Jedenastka EURO 2017

Po czym najłatwiej poznać, że właśnie zakończył się ważny, piłkarski turniej? Jeśli akurat mieszkasz w kraju, który odniósł na nim historyczny sukces, to pewną wskazówkę stanowić może uroczysta feta w centrum stolicy lub innego, wielkiego miasta. Jeśli jednak nie zaliczasz się do wąskiego grona szczęśliwców, z pomocą przyjdą ci bombardujące cię ze wszystkich możliwych stron „jedenastki mistrzostw”. Każdy szanujący się ekspert chętnie podsumowuje bowiem wydarzenia minionych tygodni w znany od lat, klasyczny sposób, próbując wyselekcjonować najbardziej wyróżniające się aktorki tego całego, futbolowego zamieszania. Skoro tak, to nie wypada nie przyłączyć się do tej zabawy i choć na niektórych pozycjach wybór był niezwykle trudny, koniec końców udało się stworzyć ją. Kolejną propozycję najlepszej jedenastki EURO 2017.

euro_17_4

Manuela Zinsberger – w reprezentacji rozegrała więcej meczów niż w Bundeslidze, ale nie przeszkodziło jej to stać się jedną z kluczowych piłkarek największej rewelacji turnieju. Zaledwie jeden poważny błąd w pięciu meczach to wynik, który właściwie nie pozostawił mi jakiegokolwiek wyboru.

Lucy Bronze – na holenderskich boiskach potwierdziła, że jest na tę chwilę jedną z absolutnie czołowych prawych defensorek na świecie. Co więcej, podczas meczu z Hiszpanią dowiedzieliśmy się, że równie skutecznie co z napastniczkami rywalek radzi sobie z interpretacją aktualnych przepisów gry w piłkę nożną.

Steph Houghton – filar Manchesteru filarem reprezentacji Anglii. Zdaję sobie sprawę, że poprzednie zdanie brzmi jak marnej jakości hasło propagandowe, ale cóż poradzić na to, że tak właśnie wygląda rzeczywistość. W razie wątpliwości, zawsze można zasięgnąć w tej sprawie opinii Szkotek i Hiszpanek.

Simone Boye – zgodnie z tradycją; mocno niedoceniana w Europie, ale doceniana w Skandynawii. Zdecydowanie najpewniejszy punkt duńskiej defensywy. Podobnie jak kilka koleżanek z reprezentacji, turniej zakończyła z kontuzją, ale ta na szczęście okazała się mniej groźna niż pierwotnie zakładano.

Verena Aschauer – przed mistrzostwami Austriacy drżeli o obsadę tej pozycji, ale – jak się okazało – były to obawy całkowicie nieuzasadnione. Szwajcarskie, francuskie i hiszpańskie skrzydła, choć na papierze prezentowały się niezwykle efektownie, zostały kompletnie zneutralizowane przez defensorkę Sand.

Laura Feiersinger – jeszcze jedna przedstawicielka klubu z Badenii-Wirtembergii, bez której piękny, austriacki sen raczej nie doczekałby się szczęśliwego zakończenia. Prawdziwy popis swoich umiejętności dała w ostatnim meczu grupowym przeciwko Islandii, ale w pozostałych również nie schodziła poniżej stałego, wysokiego poziomu.

Jackie Groenen – dawno temu pewna Holenderka powiedziała mi, że forma tej piłkarki jest lustrzanym odbiciem dyspozycji całego zespołu i ostatnie miesiące zdają się potwierdzać tę tezę. W każdym razie, sprawdziła się ona zarówno we Frankfurcie (grała raz lepiej, raz gorzej), jak i na EURO (raz dobrze, raz wprost genialnie).

Shanice van de Sanden – ostatnie dwa lata w jej wykonaniu to w zasadzie nieustanny marsz w górę, ale wobec mało spektakularnych wyników Liverpoolu i reprezentacji Holandii, nie wszyscy byli w stanie dostrzec ten progres. Na szczęście, w najważniejszym momencie wszystko zagrało jak trzeba, a końcowy efekt widzieliśmy doskonale.

Pernille Harder – w ostatnich latach sukcesy na wielkich turniejach odnoszą przede wszystkim zespoły mające w swoich kadrach piłkarki wybitne i Dania jest tego najlepszym przykładem. Wciąż aktualna królowa strzelczyń Damallsvenskan rozegrała na holenderskich boiskach sześć spotkań, z których naprawdę trudno byłoby wybrać to najsłabsze w jej wykonaniu.

Lieke Martens – jeszcze jedno „dziecko” szwedzkiej ekstraklasy, które właśnie z niej wyruszyło na podbój piłkarskiego świata i przedstawiło mu się w najlepszy możliwy sposób. Od pierwszej do ostatniej minuty EURO 2017 było jej turniejem, a nie zapominajmy, że szczytowy punkt kariery wciąż przed nią.

Ramona Bachmann – jedyna w tym gronie piłkarka, która ze swoją kadrą nie zagrała nawet w ćwierćfinale. Fenomenalne występy przeciwko Islandii oraz Francji sprawiły jednak, że ostatecznie wygrała rywalizację o miejsce w jedenastce turnieju z napastniczką, z którą już za kilka tygodni spotka się podczas derbów Londynu.

Było sobie EURO 2017

UEFA_Women's_Euro_2017_logo.svg

W minioną niedzielę zakończyły się piłkarskie mistrzostwa Europy. Turniej w Holandii okazał się historyczny nie tylko ze względu na to, że po raz pierwszy uczestniczyło w nim aż szesnaście zespołów, ale również dlatego, że od teraz futbolowa mapa naszego kontynentu już nigdy nie będzie taka sama. Kres trwającej ponad dwie dekady niemieckiej dominacji, narodziny nowych bohaterek, czy wreszcie niespotykana nigdy wcześniej ilość sensacyjnych, boiskowych rozstrzygnięć to tylko niewielki fragment charakterystyki wspaniałego święta, jakim bez wątpienia było EURO 2017. Nie jest jednak w żadnym wypadku tak, że holenderskie mistrzostwa zafundowały nam wyłącznie niespodzianki. Nie brakowało na nich bowiem także piłkarek i drużyn, które na murawie jedynie potwierdziły swoją klasę. Zapraszam zatem na dwa w stu procentach subiektywne i jednocześnie w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach poważne zestawienia, w których spróbuję odpowiedzieć na pytanie czym zaskoczyło mnie EURO 2017, a także czym nie zaskoczyło mnie EURO 2017.

Czym zaskoczyło mnie EURO 2017?

Koniec z pogromami. Fakt, w Holandii mieliśmy okazję obserwować najbardziej okazałe zwycięstwo w historii piłkarskich mistrzostw Europy, ale starcie Angielek ze Szkotkami było jedynie wyjątkiem potwierdzającym regułę mówiącą o tym, że poziom czołowych, europejskich drużyn coraz bardziej się wyrównuje. Wiadomo, że wyciąganie zbyt daleko idących wniosków na podstawie meczów rozegranych na przestrzeni trzech tygodni byłoby zdecydowanie zbyt pochopne, ale jednak ambitną postawę Belgijek, czy też remis Francuzek z Austriaczkami oglądało się naprawdę sympatycznie i aż chciałoby się zaapelować o równie fascynujący sequel za cztery lata.

Strzelecka niemoc po hiszpańsku. Jeśli w ostatnich miesiącach przed turniejem strzela się osiem goli Szwajcarkom, siedem Belgijkom i pięć Finkom, to wysyła się w ten sposób jasny sygnał, że hiszpańska ofensywa nie bawi się w półśrodki. Podczas samego EURO podopieczne Jorge Vildy zdecydowanie bardziej niż rozjuszonego byka przypominały jednak potulnego byczka Fernando. Zaczęło się nawet obiecująco, ale po dwukrotnym pokonaniu portugalskiej bramkarki, Hiszpanki postanowiły przejść na tryb Nadeshiko z wyłączoną opcją strzelania. Efekt? Ponad sześć godzin bez choćby jednego gola i pożegnanie się z mistrzostwami w równie słabym stylu, co dwa lata temu w Kanadzie. I to wszystko pomimo dochodzącego momentami do osiemdziesięciu procent posiadania piłki.

Włoska rewelacja. Z racji tego, że los skojarzył nas w jednej grupie, wszystkie rozegrane w ostatnich dwunastu miesiącach sparingi kadry Antonio Cabriniego obejrzałem od pierwszej do ostatniej minuty. Nie ujmując nic włoskim piłkarkom i biorąc poprawkę na towarzyski charakter wspomnianych gier, podczas większości z nich Azzurre zdecydowanie bardziej niż ekipę przygotowującą się do występu w finałach mistrzostw Europy przypominały grupę wczasowiczek z sycylijskich plaż. Jak to możliwe, że w lipcu drużyna ta przeszła aż tak wielką metamorfozę? Tego nie dowiemy się chyba nigdy. Podobnie zresztą jak tego, dlaczego na mecz z Rosją Włoszki wyszły dopiero od 46. minuty, zaprzepaszczając w ten sposób szansę na przeżycie pięknej przygody.

Niemiecko-francuskie fiasko. Ależ piękna katastrofa! Dwie drużyny z największym potencjałem, najmocniejszą kadrą i najbardziej rozdmuchanymi oczekiwaniami na tytuł pożegnały się z mistrzostwami tego samego dnia, zanim medalowa zabawa zdążyła się tak naprawdę rozpocząć. Co więcej, obie odpadły w takim stylu, że raczej nikt w Holandii z tego powodu nie rozpaczał. Podopieczne Steffi Jones podczas całego turnieju potrafiły strzelić zaledwie jednego gola z gry, a Francuzkom nie udała się nawet ta sztuka. Na karnych, wolnych i rożnym udało się wprawdzie wyjść z grupy, ale po ćwierćfinale można było jedynie zakrzyknąć: Wahnsinn! i grzecznie udać się w powrotną podróż.

Piłka meczowa na nodze Laury Luis. Nie ukrywam, że jeszcze całkiem niedawno piłkarska Portugalia kojarzyła mi się wyłącznie z Claudią Neto oraz corocznym, marcowym turniejem towarzyskim na Algarve. Awans reprezentacji prowadzonej przez Francisco Neto na holenderskie EURO sprawił, że moja wiedza o iberyjskim futbolu uległa znaczącej poprawie, ale i tak jeszcze miesiąc temu nie uwierzyłbym, że w 93. minucie meczu z Anglią pomocniczka Bragi będzie mieć na nodze piłkę na wagę awansu do najlepszej ósemki turnieju. Ze strzałem Luis ostatecznie nie bez problemów poradziła sobie Chamberlain, a Portugalkom pozostała satysfakcja z faktu, że w grze o ćwierćfinał pozostawały dłużej niż ktokolwiek się tego spodziewał.

Prezenty Vaili Barsley. Dwa lata temu stoperka Eskilstuny marzyła o tym, żeby na EURO 2017 zagrać w reprezentacji Anglii. Przewrotny los sprawił, że choć na wspomniany turniej ostatecznie pojechała, to zainaugurowała go meczem … przeciwko kadrze Marka Sampsona. Trudno powiedzieć, czy to właśnie zbyt duży ładunek emocji sprawił, że jej występ na holenderskich boiskach zakończył się całkowitym niepowodzeniem, ale patrząc obiektywnie, przeciwko Anglii i Portugalii Barsley rozegrała prawdopodobnie dwa najgorsze mecze w swojej profesjonalnej karierze, dokładając sporą cegiełkę do czterech goli dla rywalek. Mecz z Hiszpanią obrończyni United obejrzała już z perspektywy ławki rezerwowych, a zastępująca ją na środku bloku defensywnego Rachel Corsie stworzyła z Ifeomą Dieke niemal bezbłędny duet.

Zinsberger zawstydza ekspertów. Mówi się, że szczególnie w przypadku bramkarek doświadczenie jest na wagę złota, a tymczasem bohaterką EURO została golkiperka, która jak dotąd w poważnym futbolu rozegrała … jedną rundę. 21-letnia Austriaczka zaledwie kilka miesięcy temu w wyniku kontuzji Korpeli wskoczyła do bramki monachijskiego Bayernu, ale na holenderskich arenach długimi fragmentami prezentowała się tak, jakby przynajmniej od kilku sezonów regularnie występowała na poziomie Bundesligi. Jasne, przy golu dla Francji popełniła błąd, ale warto zauważyć, że był to jedyny puszczony przez nią gol podczas całej imprezy. Wiadomo, że olbrzymi wkład w historyczny sukces austriackiej piłki wniosły Feiersinger, Burger, Schiechtl, czy Zadrazil, ale nie można zapominać, że i bez Zinsberger pozostanie w turnieju aż do sierpnia stanęłoby pod dużym znakiem zapytania.

Pękająca koszula Sampsona. Podczas półfinałowego starcia z Holandią narastającego napięcia nie wytrzymała nie tylko Lucy Bronze, ale i koszula walijskiego selekcjonera Angielek, która pękła niemal tak spektakularnie jak nadzieje Brytyjczyków na pierwszy od ośmiu lat finał dużej, piłkarskiej imprezy. Na szczęście, pozostałe części garderoby dzielnie dotrwały w nienaruszonym stanie do ostatniego gwizdka francuskiej sędzi, wytrzymując nawet kończącego dzieło zniszczenia samobója Millie Bright.

Czym nie zaskoczyło mnie EURO 2017?

Gospodynie grają do końca. Z formą w sporcie jest trochę jak z sondażami poparcia partii politycznych; liczą się nie tyle wartości bezwzględne, co aktualny trend. Prawidłowość ta dotyczy wprawdzie głównie dyscyplin indywidualnych, ale i w futbolu jak najbardziej znajduje swoje zastosowanie. Holenderki już od kilku miesięcy znajdowały się na wyraźnej fali wznoszącej i mieliśmy pełne prawo oczekiwać, że podczas najważniejszej dla siebie imprezy mogą go z powodzeniem kontynuować. Pewną niewiadomą stanowiło jedynie to, jak podopieczne Sariny Wiegman poradzą sobie z narastającą z każdym dniem turnieju presją własnych kibiców, ale szybko okazało się, że przekłada się ona wyłącznie na pozytywną mobilizację.

Martens i Neto dają radę. O tym, że obie wymienione tu piłkarki zaliczają się do ścisłej, światowej czołówki na swoich pozycjach, doskonale wiedziałem od dawna. Już w zapowiedziach turnieju sygnalizowałem, że EURO 2017 może należeć właśnie do nich i nie zamierzam ukrywać, iż bardzo cieszę się, że tak właśnie się stało. Takie zawodniczki jak nikt inny zasługują bowiem na to, aby ich grę podziwiały nie setki, a setki tysięcy sympatyków futbolu.

Gwizdki przychylne faworytkom. Wrzucam do tej kategorii, bo przez te wszystkie lata po prostu zdążyłem się przyzwyczaić. Pamiętam skandaliczny mundial 1999, okradzenie Göteborga z prawdopodobnie największej szansy na mistrzowski tytuł, nadprogramową pomoc dla Umeå i Rosengård, mecz otwarcia Kanadyjek z Chinkami i wiele, wiele innych przypadków, w których niespodziewanie męczące się na boisku papierowe faworytki w momencie największego kryzysu mogły liczyć na pomocną dłoń pań (lub panów) biegających z gwizdkiem. Z tego powodu, podyktowanie bardzo problematycznego rzutu karnego dla Francuzek w końcówce meczu z Islandią nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Szczerze mówiąc, bardziej zdziwiłem się, że podobnego wsparcia nie otrzymały Niemki, gdy ćwierćfinał zaczął wymykać im się z rąk.

Stina umie w karne. Mówiąc bardzo delikatnie, bramkarka reprezentacji Danii z całą pewnością nie jest najmocniejszym punktem swojego zespołu. Powyższe zdanie zupełnie traci jednak na aktualności, jeśli o końcowym wyniku decydować muszą rzuty karne. My przekonaliśmy się o tym cztery lata temu, rywalki Kristianstad w walce o pozostanie w Damallsvenskan jesienią 2016, a kolejni nieszczęśnicy podczas EURO 2017. Parafrazując słynne, piłkarskie powiedzenie: rzut karny to jeszcze nie gol, szczególnie gdy grasz przeciwko Dunkom. Do zapamiętania przed eliminacjami do francuskiego mundialu.

Tyły do poprawki. Wyrównujący się poziom czołowych, europejskich reprezentacji jest faktem bezsprzecznym, ale trzeba zaznaczyć, że dotyczy on w największym stopniu piłkarek ofensywnych. Wśród obrończyń, a także – i zarazem w szczególności – bramkarek, wciąż widać bowiem utrzymującą się dysproporcję nawet między zespołami z pierwszego i drugiego koszyka. Pozostaje mieć nadzieję, że zdecydowanie bardziej profesjonalne i spersonalizowane systemy szkolenia wdrażane w coraz to nowych krajach sprawią, że finalnie poradzimy sobie i z tym problemem, ale nie ma się co łudzić, że nastąpi to już w tym lub w następnym roku. Są bowiem rzeczy, których po prostu nijak nie da się przyspieszyć i to jest właśnie jedna z nich.

Norweska mizeria a la Sjögren. Oczywiście, że nie spodziewałem się Norweżek wracających do domu bez choćby jednej strzelonej bramki, bo przecież chociażby taka Hansen potrafi w dowolnym momencie zrobić gola z niczego. Problem jednak w tym, że w zasadzie od zakończenia styczniowego zgrupowania w Hiszpanii, z obozu byłych już wicemistrzyń Europy dochodziły niemal wyłącznie niepokojące sygnały. Jak dużą rolę odegrał w tym całym zamieszaniu szkoleniowiec, który niespełna rok wcześniej w wielkim stylu wywalczył mistrzostwo Szwecji z Linköping? Myślę, że w sposób najbardziej trafny zdiagnozowała to znająca go doskonale Magdalena Eriksson, więc mi pozostaje jedynie podpisać się pod tymi słowami i obserwować, jak w tej niełatwej sytuacji zachowają się Norwegowie. Czasu na wyciągnięcie wniosków nie mają niestety wiele, gdyż już za dwa miesiące rozpoczynają się eliminacje do mistrzostw świata we Francji, do których (podobnie zresztą jak Szwedki) po raz pierwszy od dawna nie przystąpią w roli faworytek swojej grupy.

Islandzcy i duńscy kibice. Obie grupy zrobiły w holenderskich miastach i na tamtejszych stadionach niemałą furorę, ale przecież już cztery lata temu goście z tych właśnie krajów mocno ubarwili także „szwedzkie” EURO. Wiadomo, że tym razem szczególnie delegacja z wyspy gejzerów udała się na turniej w zdecydowanie większej liczbie, ale mając w pamięci wydarzenia sprzed czterech lat, o ich „formę” byłem całkowicie spokojny. I tylko trochę szkoda, że pomimo tak wspaniałej promocji, kraje nordyckie wciąż nieustannie mylą się naszym przyjaciołom z kontynentalnej Europy. A przecież norweski Kristianstad, czy islandzka Vålerenga brzmią równie absurdalnie co irlandzka Chelsea lub luksemburski Lyon.

Szwecja. No tak, ale czym właściwie może zaskoczyć mnie reprezentacja, którą obserwuję na co dzień od kilkunastu lat? Jasne, kiksy defensorek w starciu z Włoszkami były cokolwiek niespodziewane, ale poza tym zgadzało się właściwie wszystko: od nieumiejętnie konstruowanych ataków pozycyjnych, przez wybory personalne i dyspozycję zawodniczek, aż do dress code’u obu selekcjonerek. Parafrazując samą Pię Sundhage można śmiało powiedzieć, że ostatni taniec wyszedł jej dokładnie tak samo, jak na dwunastu próbach generalnych.

Nowy ład, nowe nadzieje

sdltb179b5f-nh

Fot. TT

Powiedzieć, że pierwsza konferencja Petera Gerhardssona w roli opiekuna najważniejszej drużyny w kraju wypadła dobrze, to w zasadzie nie powiedzieć nic. Nowy selekcjoner potrzebował bowiem zaledwie kilkunastu minut, aby zrobić coś, czego jego poprzedniczki nie potrafiły usystematyzować przez pięć lat. Jest rzeczą oczywistą, że samo określenie zasad współpracy z EFD oraz trenerami klubowymi to dopiero pierwszy, najmniejszy krok, ale zawsze lepiej funkcjonuje się ze świadomością, że za sterami reprezentacji znajduje się człowiek, który doskonale wie, że kadra nie jest bezludną wyspą, a na jej sukces pracuje codziennie cały sztab ludzi. Wywodzący się z piłki klubowej Gerhardsson wydaje się rozumieć pewne zależności zdecydowanie lepiej niż chociażby Pia Sundhage, która przed powrotem do Szwecji przez niemal dekadę terminowała w krajach, gdzie wszystko podporządkowane jest w pierwszej kolejności sukcesowi reprezentacji. To nowe podejście daje nam z całą pewnością nadzieję, że – abstrahując na moment od wyników sportowych – w pewnych kwestiach do szwedzkiej piłki wróci normalność. Mając w pamięci ostatnie miesiące, to naprawdę niezwykle istotna informacja.

Ponieważ jednak pierwsze publiczne wystąpienie nowego selekcjonera zawsze przypomina w jakimś stopniu expose nowego szefa rządu, warto zebrać w jednym miejscu wszystkie zapowiedzi i obietnice Gerhardssona. Prędzej lub później nadejdzie bowiem moment, w którym trzeba będzie powiedzieć: sprawdzam.

– powierzenie roli asystenta Magnusowi Wikmanowi, który osiem lat temu zdobył dublet (mistrzostwo i puchar) z Linköping.

– ciągły dialog z trenerami klubowymi, oparty na wzajemnym szacunku.

– normalizacja relacji na linii SvFF – EFD na wszystkich płaszczyznach.

– wystawianie piłkarek na tych samych pozycjach, na których grają na co dzień w klubie i przypisywanie im (w miarę możliwości) podobnych zadań.

– rozmowa z każdą z piłkarek, które wystąpiły na EURO 2017 na temat jej reprezentacyjnej przyszłości.

– przeprowadzenie stopniowej wymiany pokoleniowej, bardziej odważne wprowadzanie do pierwszej reprezentacji zawodniczek z powodzeniem grających w kadrach młodzieżowych (U-19 oraz U-23).

– połączenie gry kreatywnej z grą odpowiedzialną, udoskonalenie dotychczas stosowanych schematów oraz wprowadzenie nowych.

– ogłoszenie kadry na mecz z Chorwacją nie później niż 28. sierpnia (do tego dnia ma być już jasne, które z piłkarek będą do dyspozycji).

Ci, którzy lepiej znają Petera Gerhardssona, podkreślają, że nie jest to trener, który lubi dużo mówić. W Häcken, gdzie spędził osiem niezwykle udanych lat, przemawiały za nim przede wszystkim rewelacyjne wyniki i miejmy nadzieję, że podobnie będzie również podczas największego – jak sam twierdzi – trenerskiego wyzwania. Trzeba jednak pamiętać, że wobec niesamowicie trudnej i niewygodnej grupy eliminacyjnej, już samo wywalczenie przepustek na mistrzostwa świata może okazać się niełatwym zadaniem. Ponieważ jednak gorąco wierzymy, że nowy ład w szwedzkiej piłce kojarzyć się będzie także z sukcesami boiskowymi, zakładamy, że w czerwcu 2019 nie będziemy musieli zastanawiać się, którą z pozostałych reprezentacji wspierać podczas francuskiego mundialu. Skoro tak, to chyba najwyższa pora przyjrzeć się zawodniczkom, z którymi najprawdopodobniej przyjdzie nowemu szkoleniowcowi współpracować podczas podróży z Varazdinu do Lyonu (z przystankami między innymi na Węgrzech, w Ukrainie i w Danii).

Bramka: tutaj sprawa wydaje się najbardziej klarowna; jeśli Hedvig Lindahl utrzyma swoją dyspozycję z dwóch ostatnich sezonów, to wciąż będziemy mieć w kadrze czołową golkiperkę świata. Tym bardziej, że przykład legendarnej Elisabeth Leidinge wyraźnie pokazuje, że bramki szwedzkiej reprezentacji można z powodzeniem bronić do czterdziestki, a kontynuacja tego trendu byłaby mile widziana. W odwodzie pozostają solidna, choć jeszcze nie do końca kompletna Hilda Carlén (do poprawy szczególnie antycypacja i gra w powietrzu), a także niezwykle utalentowane Zecira Musovic oraz Emma Holmgren, do których należeć może przyszłość. Nie zapominajmy ponadto o robiącej niemałą furorę we włoskiej Fiorentinie Stephanie Öhrström, która swego czasu zrezygnowała z gry dla Sundhage, ale teraz powinna być do dyspozycji nowego selekcjonera.

Środek obrony: przez ostatnie lata rządził tu duet Nilla FischerLinda Sembrant, ale nie oznacza to, że Gerhardsson będzie narzekać na brak alternatyw. Tę podstawową stanowi z całą pewnością Magdalena Eriksson i choć w meczu z Włoszkami była kapitanka Linköping nie zaprezentowała się z najlepszej strony, to o jej dyspozycję w dłuższej perspektywie możemy być względnie spokojni. Co dalej? Jeśli zagraniczne wojaże wyjdą na dobre Emmie Berglund oraz Amandzie Ilestedt, to obie nieco już zapomniane stoperki mogą ponownie stać się ważnymi ogniwami kadry. Z młodszych piłkarek warto zwrócić baczną uwagę na Nathalie Björn, która w Eskilstunie ustawiana jest właśnie na środku bloku defensywnego (wcześniej grała na prawej stronie), a z nieco starszych – na solidnie prezentujące się na ligowych boiskach Alexandrę Lindberg, Mię Carlsson i Petronellę Ekroth.

Boki obrony: po prawej stronie numerem jeden jest aktualnie Jessica Samuelsson i wydaje się, że nawet gdyby Gerhardssonowi udało się namówić na powrót do reprezentacji Hanne Gråhns, to hierarchia ta nie zostanie zachwiana. Na tej pozycji z powodzeniem o miejsce w kadrze rywalizować mogą ponadto Hanna Glas, Lisa Klinga, Ronja Aronsson, czy wreszcie wspomniana powyżej Björn. Znacznie większy problem mamy na lewej stronie, gdzie jedyną naturalną kandydatką wydaje się Jonna Andersson, która jednak obecny sezon ma nieco słabszy od poprzedniego (co nie oznacza, że zły). W Kristianstad pod nieobecność van de Putte z powodzeniem na tej pozycji występowała Carlsson, ale postawienie na nią trochę przypominałoby eksperymenty poprzednich selekcjonerek z Eriksson oraz Rubensson. Jeszcze rok temu mocną kandydatką byłaby również Elin Landström, ale była zawodniczka Umeå wyraźnie obniżyła loty i po rozczarowującej rundzie wiosennej zdecydowanie bardziej potrzebuje w tej chwili odbudowy niż powołania do kadry.

Środek pomocy: przez pięć ostatnich lat było to królestwo Caroline Seger oraz Lisy Dahlkvist, wspomaganych od czasu do czasu przez Kosovare Asllani (gdy przychodziło nam grać na trzy środkowe pomocniczki). Jeśli jednak Gerhardsson postanowi nieco odświeżyć drugą linię, to w kolejce do gry czeka cała gama pomijanych lub wykorzystywanych w zdecydowanie mniejszym wymiarze przez Sundhage i Persson piłkarek. Z pewnością możemy zaliczyć do nich Emilię Appelqvist, choć akurat ona miejsce w kadrze na EURO 2017 przegrała nie tyle z konkurentkami, co z kontuzją. Z innych powodów do Holandii nie pojechała Malin Diaz, która także powinna w najbliższych miesiącach otrzymać zaproszenie na zgrupowanie kadry. Pomimo nieco słabszego okresu, ostatniego słowa w kontekście reprezentacji nie powiedziały jeszcze Elin Rubensson oraz Hanna Folkesson, choć ich pozycje z pewnością chętnie zajęłyby wyróżniające się na ligowych boiskach Tove Almqvist, Petra Andersson, Petra Johansson, Filippa Angeldahl oraz Amanda Edgren, a także rekonwalescentka Irma Helin. Co ciekawe, każda z wymienionych wniosłaby do drużyny coś ekstra, a przecież brak specjalistek na przykład od stałych fragmentów gry był często bolączką szwedzkiej kadry. Pewien problem może stanowić fakt, że w tym niezwykle szerokim gronie brakuje choćby jednej klasycznej „dziesiątki”, a mistrzowskie turnieje wyraźnie pokazują, że największe sukcesy odnoszą jednak zespoły posiadające w swoich szeregach zawodniczkę w typie Lloyd, Harder, czy Marozsan. Kto wie, czy właśnie odpowiednie zestawienie tej formacji nie okaże się w konsekwencji kluczem do ewentualnego powodzenia misji Gerhardssona.

Boki pomocy: jeśli w najważniejszych meczach w wyjściowej jedenastce wybiegała na skrzydle Olivia Schough, to jest to niewątpliwie znak, że nie była to najmocniej obsadzona pozycja w szwedzkiej kadrze. Czy najbliższe miesiące mogą przynieść nam jakąś zmianę? Na pewno cieszy świetna dyspozycja Johanny Rytting Kaneryd oraz Anny Oskarsson, ale obie póki co są wciąż bardzo młodymi zawodniczkami, od których trudno oczekiwać stuprocentowej stabilizacji. Doświadczenia reprezentacyjnego brakuje także Julii Roddar, ale uniwersalna pomocniczka Kvarnsveden wiosną była jednym z największych odkryć całej ligi. Transfer do Linköping mocno przysłużył się Linie Hurtig, która wyraźnie odbudowała się po słabszym ostatnim roku w Umeå, a Julia Spetsmark była ostatnio jednym z niewielu pozytywnych akcentów nadspodziewanie bezbarwnego Örebro. Nie zapominajmy, że na boku pomocy zarówno w klubie, jak i w kadrze wystawiana była także Asllani i z reguły radziła sobie w tej roli bardzo przyzwoicie.

Atak: naprawdę trudno przyczepić się do selekcji dokonanej przez poprzedni sztab akurat na tej pozycji, gdyż Lotta Schelin, Fridolina Rolfö, Stina Blackstenius, Mimmi Larsson oraz Pauline Hammarlund w pełni zasłużyły na to, aby znaleźć się w 23-osobowej kadrze. Największą konkurencję dla wymienionej piątki stanowić mogła Marija Banusic, która po zmianie na stanowisku selekcjonera najprawdopodobniej znów wyrazi gotowość do gry w narodowych barwach. Patrząc perspektywicznie, nie sposób nie wspomnieć o chyba najbardziej utalentowanej szwedzkiej napastniczce od czasów Schelin, czyli Lorecie Kullashi, a także niewiele od niej starszej Annie Anvegård. Wydaje się wprost nieprawdopodobne, aby przynajmniej jedna z nich nie stała się w przyszłości piłkarką, od której kolejni selekcjonerzy będą rozpoczynać ustalanie składu. Zapomnieć nie możemy ponadto o dochodzącej do siebie po poważnej kontuzji więzadeł Sofii Jakobsson, która wprawdzie w kadrze od niemal trzech lat nie zagrała „swojego” meczu, ale w Montpellier regularnie potwierdza, że należy do ścisłej czołówki europejskich napastniczek.

Korzystając z okazji, zapraszam również do przeczytania/przypomnienia tekstu, w którym przybliżam sylwetkę Petera Gerhardssona.

EUROkronika – podziękowanie

lejonen

Fot. Getty Images

Reprezentacja Szwecji pożegnała się z mistrzostwami Europy, a to oznacza, że i tegoroczna EUROkronika zbliża się do końca. Zanim jednak to nastąpi, chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy przez siedemnaście dni regularnie zaglądali tu, aby dowiedzieć się, co aktualnie działo się w Arnhem i okolicach. Liczba wyświetleń niektórych odcinków była naprawdę niezła, a to zawsze jest dla mnie najwspanialszą nagrodą i jednocześnie wspaniałą motywacją do dalszej pracy nad ulepszeniem tej witryny. Mam nadzieję, że wielu z was zdecyduje się odwiedzać ją także po zakończeniu mistrzostw, gdyż świat szwedzkiej piłki naprawdę warto poznać bliżej, a nowe Harder i Martens tylko czekają na to aż odkryjecie ich talent kilka lat wcześniej niż zrobią to eksperci z kontynentalnej Europy.

Dziś udaję się na kilkudniowy i myślę, że jak najbardziej zasłużony urlop na daleką Północ, ale już w niedzielę zapraszam do lektury kolejnego tekstu, w którym spróbuję nakreślić, jak w praktyce może wyglądać nowe otwarcie w szwedzkiej kadrze, a także jakie mogą być jego konsekwencje dla wszystkich zainteresowanych podmiotów. W kolejnych dniach nie zabraknie także szczegółowych zapowiedzi rundy jesiennej w Damallsvenskan i Elitettan, a nie trzeba chyba nikomu przypominać, że z dużą dozą prawdopodobieństwa przyniosą nam one jeszcze więcej niespodzianek niż EURO 2017. Do tego dochodzi jeszcze sierpniowy finał krajowego pucharu, podczas którego będziecie mogli naocznie przekonać się, że piłka klubowa jest przynajmniej tak pasjonująca jak ta reprezentacyjna. Tak, to będą niesamowicie intensywne miesiące i warto zarezerwować w nich trochę czasu dla futbolu w szwedzkim wydaniu!

Póki co życzę wam jednak pełnego pozytywnych emocji tygodnia, podczas którego poznamy nowe mistrzynie Europy, a sympatykom czterech zespołów wciąż pozostających w turnieju – korzystnego rozstrzygnięcia dwóch najbliższych spotkań. Zdaję sobie sprawę, że koniec końców zwycięzca może być tylko jeden, ale jakimś pocieszeniem może być dla was fakt, że na placu boju pozostało już jedynie trzech rywali. Nie jest chyba przesadnie wielką tajemnicą, że ja najchętniej obejrzałbym w niedzielę zwycięstwo reprezentacji Danii (i to bynajmniej nie dlatego, że ewentualna późniejsza porażka z mistrzyniami będzie bardziej lekkostrawna), ale najważniejszą z mojej perspektywy informacją jest to, że podczas EURO 2017 zwyciężył futbol. Cieszę się, że mogłem być świadkiem tak fenomenalnego turnieju, a Holandii gratuluję wspaniałej organizacji i przeskoczenia poprzeczki, która cztery lata wcześniej została zawieszona naprawdę wysoko. Oby tylko kolejny gospodarz kontynuował tę passę, a wtedy znów – bez względu na wynik – wszyscy będziemy zwycięzcami! Raz jeszcze dzięki!

EUROkronika – dzień 16

1200

Fot. Anna Tärnhuvud

Koniec turnieju, bez względu na to, na którym etapie nastąpi, od zawsze nieuchronnie wiąże się z początkiem podsumowań. Kto zachwycił? Kto rozczarował? Czego nauczyło nas tegoroczne EURO? Te i podobne pytania z pewnością dominują teraz na wielu ulicach Sztokholmu, Göteborga, Malmö czy Minneapolis. Wiadomo, że emocje po sobotnim rollercoasterze nie zdążyły jeszcze dobrze opaść, ale warto poświęcić chwilę, aby przyjrzeć się występowi każdej ze szwedzkich piłkarek na holenderskich boiskach, oceniając go w najbardziej klasycznej skali 1-5.

Hedvig Lindahl – 2.5. Podczas mundialu w Kanadzie oraz brazylijskich Igrzysk była zdecydowanie najpewniejszym punktem szwedzkiej kadry, wielokrotnie ratując nas z opresji. W Holandii aż tak rewelacyjnie nie było, ale pomimo kilku błędów w dwóch ostatnich meczach, nie możemy zapominać, że to jej interwencje dały nam jak się później okazało bezcenny punkt w starciu z Niemkami.

Jessica Samuelsson – 2. Przed turniejem wybrana w wewnętrznym plebiscycie najbardziej niedocenianą piłkarką Europy, ale podczas EURO nie zrobiła wiele, aby potwierdzić tę tezę. Prawdziwym testem miał być dla niej ćwierćfinał z Holandią, ale próba zneutralizowania zagrożenia ze strony Martens skończyła się kompletnym fiaskiem. Niesamowicie samokrytyczna wypowiedź po odpadnięciu z turnieju wskazuje na to, ża sama miała wobec siebie znacznie większe oczekiwania.

Nilla Fischer – 2.5. Jak w kolejce górskiej – raz w górę, raz w dół. Świetne wybloki, przechwyty i długie podania przeplatała zdecydowanie zbyt licznymi kiksami oraz błędami w ustawieniu. Mniej niż zazwyczaj dała ponadto przy stałych fragmentach gry, zarówno tych ofensywnych, jak i defensywnych.

Linda Sembrant – 3. Niemal bezbłędna w meczu z Niemkami, solidna w rywalizacji z Rosją, ale od pamiętnego błędu w starciu z Włoszkami już nieco bardziej ‘elektryczna’ w swoich interwencjach. Biorąc jednak pod uwagę cały turniej, kapitanka Montpellier zaliczyła w Holandii całkiem przyzwoity występ i na tle koleżanek z formacji wyróżniała się na plus.

Jonna Andersson – 2.5. Oj, baliśmy się o jej dyspozycję po tym, jak w ostatnim sparingu w ziemię wkręcały ją Meksykanki. Okazało się jednak, że całkowicie niesłusznie i choć nie prezentowała takiej formy, jak chociażby jesienią 2016 w barwach Linköping, to na tle niemieckich i holenderskich skrzydłowych absolutnie nie sprawiała wrażenia zagubionej. Ocenę obniża niestety niewielka aktywność w ofensywie, co w przypadku współczesnych wahadłowych defensorem jest nie do zaakceptowania.

Magdalena Eriksson – 2.5. Weszła na Rosjanki i Włoszki, aby męczyć je przede wszystkim stałymi fragmentami, ale pomimo jednej asysty nie może powiedzieć, aby w pełni wykonała powierzone jej zadanie. W meczu przeciwko Italii zagrała na swojej nominalnej pozycji, ale współpraca z Sembrant nie zawsze układała się harmonijnie.

Lisa Dahlkvist – 2.5. Bez błysku, ale biorąc pod uwagę to, co grała przez ostatnie dwie rundy w Örebro, wydaje się, że na ten moment wycisnęła z siebie maksimum. Potwierdziła, że na tym poziomie nie jest w stanie zaoferować wiele w ofensywie, ale szczególnie w pierwszej połowie meczu z Niemkami doskonale sprawdziła się w roli ‘plastra’ dla Marozsan.

Caroline Seger – 2. To zdecydowanie nie był jej turniej. Plan Sundhage zakładał, że w momentach kryzysowych to pomocniczka Lyonu weźmie na siebie odpowiedzialność za wynik, ale okazało się, że właśnie wtedy najbardziej jej brakowało. Trzy otwierające koleżankom drogę do bramki podania na cały turniej to zdecydowanie nie jest dobry bilans dla rozgrywającej, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, że nie jest ona klasyczną ’dziesiątką’.

Kosovare Asllani – 3. Waleczna, ambitna, harująca na całej długości boiska. Nie udał się jej w zasadzie jedynie mecz z Włoszkami, po którym mocno narzekała na niesportową postawę rywalek. W pozostałych spotkaniach nie schodziła jednak poniżej pewnego poziomu, a na szczególną pochwałę zasługuje niespotykana wcześniej w jej przypadku duża liczba przechwytów i odbiorów.

Olivia Schough – 1.5. Trochę żartobliwie, a trochę złośliwie nazywana maskotką Sundhage. Turnieju w Holandii do udanych z całą pewnością jednak nie zaliczy i naprawdę trudno zrozumieć dlaczego tak długo wychodziła w podstawowej jedenastce. Nietrafionym pomysłem okazało się również powierzenie jej wykonywania stałych fragmentów, których szczególnie w meczu z Niemkami zmarnowała zdecydowanie zbyt wiele.

Hanna Folkesson – 2. Jack Majgaard wielokrotnie powtarzał, że pomocniczka Rosengård do swojej optymalnej dyspozycji dojdzie najwcześniej jesienią, a jej występ na EURO jedynie potwierdził te słowa. Nie unikała gry, starała się pokazywać koleżankom, ale w decydujących momentach zabrakło z jej strony jakichkolwiek konkretów.

Elin Rubensson – 2. Rzucana po wielu pozycjach, co już samo w sobie nie zwiastowało niczego dobrego. Ma dynamikę, ma niezły przegląd pola, ale nie potrafiła zrobić ze swoich atutów należytego użytku. Inna sprawa, że jej aktualna dyspozycja jest jednak daleka od tego, co prezentowała chociażby podczas swojego najlepszego sezonu w Malmö.

Lotta Schelin – 3. Nie błyszczała tak, jak jeszcze zimą i na początku wiosny, kiedy w pojedynkę potrafiła zrobić różnicę, ale kolejny raz pokazała, że w futbolu pewnych rzeczy się po prostu nie zapomina. Golem przeciwko Rosjankom na stałe zapisała się w historii szwedzkich występów na EURO i chyba zgodzimy się, że nikt nie zasłużył na takie wyróżnienie bardziej niż ona.

Fridolina Rolfö – 2. Gdyby cały turniej wyszedł jej tak, jak trzydzieści minut meczu z Włoszkami, to w tej chwili byłaby główną kandydatką do nagrody MVP. Niestety, w pozostałych meczach – poza krótkimi przebłyskami – nie była w stanie dać zespołowi wartości dodanej. W jej przypadku cieszy również to, że tym razem udało jej się przejść przez duży turniej bez kontuzji, dzięki czemu po raz pierwszy wróci z reprezentacji do Monachium w dobrej dyspozycji fizycznej.

Stina Blackstenius – 3. Szwedzki dorobek na EURO 2017 to cztery gole i aż w trzech bezpośredni udział miała napastniczka Montpellier. Bilans całkiem przyzwoity, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę, że turniej rozpoczynała na ławce. Już tradycyjnie, jej największym problemem okazała się słaba skuteczność, co dało o sobie znać przede wszystkim w ćwierćfinale, który – przy sprzyjającym układzie – mogła nawet zakończyć z hat-trickiem na koncie.

Pauline Hammarlund, Julia Spetsmark, Mimmi Larsson – grały zbyt krótko.

Emma Berglund, Hilda Carlén, Josefin Johansson, Hanna Glas, Emelie Lundberg – nie grały.

Średnia ocena drużyny – 2.40. Zgodnie z oczekiwaniami, nie odbiega ona znacząco od tej z MŚ 2015 (2.33) oraz IO 2016 (2.53).

******

d617d868-e8db-47c7-a8d4-1f81dc1f77ff

Fot. Maja Hitij

W momencie, gdy będziecie czytać te słowa, po szwedzkiej bazie w Arnhem pozostanie już wyłącznie wspomnienie. Wczoraj odbyła się w niej ostatnia konferencja Pii Sundhage na holenderskiej ziemi i to właśnie podczas niej otrzymaliśmy informację, że Dunki doprowadziły do remisu w starciu z Niemkami. Kilkadziesiąt minut później było już jasne, że zespół Nilsa Nielsena na jednym golu nie poprzestał, dzięki czemu stał się sprawcą być może największej sensacji w historii piłkarskich mistrzostw Europy. Dla Pernille Harder, jej koleżanek z reprezentacji, a także zawodniczek z trzech innych krajów EURO 2017 wciąż trwa. Kto wie, być może w najbliższą niedzielę dowiemy się, że o bilety na francuski mundial przyjdzie nam rywalizować z najlepszą ekipą Starego Kontynentu? Te wydarzenia będziemy już jednak śledzić z pewnego dystansu, gdyż nasz czas na tej konkretnej imprezie definitywnie dobiegł końca. Tak więc – odmeldowujemy się i do następnego razu!

EUROkronika – dzień 15

fe2c1a5e-e2ea-439f-899e-e08853275a00

Fot. Anna Tärnhuvud

Emocje powoli opadają, ale i tak niezwykle ciężko zabrać się za napisanie tego tekstu. Żegnać się z turniejem nigdy nie jest bowiem miło, a EURO 2017 jest tak wspaniałą imprezą, że chciałoby się uczestniczyć w niej aż do ostatniego dnia. Niestety, w Doetinchem nie było nam dane przeżyć powtórki z brazylijskiego cudu i do półfinału awansowała drużyna, która z przebiegu gry bardziej na to zasłużyła. Czy mamy prawo być z tego powodu smutni? Na pewno. Rozczarowani? Tutaj odpowiedź nie jest już aż tak jednoznaczna, gdyż obserwując postawę tej kadry w ostatnim czteroleciu trudno było oczekiwać, że nagle przejdzie ona totalną metamorfozę i zacznie zachwycać swoją grą. To znaczy, oczekiwać pewnie można było, ale nie szły za tym jakiekolwiek racjonalne przesłanki.

Wczorajszy rezultat oznacza koniec nie tylko tego turnieju, ale i pewnej ery w szwedzkiej piłce reprezentacyjnej. Chyba nigdy wcześniej nie zdarzyło się, aby zmiana na stanowisku selekcjonera najważniejszej drużyny w kraju była wyczekiwana niczym powiew świeżego powietrza, ale dziś nie jest właściwy moment na to, aby rozwijać ten temat. Zamiast tego, warto przypomnieć sobie te najwspanialsze momenty minionego pięciolecia, a takich – choć duszna atmosfera ostatnich miesięcy zatarła nieco te wspomnienia – absolutnie nie brakowało. Najpiękniejszym z nich było z całą pewnością EURO 2013. Piłkarskie święto, na które czekała cała Szwecja, okazało się sukcesem nie tylko organizacyjnym, ale i sportowym, a na kadrę Pii Sundhage cała Europa patrzyła wówczas z niekłamanym podziwem. Przypuszczam zresztą, że wielu z was również do dziś wspomina kapitalną dyspozycję Kristin Hammarström, szczelny i jednocześnie potrafiący wyprowadzać niespodziewane ciosy duet Fischer – Rohlin, życiową formę Seger, odkurzoną w ostatniej chwili 36-letnią Sjörgan w roli superrezerwowej, czy wreszcie Schelin grającą tak, jak przystało na prawdziwą liderkę. Tak, to był ten turniej, na którym ta kadra miała niepowtarzalną szansę zapisać się na kartach historii, wygrywając pierwsze od trzydziestu lat złoto wielkiej, piłkarskiej imprezy. Do tego poziomu nie udało się nam jednak zbliżyć ani podczas kanadyjskiego mundialu, ani na Igrzyskach w Brazylii, ani wreszcie na holenderskim EURO. Biorąc pod uwagę jedynie samą grę, trzy wymienione występy ustawiłbym zresztą mniej więcej w jednym szeregu, choć – jak na ironię – każdy z nich zakończył się skrajnie różnym wynikiem.

Wracając jednak do teraźniejszości, wczorajsza porażka jest o tyle bolesna, że Holenderki w zasadzie niczym nas nie zaskoczyły. Największe zagrożenie z ich strony czyhało tam, gdzie się tego spodziewaliśmy i na co – przynajmniej w teorii – byliśmy doskonale przygotowani. Problemem nie do przeskoczenia okazała się jednak realizacja planu, gdyż chociażby Jessica Samuelsson w niczym nie przypominała piłkarki, która w poprzednim sezonie dwukrotnie potrafiła powstrzymać Lieke Martens na ligowych boiskach. Dobrze zlokalizowane zostały także słabe strony Holenderek, ale cóż z tego, skoro żadna z pięciu piłek posłanych za plecy mało zwrotnych defensorek Pomarańczowych Lwic nie znalazła ostatecznie drogi do siatki. Próbowała Blackstenius, próbowała Rolfö, ale tę ostatnią i tak zapamiętaliśmy przede wszystkim z nieodpowiedzialnej straty, od której zaczęło się całe nieszczęście przy drugim golu dla rywalek. Kiksy przytrafiały się jednak nie tylko zawodniczce monachijskiego Bayernu, w związku z czym z minuty na minutę robiło się coraz bardziej nerwowo, a sytuacji z pewnością nie poprawiał utrzymujący się niekorzystny wynik, który niejako zmuszał Szwedki do bardziej otwartej gry, z której – co chyba specjalnie nie zaskakuje – wynikało stosunkowo niewiele.

1200

Fot. Anna Tärnhuvud

Trzeba jednak podkreślić, że podobnie jak szwedzkie piłkarki, swojego dnia nie miała również prowadząca wczorajsze spotkanie Bibiana Steinhaus, która w przynajmniej kilku sytuacjach podjęła bardzo kontrowersyjne decyzje. Krytycznych uwag pod adresem niemieckiej sędzi nie szczędziła między innymi Kosovare Asllani, podsumowując jej postawę w niezwykle mocnych słowach. Ona była po prostu fatalna, a to nie ma prawa zdarzać się na tym poziomie. W ogóle nie wytrzymała presji. Jestem zła i rozczarowana – powiedziała pomocniczka Manchesteru, która wczoraj zostawiła na murawie w Doetinchem mnóstwo zdrowia. Jej werdykt jest rzeczywiście bardzo surowy, choć trzeba przyznać, że zarówno niepodyktowanie rzutu karnego dla Szwecji jeszcze przy stanie 0-0, jak i nieuznanie na dziesięć minut przed końcem meczu gola na 1-2, będą przynajmniej przez kilka dni niezwykle szeroko komentowane. Holendrzy zauważają wprawdzie, że i im należała się jedenastka, ale – paradoksalnie – kto wie, czy podyktowany ostatecznie rzut wolny nie przyniósł im więcej korzyści. Nie od dziś wiemy bowiem, że Lindahl akurat rzuty karne bronić potrafi, a skuteczna interwencja po strzale Spitse mogłaby pozytywnie natchnąć ją – i cały szwedzki zespół – na dalszą fazę spotkania. W tej chwili możemy jednak wyłącznie gdybać, bo nigdy nie będziemy w stanie sprawdzić, jakim torem potoczyłaby się alternatywna rzeczywistość.

Do sytuacji z 32. minuty odniosła się także Jessica Samuelsson, która zdecydowanie najdłużej nie potrafiła po ostatnim gwizdku uspokoić emocji. Tak, tam był kontakt, kolano w kolano. Ja chyba nie podyktowałabym wolnego, ale o wynikach meczów często decydują właśnie takie sytuacje – zauważyła obrończyni Linköping. Ona z kolei znacznie bardziej krytycznie niż panią arbiter oceniła samą siebie. Nie chciałyśmy odpadać na tym etapie, a ja dobrze wiem, że powinnam dać z siebie znacznie więcej. Jestem bardzo rozczarowana swoją postawą – powiedziała Samuelsson, po czym ponownie w jej oczach pojawiły się łzy, a dojście do równowagi zajęło jej kolejnych kilka minut.

Pytanie Co dalej? zadawali sobie właściwie wszyscy, choć zdecydowanie najczęściej pojawiało się ono w kontekście najbardziej doświadczonych kadrowiczek. Czy EURO 2017 było ich ostatnim turniejem? Czy może jednak zdecydują się powalczyć o awans na francuski mundial, co wcale nie musi być łatwym zadaniem? W reprezentacji zawsze trzeba dawać z siebie 110 procent. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy będę w stanie znaleźć odpowiednią motywację – stwierdziła na gorąco Lotta Schelin, dla której akurat pewnym wabikiem mogłaby okazać się perspektywa gry w finale mistrzostw świata na stadionie w Lyonie. Niezwykle pragmatycznie podeszły do sprawy Nilla Fischer oraz Caroline Seger, które nie zamierzały składać jakichkolwiek pospiesznych deklaracji, wyrażając jednocześnie chęć rozmowy z nowym selekcjonerem. Znacznie bardziej konkretna była za to Hedvig Lindahl. Nie widzę powodu, dla którego miałabym teraz rezygnować – odparła golkiperka Chelsea.

Na dyskusje o przyszłości przyjdzie jeszcze czas, a tymczasem przychodzi nam pożegnać się z Arnhem. Tak to już w sporcie bywa, że szczęście jednych wiąże się bezpośrednio z porażką drugich. Wszystkim drużynom wciąż pozostającym w turnieju życzymy więc powodzenia i wielu fantastycznych emocji w najbliższych dniach, a Peterowi Gerhardssonowi tego, aby już dziś udało mu się poczynić pierwsze, właściwe obserwacje (okazja już o 12:00). Życie nie znosi próżni, operacja Francja rozpoczęta, a kluczowy mecz za niespełna trzy miesiące!