej skali 1-5.

Hedvig Lindahl – 3.5. Bramkarka Chelsea, podobnie jak rok temu, udowodniła, że najlepszy okres w kadrze przeżywa właśnie teraz. Ponownie była bardzo pewnym, jeśli nie w ogóle najpewniejszym punktem reprezentacji, a swoje najbardziej spektakularne występy zaliczyła wtedy, kiedy była drużynie najbardziej potrzebna. Kilka mniej udanych zagrań przytrafiło się jej w grupowym meczu z Brazylią oraz w finale, ale na szczęście nie niosły one za sobą poważniejszych konsekwencji.

Jessica Samuelsson – 2.5. Nie zawsze nadążała za niezwykle dynamicznymi rywalkami, choć trzeba uczciwie przyznać, że w większości przypadków mierzyła się przeciwniczkami ze ścisłego, światowego topu. To po jej indywidualnym błędzie padł wyrównujący gol dla USA autorstwa Alex Morgan. Po stronie plusów można zapisać jej sporą liczbę udanych wybić i przechwytów, choć szczególnie w fazie grupowej z pewnością oczekiwaliśmy nieco bardziej aktywnej postawy w ofensywie.

Nilla Fischer – 3. Uznana przez FIFA za strzelczynię zwycięskiego gola z RPA, choć można byłoby z tym werdyktem polemizować. Kolejny raz przyzwoicie przygotowała się do ważnej imprezy i uniknęła na niej błędów, które stosunkowo często przytrafiają się jej w rozgrywkach ligowych. Zbyt mało widoczna przy ofensywnych stałych fragmentach gry, ale trzeba zaznaczyć, że nie dostała wielu dobrze zagranych piłek.

Linda Sembrant – 2. Swój zdecydowanie najlepszy mecz rozegrała w ćwierćfinale przeciwko USA, w którym to przez 120 minut była prawdziwą liderką bloku defensywnego. Niestety, był to jedyny, w pełni udany występ defensorki Montpellier na turnieju. Podobnie jak Fischer, nie stwarzała zagrożenia pod bramką rywalek, a na dodatek grała niesamowicie pechowo (niewykorzystany rzut karny, samobójczy gol w finale).

Magdalena Ericsson – 2. Miała być naszą tajną bronią na Rio i zawodniczką, którą podczas Igrzysk odkryje świat. Niestety, na brazylijskich boiskach w niczym nie przypominała piłkarki, którą zachwycaliśmy się wiosną w Damallsvenskan. Długimi fragmentami grała w sposób schematyczny i łatwy do rozczytania, a z podejmowanych przede wszystkim w meczu przeciwko RPA prób indywidualnych akcji wychodziło zazwyczaj niewiele.

Emma Berglund – 1.5. Jedyny raz wyszła w wyjściowej jedenastce w grupowym starciu z Brazylią i … od razu miała spory udział przy przynajmniej dwóch golach dla rywalek. Co gorsza, jeden a nich padł po podobnym błędzie, jaki przytrafił się jej kilka tygodni wcześniej w meczu ligowym.

Elin Rubensson – 2.5. Już niemal zgodnie z tradycją, grała podczas jednego turnieju na wielu pozycjach. Zaczynała na środku pomocy i to właśnie tam radziła sobie zdecydowanie najlepiej. Znacznie gorzej było po przejściu na lewa obronę, gdzie nie ustrzegła się błędów. W półfinale z Brazylią opiekowała się Martą, która trzy razy w odstępie kilkudziesięciu minut wkręciła ją w murawę przy pomocy jednego zwodu.

Caroline Seger – 2.5. Liderka szwedzkiej drugiej linii z pewnością nie zaliczy brazylijskiego turnieju do udanych. W jej grze razić mogła szczególnie zdecydowanie zbyt duża liczba strat, z których przynajmniej dwie miały miejsce w najbardziej newralgicznych obszarach boiska. Nieco lepiej radziła sobie z rozgrywaniem, choć głównie wtedy, gdy wybierała te bezpieczniejsze rozwiązania.

Lisa Dahlkvist – 3. W fazie grupowej nie pokazywała żadnego ze swych największych atutów, a jej postawa była jednym, wielkim rozczarowaniem. Wszystko odmieniło się jednak w ćwierćfinale, w którym znów imponowała walecznością od szesnastki do szesnastki, a dodatkowo popisała się fenomenalną, czterdziestometrową asystą przy golu Blackstenius. To ona skutecznie wykonała jedenastki, które zapewniły nam awans kolejno do półfinału i finału.

Kosovare Asllani – 2.5. Znacznie mniej błyskotliwa niż w Manchesterze i wiosenno-letnich meczach kadry. Pod nieobecność Ericsson brała się za wykonywanie stałych fragmentów gry, ale zazwyczaj wychodziło jej to fatalnie. Ze zdecydowanie większą precyzją rozdzielała za to piłki przy szwedzkich kontratakach. To od jej zagrania na skrzydło do Schough rozpoczęła się akcja, która przyniosła nam w finale kontaktowego gola.

Emllia Appelqvist – 2.5. Piłkarka Djurgården miała na Igrzyskach dwie okazje na zaprezentowanie swoich umiejętności i obie przypadły na pojedynki z Brazylią. Skupiała się przede wszystkim na destrukcji i wspomaganiu formacji obronnej, przez co niezbyt często angażowała się w ofensywie.

Fridolina Rolfö – 3. Zdecydowanie najlepsza szwedzka piłkarka w fazie grupowej. Przed meczem z USA swoje nadzieje pokładaliśmy głównie w niej, ale niestety kontuzja uniemożliwiła jej kontynuowanie gry już po niespełna kwadransie. Gdy pojawiła się pierwsza diagnoza mówiąca o sześciotygodniowej przerwie, w Linköping rozległ się tak głośny jęk zawodu, że słychać było go nawet po drugiej stronie Atlantyku.

Sofia Jakobsson – 2. Rozpoczęła fenomenalnie, gdyż już w piątej minucie meczu z RPA po indywidualnej akcji obiła poprzeczkę bramki Afrykanek. Niestety, czas pokazał, że było to jej zdecydowanie najbardziej udane zagranie na całych Igrzyskach. Okazję na to, aby się przełamać miała i w starciu z Chinami i w meczu przeciwko USA, ale to ewidentnie nie był jej turniej.

Olivia Schough – 2. Jak zwykle niezwykle aktywna, robiła sporo wiatru, tylko efektów tego wszystkiego nie było widać, choć ambicji i zaangażowania oczywiście nie można jej odmówić. Bohaterka i antybohaterka drugiej połowy finału z Niemcami. Najpierw zapisała na swoim koncie asystę przy trafieniu Blackstenius, a następnie zmarnowała idealną okazję na doprowadzenie do remisu, gdyż nieczysto trafiła w piłkę. Po prostu – Olivia Schough, którą doskonale znamy.

Lotta Schelin – 3. Okazuje się, że doskonale zna swój organizm. Tuż po przyjeździe do Szwecji zapowiadała, że w optymalnej dyspozycji będzie dopiero mniej więcej w połowie sierpnia i … słowa te sprawdziły się w stu procentach. Jej forma zdawała się rosnąć z meczu na mecz i tylko szkoda, że okradziono ją z prawidłowo zdobytej bramki w spotkaniu ćwierćfinałowym.

Stina Blackstenius – 3. Swoje wszystkie dotychczasowe bramki w kadrze strzeliła w meczach, które rozpoczynała na ławce. W Brazylii potwierdziła, że rola zmienniczki w reprezentacji pasuje jej zdecydowanie najbardziej. W Linköping marzą, aby skuteczność zaprezentowana przez nią na Igrzyskach przełożyła się choć w połowie na rozgrywki ligowe.

Średnia ocen na poziomie 2.53 w przypadku drużyny, która właśnie grała w finale Igrzysk Olimpijskich może nieco dziwić, ale każdy, kto przynajmniej z umiarkowanym zainteresowaniem oglądał turniej, musi obiektywnie przyznać, że pod względem piłkarskiej jakości wciąż mamy duże pole do poprawy, a kadra nie jest jeszcze absolutnie produktem kompletnym. Chwaląc konsekwencję w grze, ambicję, cierpliwość i odporność psychiczną w najważniejszych momentach, nie możemy zapominać, że szczególnie w meczach fazy grupowej na grę naszych piłkarek absolutnie nie patrzyło się z przyjemnością. Szwankowała źle dobrana i zbyt późno skorygowana taktyka (szczególnie na Brazylię), raziła schematyczność, brak pomysłu na skuteczną grę atakiem pozycyjnym i koncertowo marnowane stałe fragmenty gry, którym poświęcaliśmy przecież tyle uwagi. Końcowy wynik jest oczywiście ogromnym sukcesem, którego nikt nie ma prawa dyskredytować, ale jeśli chcemy w najbliższej przyszłości częściej przeżywać takie chwile, jak wczoraj podczas wieczornej fety, to z turnieju w Brazylii musimy jak najszybciej wyciągnąć wnioski i właśnie dobrze odrobionej pracy domowej należy naszym selekcjonerkom, a także całemu sztabowi życzyć w pierwszej kolejności.

Rio Olympics Soccer Women.JPEG

Fot. Silvia Izquierdo

Srebrny koniec wspaniałej sagi

Było bardzo blisko, ale na kolejne zwycięstwo w wielkim turnieju przyjdzie nam ostatecznie poczekać przynajmniej o rok dłużej niż 32 lata. Porażka 1-2 w olimpijskim finale oznacza, że szwedzkie piłkarki kończą tegoroczne Igrzyska ze srebrnymi medalami. Żal straconej szansy? Olimpijskie złoto było rzeczywiście na wyciągnięcie ręki, ale biorąc pod uwagę przebieg całego turnieju trudno mówić o niedosycie. Na szerszą i pozbawioną schodzącego już chyba z nas wszystkich ogromnego ładunku emocji analizę występu naszych reprezentantek w Brazylii przyjdzie czas w najbliższych dniach, ale nawet z perspektywy jednego dnia po finale, tytuł wicemistrzowski ma w sobie wyłącznie znamiona sukcesu, na dodatek okupionego olbrzymim wysiłkiem.

Choć zabrzmi to w pewnym stopniu groteskowo, mecz przeciwko Niemkom z pewnością był najlepszym występem szwedzkich piłkarek w fazie pucharowej, a niewykluczone, że również na całych Igrzyskach. Ci, którzy spodziewali się jednostronnego widowiska i nawałnicy ze strony podopiecznych Silvi Neid z pewnością przecierali oczy ze zdumienia, gdy w pierwszych minutach nasze piłkarki seryjnie były rzuty rożne. Niestety, tak długo ćwiczone w trakcie zgrupowania nad Bałtykiem stałe fragmenty gry, które miały być na Igrzyskach naszą tajną bronią i tym razem nie przyniosły spodziewanych efektów. Swoje okazje, nawet z gatunku tych stuprocentowych, stworzyły sobie w pierwszej połowie także Niemki, ale ani Leupolz, ani Mittag nie potrafiły skierować piłki do szwedzkiej bramki. Szczególnie pudło napastniczki PSG było całkowicie niewytłumaczalne, gdyż wydawać by się mogło, że tej klasy piłkarka podobne sytuacje powinna wykorzystywać w stu procentach przypadków.

Do przerwy utrzymywał się bezbramkowy remis, ale wystarczyła chwila nieuwagi na początku drugiej części gry i trzeba było odrabiać straty. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że w tej konkretnej sytuacji zabrakło nam trochę szczęścia, ale wielką niesprawiedliwością byłoby nazwanie bramki dla Niemiec klasycznym „golem z niczego”. Wprawdzie futbolówka pod nogami Marozsan znalazła się ostatecznie dość przypadkowo, ale jednak nerwowe zachowanie naszej defensywy było efektem składnej akcji rywalek. O ile w 48. minucie zrobiło się nieciekawie, o tyle kwadrans później było już po prostu źle. Rozochocone szybko zdobytym golem Niemki postanowiły nie poprzestawać na jednym trafieniu, co zostało stosunkowo szybko wynagrodzone. Przepiękny strzał Marozsan z rzutu wolnego zatrzymał się wprawdzie na słupku, ale próbująca zażegnać niebezpieczeństwo Sembrant interweniowała tak niefortunnie, że umieściła piłkę we własnej bramce. 0-2 i drużyna prowadzona przez Silvię Neid znalazła się na autostradzie do pierwszego w historii olimpijskiego złota.

Mylił się jednak ten, kto twierdził, że emocje w tym meczu już się skończyły. Ambitnie walczące Szwedki po zaledwie pięciu minutach postarały się o bramkę kontaktową, a zdobyły ją w stylu, który idealnie podsumowuje grę podopiecznych Pii Sundhage na brazylijskim turnieju. Szybka, czwórkowa akcja, zgranie Asllani do skrzydła, centra Schough i świetne wykończenie Blackstenius pomimo asysty jednej z niemieckich obrończyń. W tym momencie do tego, aby doprowadzić do remisu brakowało już tylko jednego gola, ale tego dnia fortuna nieco szerzej uśmiechała się do naszych rywalek (co – trzeba uczciwie przyznać – było podczas Igrzysk swego rodzaju nowością). Szans na wyrównanie nie brakowało: najlepszą w 87. minucie zmarnowała nieczysto trafiająca w piłkę Schough, ale również Schelin czy Hammarlund mogły pokusić się o doprowadzenie do dogrywki. Żadnej z nich ta sztuka się jednak nie powiodła i po ostatnim gwizdku pani Chenard to podopieczne Silvi Neid mogły wraz ze swoją trenerką cieszyć się z końcowego zwycięstwa. Tym sposobem, niemiecka selekcjonerka jedenastoletnią przygodę z kadrą zakończyła w blasku olimpijskiego złota, a nam pozostała wielka satysfakcja z równie cennego srebra.

swesiv

Fot. Getty Images

Dzień, w którym zatrzymała się Szwecja

Dokładnie trzynaście lat czekaliśmy na kolejny finał wielkiej imprezy z udziałem szwedzkich piłkarek. To niezwykle dużo czasu, ale oczywiście zdajemy sobie sprawę, że niektórzy czekają jeszcze dłużej i być może nigdy się nie doczekają. Dlatego tym bardziej należy uszanować to, co mamy.

Na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem Carol Anne Chenard wracamy jednak pamięcią nie do roku 2003, a do ostatniego zwycięskiego dla Szwecji finału. Odbył się on 27. maja 1984 przy Kenilworth Road w angielskim Luton, a stawką był tytuł najlepszej drużyny Europy. Cała zabawa przeciągnęła się wówczas aż do rzutów karnych, w których to Szwedki okazały się minimalnie skuteczniejsze od rywalek, zwyciężając ostatecznie 4-3. Czy ten wynik nie brzmi aby całkiem znajomo? Do decydującej jedenastki nie podeszła wprawdzie wtedy Lisa Dahlkvist, ale analogii do roku 2016 i tak jest aż nadto. Autorką trafienia na wagę mistrzostwa Europy była bowiem Pia Sundhage.

Złota ekipa z Luton stała się na wiele lat punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń piłkarek, ale – paradoksalnie – przywoływanie owego sukcesu coraz bardziej uzmysłowiało nam, jak wiele czasu minęło od chwili, w której Szwecja po raz ostatni wygrała wielki turniej. Kraj, w którym mniej więcej co dziesiąta kobieta jest lub była zarejestrowaną piłkarką, od blisko trzech dekad bezskutecznie próbuje wdrapać się na zdobyty w 1984 roku szczyt, ale efekty tych działań są nie do końca zadowalające. Co więcej, można odnieść wrażenie, że w każdym kolejnym cyklu zwyciężanie pojedynczych meczów przychodzi z coraz większym trudem, a wyzwania zaczynają rzucać nam (i innym potentatom z dawnych lat) nawet kraje, które jeszcze do niedawna były na piłkarskiej mapie świata białymi plamami. Tak przedstawia się nowa rzeczywistość, w której trzeba nauczyć się skutecznie funkcjonować.

Niezależnie od wyniku wielkiego finału, każda z piłkarek reprezentujących Szwecję na tegorocznych Igrzyskach i tak napisała już własną, przepiękną historię. Stawką dzisiejszego meczu będzie jednak znacznie więcej niż „tylko” złoty medal najważniejszej sportowej imprezy czterolecia. Jego prawdziwą stawką będzie bowiem nieśmiertelność. Zwyciężając finał, drużyna z 2016 roku ma niepowtarzalną szansę stać się symbolem pokolenia, które nie poznało jeszcze smaku takiego sukcesu, gdyż z obiektywnych względów nie może pamiętać wiktorii z 1984. Nawet gdyby miało się później okazać, że dzisiejszy triumf byłby jedynie początkiem całej serii wspaniałych zwycięstw z mistrzostwem świata na czele, i tak to wiktoria na Maracanie będzie już na zawsze definiować tę ekipę, gdyż to właśnie dzięki niej może wyzerować się nie dający nam spokoju, tykający od ponad trzydziestu dwóch lat licznik porażek. O innych pozytywnych aspektach przywiezienia do kraju olimpijskiego złota nawet nie ma sensu wspominać, gdyż chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak wiele korzyści nie tylko dla środowiska piłkarskiego może przynieść fakt, że Lindahl, Seger czy Blackstenius staną się wzorami do naśladowania dla dziesiątek tysięcy dzieci, dla których wspaniała drużyna z Igrzysk będzie pierwszym w pełni świadomym wspomnieniem.

Oglądalność meczów ćwierć- oraz półfinałowych jasno pokazała, jak wielkie jest w Szwecji pragnienie sukcesu. Możemy być więc pewni, że niezależnie od tego, co będzie się działo na innych olimpijskich i nieolimpijskich arenach, dziś o godzinie 22:30 czasu sztokholmskiego cały kraj znów stanie w miejscu. Przez dwie godziny, a być może nieco dłużej, wpatrzeni będziemy wyłącznie w toczącą się po murawie Maracany niepozorną futbolówkę. A co nastąpi później? Jako przedstawiciel pokolenia 2016, mam nadzieję, że coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie było mi dane doświadczyć.

cbb

Fot. Getty Images

Szwedzki dla początkujących

Postawa szwedzkich piłkarek na brazylijskich boiskach sprawiła, że w ostatnich dniach znacznie wzrosło zainteresowanie naszą reprezentacją. Skoro jest popyt, musi być i podaż, w związku z czym postanowiliśmy zwrócić się specjalnie do tych, którzy na co dzień nie śledzą z zapartym tchem rywalizacji Mallbacken z Kvarnsveden i dopiero niedawno dowiedzieli się, że Blackstenius to wcale nie jest nazwa jakiejś wymyślnej, skandynawskiej potrawy. Z myślą o nich przygotowaliśmy błyskawiczny, piłkarski kurs szwedzkiego dla początkujących i choć nie będziemy w nim uczyć, jak brzmi prawidłowy odzew na zawołanie Andra sidan, är ni klara? (choć to akurat mogłoby się bardzo przydać na trybunach Damallsvenskan), to gorąco ufamy, że i tak spełni on swoją rolę. A więc – zaczynamy i prosimy o podejście do samouczka z dużą dozą poczucia humoru, choć informacje w nim zawarte są całkowicie poważne.

unnamed

Fot. Google

  • W przypadku informacji na temat szwedzkiej kadry zdecydowanie nie warto polegać na encyklopediach internetowych.
  • Bilans ośmiu lat Lotty Schelin w Olympique Lyon to 224 mecze i 225 zdobytych goli. Zarówno UEFA, jak i inne teoretycznie poważne źródła podają wprawdzie całkiem odmienne dane, ale w razie wątpliwości służę dokładną rozpiską. Podeślę od razu, jak tylko opadną emocje po finale.
  • Schelin to oczywiście legenda Göteborga, choć przyszła na świat na wschodnim wybrzeżu, a mówiąc bardziej dokładnie – na przedmieściach Sztokholmu.
  • Schelin strzela nie tylko w klubie, ale również w reprezentacji. Jest najlepszą snajperką w historii szwedzkiej kadry.
  • Zanim została w tym względzie samodzielną liderką, dzieliła ów zaszczytny tytuł z Pią Sundhage. Swoją trenerkę zdetronizowała ostatecznie w spotkaniu przeciwko Szkocji, a chwilę później obie panie gorąco się uściskały.
  • Skoro już jesteśmy przy Pii Sundhage, to uważa ona, że w wyjściowej jedenastce Rosengård powinno grać więcej Szwedek.
  • W wyjściowej jedenastce Örebro również.
  • Trudno powiedzieć, jak bardzo jej poglądy w tej kwestii ewoluowały od czasów, gdy sama prowadziła (bez większych sukcesów) właśnie Örebro.
  • Sundhage równie dobrze jak na boisku radzi sobie za mikrofonem. Zarówno w repertuarze piłkarskim:

  • Jak i całkowicie niepiłkarskim:

  • W ślady swojej trenerki postanowiła pójść Olivia Schough, która w taki sposób przed czterema laty zagrzewała do boju kadrę udającą się do Londynu:

  • Schough wykonuje również między innymi nieoficjalny hymn klubu z Göteborga, choć obecnie jest piłkarką Eskilstuny.
  • Wcześniej grała była miedzy innymi w Moskwie czy w Monachium, a podczas krótkiej kariery zwiedziła już tyle klubów, co pozycji na boisku.
  • Swojego miejsca na placu gry szuka także Elin Rubensson, która nie grała już chyba tylko na bramce i na środku defensywy.
  • To ostatnie może niebawem ulec dezaktualizacji.
  • Wracając do Schough, jej nazwisko czytamy po prostu /skug/, a w żadnym razie nie /szoł/. Show to ta piłkarka robi na boisku (od czasu do czasu) i poza nim (częściej).
  • Co do innych nazwisk, nie powinny one sprawić chyba większych problemów, z ciekawszych przypadków mamy: /lindal/, /anderszon/, /berilund/, /fiszer/, /blakstenius/, /rolfe/ (ta akurat wypadła po 1/4), /apelkfist/ czy /karlejn/.
  • Nie zapomnieliśmy oczywiście o Lotcie, ale ona zasługuje na osobny akapit. Jeśli jesteś z zachodniego wybrzeża, to zdecydowanie /hłelin/.
  • Magdalena Ericsson to świetna egzekutorka stałych fragmentów gry. Naprawdę.
  • Kosovare Asllani niekoniecznie, ale i tak ma za sobą najlepszą rundę od czasów, kiedy w Linköping uchodziła za wielki talent. Brytyjskie powietrze jej służy.
  • Obecnie, za największy talent nie tylko w Linköping, ale i w całej Szwecji, uchodzi Stina Blackstenius.
  • W rozgrywkach ligowych słabą stroną napastniczki LFC jest skuteczność (znów – nie dajcie się zwieść liczbom), ale w Brazylii ten problem najwyraźniej nie istnieje.
  • Rezultaty osiągane przez szwedzką kadrę w 2016 roku zdecydowanie najlepiej prezentują się na papierze.
  • Choć trafienia Appelqvist w Popradzie i Asllani przeciwko Mołdawii – stadiony świata.
  • Ostatni wielki turniej Szwecja wygrała w maju 1984 roku.
  • Tak, tak – po rzutach karnych.
  • Decydującą jedenastkę wykorzystała wówczas Pia Sundhage.
  • Piłkarska kadra Szwecji to nie jest drużyna Trzech Koron. Ten pseudonim odnosi się do reprezentacji hokejowych.
  • Jeśli już ktoś chce użyć jakiejś nazwy zwyczajowej, to najbezpieczniej powiedzieć po prostu (Dam)landslaget.
  • Finlandia to nie Skandynawia. A nie, tę kwestię omówimy już przy okazji kolejnej lekcji, pod tytułem szwedzki dla średniozaawansowanych.

Niezwykła droga na szczyt

Droga do finału olimpijskiego była na tyle kręta i wyboista, że w całej historii piłki nożnej ciężko byłoby znaleźć podobny przypadek. Nie brakowało podczas niej momentów, w których dopisywało nam szczęście, w innych udawało się w nieprawdopodobnych okolicznościach wydrzeć korzystny rezultat. Postawę naszej reprezentacji jedni nazywają tchórzostwem, inni zaś heroizmem i umiejętnością radzenia sobie z przeciwnościami, ale w niczym nie zmienia to faktu, że jutro czeka nas zdecydowanie najważniejszy mecz ostatniej dekady w szwedzkiej piłce nożnej. W przeddzień tak ważnego wydarzenia, przypominamy w porządku chronologicznym najważniejsze momenty tej niewiarygodnej olimpijskiej kampanii:

30.03.2015. – Pomimo toczących się długimi tygodniami rozmów, piłkarskim federacjom Anglii, Szkocji, Walii oraz Irlandii Północnej nie udało się dojść do porozumienia w sprawie wspólnego występu na Igrzyskach pod flagą Wielkiej Brytanii. Jak się później okazało, ta decyzja sprawiła, że wszystkie wymienione poniżej wydarzenia miały w ogóle jakiekolwiek znaczenie.

17.06.2015. – Brazylia pokonuje Kostarykę po golu Raquel w 83. minucie. W przypadku zwycięstwa ekipy z Ameryki Środkowej lub bramkowego remisu już tego dnia ostatecznie pożegnalibyśmy się z marzeniami o wyjeździe do Rio.

22.06.2015. – Zwycięstwo Norwegii nad Anglią również definitywnie zamykało szwedzkiej reprezentacji drogę na Igrzyska. Drużyna Evena Pelleruda prowadziła nawet 1-0, ale gole Houghton i Bronze w drugiej połowie sprawiły, że tlący się jeszcze płomyk nadziei nie został całkowicie wygaszony.

09.03.2016. – W ostatnim meczu dodatkowego turnieju kwalifikacyjnego w Rotterdamie do szczęścia potrzebujemy remisu z reprezentacją Holandii. Po golu Miedemy przegrywamy wprawdzie 0-1, ale kuriozalny błąd Kelly Zeeman w ostatniej minucie pierwszej połowy znów przywraca nam nadzieje. W doliczonym czasie gry Miedema ma na nodze piłkę meczową, ale fatalnie pudłuje. Jedziemy do Brazylii!

03.08.2016. – Mecz otwarcie Igrzysk Olimpijskich 2016 i niesamowite męczarnie ze znacznie niżej notowaną ekipą RPA. Ostatecznie wygrywamy 1-0 dzięki temu, że południowoafrykańska golkiperka na kwadrans przed końcem spotkania postanawia wrzucić sobie piłkę do bramki.

06.08.2016. – Zamiast walki o pierwsze miejsce w grupie dostajemy bolesną lekcję portugalskiego. Na honorowego gola w starciu z Brazylią czekamy do 89. minuty, kiedy to do siatki rywalek trafia Schelin. Niestety, jest to jedynie trafienie na 1-5.

09.08.2016. – Do dusznej Brasilii jedziemy z nadziejami na przełamanie, ale zamiast tego oglądamy bezbarwne 0-0 z Chinami. Ten rezultat sprawia, że w ćwierćfinale czeka nas pojedynek z USA.

12.08.2016. – Prawdziwy rollercoaster emocji w meczu z mistrzyniami świata! Blackstenius wyprowadza Szwecję na prowadzenie, Morgan wyrównuje w kontrowersyjnych okolicznościach, sędzia z Tonga dopatruje się spalonego przy prawidłowo zdobytym golu Schelin, wreszcie Dahlkvist daje nam upragniony półfinał. Hope Solo Najlepsza drużyna świata jedzie do domu.

16.08.2016. – Rewanż za grupową porażkę z Brazylią przekształca się w wielką, piłkarską bitwę, o losach której znów decydować muszą rzuty karne. Lindahl odbija strzały dwóch Brazylijek, a Dahlkvist ponownie nie zawodzi w decydującym momencie. Finał jest nasz!

W tej niezwykłej historii do napisania pozostał już tylko jeden, ostatni rozdział. Niezależnie od tego, jak będzie brzmieć jego zakończenie, reprezentacja z brazylijskich Igrzysk i tak zapewniła już sobie miejsce w historii. Czy jednak przejdzie do niej jako mistrz olimpijski? Przekonamy się niebawem.

42299349.jpg

Fot. ANP