EUROkronika – dzień 2

fcr-lfc

Martens kontra Minde, czyli Rosengård vs Linköping na inaugurację EURO 2017 (Fot. Getty Images)

Zaczęły! Pomarańczowa fala okazała się zdecydowanie zbyt wysoka dla Martina Sjögrena i jego piłkarek, dzięki czemu nastrój radosnego, holenderskiego wyczekiwania zamienił się w euforię, która teraz ze zdwojoną siłą przeniesie się do Rotterdamu. Cała Europa, pół Azji i pół Ameryki zachwycały się fenomenalną Lieke Martens, mniej więcej tak samo, jak my, gdy kilka lat temu pierwszy raz ujrzeliśmy ją na boiskach Damallsvenskan. Ten doskonale znany nam luz i dynamika, które w ostatnich latach podziwialiśmy niemalże w każdy weekend od kwietnia do listopada, tym razem okazały się zagadką nie do rozwiązania dla nadspodziewanie bezbarwnych Norweżek, a że po przeciwnej flance mnóstwo wiatru robiła niezmordowana Shanice van de Sanden, efekt końcowy mógł być w zasadzie tylko jeden. Holenderki rozpoczęły najważniejszy turniej w historii tamtejszej piłki od cennego zwycięstwa i choć jego rozmiary są identyczne, jak dwa lata temu na inaugurację kanadyjskiego mundialu, to styl zaprezentowany na boisku przez Pomarańczowe Lwice był zgoła odmienny. Wtedy, w starciu z Nową Zelandią, skromne 1-0 trzeba było wręcz wyszarpać, broniąc się rozpaczliwie w ostatnim kwadransie.Teraz, ani przez moment nie było wątpliwości, która z biegających po murawie w Utrechcie drużyn bardziej zasłużyła na komplet punktów. Koncert, który Groenen, Martens i van de Sanden rozpoczęły już w piętnastej sekundzie, trwał z krótkimi przerwami aż do końcowego gwizdka Stéphanie Frappart.

Na medal spisali się także holenderscy kibice, a gdy w 32. minucie meczu cały stadion gromkimi oklaskami uczcił pamięć przedwcześnie zmarłej legendy klubu z Hagi Sylvii Nooij, zrobiło się naprawdę podniośle. Mniej więcej godzinę później był już jednak czas na olbrzymią, niepohamowaną radość, którą w sposób najbardziej ekspresyjny okazywała chyba sama autorka zwycięskiego gola. Jestem jednak dziwnie spokojny, że w okolicach godziny 20 cieszyła się nie tylko van de Sanden, nie tylko trybuny stadionu Galgenwaard w Utrechcie, ale cała Holandia. Skąd ta pewność? Wspomnienia sprzed czterech lat są wciąż niesamowicie żywe, co jednoznacznie pokazuje, że niewiele rzeczy wzbudza większe emocje niż wielki turniej rozgrywany we własnym kraju. Tym razem gospodynie rozpoczęły go w naprawdę wielkim stylu i nawet rozregulowany celownik Miedemy aż tak nie martwił. Tym bardziej, że piłkarka tej klasy prędzej czy później i tak zacznie trafiać.

W wieczornym meczu Dania planowo ograła Belgię, ale przebieg tego spotkania był raczej daleki od oczekiwanego. W początkowym fragmencie podopieczne Nilsa Nielsena urządziły rywalkom grenlandzką nawałnicę, ale energii starczyło im jedynie do pierwszego zdobytego gola, co nie byłoby może wielkim problemem, gdyby nie fakt, iż padł on już w szóstej minucie. Na listę strzelczyń wpisała się wówczas Sanne Troelsgaard, raz jeszcze udowadniając, że dobrze jechać na dużą, piłkarską imprezę będąc zawodniczką klubu z Damallsvenskan. Przypomnijmy, że w Kanadzie przedstawicielki szwedzkiej ekstraklasy ustrzeliły aż trzy hat-tricki (Mittag, Bachmann, Enganamouit) i choć w Holandii wynik ten nie musi wcale zostać pobity (choć naturalnie może), to znów miło było zobaczyć nasze dobre, ligowe znajome w roli pierwszoplanowych aktorek wczorajszego widowiska. Ze swoich zadań poprawnie wywiązywała się ponadto Harder, od której rozpoczęła się cała bramkowa akcja, ale równie wielkie pochwały należą się Belgijkom, gdyż te, po szybko straconym golu, nie tylko nie zafundowały nam powtórki z Hiszpanii, ale nawet były niesamowicie bliskie doprowadzenia do remisu. To znaczy, żeby być do końca precyzyjnym, najbliżej pokonania Stiny Petersen była Simone Boye, ale duńska golkiperka jak mało kto powinna być chyba przyzwyczajona do tego, że od czasu do czasu jest testowana tównież przez własne obrończynie. Sporym zaskoczeniem była ponadto postawa Kateryny Monzul, która tym razem na początek dużego turnieju postanowiła nie gwizdać ani jednego karnego, choć – jak na ironię – akurat wczoraj miała podstawy, aby go podyktować.

******

680

Fot. Nyhetsbyrån

Dość już jednak o grupie A, bo przecież wszyscy tak naprawdę czekamy na dzisiejszy wieczór. Kto zagra w ataku obok Lotty Schelin? Czy w meczu z Niemkami opłaca się ponieść taktyczną porażkę, aby zwiększyć szanse na dostanie się do teoretycznie łatwiejszej połówki drabinki? Te dwa tematy na tyle zdominowały przedmeczową dyskusję, że zabrakło jedynie tego, aby głos w nich zabrali księżniczka Victoria i premier Löfven. Oliwy do ognia skutecznie dolewały zresztą same selekcjonerki, gdyż zarówno Sundhage, jak i Persson zauważały, że turnieje charakteryzują się tym, że wygrywać należy na nich nie wszystkie, a jedynie te najważniejsze mecze. Z tym stwierdzeniem trudno nawet szczególnie polemizować, a wspomniane panie są jego najlepszym potwierdzeniem. Tandem Sundhage – Persson w ostatnich jedenastu meczach w finałach dużych imprez zapisał bowiem na swoim koncie zaledwie jedno zwycięstwo (1-0 z RPA po samobóju Barker), ale nie przeszkodziło to im w przywiezieniu z dalekiej Brazylii olimpijskiego srebra. Czyli jak, można? Oczywiście, że tak, ale cuda mają jednak to do siebie, że nie powinno się na nie liczyć przy każdej okazji.

Wracając do personaliów, jeśli miałby zostać zastosowany wariant najczęściej i najpilniej ćwiczony podczas treningów w Göteborgu i w Arnhem, to w wyjściowej jedenastce powinniśmy spodziewać się Fridoliny Rolfö. Pomocniczka Bayernu w okresie przygotowawczym zdecydowanie najdłużej ćwiczyła ofensywne schematy w parze z Lottą Schelin, a jeden z wariantów szykowany był specjalnie z myślą o Niemkach. Na starcie z drużyną Steffi Jones szykowane są ponadto drobne korekty w ustawieniu drugiej linii; obie boczne pomocniczki (w tych rolach prawdopodobnie Asllani oraz Schough) mają grać jeszcze szerzej niż zazwyczaj, absorbując w ten sposób uwagę ofensywnie usposobionych niemieckich wahadeł. Więcej zadań defensywnych otrzyma ponadto jedna z środkowych pomocniczek (Dahlkvist), gdyż kluczem do osiągnięcia korzystnego wyniku ma być przede wszystkim solidna i szczelna formacja obronna.

Tyle teorii, która podpowiada, że zdecydowanie więcej atutów znajduje się dziś po stronie naszych rywalek. To one przywiozły do Holandii doskonale naoliwioną maszynę, podczas gdy nasza kadra jest poobijana jak nigdy dotąd. To one dysponują grupą 23 piłkarek, z których właściwie każda jest w stanie w dowolnym momencie zrobić różnicę. W czym zatem upatrywać ewentualnej szansy? Na przykład w tym, że wśród wybranek Steffi Jones znalazła się napastniczka, która – wyłączając mecze przeciwko dziurawej niczym duńskie monety defensywie Kvarnsveden – od stycznia do maja ustrzeliła we wszystkich rozgrywkach zaledwie dwa gole. A ponieważ nic nie wskazuje na to, że dziś wieczorem zagramy duetem Salander – Hasanbegovic na środku obrony, możemy chyba zachować umiarkowany optymizm. Mówiąc jednak całkiem poważnie, na pewno bardzo liczymy na dobrą dyspozycję Hedvig Lindahl (akurat na tej pozycji mamy nad Niemkami wyraźną przewagę), która w ostatnich trzech latach regularnie okazywała się kluczowym elementem szwedzkiej układanki. Równie istotna może być ponadto postawa Nilli Fischer, której życzymy nie tylko stworzenia z Lindą Sembrant zapory nie do sforsowania, ale także tego, aby wszystkie osobiste dramaty, przez które w ostatnich miesiącach przechodziła, pozostały jedynie coraz bardziej odległym wspomnieniem. Nadzieję pokładamy ponadto w kontratakach, gdyż one w ostatnich miesiącach wychodziły nam zdecydowanie lepiej niż słynna już kompaktowa ofensywa, a także w stałych fragmentach, bo godziny poświęcone na ich szlifowanie muszą w końcu zaprocentować. Największymi zwyciężczyniami dzisiejszego wieczora mogą okazać się jednak Sundhage oraz Persson, ponieważ dobra postawa w starciu z Niemkami zapewniłaby każdej z ich podopiecznych większy zastrzyk pozytywnej energii niż najbardziej płomienna rozmowa motywacyjna. Dziś to my występujemy w roli zespołu mającego zdecydowanie więcej do zyskania niż do stracenia. Nie zmarnujmy tego, gdyż na tym turnieju taka sytuacja więcej się już nie powtórzy. Heja Sverige!

******

Czy sytuacja, w której ostatnie godziny przed inauguracyjnym występem szwedzkich piłkarek w finałach mistrzostw Europy upływają nam na oglądaniu w akcji reprezentacji Włoch, nie wydaje się wam dziwnie znajoma? Jedyna różnica polegać będzie na tym, że dziś po zakończeniu meczu z udziałem Italii nie będzie tłumnego pochodu ze strefy kibica na stadion narodowy Gamla Ullevi. No dobrze, inny powinien być też wynik, gdyż nawet przy olbrzymich pokładach dobrej woli trudno zakładać, że rosyjska defensywa przez dziewięćdziesiąt minut będzie potrafiła zachować czyste konto. Z drugiej strony, Włoszki stanowią pewną zagadkę nawet dla tych, którzy od deski do deski obejrzeli dziewięć ostatnich pojedynków z udziałem podopiecznych Antonio Cabriniego, a to już samo w sobie jest nie lada sztuką. Wydaje się jednak, że ze zdecydowanie najsłabszą drużyną na całym turnieju Gabbiadini i spółka powinny sobie jednak poradzić, oczywiście jeśli same chcą okazać się czymś więcej niż tylko statystyczną ciekawostką. W zwycięstwo wierzy oczywiście także włoski selekcjoner, bowiem jedynie ono pozwoliłoby nieco oczyścić atmosferę wokół kadry, która od momentu stosunkowo kontrowersyjnych powołań na holenderski turniej (pominięcie chociażby takiej Valentiny Giacinti odbiło się nie mniejszym echem niż sprawy Diaz i Banusic razem wzięte) zrobiła się tak gęsta, jak powietrze nad Pekinem. Czy piłkarki Italii podołają zadaniu? Przekonamy się już za kilka godzin, gdyż grupa B, znana gdzieniegdzie jako grupa rozbitych drużyn, właśnie dziś wchodzi do gry.

EUROkronika – dzień 1

Fans+2

Fot. CDN

Co by tu napisać w chwili, gdy atmosfera zbliżającego się święta zdecydowanie nie zachęca do czytania, a wszyscy czekamy już tylko na rozpoczęcie wielkiego spektaklu? Możemy na przykład zacytować kapitankę reprezentacji Holandii Mandy van den Berg, która już wczoraj była niesamowicie podekscytowana perspektywą gry na wypełnionym do ostatniego miejsca pomarańczowym stadionie w Utrechcie. Podopieczne Sariny Wiegman z pewnością będą mogły liczyć na wsparcie 23-tysięcznej widowni, ale nie zapominajmy, że zarówno dziś, jak i w pozostałych spotkaniach grupowych przyjdzie im grać pod niesamowitą presją. Jeszcze nigdy w historii piłkarskich mistrzostw Europy nie zdarzyło się bowiem, aby gospodyniom nie udało się wywalczyć awansu do fazy pucharowej i możemy założyć, że Holenderki raczej nie chciałyby, aby po zakończeniu tegorocznego turnieju cokolwiek się w tej kwestii zmieniło. Stojące przed nimi zadanie wcale nie będzie jednak takie łatwe, gdyż grupa A, w przeciwieństwie do pozostałych, wydaje się być całkowicie otwarta, a to z kolei nigdy nie jest dobrą wiadomością dla drużyny losowanej z pierwszego koszyka.

Skoro wspomnieliśmy już o statystykach z przeszłości to warto zaznaczyć, że gospodynie z zasady na otwarcie nie przegrywają, choć czasami pomagają im w tym nie tylko ściany (tak, przywołuję w tym miejscu chociażby lata 1997 i 2013, żeby nie szukać przesadnie daleko). Nasz dobry znajomy Martin Sjögren tym faktem najwyraźniej się jednak nie zraża i w przededniu najważniejszego meczu w swojej selekcjonerskiej karierze ogłosił, że w końcu udało mu się znaleźć system, w którym norweska kadra wykorzystywać będzie sto procent swojego potencjału. Okazuje się, że remis i nieporadność ofensywna z Islandią, czy też kompletne zagubienie w pierwszej połowie meczu z Hiszpanią były jedynie kolejnymi przystankami, na których trzeba było się taktycznie zatrzymać, aby dotrzeć do tego, co obejrzymy za kilka godzin. Brzmi wiarygodnie? Oceńcie sami, ale nie zapominajmy, że łudząco podobne zapowiedzi słyszeliśmy przed rozpoczęciem sezonu 2016 w Damallsvenskan, a nikomu nie trzeba chyba przypominać, jak dla Sjögrena i prowadzonej przez niego drużyny zakończyła się owa kampania. Wiadomo, że tym razem rywalizacja toczy się na całkiem innym dystansie i nieco innych zasadach, ale powtórki z rozrywki wykluczyć z pewnością nie można. W przypadku norweskiej kadry dwie największe niewiadome dotyczą roli, którą w perspektywie całego turnieju odegra w tym zespole Frida Maanum oraz tego, na ilu pozycjach będzie musiała zagrać na holenderskich boiskach Maren Mjelde. Kto wie, czy odpowiedź na nie nie okaże się równie kluczowa w ocenie norweskich szans, co postawa największych gwiazd w osobach sióstr Hegerberg i Caroline Graham Hansen.

Ze szwedzkiej perspektywy, podczas meczu otwarcia nasze oczy siłą rzeczy skierowane będą przede wszystkim w kierunku Lieke Martens, bo choć holenderska skrzydłowa jesienią będzie reprezentować barwy Barcelony, to na EURO pojechała jeszcze jako piłkarka Rosengård i jedna z bohaterek wiosny 2017 w Damallsvenskan. Po przeciwnej stronie powinniśmy zobaczyć jedną z ulubionych zawodniczek Martina Sjögrena Kristine Minde, więc jeśli ktoś zdążył się już stęsknić za rywalizacją na linii Malmö – Linköping, to na boisku w Utrechcie otrzyma jej całkiem przyjemną namiastkę. Możliwe, że szansę od szwedzkiego selekcjonera otrzyma również Helen Schjelderup, choć pomocniczka Eskilstuny jeśli w ogóle zagra, to raczej w nieco skromniejszym wymiarze czasowym. Najmniej prawdopodobny wydaje się za to występ Sheili van den Bulk, ale gdyby stoperka Djurgården jednak pojawiła się na murawie, to właśnie jej przypadłaby w udziale opieka nad Adą Hegerberg. Brzmi nieźle, choć niestety mało realnie. A szkoda, bo wydaje się, że Joel Riddez chętnie obejrzałby swoją podopieczną kasującą kolejne akcje gwiazd Lyonu i Wolfsburga.

******

Dziś odbędzie się oczywiście jeszcze jeden mecz, podczas którego naszą uwagę w równym stopniu co piłkarki przyciągać będzie stadion, na którym 25. lipca zagramy z Włoszkami o pierwsze miejsce w grupie awans do ćwierćfinału. Duńczyków i Belgów interesować będzie jednak wyłącznie tu i teraz, gdyż ewentualna strata punktów w tym meczu może mieć dla obu ekip niesamowicie przykre konsekwencje. Podopieczne Grenlandczyka Nilsa Nielsena zmierzą się w Doetinchem nie tylko z debiutującymi na salonach rywalkami, ale i z klątwą pierwszego dnia turnieju. W dotychczasowej historii duńskie piłkarki aż sześciokrotnie miały bowiem okazję wychodzić na boisko już podczas pierwszego dnia wielkiej imprezy i żadnego z tych spotkań nie udało im się zakończyć zwycięsko (na drodze stawały im dwukrotnie Norweżki i Szwedki oraz po jednym razie Finki i Amerykanki). Do siedmiu razy sztuka? Jeszcze miesiąc temu wydawało się niemal pewne, że tak właśnie się stanie, ale mecze z Anglią i Austrią przypomniały nam bolesną prawdę, że duńska kadra zdecydowanie lepiej prezentuje się z przodu niż z tyłu. Aż cztery spośród sześciu straconych przez Danię w dwóch ostatnich sparingach goli padły bowiem po ewidentnych błędach indywidualnych, których nie ustrzegły się nawet słynące zazwyczaj z solidnej postawy Boye czy Jans (kiksy Gevitz i Petersen dziwiły może nieco mniej, gdyż to zawsze w jakimś stopniu tykające bomby) i możemy w ciemno zakładać, że to właśnie w słabości formacji defensywnej swojej szansy szukać będą dziś wieczorem belgijskie Czerwone Płomienie. Aby ta misja zakończyła się sukcesem, piłkarki Ivesa Serneelsa przez dziewięćdziesiąt minut będą musiały jednak pilnie uważać na to, aby przypadkiem nie zginąć od własnej broni, bo ich obrończynie również lubią wykazywać tendencję do przechodzenia na radosny futbol w najmniej oczekiwanych momentach.

Pomimo olbrzymiej sympatii do Lorki van de Putte, zgaduję, że większość czytelników EUROkroniki będzie dziś wieczorem nieco przychylniej patrzeć na reprezentację Danii. Bo Troelsgaard, bo Arnth, bo Kildemoes, bo Junge, bo Linköping, bo Lejonflocken (sympatycy LFC z pewnością wiedzą, o czym mówię), bo nordycka solidarność i – wreszcie – bo Pernille Harder. Wprawdzie od kilku miesięcy kapitanka duńskiej kadry figuruje we wszelakich rozpiskach jako zawodniczka niemieckiego Wolfsburga, ale dla wielu z nas ta nieszablonowa piłkarka już zawsze będzie w jakiejś cząstce nasza. Kilka tygodni temu mieliśmy niewątpliwą przyjemność gościć ją w Östergötland, a dziś będziemy mieć równie wielką przyjemność zachwycać się jej zagraniami, oklaskiwać te najbardziej udane i życzyć jej powodzenia. I zupełnie jak za starych, dobrych czasów, kolejna okazja do tego nadarzy się już za cztery dni.

EUROkronika – zapowiedź

UEFA_Women's_Euro_2017_logo.svg

Drugą najważniejszą imprezę w piłkarskim kalendarzu czas zacząć! To znaczy, w Ameryce z pewnością by z takim stwierdzeniem mocno polemizowali, ale skoro jesteśmy w Europie, to jak najbardziej ma ono rację bytu. Wiadomo, Igrzyska mają swoją niezaprzeczalną renomę, ale jednak turniej z udziałem dwunastu drużyn, w którym kilka miejsc zarezerwowanych jest dla ciekawostek pokroju Zimbabwe czy Argentyny, już z definicji nie wytrzymuje porównania z walką o prymat na Starym Kontynencie. W tym roku po raz pierwszy spotykamy się w gronie szesnastozespołowym i już sam fakt, że zwiększenie liczby uczestników czempionatu nie niosło za sobą lawiny krytycznych komentarzy pokazuje, jak długą drogę udało nam się przejść w minionych latach. Młodszym czytelnikom warto bowiem przypomnieć, że dokładnie dwie dekady temu poważnie zastanawiano się, czy rozszerzenie turnieju do ośmiu drużyn nie spowoduje gwałtownego obniżenia poziomu sportowego. Ciesząc się z niesamowitego progresu, warto jednak zaznaczyć, że szesnastu finalistów to liczba całkowicie optymalna i nawet jeśli w przyszłości doczekamy się czterdziestu solidnych, europejskich reprezentacji, każde kolejne powiększenie turnieju raczej obniży niż podwyższy jego rangę.

Wróćmy jednak do teraźniejszości, tym bardziej, że na czas trwania EURO 2017 serwis szwedzkapilka.com stanie się kroniką rozgrywanych w Holandii mistrzostw. Oczywiście, wszystkie zapowiedzi, przemyślenia i refleksje niezmiennie przedstawiane będą ze szwedzkiej perspektywy, ale myślę, że sympatycy każdej z piętnastu pozostałych ekip także znajdą tu coś dla siebie, gdyż atmosfera wielkiego, piłkarskiego święta zdecydowanie zachęca do integracji. Ambitny plan zakłada, że teksty pojawiać się będą codziennie w godzinach przedpołudniowych (w dni meczowe), ale ze względu na obowiązki związane z turniejem Gothia Cup może okazać się to trudne do wykonania. Poprzeczkę warto jednak stawiać sobie wysoko, więc mam nadzieję, że znaczną część planu uda się zrealizować.

Póki co pozostaje życzyć wszystkim wielu niezapomnianych wrażeń podczas rozpoczynającego się właśnie EURO i zachęcić do regularnego odwiedzania EUROkroniki, która – miejmy nadzieję – choć w minimalnym stopniu przyczyni się do tego, że tegoroczny turniej stanie się jeszcze bardziej wyjątkowy.

Droga do EURO

Do rozpoczęcia piłkarskich mistrzostw Europy pozostały już nie dni, ale godziny, które wielu z nas i tak spędzi w dużej części na analizie tego, co w najbliższych tygodniach wydarzy się na holenderskich boiskach. Aby nieco usprawnić ten proceder, warto zebrać w jednym miejscu wyniki wszystkich meczów sparingowych, które każdy z szesnastu finalistów rozegrał od momentu zakończenia eliminacji. Okazuje się, że tylko jedna reprezentacja przebrnęła przez okres przygotowawczy bez porażki, inna zanotowała ich aż dwanaście, a Szwecja wcale nie była drużyną strzelającą najmniej goli. Kto nią był? Tego i innych, nie mniej ciekawych rzeczy dowiecie się z poniższej lektury. Oto dziewięć miesięcy piłkarskiej rzeczywistości zawarte w kilkunastu tabelkach:

01. ned

02. nor

03. den

04. bel

05. ger

06. swe

07. ita

08. rus

09. fra

10. isl

11. aut

12. sui

13. eng

14. sco

15. esp

16. por

Trzecioligowa wiosna

TyresoBB

Czy Tyresö i Jitex jeszcze kiedyś spotkają się na pierwszoligowych boiskach? (Fot. Bildbyrån)

Nadszedł właśnie najlepszy moment, aby ostatni raz przed rozpoczęciem wielkiego, piłkarskiego święta zajrzeć na ligowe boiska. Tym razem naszym celem nie będą jednak regularnie odwiedzane przez nas areny Damallsvenskan i Elitettan, a stadiony, na których podzielone na sześć regionalnych dywizji drużyny walczą o awans lub powrót na szczebel centralny. Wśród 72 rywalizujących ekip nie brakuje takich, które niedawno nie tylko zwyciężały w krajowej lidze czy pucharze, ale nawet dostąpiły zaszczytu gry w finale Ligi Mistrzyń. Czy po wiosennej części rozgrywek choć jeden z utytułowanych zespołów wykonał pierwszy krok w kierunku powrotu na szczyt? Zapraszamy na ekspresowy, trzecioligowy przegląd wydarzeń.

Grupa Północ

Legendarne Sunnanå SK, które jeszcze w sezonie 2013 rywalizowało w najwyższej klasie rozgrywkowej, spędzi letnią przerwę na zaledwie trzeciej pozycji w ligowej tabeli. Tuż za plecami piłkarek ze Skellefteå czai się nie ukrywający swoich ambicji Team TG, zaś z drugiego miejsca jesienią zaatakuje mający w swojej kadrze zawodniczki z ekstraklasową przeszłością Mörön. Trójkę papierowych faworytów póki co skutecznie godzi jednak Notviken i choć barw zespołu z Luleå nie bronią takie gwiazdy jak chociażby Tjärnlund, czy Okeowo, to mocny kolektyw, szczelna defensywa oraz błysk geniuszu Jenny Nilsson sprawiły, że to właśnie typowany do walki co najwyżej o czwartą lokatę klub jest na półmetku rozgrywek najbliżej gry w barażach o Elitettan.

Grupa Svealand Północ

Jesienią minionego roku piłkarki Bollstanäs były o kilkanaście minut od powrotu na drugi szczebel rozgrywek, ale przegrane w niesamowicie dramatycznych okolicznościach spotkanie z Assi sprawiło, że plany awansu trzeba było odłożyć w czasie przynajmniej o rok. Wszystko wskazuje jednak, że i tym razem może być ciężko o promocję, gdyż siedmiopunktowa strata do duetu liderów na starcie rundy jesiennej z pewnością nie jest najlepszą pozycją wyjściową. Dwójkę głównych pretendentów tworzą za to rewelacja poprzedniej edycji Pucharu Szwecji Gamla Uppsala oraz liderujący całej stawce Ljusdal i wydaje się, że to właśnie między nimi rozstrzygnie się ostatecznie kwestia awansu.

Grupa Svealand Południe

Dywizja, w której rywalizują najbardziej zasłużone kluby okazała się tak wyrównana, że po zakończeniu rundy wiosennej jedyną rozsądną konstatacją będzie stwierdzenie, że póki co wiemy tyle, że nic nie wiemy. Na pole position na tę chwilę znajdują się piłkarki Brommapojkarna, ale zaledwie punkt traci do nich Boo, a dystans jednego meczu zachowują ponadto beniaminek Tyresö oraz potęga lat dziewięćdziesiątych Älvsjö. Zarówno pięciokrotne mistrzynie kraju, jak i niedawne finalistki Ligi Mistrzyń (po trzecioligowych boiskach biega między innymi pamiętająca lizboński finał Madelaine Edlund) z pewnością nie zamierzają jesienią składać broni, a ligowy finisz może okazać się nie mniej ekscytujący niż ten w ekstraklasie. W walce o największe zaszczyty udziału nie weźmie za to raczej stołeczna Älta, choć w klubie zapewniają, że jeśli w tym sezonie uda się spokojnie utrzymać na tym poziomie rozgrywek, to za rok powinno być już tylko lepiej.

Grupa Götaland Północ

Karlskoga, Lidköping i Skövde idą niesamowicie mocno od początku sezonu i nie jest wykluczone, że walka między nimi potrwa aż do ostatniej serii spotkań. Na korzyść tych pierwszych przemawia zarówno najlepszy bilans spotkań z bezpośrednimi rywalkami, jak i fakt, że to właśnie ich barwy reprezentuje fenomenalna tej wiosny Jade Flory. Czy to właśnie te czynniki okażą się w końcowym rozrachunku decydujące? Awansem do Elitettan póki co nie zaprzątają sobie głowy w Karlstad, gdyż QBIK, były klub między innymi Anji Mittag, plasuje się zaledwie dwa punkty nad strefą spadkową.

Grupa Götaland Środek

Gdyby w latach siedemdziesiątych minionego stulecia rozgrywano finały Ligi Mistrzyń, gablota na Åbyvallen z całą pewnością uginałaby się pod ciężarem trofeów. Upływającego czasu nie da się jednak zatrzymać i klub, który pół wieku temu był prawdopodobnie numerem jeden na świecie, dziś rozpoczyna rywalizację o powrót na należne sobie miejsce. Sytuacja Jitexu na półmetku rozgrywek nie wygląda wcale najgorzej, gdyż punkt straty do liderującego Mariebo przy jednym zaległym meczu jak najbardziej daje nadzieję na zakończenie tegorocznej kampanii pełnym sukcesem. Do tego, aby tak faktycznie się stało, niezbędna będzie dobra dyspozycja kluczowych piłkarek z Möldnal, ale nie zapominajmy, że w Mariebo mają gotową odpowiedź na Roosę Ariyo i Amandę Östervall, a na imię jej Ellen. Ellen Toivio.

Grupa Götaland Południe

Tutaj wszystko wydaje się być najbardziej klarowne, ale już oglądając zimowe wzmocnienia Asarum mogliśmy przypuszczać, że w Karlshamn nie zamierzają spędzać kolejnego sezonu w trzeciej lidze. Reprezentantka Nigerii Josephine Chukwunonye, dynamiczna Felicia da Silva i bramkostrzelna Mathilda Nilsson miały poprowadzić swój zespół do ligowego zwycięstwa i jak dotychczas wywiązują się z postawionego przed nimi zadania bez zastrzeżeń. Kroku liderkom dotrzymywać próbują jedynie będąca nieformalną filią grającego w Damallsvenskan Vittsjö Halmia oraz prowadzona do boju przez doskonale znaną z pierwszoligowych boisk Therese Björck Glimåkra, ale choć żaden z wymienionych klubów wiosną z Asarum nie przegrał, ich strata na półmetku rozgrywek wynosi odpowiednio pięć i osiem punktów.

Lindahl, Schough i długo nic

bigOriginal

Fot. Björn Larsson

Próba generalna w postaci starcia z reprezentacją Meksyku miała sprawić, że szwedzkie piłkarki wsiądą na pokład odlatującego do Holandii samolotu w lepszych nastrojach. Niestety, pomimo skromnego zwycięstwa, po ostatnim gwizdku austriackiej sędzi ciężko było znaleźć kogoś, kto opuszczałby stadion w Falkenbergu w pełni usatysfakcjonowany. Mecz, który miał zapewnić zawodniczkom i sztabowi szkoleniowemu przynajmniej tydzień tak bardzo potrzebnego w tej chwili spokoju, potoczył się jednak według takiego scenariusza, że trudno było po jego zakończeniu powstrzymać się przed wygłoszeniem kilku naprawdę poważnych obaw. Nawet biorąc poprawkę na trudy trwającego aż do minionego piątku obozu przygotowawczego w Göteborgu, drużyna Pii Sundhage w wielu aspektach prezentowała się bowiem tak, jakby kluczowe pojedynki czekały ją nie za dziewięć dni, a za dziewięć miesięcy.

Pierwsze powody do niepokoju mieliśmy tuż po rozpoczęciu gry, gdy okazało się, że zawodniczki z Ameryki Środkowej górują nad naszymi piłkarkami nie tylko szybkościowo (co dałoby się jeszcze wytłumaczyć znużeniem po ciężkich treningach), ale i pod względem pomysłu na rozgrywanie akcji ofensywnych. Gdyby nie instynktowna interwencja Lindahl po strzale Robles, Meksykanki szybko wyszłyby na prowadzenie 1-0, ale jeśli ktoś spodziewał się, że sytuacja ta podziała mobilizująco na kadrowiczki Pii Sundhage, ten srodze się zawiódł. Mijały bowiem kolejne minuty, a jedynym godnym odnotowania szwedzkim akcentem wciąż było brawurowe i ciepło przyjęte przez publiczność wykonanie hymnu narodowego przez Bertila Schougha. Po mniej więcej pół godzinie gry sygnał do ataku dała w końcu … jego córka, która kilkoma rajdami lewym skrzydłem spróbowała rozerwać stanowiącą do tego momentu monolit meksykańską defensywę. Akcje te nie przyniosły wprawdzie bramkowego efektu, ale piłkarki gości wielokrotnie zmuszone były ratować się wybiciami na rzut rożny, co z kolei dawało możliwość ponownego przetestowania kilku wariantów egzekwowania stałych fragmentów gry. Po jednym z nich Bianca Henninger w końcu skapitulowała, choć trzeba przyznać, że akurat w tej akcji zdecydowanie więcej było przypadku niż rozegrania wyuczonego schematu. Zaczęło się raz jeszcze od Schough, następnie dośrodkowaną w szesnastkę piłkę przedłużyła Rolfö, a pod nogi Sembrant strąciła ją ostatecznie naciskana przez Seger Christina Murillo. Nieco zaskoczona stoperka Montpellier nie do końca czysto trafiła w futbolówkę, ale koniec końców zmieściła ją tuż przy słupku meksykańskiej bramki, nie dając Henninger żadnych szans na skuteczną interwencję. Chwilę później, po strzale Schelin Szwecja mogła, a może nawet powinna zapewnić sobie dwubramkowe prowadzenie, ale w górę powędrowała chorągiewka sędzi liniowej. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że taki wynik jeszcze bardziej wypaczyłby faktyczny obraz gry.

Drugą połowę znów lepiej rozpoczęły Meksykanki, które ani myślały odpuszczać szykującym się do występu w EURO 2017 wyżej notowanym rywalkom. Podobnie jak przed przerwą, zdecydowanie najwięcej działo się na prawej flance, na której królowała Stephany Mayor. Grająca na co dzień na Islandii pomocniczka tak łatwo radziła sobie z Jonną Andersson, że nieplanowaną zmianą zareagowała na to nawet Sundhage, oszczędzając defensorce Linköping kolejnych trzydziestu minut męki. Inną wyróżniającą się zawodniczką w drużynie Meksyku była Bianca Sierra, która tak skutecznie zaopiekowała się Stiną Blackstenius, że ta zakończyła mecz bez choćby jednego oddanego strzału, co w jej przypadku jest wydarzeniem bez precedensu. Co ciekawe, w dniach poprzedzających mecz w Falkenbergu, na temat Mayor i Sierry zrobiło się głośno za sprawą opisującego ich związek artykułu w New York Times, ale na murawie obie udowodniły, że równie wiele i równie dobrze można pisać o ich boiskowych wyczynach. To, że nazwisko żadnej z nich ostatecznie nie znalazło się w najważniejszej rubryce meczowego protokołu było przede wszystkim zasługą Lindahl, która jako jedyna po stronie szwedzkiej (oczywiście obok wspomnianego już wcześniej Bertila Schougha) zasłużyła dziś na naprawdę wysoką notę za swój występ.

Ostatni kwadrans meczu był tak naprawdę jedynym, w którym gra toczyła się pod wyraźne dyktando Szwedek, ale wprowadzone po przerwie Rubensson oraz Folkesson nie bardzo miały pomysł na rozmontowanie coraz bardziej zmęczonej, lecz wciąż niezwykle szczelnej meksykańskiej defensywy. Piłkarki z Ameryki Środkowej ustawiły się formacją, którą doskonale znamy chociażby z meczów Hammarby Olofa Unogårda i ten manewr okazał się wystarczający do zneutralizowania prób zawiązania akcji ofensywnych przez podopieczne Pii Sundhage. Trochę groźniej robiło się jedynie przy dośrodkowaniach spod linii końcowej, a także po kolejnych stałych fragmentach gry (w tej fazie meczu odpowiadała za nie Magdalena Eriksson i radziła sobie w tej roli całkiem nieźle), ale okazało się, że to Lindahl, a nie Henninger znów musiała w ostatnich minutach interweniować po celnym strzale rywalki.

1-0 z Meksykiem nie jest oczywiście wynikiem marzeń, ale zdecydowanie bardziej niż sam rezultat martwić może postawa szwedzkich piłkarek. Na dziewięć dni przed meczem z Niemkami nie zobaczyliśmy bowiem ani odpowiedniego tempa, ani wygranych pojedynków w sytuacjach 50/50 (choć rywalki nie należały do najbardziej atletycznych), ani koncepcji gry atakiem pozycyjnym, ani jakiegokolwiek impulsu z ławki. Pocieszać możemy się tym, że w miarę poprawnie zaczynają funkcjonować stałe fragmenty, choć chyba zdecydowanie najlepszą informacją ze szwedzkiego punktu widzenia jest fakt, że w grupie B holenderskiego EURO spotkają się trzy mniej lub bardziej rozbite reprezentacje. Matematyka podpowiada więc, że przynajmniej dokładnie jedna z nich awansuje do fazy pucharowej i tej szansy wypuścić po prostu nie można. A w ewentualnym ćwierć- i półfinale – o czym wiemy, jak nikt inny na świecie – mogą się już zdarzyć cuda.