EUROkronika – dzień 8

483e652f-a446-4cf7-9df9-ea18ac9b86e6

Fot. Anna Tärnhuvud

Wczorajszy dzień upłynął nam w znacznej części na nerwowym oczekiwaniu na nowe wiadomości na temat stanu zdrowia Stiny Blackstenius, a gdy te się w końcu pojawiły, można było odetchnąć z ulgą. Wszystko wskazuje bowiem na to, że podobnie jak cztery dni wcześniej w przypadku Olivii Schough, najgorsze obawy się nie potwierdziły i napastniczka Montpellier najpewniej będzie gotowa do gry już w meczu z Włoszkami. Takimi informacjami podzielił się z nami Mats Börjesson, dodając, że zawodniczka uskarża się na ból w okolicach prawego oka, ale żadnych niepokojących objawów na szczęście nie stwierdzono. Lekarz kadry zaznaczył jednak, że choć sama Blackstenius po dobrze przespanej nocy poczuła się znacznie lepiej, jej postawa na treningach będzie przez przynajmniej dwa dni ściśle monitorowana i dopiero wtedy zapadną ewentualne ostateczne decyzje. Pozostaje więc raz jeszcze uzbroić się w cierpliwość i liczyć na to, że w tej sprawie nie będzie już żadnych nieprzewidzianych zwrotów akcji.

Jedna za znanych piłkarskich prawd głosi, że dzień po zwycięstwie jest zawsze przyjemniejszy niż dzień po porażce. Trudno się zatem dziwić, że w Arnhem humory dopisywały w zasadzie wszystkim, choć spore zdziwienie wzbudził … przebieg oraz wynik meczu Niemcy – Włochy. Spodziewałam się, że raczej się po nich przejadą – komentowała Caroline Seger i bynajmniej nie była w swoich spostrzeżeniach odosobniona. Kapitanka reprezentacji podkreśliła przy tym, że skreślanie zespołu Steffi Jones po dwóch spotkaniach fazy grupowej byłoby jednak zdecydowanie przedwczesne, gdyż pomimo braku turniejowego doświadczenia u wielu piłkarek, ta drużyna na pewno z meczu na mecz będzie się prezentować coraz lepiej. Obok lekarzy i masażystów, zdecydowanie najbardziej pracowitą sobotę w szwedzkim obozie miała oddelegowana tego dnia do spotkań z mediami Magdalena Eriksson, która z kolei odniosła się między innymi do kwestii wzbudzającej mnóstwo emocji jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw, czyli słynnej na cały kraj turniejowej drabinki. Jedna z bohaterek meczu z Rosją przyznała, że perspektywa rozgrywania trzeciego meczu dzień po Holenderkach czy Belgijkach daje oczywiście pewną przewagę, ale bez względu na pozostałe rozstrzygnięcia, Szwedki zagrają we wtorek o pierwsze miejsce w grupie. Taka postawa wydaje się zresztą jak najbardziej uzasadniona, gdyż każdy kolejny dzień EURO 2017 utwierdza nas w przekonaniu, że rozpisywanie misternych scenariuszy ma tu jeszcze mniejszy sens niż cztery lata temu, a i wtedy zakończyło się ono spektakularnym fiaskiem. A propos fiaska, obrończyni Linköping sporo uwagi poświęciła także mającej na koncie dwie porażki reprezentacji Norwegii. Zdaniem Eriksson, system Martina Sjögrena najlepiej sprawdza się w sytuacji, gdy ma on do dyspozycji zawodniczki nie bojące się trudnych rozwiązań i mające ogromne zaufanie do własnych umiejętności, a takich w norweskiej kadrze można doszukać się znacznie mniej niż w mistrzowskim LFC.

******

820964706_9444

Fot. Getty Images

Podczas, gdy jedni coraz śmielej zaczynają spoglądać w stronę ćwierćfinałów, inni powoli szykują się do opuszczenia gościnnej Holandii. Do Włoszek, które wcześniej pozbawiły się jakichkolwiek szans na awans do fazy pucharowej, dołączyły wczoraj Islandki. Z nordyckiej perspektywy nie jest to oczywiście rozwiązanie idealne, ale pozbawiona kilku kluczowych ogniw drużyna Freyra Alexanderssona i tak zaprezentowała się na turnieju bardzo ambitnie. Wczoraj, po bramce Fridriksdottir (tej samej, która tak bardzo zachwyciła nas w dwumeczu przeciwko Rosengård) Islandki przez krótką chwilę prowadziły nawet 1-0, ale później Ramona Bachmann przypomniała sobie, że swego czasu przyjeżdżała do Umeå jako następczyni samej Marty i zapewniła swojej drużynie przedłużenie nadziei na ćwierćfinał (co równie istotne – zrobiła to, nie uciekając się ani razu do trików niedozwolonych). Zwycięstwo Szwajcarek zostało wprawdzie okupione krwią, potem i łzami wybiciem z linii bramkowej, ale jak by nie spojrzeć, trzy punkty z przebiegu gry im się należały. Choć Lara Dickenmann z boiska mogła wylecieć aż dwukrotnie, z czego pierwszy raz już po pięciu minutach. Zdecydowanie mniej ostro było za to w Utrechcie, gdzie Francja po raz pierwszy w historii podzieliła się punktami z Austrią, z czego cieszyły się tylko i wyłącznie podopieczne Dominika Thalhammera. Faworytki grupy C ponownie uratował perfekcyjnie wykonany stały fragment gry, ale tyle w tym dobrego, że tym razem jego podyktowaniu nie towarzyszyły jakiekolwiek kontrowersje, bo rzut rożny w 51. minucie jak najbardziej się Francuzkom należał. Puszczony przez Zinsberger gol sprawił wprawdzie, że Austriaczki nie mogły jeszcze po ostatnim gwizdku Jany Adamkovej świętować awansu, ale przed ostatnią kolejką znajdują się w identycznej sytuacji, co Szwedki. Jak już debiutować na dużym turnieju, to najlepiej właśnie tak.

******

Dziś przed nami najbardziej atrakcyjna kolejka w najmniej atrakcyjnej grupie D. Najpierw o trzecie miejsce zagrają Szkotki z Portugalkami, a trzy godziny później Angielki i Hiszpanki zmierzą się w boju, którego stawką może być uniknięcie Francji w kolejnej fazie turnieju satysfakcja z zajęcia pierwszej lokaty w brytyjsko-iberyjskiej stawce. Że niby przed chwilą pisałem, że na EURO 2017 nikomu nie można odbierać szans, a sam właśnie ułożyłem tabelę? Cóż, ja tylko prowokuję kolejną niespodziankę. Choć trzeba przyznać, że akurat w tej konkretnej grupie może być o nią naprawdę ciężko.

EUROkronika – dzień 7

7aa1e2e5-c087-4f32-a7b0-9f3349d1bace

Fot. Anna Tärnhuvud

Top of the class! Mecz przeciwko Rosji nie był oczywiście najlepszym, jaki szwedzka kadra rozegrała w ostatnich latach, ale podobnie jak cztery dni temu, znów mamy zdecydowanie więcej powodów do zadowolenia niż do narzekania. Pewne zwycięstwo 2-0, pierwsze miejsce w grupie i właściwie wszystkie karty w ręku to chyba całkiem niezła sytuacja przed ostatnią serią spotkań. Do tego, aby zapewnić sobie awans do ćwierćfinału wystarczy teraz na dobrą sprawę nawet jednobramkowa porażka w rywalizacji z Włoszkami, ale Nilla Fischer zapowiada, że o żadnych kalkulacjach w najbliższy wtorek nie będzie mowy. Jasne, że chcemy wygrać tę grupę – przekonuje kapitanka Wolfsburga i nie ma powodu, dla którego mielibyśmy jej słowom nie wierzyć.

Rosjanki należy jednak mimo wszystko pochwalić, bo choć Hedvig Lindahl nie miała wczoraj najbardziej pracowitego popołudnia, to jednak na przykład Jelena Daniłowa kilka razy dała się mocno we znaki szwedzkiej defensywie. Kolejny raz niezłą zmianę dała ponadto Nadieżda Karpowa i możemy jedynie zastanawiać się, dlaczego Jelena Fomina znów wpuściła swoją zdecydowanie najgroźniejszą armatę dopiero na końcówkę. To jednak zmartwienie przede wszystkim kadry rosyjskiej, a my możemy cieszyć się z kolejnego gola Lotty Schelin, dzięki któremu najlepsza snajperka szwedzkiej kadry stała się jednocześnie najlepszą szwedzką strzelczynią w historii finałów piłkarskich mistrzostw Europy (do tej pory dzieliła ten zaszczytny tytuł z Hanną Ljungberg). Jej bramka – podobnie jak trafienie Stiny Blackstenius na 2-0 – była wprawdzie bezpośrednim następstwem katastrofalnego błędu rosyjskiej bramkarki Tatiany Szczerbak, ale już przed meczem wiedzieliśmy, że to właśnie w defensywie należy szukać u rywalek największej słabości i za właściwe wykorzystanie owej wiedzy należy się podopiecznym Pii Sundhage pochwała. Oczekiwany efekt przyniosła także awizowana przeze mnie już trzy dni temu zmiana Jonny Andersson na Magdalenę Eriksson, choć należy podkreślić, że grająca wczoraj na lewej flance defensywy stoperka Linköping potrafi dośrodkowywać ze stałych fragmentów gry zdecydowanie bardziej precyzyjnie i miejmy nadzieję, że pokaże to europejskiej publiczności jeszcze podczas tego turnieju. Spore rezerwy z całą pewnością mają także wszystkie środkowe pomocniczki, gdyż ani duet Seger – Dahlkvist, ani wchodząca w miejsce tej ostatniej Folkesson, nie mogą zapisać meczu z Rosją po stronie tych najbardziej udanych. Zbyt mało było w ich grze kompaktowej ofensywy, celnych, prostopadłych piłek w kierunku napastniczek oraz płynnego przenoszenia ciężaru gry na skrzydła, a zdecydowanie zbyt dużo niepotrzebnych strat w okolicach linii środkowej, które – na szczęście – tym razem pozostały jeszcze bez poważniejszych konsekwencji.

Bilans zysków i strat koniec końców ponownie wychodzi jednak zdecydowanie na plus, a jeśli uraz Stiny Blackstenius okaże się ostatecznie mniej groźny niż się pierwotnie wydawało (napastniczka Montpellier po zderzeniu z Anną Kożnikową narzekała na problemy z widzeniem, w związku z czym istniało podejrzenia wstrząsu mózgu), to będzie można nawet stwierdzić, że jako jedna z niewielu reprezentacji przeszliśmy dwie kolejki fazy grupowej bez chociażby jednego poważniejszego kryzysu. Na EURO, gdzie aby zdobyć złoty medal trzeba rozegrać sześć spotkań w niespełna trzy tygodnie, może okazać się to naprawdę olbrzymim kapitałem, ale aby zrobić z niego odpowiedni użytek, musimy najpierw w ogóle znaleźć się w fazie finałowej. Dlatego, ciesząc się z trzech punktów, rekordu Schelin i kolejnego czystego konta Lindahl, warto powoli zacząć koncentrować się już na meczu z Włoszkami. Stadion w Doetinchem jak dotąd na tych mistrzostwach nie był świadkiem wielu niespodzianek i chyba nikt nie miałby nic przeciwko temu, aby przynajmniej do końca fazy grupowej niewiele się w tej kwestii zmieniło.

******

Drugie spotkanie w grupie B zaczynaliśmy oglądać w emocjach po szwedzkiej wiktorii, ale na murawie w Tilburgu działy się rzeczy tak zaskakujące, że momentalnie przenieśliśmy całą swoją uwagę właśnie tam. Faworyzowane Niemki okrutnie męczyły się ze skazywanymi na pożarcie Włoszkami, nie potrafiąc strzelić im choćby jednego gola z gry, ale komplet punktów ostatecznie załatwiły im Laura Giuliani do spółki z Kateryną Monzul. Ze szwedzkiej perspektywy, na końcowe rozstrzygnięcie w tym meczu nie możemy rzecz jasna narzekać, ale drużynie prowadzonej przez Antonio Cabriniego musimy oddać, że w niczym nie przypominała kompletnie rozbitego zespołu sprzed kilku miesięcy, który podczas turnieju na Cyprze wyglądał momentami na zupełnie przypadkową zbieraninę dziewczyn z tamtejszych plaż. W Holandii, Bonansea, Gabbiadini i reszta włoskiej ekipy pokazały, że jednak wiedzą na czym polega calcio i nawet grając w liczebnym osłabieniu były bliskie doprowadzenia do remisu, ale niesamowicie ambitna postawa nie wystarczyła do tego, aby przedłużyć nadzieje na awans do fazy pucharowej. Tym sposobem, pierwsza z szesnastu ekip straciła właśnie szansę na zapisanie się trwale w historii futbolu. Kto następny do odstrzału?

******

818415182_9435

Fot. Getty Images

Freyr Alexandersson zapowiadał, że pechowa porażka z Francją nie wpłynie negatywnie na morale jego zespołu, który już za kilka godzin powalczy o być albo nie być w turnieju ze Szwajcarią. Teoretycznie, w jeszcze gorszym położeniu znajdują się Helwetki, które na koniec grupowych zmagań czeka rywalizacja z zespołem Oliviera Echouafniego, ale mistrzostwa w Holandii pokazały już, że dopisywanie jakichkolwiek punktów przed pierwszym gwizdkiem kompletnie mija się z celem. Możemy więc założyć, że ewentualny remis nie będzie tu interesował nikogo, w związku z czym warto nastawić się na prawdziwy mecz walki. A także na trzymanie kciuków za skuteczne interwencje Gunnarsdottir, udane odbiory Atladottir, Viggosdottir oraz Gisladottir i dobry wzrok Anastazji Pustowojtowej, gdyż umiejętności aktorskie jednej ze Szwajcarek są nam doskonale znane nie od wczoraj. Wieści z Doetinchem pilnie nasłuchiwać będą przede wszystkim Austriaczki, gdyż w dużej mierze to właśnie od nich zależy, z jak dużym marginesem błędu przystąpią wieczorem do potyczki z Francuzkami.

EUROkronika – dzień 6

680

Fot. Carl Sandin

Choć przed rozpoczęciem turnieju wydawało się to kompletnie niedorzeczne, dzisiejszy mecz przeciwko Rosji będzie dla szwedzkich piłkarek zdecydowanie najważniejszym w całej fazie grupowej. Choć nie ma takiego układu, który gwarantowałby nam pewny awans do ćwierćfinału już po dwóch seriach spotkań, zwycięstwo nad drużyną Jeleny Fominy pozwoliłoby nam zachować pełną kontrolę nad sytuacją w tabeli, co na tego typu imprezach jest niewątpliwie wartością nie do przecenienia. W marcu tego roku, w spotkaniu towarzyskim, podopieczne Pii Sundhage ustawiły pojedynek z Rosją w niespełna dziesięć minut i chyba nikt nie miałby nic przeciwko temu, aby i dzisiejsze starcie potoczyło się według podobnego schematu. Jest to zresztą chyba najbardziej logiczny scenariusz, gdyż trzeba powiedzieć uczciwie, że na tym poziomie naprawdę trudno byłoby trafić bardziej wygodnego rywala.

Przemożna chęć zwycięstwa przy jednoczesnym przełamaniu strzeleckiej niemocy nie zaślepia jednak nikogo w szwedzkim obozie na tyle, aby nie docenić przeciwniczek ze wschodniej Europy. Poniedziałkowy mecz Rosja – Włochy został już w odpowiedni sposób omówiony, a główny wniosek płynący z tej analizy jest taki, że dyscyplina taktyczna w defensywie zdecydowanie nie jest najmocniejszym punktem naszych rywalek. Z tego powodu możemy spodziewać się wyjątkowo ofensywnie usposobionej szwedzkiej jedenastki, a jeszcze przedwczoraj bardzo poważnie brany był pod uwagę nawet wariant z trzema napastniczkami. Ostatecznie, wszystko wskazuje jednak na to, że pozostaniemy przy sprawdzonym 4-4-2, choć nie jest do końca wykluczone, że rola jednej z nominalnych pomocniczek przypadnie … Lotcie Schelin. Piłkarka Rosengård sprawdzana była na nietypowej dla siebie pozycji podczas dwóch kolejnych treningów (na przeciwnej flance ustawiona była Asllani, zaś na szpicy – w jednej linii – Rolfö oraz Blackstenius) i trzeba przyznać, że testy te wypadły naprawdę obiecująco. Trzeba jednak zaznaczyć, że wycofanie Schelin do drugiej linii jest zaledwie jednym z trzech pomysłów naszych selekcjonerek, a pozostałe zakładają wystawienie od pierwszej minuty na prawym skrzydle Julii Spetsmark oraz powrót do Olivii Schough, która zgodnie z zapowiedzią już wczoraj odbyła pełny trening z zespołem i będzie w stu procentach gotowa do gry. Z tego faktu cieszy się zresztą nie tylko sztab szkoleniowy, ale i lekarz kadry, który z dużym rozbawieniem zauważył, że najwyraźniej słynny już na całą Europę opatrunek założony skrzydłowej Eskilstuny podczas meczu z Niemkami, okazał się jednak skuteczny. Dobry humor nie opuszczał także Pii Sundhage, która z kolei na początku wczorajszych zajęć nadała swojej asystentce pseudonim Morozowa. Takie z pozoru mało znaczące obrazki mają naprawdę kolosalne znaczenie, gdyż pokazują, jak ważny był dla tej reprezentacji dobry występ na otwarcie turnieju. Jeszcze przed jego rozegraniem pisałem, że może on tę grupę albo dobić, albo podarować jej drugie życie i wszystko wskazuje na to, że ziścił się ten bardziej optymistyczny wariant. Teraz tylko pozostaje życzyć sobie, aby ten stan udało się utrzymać jak najdłużej.

Coraz bardziej pozytywna energia płynąca z Arnhem nie jest jednak równoznaczna z tym, że przygotowania do meczu z Rosją przebiegają w sielankowej atmosferze. Sporo emocji wywołała na przykład nieobecność na wczorajszej konferencji prasowej awizowanej wcześniej Lotty Schelin, która w ostatniej chwili zastąpiona została Nillą Fischer. Sundhage próbowała rzecz jasna tłumaczyć, że dobrze, aby okazję do wypowiedzenia się miały kolejno wszystkie zawodniczki, ale – jak słusznie zauważono – podczas trwania turnieju okazji do skonfrontowania się z Schelin jeszcze nie było. Równie głośno dyskutowana była decyzja selekcjonerek o rezygnacji z odbycia przysługującego nam treningu na murawie w Deventer, co – jak doskonale wiemy – nie jest bynajmniej standardową procedurą. Sundhage, Persson oraz Marika Domanski-Lyfors zgodnie tłumaczyły, że ze względów logistycznych taki wyjazd przyniósłby więcej strat niż korzyści, ale nie wydaje się, aby słowa te w pełni zadowoliły wszystkich malkontentów. Tak, czy inaczej, szwedzkie selekcjonerki zupełnie niespodziewaną sojuszniczkę znalazły w osobie … Jeleny Fominy, która już po odbyciu zajęć na De Adelaarschort przyznała, że również powinna odpuścić sobie ten przedmeczowy wyjazd. Kto ma w tym sporze rację? Jak zwykle, punkt widzenia zależeć będzie przede wszystkim od wyniku i przebiegu spotkania, ale na miejscu Sundhage na wszelki wypadek dopilnowałbym, aby Lisa Dahlkvist tym razem bardziej precyzyjnie dobrała obuwie.

Na wstępie zaznaczyłem, że zwycięstwo (najlepiej stosunkowo pewne) będzie dziś jedynym pożądanym rozstrzygnięciem, gdyż tylko i wyłącznie ono pozwala nam na pozostawienie naszego losu jedynie w szwedzkich rękach i nogach. Jakakolwiek strata punktów oznacza bowiem tyle, że w ostatniej serii spotkań Niemki i Rosjanki będą najprawdopodobniej miały możliwość zagrania na wynik premiujący awansem do fazy pucharowej oba te zespoły. Jasne, mi też wydaje się mało realne, aby podopieczne Steffi Jones zechciały bawić się w tego typu kalkulacje, ale dla własnego komfortu psychicznego lepiej jednak mieć świadomość, że wciąż zależy się jedynie od siebie. Nie wierzycie? To zapytajcie Duńczyków, którzy od kilku godzin nerwowo wyczekują ostatniego gwizdka w meczu Holandia – Belgia, gdyż to od niego (nawet w przypadku rekordowego zwycięstwa nad Norwegią) uzależniona jest ich przyszłość na holenderskim EURO.

******

819621128_9390_20170720_184802

Fot. Getty Images

Skoro jesteśmy przy grupie A, to trzeba przyznać, że czwartek ewidentnie nie był nordyckim dniem na piłkarskich arenach. Najpierw nie popisały się Norweżki, przegrywając po słabej grze z nadspodziewanie solidną Belgią, a następnie ich śladem podążyły Dunki, ulegając nieznacznie holenderskim gospodyniom. Martin Sjögren sprawiał wrażenie bardziej bezradnego niż kiedykolwiek wcześniej, choć trzeba odnotować, że pierwszy stracony przez jego piłkarki gol absolutnie nie powinien zostać uznany. Puszczenie gry po tak ewidentnym spalonym ostatni raz widziałem bodajże siedem lat temu podczas ligowego meczu w Umeå, co jednak w niczym nie zmienia faktu, że Norweżki kolejny raz sprawiały wrażenie całkowicie zagubionych i naprawdę trudno tłumaczyć to jedynie urazem Thorisdottir na rozgrzewce, co w pewnym stopniu próbował robić selekcjoner. Zdecydowanie więcej jakości zaprezentowały za to podopieczne Nilsa Nielsena, ale i one nie miały szczęścia do sędziowskich decyzji. O ile z podyktowania rzutu karnego dla gospodyń niemiecka arbiter jak najbardziej się wybroni, o tyle w sytuacji, gdy w szesnastce Holandii faulowana była Troelsgaard, pani Hussein gwizdka już nie użyła. A jak najbardziej mogła, a nawet powinna to zrobić. Osobną sprawą jest to, że ustawiona wczoraj na prawym skrzydle napastniczka Rosengård trzykrotnie została tak idealnie obsłużona przez Harder, że przynajmniej jedną z tych okazji powinna bez względu na wszystko wykorzystać. Tak się jednak nie stało, w efekcie czego już tylko jedna reprezentacja może w tej serii obronić honor piłkarskiej Skandynawii.

EUROkronika – dzień 5

818984068_9363

Fot. Getty Images

Musieliśmy czekać całe cztery dni, aby papierowe faworytki w końcu pokazały swoją piłkarską jakość. Meczów w grupie D nie ma sensu analizować w najdrobniejszych szczegółach, gdyż w obu przypadkach cały wywód sprowadzi się do tego, że ostatecznie zwyciężyła drużyna zdecydowanie lepsza. Hiszpanki zdołały wprawdzie strzelić Portugalkom zaledwie dwa gole, ale ich dominacja nie podlegała dyskusji ani przez moment i pomimo tego, że Claudii Neto udało się zaprezentować kilka całkiem przyjemnych dla oka zagrań, przywitanie absolutnych debiutantek ze światem wielkiego futbolu było stosunkowo bolesne. Jeszcze mniej litości dla swoich przeciwniczek miały wczoraj wieczorem Angielki, które na mecz za Szkocją najwyraźniej nie potrzebowały dodatkowej motywacji. Sympatyków szwedzkiej piłki z pewnością cieszyć może ponadto hat-trick Jodie Taylor, która swego czasu tydzień w tydzień szalała na Valhalli, gdzie popisywała się równie wielką skutecznością. Od tych chwil zdążyło już wprawdzie upłynąć wiele lat, ale trudno nie życzyć dobrze znajomym z dawnych lat. Niestety, w znacznie gorszym nastroju spędziła ostatnią noc bohaterka wczorajszego odcinka EUROkroniki Vaila Barsley, która miała nawet udział przy kilku golach, ale problem w tym, że były to wyłącznie trafienia dla rywalek. Wielka szkoda, gdyż jako osoba, która widziała stoperkę Eskilstuny w ponad stu ligowych występach, mogę zaświadczyć, że tak fatalna postawa to w jej przypadku naprawdę niezwykła rzadkość. Tym razem słabszy moment się on jednak w kluczowym meczu, gdyż debiut na ważnym turnieju, w dodatku przeciwko reprezentacji kraju, z którego sama zawodniczka pochodzi, z całą pewnością był dla niej niesamowicie emocjonalnym przeżyciem. Ogromnego bagażu wczoraj udźwignąć się jednak nie udało, ale na rozpamiętywanie dotkliwej porażki czasu zdecydowanie nie ma, bo jeśli Szkotki chcą zaznaczyć swoją obecność w Holandii jakimś miłym akcentem, to najlepsza ku temu okazja będzie już w najbliższą niedzielę.

Jeśli chodzi o krótkie podsumowanie szwedzkich akcentów podczas czwartego dnia turnieju, to Pernilla Larsson zdecydowanie zasłużyła na wyższą notę niż Anna Signeul, choć sędzia z Trolhättan także nie uniknęła jednego poważnego błędu, nie dyktując rzutu karnego na korzyść Hiszpanek. Na szczęście, sytuacja ta nie wypaczyła w sposób znaczący końcowego wyniku meczu, ale nota za występ w dół jednak poleciała. Inna sprawa, że pomimo całej sympatii do mającej za sobą naprawdę udaną rundę pani Larsson, na tej konkretnej imprezie nie życzymy jej okazji do sędziowania w wielkim finale.

******

680

Fot. Carl Sandin

Większość z nas powoli zaczyna żyć już drugą serią spotkań grupowych, od której dla wielu reprezentacji rozpoczyna się gra o być albo nie być w turnieju. Miło jest oczywiście nie znajdować się w tym gronie, ale z drugiej strony sytuacja przez meczem z Rosją jest taka, że w piątek po południu trzeba będzie bardzo uważać. Tym jednak zajmiemy się jutro, bo dziś informacja numer jeden dotyczyła dwóch prawdopodobnych zmian w wyjściowej jedenastce, co w przypadku Pii Sundhage oraz Lilie Persson spokojnie możemy nazwać wielką rewolucją lipcową. Uraz Olivii Schough okazał się na szczęście niegroźny, ale wtorkowe treningi w Arnhem wyraźnie podpowiadają, że zamiast skrzydłowej Eskilstuny od pierwszej minuty zobaczyć możemy Stinę Blackstenius. To oznaczałoby, że na Rosję wyszlibyśmy trzema nominalnymi napastniczkami, co za kadencji obecnych selekcjonerek nie zdarzało się nawet podczas pojedynków z jeszcze niżej notowanymi rywalkami, ale sztab szkoleniowy stawia sprawę jasno: potrzebujemy goli. Druga roszada miałaby dotyczyć lewej obrony, gdzie w miejsce Jonny Andersson do gry szykowana jest Magdalena Eriksson. Kapitanka Linköping w klubie występowała oczywiście na środku defensywy, ale raczej nie powinniśmy się spodziewać rozbicia pary Fischer – Sembrant, w związku z czym wspomniana powyżej alternatywa wydaje się być jedyną sensowną. Dlaczego ewentualna obecność Eriksson na boisku jest aż tak istotna? Cóż, chyba każdy, kto przyglądał się zajęciom kadry podczas obozu w Göteborgu, doskonale pamięta, kto zdecydowanie najdokładniej egzekwował wówczas stałe fragmenty gry. A nie zapominajmy, że to między innymi na rożnych i wolnych mamy w sierpniu wjechać do Enschede.

Co do Nilli Fischer, to jej wypowiedź wczoraj ponownie znalazła się w centrum uwagi, ale na szczęście tym razem było to zainteresowanie jak najbardziej pozytywne. Mająca do wypełnienia jeszcze rok kontraktu w Wolfsburgu kapitanka mistrzyń Niemiec zadeklarowała bowiem, że piłkarską karierą zakończyć zamierza na szwedzkich boiskach. Nie byłoby w tym może nic ekstrawaganckiego, gdyby nie fakt, że Fischer wyraźnie zaznaczyła, iż decyzję co do klubu pozostawi wyłącznie … swojej żonie. Jak najbardziej potrafię sobie wyobrazić, że sympatycy Uppsali, Assi, czy Hovås Billdal od tej chwili mocno trzymają kciuki za to, aby Mika wykazała się odpowiednim poczuciem humoru. Choć i tak wiadomo, że najbardziej prawdopodobne adresy są tak naprawdę dwa.

Zanim jednak na boisko ponownie wyjdą Szwedki, czeka nas jeszcze dalszy ciąg rywalizacji w grupie A. Ponownie zobaczymy więc Martina Sjögrena, który nie wie dlaczego w meczu przeciwko Holandii norweska druga linia wyglądała tak nieporadnie oraz Andrine Hegerberg, która nie wie dlaczego w meczu przeciwko Holandii spędziła mało produktywne 90 minut w okolicach ławki rezerwowych. Jeśli oboje do dziś nie znajdą na te wątpliwości konkretnych odpowiedzi, to ambitne, choć nieobliczalne Belgijki staną przed szansą urwania wciąż aktualnym wicemistrzyniom Europy kolejnych punktów. Wieczorem natomiast czeka nas rozgrywka holendersko-duńska, czyli mnóstwo dobrych znajomych na murawie po obu stronach barykady i konfrontacja Lieke Martens z Pernille Harder, zupełnie jak niespełna rok temu na finiszu Damallsvenskan. Tak, będzie się działo. I oby tylko nikomu nie przyszło do głowy, aby brać przykład z wczorajszej Szkocji!

EUROkronika – dzień 4

73865F05BCAECFABA5627F23F9B3A81EED630106DE3628BD4BA232CA0EF54191_713x0

Fot. Visir

Zawsze, kiedy po zakończeniu meczu w pierwszym szeregu wymienia się nazwisko pani biegającej z gwizdkiem, nie jest to dobry znak. Słynąca z wielu kontrowersyjnych decyzji podczas prowadzenia meczów międzypaństwowych Włoszka Carina Vitulano postanowiła jednak zaznaczyć swoją obecność na holenderskim turnieju zdecydowanie wyraźniej niż dzień wcześniej jej rodaczki w meczu z Rosją, z czego ostatecznie najbardziej ucieszyły się Francuzki. Podyktowany na pięć minut przed końcem meczu problematyczny rzut karny pozwolił bowiem murowanym faworytkom grupy C dopisać do swojego dorobku komplet punktów, choć ich gra w żadnym razie nie mogła zachwycić. Nie oznacza to oczywiście, że szanse Les Bleues na odegranie w całym turnieju jakoś dramatycznie zmalały (Niemki cztery lata temu zaczęły jeszcze mniej spektakularnie), ale tak, czy inaczej, po meczu Francja – Islandia pozostał spory niesmak. Tym bardziej, że decyzja o podyktowaniu jedenastki dla podopiecznych Oliviera Echouafniego nie była wcale pierwszą, która wzbudziła mnóstwo wątpliwości. Żeby być do końca uczciwym, trzeba oddać, że pani Vitulano myliła się solidarnie w obie strony, ale to Francuzki ostatecznie w zdecydowanie szerszym zakresie skorzystały z błędów włoskiej sędzi. Wiadomo, że teraz do gry najpewniej wkroczy UEFA, próbując udowodnić nam, że przynajmniej kilka spornych decyzji da się obronić, ale takie tłumaczenia raczej nie zmienią faktu, że postawa pani arbiter nie do końca współgrała z rangą imprezy.

Warto jednak poświęcić kilka słów Islandkom, którym udało się nie tylko uniknąć pogromu, ale i rozkochać w sobie pół kontynentu. To zawsze cieszy, gdyż nie od dziś wiadomo, że znaczna część Europy traktuje kraje nordyckie jak wielką, jednolitą masę, w efekcie czego szwedzkie kluby mylą się z norweskimi, duńskie piłkarki z fińskimi, a Islandia z Grenlandią. Wczoraj nie było jednak najmniejszych wątpliwości, która z nacji rywalizuje na boisku oraz … na trybunach stadionu w Tilburgu, gdzie islandzcy fani zrobili prawdziwe show. Wszyscy doskonale pamiętamy, jak bardzo pozytywne wrażenie kibice z tego kraju zrobili cztery lata temu w Szwecji, a wygląda na to, że do Holandii udali się w jeszcze większej grupie i w jeszcze lepszej formie. Oby w starciu ze Szwajcarią dostosowały się do niego także zawodniczki i powinno być dobrze. Wracając do wywołanych do tablicy szwedzkich klubów, wczoraj mieliśmy okazję obejrzeć na międzynarodowej arenie kolejny schemat doskonale znany nam z boisk Damallsvenskan. Podczas każdego ofensywnego autu w okolicach francuskiego pola karnego długi rozbieg brała Atladottir, wrzucała futbolówkę w szesnastkę, a tam jej lot przedłużała wyznaczona do tego Edgren koleżanka z reprezentacji. Tym razem nie udało się w ten sposób oszukać defensywy rywalek (jeden raz było naprawdę blisko, ale odpowiedzialna za wykończenie akcji Jonsdottir nie trafiła w piłkę), ale nie zapominajmy, że wiosną islandzkie auty przyniosły drużynie z Kristianstad dwa gole. Warto zatem mieć to na uwadze, oglądając starcia piłkarek Freyra Alexanderssona z pozostałymi grupowymi rywalkami. Co do Atladottir, to na jej przykładzie wyraźnie widać, jak wiele daje przywilej gry przeciwko Tabicie Chawindze. W swoim ostatnim występie przed holenderskim EURO filigranowa Islandka skutecznie wyłączyła z gry napastniczkę z Malawi, a wczoraj równie udanie pokazała się na tle słynnej, francuskiej ofensywy. Co ciekawe, w tamtym spotkaniu Atladottir również musiała pogodzić się z kontrowersyjnym rzutem karnym przeciwko jej zespołowi, ale wówczas udało się jeszcze odpowiedzieć główką Edgren w 95. minucie. Wczoraj Islandki do remisu już nie doprowadziły.

W drugim (a chronologicznie – pierwszym) meczu grupy C spotkały się debiutantki w finałach mistrzostw Europy, a moja mini-zapowiedź tego widowiska chyba właściwie uchwyciła nastroje panujące w obu ekipach. Austriaczki grały, aby pokazać wszystkim, jak bardzo są niedoceniane. Szwajcarki, aby udowodnić, że wbrew coraz częściej pojawiającym się opiniom, nie są przeceniane. Cel udało się osiągnąć jedynie tym pierwszym, dzięki rewelacyjnej postawie Niny Burger, wydatnej pomocy helweckich defensorek oraz indywidualizmowi Ramony Bachmann, która momentami najwyraźniej zapominała, że nie znajduje się na konkursie piłkarskich trików. Ponieważ chyba wszyscy wiedzą, że (mówiąc bardzo łagodnie) nie zaliczam się do zagorzałych zwolenników Bibiany Steinhaus, muszę odnotować, że akurat tego popołudnia niemiecka sędzia zaliczyła w zasadzie bezbłędny występ, a prowadzony przez nią mecz okazał się znacznie trudniejszy niż można było pierwotnie przypuszczać. Brawo i prosimy o więcej.

******

250053462

Fot. UEFA

Mistrzostwa Europy, świata, czy Igrzyska Olimpijskie to czas wyjątkowy. Stwierdzenie to jest niesamowicie oklepane, ale to w końcu niczyja wina, że tak właśnie wygląda rzeczywistość. Wiadomo, że w w pierwszej kolejności jest to oczywiście święto samych uczestników, ale i dla każdego z nas jest to niewątpliwie okres niezwykle ubogacający. O ile na co dzień zajmujemy się w największych detalach pewnym skrawkiem piłkarskiej rzeczywistości, analizując w nim najdrobniejsze detale, o tyle podczas wielkiej imprezy wszyscy bez wyjątku spotykamy się w połowie drogi. Mamy jedyną i niepowtarzalną okazję, aby wzajemnie czerpać ze swojej wiedzy i nieustannie ją poszerzać. Dla mnie, islandzkie auty w wykonaniu Atladottir były czymś tak naturalnym, że na początku aż dziwne wydawało mi się to, że piłkarka ta nie ma na sobie pomarańczowej koszulki Kristianstad. Zupełnie inny bagaż doświadczeń zebrał jednak przed EURO ten, kto z bliska śledził derby Walencji, czy też walkę o tytuł w krajach Beneluksu i w tych przypadkach to ja mam okazję dowiedzieć się wielu interesujących informacji. Warto więc do maksimum wykorzystać ten moment, gdyż już za chwilę znów wrócimy do swoich codziennych spraw i relacji z kolejnego treningu Östersund przed rundą rewanżową Elitettan, co jest oczywiście równie przyjemne, ale jednocześnie niesamowicie absorbujące.

A propos Walencji i w ogóle Hiszpanii, to turniejowe zmagania inauguruje dziś grupa D, w której to Claudia Neto stanie przed zadaniem jeszcze trudniejszym niż Katniss Everdeen w pewnej, znanej trylogii. Pomocniczka, o której w Linköping powstają już piosenki, niemal w pojedynkę zaniosła Portugalię do historycznego awansu, ale czy nie był to przypadkiem szczyt możliwości tej drużyny na ten moment? A nawet jeśli nie, to czy Hiszpania nie stanowi jednak zbyt poważnej przeszkody? Przekonamy się już za kilka godzin. Zdecydowanie najciekawsza historia dzisiejszego dotyczy jednak nie którejkolwiek z Iberyjek, a Vaili Barsley. Niezwykle groźna przy stałych fragmentach gry obrończyni Eskilstuny jeszcze dwa lata temu marzyła bowiem o tym, aby na EURO 2017 zagrać w kadrze Anglii. Los czasami bywa jednak przewrotny, w związku z czym w debiucie na wielkiej imprezie przyjdzie jej wystąpić … przeciwko drużynie prowadzonej przez Marka Sampsona. Za namową Anny Signeul, Barsley w styczniu tego roku podjęła decyzję o reprezentowaniu w rozgrywkach międzynarodowych kraju, z którego pochodzi jej matka i wraz z inną piłkarką z Damallsvenskan, urodzoną na wschodnim wybrzeżu USA Iefomą Dieke, spróbuje dziś zatrzymać trzeci zespół poprzedniego mundialu. Nie trzeba chyba dodawać, że łatwo nie będzie.

EUROkronika – dzień 3

816493638_9552

Fot. Getty Images

Jeszcze wczoraj o tej porze zastanawialiśmy się, co przyniesie nam tegoroczne otwarcie. Czy już po pierwszym meczu będziemy musieli podnosić się z kolan po niezwykle bolesnym nokdaunie, czy może dostarczy nam on tyle pozytywnej energii, że dojedziemy na niej aż do Enschede? Koniec końców, jak to często w życiu bywa, wyszło coś pośrodku, ale po premierowym występie podopiecznych Pii Sundhage na holenderskich boiskach z całą pewnością możemy stwierdzić, że nie jest źle. A biorąc pod uwagę wydarzenia podczas tygodni bezpośrednio poprzedzających turniej, jest to niewątpliwie pozytywna informacja.

O tym, jak szwedzkie piłkarki zagrają przeciwko Niemkom, pisałem nie tylko we wczorajszym odcinku EUROkroniki, ale także podczas licznych relacji z obozów przygotowawczych przed finałami mistrzostw Europy. Zakładam więc, że żaden z czytelników nie był zaskoczony widząc Schough i Asllani wywierające presję na bocznych defensorkach rywalek, Dahlkvist przyklejoną do Marozsan, czy wreszcie cztery różne warianty egzekwowania rzutów rożnych. Te ostatnie udało się zresztą zaprezentować szybciej niż ktokolwiek się spodziewał, ale ani wagonik, ani nabieg, ani nawet zwycięski schemat z meczu z Meksykiem nie zafunkcjonowały tak, jak powinny. Winą za taki stan rzeczy w jakiejś części należałoby obarczyć Olivię Schough, która w tym elemencie zdecydowanie nie miała wczoraj swojego dnia, ale wielkie słowa uznania należą się także niemieckim obrończyniom bezbłędnie kasującym kolejne próby szwedzkich dośrodkowań. Przypomnijmy, że w przywoływanym przed chwilą starciu z Meksykiem, zwycięski gol padł po tym, jak futbolówkę pod nogi Sembrant dostarczyła Murillo, ale piłkarki Steffi Jones okazały się zbyt doświadczone, aby nabrać się na którykolwiek z zaproponowanych przez nasze zawodniczki schematów.

Pierwsza połowa rywalizacji na stadionie w Bredzie długimi fragmentami widowiskowością przypominała coś pomiędzy Hammarby – Örebro, a Uppsala – Mallbacken, ale naprawdę trudno czynić z tego zarzut. Dokładnie to zakładał bowiem plan na to spotkanie i choć neutralnym obserwatorom, szczególnie tym nie do końca doceniającym perfekcyjną realizację założeń taktycznych, prawdopodobnie oglądało się je zdecydowanie mniej przyjemnie niż efektowną inaugurację Holenderek, po 45 minutach mieliśmy pełne prawo być więcej niż usatysfakcjonowani. W zasadzie jedyną poważniejszą wątpliwość, poza wspomnianą jakością ofensywnych rzutów rożnych, stanowiła na tamten moment nie zawsze harmonijna współpraca na linii Schelin – Rolfö, w związku z czym już po dziesięciu minutach drugiej połowy w miejsce piłkarki monachijskiego Bayernu na placu gry pojawiła się Stina Blackstenius. Roszada ta okazała się o tyle skuteczna, że to właśnie napastniczka Montpellier miała w 71. minucie  zdecydowanie najlepszą okazję na pokonanie niemieckiej bramkarki, ale mocno naciskana przez Josephine Henning posłała futbolówkę wprost w golkiperkę Wolfsburga. Ci z was, którzy mniej uważnie śledzą rozgrywki Damallsvenskan, mogą myśleć, że w tej sytuacji było sporo przypadku, ale zapewniam, że schemat z Blackstenius dobiegającą do pozornie bezpańskich piłek od Andersson oraz Samuelsson był swego czasu stałym punktem programu na Arenie Linköping. Wczoraj zmienił się tylko stadion, ale wykonawczynie pozostały te same. Swoje okazje po przerwie stwarzały oczywiście także Niemki, które spróbowały nawet nieco podkręcić tempo (z akcentem bardziej na “nieco” niż na “podkręcić”), ale w momencie największej próby na wysokości zadania stanęła tradycyjnie Hedvig Lindahl, a po zamieszaniu i strzale Islacker dopisało nam szczęście. I właśnie takim sposobem, pierwszy w historii oficjalnych, piłkarskich konfrontacji szwedzko-niemieckich remis stał się faktem.

Gdyby ktoś pokusił się o podsumowanie wczorajszego meczu w kilku najważniejszych podpunktach, to najpewniej okazałoby się, że nie przyniósł nam on specjalnie wielu nowych informacji na temat naszej reprezentacji. Dowiedzieliśmy się bowiem między innymi, że:

– Lindahl prezentuje się równie solidnie, co przed kontuzją, a po urazie odniesionym w Anglii nie ma już śladu.

– z pozostałych formacji najkorzystniejsze wrażenie sprawia obrona, która przy odpowiednim wsparciu ze strony defensywnej pomocniczki potrafi stanowić solidną zaporę dla każdego przeciwnika.

– Dahlkvist najlepsze mecze w kadrze rozgrywa wtedy, gdy otrzymuje więcej zadań defensywnych, natomiast Seger zdecydowanie bardziej pewnie wygląda na “ósemce'” niż na ‘”dziesiątce” (którą de facto nie była i nie jest).

– strzelanie goli w starciach z rywalkami potrafiącymi grać w piłkę niezmiennie stanowi problem. Duży problem.

– Schough potrafi dobrze zacentrować z narożnika boiska, ale biorąc pod uwagę całokształt, w tym elemencie gry do Magdaleny Eriksson brakuje jej wciąż całkiem sporo.

Najważniejszy wniosek jest jednak taki, że rywalizacja z Niemkami już za nami, a my cały czas pozostajemy w grze. I to na lepszej pozycji niż można było przypuszczać.

W tym miejscu można byłoby w zasadzie postawić kropkę, ale do wyjaśnienia pozostaje jeszcze jedna kwestia. Nilla Fischer i jej wypowiedź. Stoperka Wolfsburga, która wczoraj szczególnie w drugiej połowie nie ustrzegła się kilku błędów, przed meczem odniosła się do mało wyszukanych żartów, które pod jej adresem wygłaszać miały klubowe koleżanki. Ponieważ nie było mnie w szatni mistrzyń Niemiec, nie mogę w tej konkretnej sprawie zająć jakiegokolwiek stanowiska, ale i tak skłoniła mnie ona do pewnej, wychodzącej daleko poza granice piłkarskiego świata refleksji. Warto mieć na uwadze to, że zranić drugą osobę jest niezwykle łatwo, a ponieważ nie zawsze mamy pełną wiedzę na jej temat, często robimy to zupełnie nieświadomie. Dlatego, jeśli tylko jest to możliwe, lepiej po prostu nie prowokować pewnych sytuacji, bez względu na specyfikę miejsca, w którym akurat przyjdzie nam się znajdować. Nordycka mentalność? Być może, choć myślę, że szacunek do innych powinien być raczej międzynarodowy. Polityczna poprawność? Jeśli tak, to po tysiąckroć wolę być politycznie poprawny niż krzywdzić lub obrażać. Raz jeszcze zaznaczam, że powyższe przemyślenia nie dotyczą sytuacji z Wolfsburga i mam olbrzymią nadzieję, że w jej przypadku sprawy nie posunęły się aż tak daleko.

******

816308054_9372

Fot. Getty Images

Wspominałem wczoraj, że po prostu nie wierzę, żeby Rosjanki były w stanie utrzymać czyste konto do ostatniego gwizdka podczas meczu na wielkiej imprezie. Cóż, póki co się nie pomyliłem, gdyż rzeczywiście sztuka ta im się nie udała, ale zamiast tego podopieczne Jeleny Fominy dokonały rzeczy jeszcze bardziej spektakularnej. Zwycięstwo nad Włoszkami pozwoliło im nie tylko zapisać się na stałe w annałach krajowego futbolu, ale także rozsiąść się wygodnie w fotelu liderek grupy B, w którym to pozostaną przynajmniej do piątku. Brzmi nieprawdopodobnie, ale największa sensacja tegorocznego EURO wcale nie była wynikiem szczęśliwego zbiegu okoliczności, ale mądrej i konsekwentnej gry Rosjanek, które przez 85 minut były na murawie w Rotterdamie zdecydowanie lepszą drużyną. Niemrawe Włoszki przebudziły się dopiero w końcówce, ale przekonały się, że w finałach mistrzostw Europy nie da się wygrać meczu, grając dobrze przez niespełna kwadrans. Jedną z bohaterek zwycięskiej drużyny była niewątpliwie Tatiana Szczerbak, której wybaczono już chyba wszystkie wcześniejsze kiksy i niepewne wyjścia do dośrodkowań, ale sporą cegiełkę do historycznego wyniku dołożyły także doświadczone Soczniewa, Daniłowa oraz Morozowa. Dwie ostatnie w najlepszym możliwym momencie przypomniały sobie, że przed dekadą były uznawane za największe talenty europejskiej piłki i postanowiły w końcu potwierdzić tę opinię. Trudno jednak przypuszczać, aby wczorajszy wynik okazał się w szerszej perspektywie kołem zamachowym nowej ery rosyjskiego futbolu, choć nie ukrywam, że akurat w tej kwestii bardzo chciałbym się mylić przynajmniej w takim stopniu, jak Antonio Cabrini podczas ogłaszania kadry na holenderski turniej.

******

Jeszcze krótko o tym, co czeka nas dziś, gdyż do gry wchodzi ostatni z krajów nordyckich. O Islandii przed EURO pisało się raczej dużo i dobrze, ale owe teksty dotyczyły raczej tematów pozasportowych. Zachwycano się kampanią reklamową jednego z producentów napojów gazowanych, przesyłano filmiki z uroczystego pożegnania na lotnisku, a największe wrażenie zrobiła wspólna, pomeczowa feta z udziałem Brazylijek po ostatnim sparingu. Niektórym obserwatorom umknął jednak w tym całym zamieszaniu fakt, że Islandkom przed turniejem wypadło niemal pół potencjalnie najsilniejszej jedenastki, a popularne w mediach społecznościowych hasło #fearthedottirs straciło trochę na aktualności. Absencje Larusdottir, Edvardsdottir oraz sióstr Vidarsdottir sprawiły przy okazji, że w kadrze Freyra Alexanderssona zmniejszyła się nieco liczba byłych i obecnych gwiazd szwedzkich boisk, choć oglądając grupowe zdjęcie i tak czujemy się trochę jak na zjeździe absolwentów. We wszystkich rzędach widzimy bowiem mnóstwo znajomych twarzy. Jedna z nich, należąca do bramkarki Gudbjörg Gunnarsdottir, może być dziś wieczorem szczególnie eksponowana, gdyż już w pierwszym meczu Islandki zmierzą się z jednym z głównych faworytów do mistrzowskiego tytułu.

Skoro płynnie przeszliśmy do Francuzek, to warto zaznaczyć, że i w tej reprezentacji możemy doszukać się szwedzkich akcentów. Pamiętacie słynny taniec naszych piłkarek, którym celebrowały każdego gola zdobytego podczas mundialu w Niemczech? Tak się składa, że historia tego układu rozpoczęła się od … Elodie Thomis, która, zainspirowana jednym z regionalnych tańców, pokazała go Lotcie Schelin. Pomysł spodobał się tak bardzo, że z szatni Lyonu momentalnie przeniesiony został do szatni reprezentacji, a następnie na niemieckie boiska i do centrum Göteborga. Ciekawe, czy jutro w Tilburgu Thomis znów dostanie szansę, aby sobie potańczyć, a jeśli tak, to z kim?

Zanim na boisko wyjdą Francuzki i Islandki, w pierwszym meczu grupy C zmierzą się Austria i Szwajcaria. Jedne zagrają, aby udowodnić wszystkim, jak bardzo są niedoceniane. Drugie zagrają, aby udowodnić wszystkim, że wcale nie są przeceniane. Oraz, że wcale nie grają bez bramkarki. Bez cienia ironii, zapowiada się naprawdę pasjonujące widowisko.