Siedem minut w piekle

Przed tygodniem wydawało się, że przedłużona runda wiosenna nie przyniesie nam już nic ciekawszego niż emocjonujący i pełen zwrotów akcji pojedynek Piteå – Eskilstuna, ale nieprawdopodobny wręcz spektakl na Arenie Linköping przebił wszystkie dotychczasowe mecze o kilka długości. Nikogo nie dziwi chyba fakt, że jedną z dwóch głównych ról znów odgrywała w nim drużyna Stellana Carlssona, która jednak tym razem opuszczała boisko z poczuciem wypuszczonej z rąk olbrzymiej szansy. Oczywiście, nikt nie ma wątpliwości, że w końcowym rozrachunku trzy punkty wywalczyła drużyna lepsza piłkarsko, ale heroiczna walka piłkarek z Piteå zasługuje na równie wielki szacunek. Zawodniczki z Norrland raz jeszcze przypomniały, za jakie cechy są uwielbiane przez wielu neutralnych kibiców.

Licznie zebrana na Arenie Linköping publiczność duży szok przeżyła już kilkadziesiąt sekund po pierwszym gwizdku Sary Persson. Pedersen dośrodkowała z narożnika boiska, zagraną przez Norweżkę piłkę delikatnie trąciła jeszcze Lövgren, a całe zamieszanie wyjaśniła Bragnum, na raty pakując futbolówkę do siatki. Spotkanie nie zdążyło się jeszcze na dobre rozpocząć, a Piteå cokolwiek sensacyjnie prowadziło 1-0! Show podopiecznych Stellana Carlssona trwał jednak dalej i po dziewięciu minutach kandydat do mistrzowskiego tytułu musiał odrabiać już dwubramkową stratę. Tym razem gola sprezentowała przyjezdnym Cajsa Andersson, która postanowiła sprawdzić, czy pod względem umiejętności technicznych może się równać z Martą. Szybko okazało się, że do słynnej Brazylijki trochę jej jednak brakuje, co idealnie wykorzystała Bragnum, drugi raz uszczęsliwiając chyba całe Norrbotten. Jeśli pierwszy gol sympatycy LFC potraktowali jako klasyczny wypadek przy pracy, to w tym momencie koszmary minionych lat wróciły już na poważnie. Czyżby znowu w decydującym momencie coś miało pójść nie tak? Czy to możliwe, aby w siedem minut marzenia o tytule zabiła piłkarka, która jeszcze kilka miesięcy temu była rezerwową w drużynie kończącej sezon z bilansem 0-2-20 i stosunkiem bramek 11-71? Czy można przegrać z drużyną, której rozgrywająca jesienią 2015 biegała po trzecioligowych boiskach?

Wątpliwości było dużo, a czasu na postawienie trafnej diagnozy i wdrożenie właściwej terapii znacznie mniej, bo jedynie osiemdziesiąt minut. Linköping rzecz jasna natychmiast rzucił się do odrabiania strat, ale z minuty na minutę, choć mieliśmy dopiero pierwszą połowę, gra gospodyń stawała się coraz bardziej nerwowa, czego najlepszym dowodem były strzały oddawane z nie do końca przygotowanych pozycji. Tuż przed gwizdkiem oznajmiającym przerwę, w dość niecodzienny sposób, udało się jednak gospodyniom złapać kontakt bramkowy. Na 1-2, bezpośrednio z rzutu rożnego, trafiła Magdalena Ericsson, kompletnie zaskakując Hildę Carlén. Oczywiście, doskonale wiemy, że kapitanka LFC lubi od czasu do czasu wkręcić piłkę z rogu, ale takich bramek bardziej spodziewalibyśmy się jednak w starciach na przykład z reprezentacją Mołdawii niż w meczach, w których w bramce drużyny przeciwnej stoi kadrowiczka Szwecji na Igrzyska w Rio. Inna sprawa, że kornera, po którym padł gol w ogóle nie powinno być, gdyż wybijana chwilę wcześniej przez Pedersen futbolówka w żadnym momencie nie przekroczyła całym obwodem linii końcowej.

Jak wiele dało gospodyniom trafienie Ericsson, widać było od pierwszych sekund drugiej połowy. Napędzane jak zwykle przez niezmordowaną Pernille Harder piłkarki Linköping zaatakowały z jeszcze większą pasją i od pewnego momentu wydawało się, że ten zbudowany dziś na niezwykle solidnych fundamentach mur z Piteå ma coraz mniejsze szanse na dotrwanie do końcowego gwizdka w nienaruszonym stanie. Zawodniczki Stellana Carlssona broniły się dzielnie do 65. minuty, ale wobec pięknej wrzutki Harder na długi słupek były już całkowicie bezradne. Akcję sfinalizowała ostatecznie Fridolina Rolfö, w ten sposób dając rywalkom jasno do zrozumienia, że ekspres LFC, pomimo przejściowych trudności, i tak zatrzyma się tylko i wyłącznie na stacji zwycięstwo. Tak się zresztą ostatecznie stało, a trzy punkty zapewniła swej drużynie oczywiście jej największa gwiazda. Trzynasty gol Dunki w sezonie był jednocześnie tym najbrzydszym, zdobytym po małym bilardzie w szesnastce gości, ale za chwilę już nikt nie będzie tego pamiętał. Na ten moment liczy się bowiem tylko to, że walka o mistrzostwo wciąż pozostaje absolutnie nierozstrzygnięta, a sen o drugim w historii tytule dla Linköping potrwa przynajmniej do września. Wiosną i latem piłkarki Martina Sjögrena wykonały bowiem sto procent planu i mogą z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udać się na zgrupowanie reprezentacji lub – w przypadku Pernille Harder – na krótkie wakacje w Hiszpanii.

Niedzielne déjà vu

Ci, którzy w odstępie ośmiu dni obejrzeli oba pojedynki Göteborga z Vittsjö, co kilka chwil mogli zastanawiać się, czy aby na pewno nie doświadczają właśnie swoistego déjà vu. Przebieg dzisiejszego meczu był bowiem niemal identyczny, jak tego sprzed tygodnia: znów gospodynie wypracowały sobie dwubramkową zaliczkę, piłkarki gości na pięć minut przed końcem doprowadziły do remisu, a w doliczonym czasie gry zmarnowały wspaniałą okazję na objęcie prowadzenia. Nawet jeden gol dla Vittsjö (dośrodkowanie Klingi na głowę Sällström) wyglądał tak, jak bramka zdobyta w minioną sobotę na Valhalli. Pewnego rodzaju déjà vu przeżyły niestety także piłkarki, gdyż ponownie żadna z drużyn nie opuszczała murawy w pełni ukontentowana.

Początkowy kwadrans z pewnością należał do Vittsjö. Wprawdzie pierwszą dogodną okazję zmarnowała Hammarlund (szczęśliwa interwencja Fraine), ale chwilę później akcja fińskiego duetu Sällström – Alanen przyniosła powodzenie gospodyniom. Skrzydłowa z Helsinek dobrze dostrzegła swoja koleżankę z reprezentacji, a ta, wykorzystując chwilowe problemy Hellenberg z utrzymaniem równowagi, podciągnęła z piłką jeszcze kilkanaście metrów i uderzyła nie do obrony. Drużyna ze Skanii nie zamierzała zadowalać się skromnym prowadzeniem i w 30. minucie, po wspomnianej już centrze Klingi i wykończeniu Sällström, zrobiło się 2-0. Niestety dla miejscowych, tak korzystnego wyniku nie udało się utrzymać nawet do przerwy. Tuż przez zakończeniem pierwszej połowy defensywa Vittsjö zostawiła Sarze Lindén zdecydowanie zbyt dużo miejsca, z czego napastniczka z Göteborga skwapliwie skorzystała, umieszczając futbolówkę w okienku bramki Katie Fraine.

Na brak emocji nie mogliśmy narzekać także po przerwie, gdyż obie drużyny nie ustawały w zamiarach zdobycia kolejnych goli. W początkowej fazie znów nieco więcej do powiedzenia miały zawodniczki z północnej Skanii, a fenomenalny występ drugim golem mogła okrasić najlepsza na placu gry Alanen. Po strzale Finki futbolówka zatrzymała się jednak na poprzeczce. Szczęście nie dopisało także Ngozi Okobi, która również miała okazję, aby definitywnie rozstrzygnąć losy meczu, lecz zamiast tego ostemplowała jedynie słupek bramki Göteborga. Swoje szanse na doprowadzenie do remisu miały także podopieczne Stefana Rehna, ale skuteczność najbardziej aktywnej w ich szeregach Hammarlund była dziś daleka od ideału. Swoją zazwyczaj nieco bardziej bramkostrzelną partnerkę z linii ataku po raz drugi wyręczyła jednak Lindén, która wykorzystała fakt, iż Fraine oraz Benediktsson bardzo niemrawo zabierały się za wyjaśnianie sytuacji we własnym polu bramkowym i w olbrzymim zamieszaniu wepchnęła futbolówkę do siatki. W doliczonym czasie gry błysk wprowadzonej chwilę wcześniej młodzieżowej reprezentantki Francji Annahity Zamanian mógł nawet dać Göteborgowi zwycięstwo, ale zmierzającą niechybnie do bramki piłkę wybiła Klinga, ratując tym samym swojej drużynie jeden punkt.

******

Wystarczyło pobieżnie przeanalizować kadrę Mallbacken na spotkanie z Örebro, aby dojść do jedynego chyba słusznego wniosku – drużyna z Sunne raczej nie przyjechała tu walczyć o zwycięstwo. Tyle tylko, że nawet jeśli założymy, że głównym celem ekipy z Värmland było dziś uniknięcie kompromitacji, to i tak nie udało się go zrealizować. Podopieczne Davida Umeclira zostały bowiem upokorzone przez dwie nastolatki i jedną piłkarkę rozgrywającą właśnie swój pierwszy pełny mecz w najwyższej klasie rozgrywkowej (ta ostatnia – Lejla Basic – ustrzeliła zresztą hat-tricka).

Przed sezonem sporo miejsca poświęciliśmy obsadzie bramki w zespole Mallbacken. Chyba nikt nie miał bowiem wątpliwości jak ważną postacią była dla tej drużyny Jennifer Falk i jak trudno będzie ją zastąpić. Wyzwanie ostatecznie podjąć miała Lee Alexander, ale stosunkowo szybko okazało się, że o ile w starciach z Forfar, Aberdeen czy Stirling golkiperka z Glasgow spisuje się zazwyczaj bez zarzutu, o tyle w poważnej grze, jaką bez wątpienia jest walka o utrzymanie w Damallsvenskan, zweryfikowana została negatywnie. Dziś Alexander znów zaprezentowała szerszej publiczności zagrania z pogranicza zapasów, siatkówki i netballa, ale prawda jest taka, że jej koleżanki z pola w zdecydowanej większości wcale nie zaprezentowały się lepiej. Kapitanka Frida Bröström zakończyła mecz z dwoma kluczowymi podaniami przy trafieniach rywalek, a dyrygująca pod nieobecność Butt, Yallop i Göransson drugą linią zespołu z Sunne Julia Karlernäs obudziła się tylko na kilka sekund, aby przeskoczyć nad piłką, którą chwilę później w poprzeczkę posłała Zoe Ness, wyrabiając w ten sposób limit groźnych strzałów Mallbacken na ten dzień.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów, w dodatku bez cienia ironii, pochwalić możemy za to George’a Papachristou. Grecki szkoleniowiec Örebro przytomnie zauważył, że aby strzelić gola Mallbacken wystarczy zastosować patent znany wszystkim, którzy choć raz odwiedzili strefy kibica podczas kanadyjskiego mundialu – wystarczy po prostu przymierzyć precyzyjnie przy słupku, a bramkarka na pewno nie sięgnie piłki. Inna sprawa, że młodzież z Örebro imponowała dziś nie tylko precyzją, ale także niezwykle efektowną grą. Abstrahując na moment od postawy Mallbacken, na piłkarki grające w czerwonych koszulkach patrzyło się po prostu przyjemnie; nie zabrakło klepek, rajdów, podań bez przyjęcia czy gry na małej przestrzeni. Owszem, rywalki długimi fragmentami się przede wszystkim temu wszystkiemu przyglądały, ale … przecież nikt nie bronił im przeszkadzać.

W przedmeczowej zapowiedzi pisaliśmy, że zwycięstwo nad Mallbacken może sprawić, iż – pomimo rozczarowującej postawy na początku sezonu – Örebro przystąpi do rundy jesiennej z zaledwie cztero- lub pięciopunktową stratą do medalowej pozycji. Ten scenariusz stał się właśnie faktem, a biorąc pod uwagę, że już za chwilę do zespołu z Behrn Areny dołączą Lisa Dahlkvist oraz Sarah Michael, obecność Örebro na ligowym podium wcale nie musi być traktowana w kategoriach piłkarskiej fantastyki. Jeśli jednak zawodniczki trenera Papachristou zamierzają jesienią grać tak, jak w dzisiejszym spotkaniu, chyba nikt nie miałby nic przeciwko takim medalistkom.

Spokojne lato w Sztokholmie

Piękno, jak doskonale wiemy, jest pojęciem bardzo subiektywnym, ale Elitettan ewidentnie ma w sobie coś, co sprawia, że o występach właśnie w tych rozgrywkach marzy przynajmniej kilka klubów Damallsvenskan. Skąd tak daleko idący wniosek? Jest on chyba jedynym w miarę logicznym (albo inaczej – akceptowalnym) wytłumaczeniem postawy niektórych zespołów w ostatnich tygodniach. Jeszcze do wczoraj wydawało się, że to w Sunne najbardziej ochoczo wykupują bilety na pociąg odjeżdżający na zaplecze ekstraklasy, ale dziś okazało się, że o miejsca w nim piłkarki Mallbacken będą musiały mocno zawalczyć, bo Kristianstad nie zamierza łatwo składać broni.

Ten nieco gorzki sarkazm jest jak najbardziej na miejscu, gdyż drużyna prowadzona przez Elisabet Gunnarsdottir całkowicie na własne życzenie popsuła sobie lato, a na dodatek dokonała tego w sposób żywcem wyjęty z najlepszych tragedii. W sobotę o godzinie 14, pomimo poniesionej w mało ekskluzywny sposób porażki z Umeå (na dziesięć mninut przed końcem Kristianstad prowadził wówczas 1-0 i spokojnie pilnował skromnej zaliczki), sytuacja drużyny ze wschodniej Skanii i tak była daleka od dramatycznej. Po pierwsze, ostatni mecz przed letnią przerwą miał odbyć się na Vilans IP, a akurat na własnym boisku Kristianstad jak mało kto grać potrafi. Po drugie, terminarz sprawił, że z wizytą wpadało Djurgården, które ostatni raz wywiozło z tego terenu komplet punktów w czasach, gdy w koszulce DIF biegała jeszcze Victoria Svensson. Po trzecie, benianinek ze Sztokholmu przyjeżdżał do Skanii w nadzwyczaj kiepskich humorach; trzy kolejne porażki sprawiły, że wypracowany wcześniej przez podopieczne Yvonne Ekroth margines błędu skurczył się właściwie do zera. Zwycięstwo Kristianstad oznaczało, że obie drużyny dzielić będzie w tabeli zaledwie jeden punkt. W teorii wystarczyło więc wyjść na murawę Vilans IP jak po swoje i sprawić, że to w Sunne, Borlänge czy Umeå będą się długimi, letnimi wieczorami kłopotać jak opuścić strefę spadkową. Proste, prawda? Okazuje się, że jednak nie do końca.

4. minuta – Stegius do Jalkerud – 0-1; 11. minuta – Schmidt do Appelqvist – 0-2. W tym momencie mecz na stadionie w Kristianstad się właściwie skończył i bez większych wyrzutów można było resztę tego niezwykle wietrznego popołudnia spędzić w domu lub innym znacznie bardziej odpowiednim do tego miejscu. Ci, którzy z chęci lub z obowiązku zdecydowali się jednak pozostać z piłkarkami do ostatniego gwizdka, obejrzeli niskobudżetową produkcję pod tytułem Powitanie z Elitettan. Nie chcemy być złośliwi, ale jeśli dzisiejszy mecz miał klubowi z Kristianstad pomóc w pozyskaniu potencjalnych sponsorów, to można mieć poważne obawy, że prognoza finansowa na rok 2017 raczej nie usatysfakcjonuje komisji licencyjnej. Nawet wyłączając dwa szybkie, sztokholmskie gongi z początku spotkania, piłkarki w pomarańczowych koszulkach miały jeszcze do dyspozycji ponad osiemdziesiąt minut na to, aby odwrócić losy meczu. Cóż jednak z tego, skoro większe zagrożenie udało im się w tym czasie stworzyć … pod własną bramką (i to aż dwukrotnie). Oczywiście, Elisabet Gunnarsdottir będzie mieć rację, jeśli przypomni, że na początku drugiej połowy pani Tess Olofsson niesłusznie odgwizdała pozycję spaloną wychodzącej sam na sam z bramkarką Djurgården Nellie Karlsson. Ta pojedyncza sytuacja nawet w minimalnym stopniu nie przykryje jednak faktu, że jej piłkarki grały dziś bez jakiegokolwiek pomysłu na sforsowanie defensywy gości (a zakładając, że ów pomysł był, to mocno szwankowała jego realizacja) i nawet ewentualny kontaktowy gol najpewniej niewiele by im pomógł.

Stosunkowo mało miejsca poświęcamy w tym wszystkim Djurgården, ale piłkarki tego klubu swoją nagrodę odebrały już na boisku. Trzy pewnie wywalczone punkty oznaczają, że nawet zakładając planową porażkę za tydzień w Malmö, letnia przerwa w obozie beniaminka będzie znacznie spokojniejsza niż jeszcze niedawno zakładano. Co więcej, zwycięstwo w Kristianstad pomogło zbudować mentalnie przynajmniej kilka zawodniczek DIF (Petronella Ekroth, Kim Sundlöv), które właśnie dziś rozegrały swój zdecydowanie najlepszy mecz w obecnych rozgrywkach.

Surowa lekcja mistrza

W poprzednim starciu z mistrzem kraju, beniaminek z Borlänge nie potrafił zachować czystego konta nawet przez dwadzieścia sekund. Dziś to podopieczne Jonasa Björkgrena spróbowały zaskoczyć rywalki szturmem od pierwszej minuty, ale … kwardans później i tak to Rosengård prowadził już 3-0 i w Malmö mogli powoli dopisywać sobie trzy kolejne punkty i szykować się na oficjalne powitanie Lotty Schelin w najbliższą sobotę. Pomimo ambitnej jak zwykle postawy, piłkarki Kvarnsveden długimi minutami wyglądały przy zawodniczkach Rosengård jak nieco zagubione uczennice pierwszej klasy przy paniach profesorkach, a porównanie to ma o tyle sens, że nie zapominajmy, iż klub z Dalarny zaledwie trzy miesiące temu zadebiutował w ekstraklasie.

Wystawianie indywidualnych cenzurek piłkarkom Jacka Majgaarda o tyle mija się z celem, że szczególnie w pierwszej fazie meczu, gdy wynik nie był jeszcze rozstrzygnięty, wszystkie spisały się na miarę oczekiwań. Ali Riley oraz Lina Nilsson pokazały, jak we współczesnym futbolu powinny grać boczne obrończynie, gdyż to właśnie ich rajdy odpowiednio lewą i prawa flanką zapoczątkowały akcje, po których padły dwa pierwsze gole (inna sprawa, że na przykład Hermansson specjalnie im w tych popisach przeszkadzać nie próbowała). Ella Masar znów udowodniła, że z zawodniczki widzianej początkowo w roli zmienniczki stała się poważną kandydatką do jedenastki sezonu, w której może znaleźć się również miejsce dla Lieke Martens (dziś gol i wywalczony rzut karny). O Marcie, która jak chyba nikt na świecie potrafi łączyć harówkę na całej długości boiska z niezwykle efektownymi zagraniami, nawet nie ma co wspominać. Po dobrym występie w poprzedniej kolejce zgasła nieco Natasza Andonowa, ale mając na uwadze wyczekiwany debiut Schelin, a także powrót do pełnej sprawności Enganamouit, dyspozycja Macedonki nie jest chyba dla ekipy z Malmö przesadnie wielkim problemem.

Osobny akapit warto poświęcić Linie Nilsson, która bez dwóch zdań była najlepszą prawą obrończynią rundy wiosennej obecnego sezonu. Niestety, świetna forma piłkarki Rosengård nie wystarczyła, aby znaleźć się na liście Sundhage (choćby wśród rezerwowych) i zobaczymy, czy selekcjonerka za niewiele ponad miesiąc nie będzie musiała się tłumaczyć z dokonanych przez siebie wyborów. Sytuacja z 94. minuty, kiedy to Nilsson pomimo bardzo bezpiecznego wyniku do końca poszła za Chawingą i ofiarnym wślizgiem naprawiła błąd Pennsäter, przekonała chyba nawet największych sceptyków, że akurat ta piłkarka w tym momencie kariery na powołanie po prostu zasłużyła. Inna sprawa, że w drużynie mistrza kraju wiele zawodniczek wydaje się odczuwać pozytywnie rozumiany głód gry i widać, że nawet wyraźne zwycięstwa nie do końca zaspokajają ich ambicje. W perspektywie walki o najwyższe cele, takie podejście może wyłącznie cieszyć.

Po czerwcowo-lipcowej serii porażek znacznie mniej powodów do radości mają z pewnością w Borlänge. Klub, który bez jakichkolwiek kompleksów wjechał do ekstraklasy, z miejsca stając się ulubieńcem większości neutralnych kibiców, ostatnio ewidentnie wyhamował, w związku z czym rundę jesienną przywita w bezpośrednim sąsiedztwie strefy spadkowej. Nie zapominajmy jednak, że celem ekipy z Dalarny na obecny sezon było utrzymanie i cały czas jego skuteczna realizacja jest wyłącznie w nogach Chawingi, Toohey i reszty tej naprawdę dającej się lubić drużyny. Tyle tylko, że w letniej przerwie trener Björkgren raz jeszcze będzie musiał rozbudzić w swoich zawodniczkach wiarę i entuzjazm, gdyż właśnie tych cech w pewnym momencie jakby zaczęło im brakować. Równie ważne może być podjęcie właściwych decyzji personalnych, dotyczących na przykład obsady bramki. W dzisiejszym meczu między słupkami Kvarnsveden stanęła Lina Lundqvist i pomimo czterech puszczonych goli absolutnie nie dała pretekstu, aby dokonywać tu kolejnych roszad.

12. kolejka – zapowiedź

Ostatnia pełna kolejka przed letnia przerwą, a zarazem formalnie pierwsza w rundzie rewanżowej, przyniesie nam aż trzy rewanże za pojedynki sprzed kilku dni. Zanim więc na dobre zaczniemy żyć reprezentacją i jej brazylijską misją, przyjrzyjmy się, co czeka nas w najbliższy weekend.

Na początek mistrz i stary-nowy lider Damallsvenskan raz jeszcze sprawdzi formę beniaminka z Borlänge. Tydzień temu Rosengård pewnie zwyciężył 6-1, nie pozostawiając rywalkom jakichkolwiek złudzeń, kto w tym zestawie jest bardziej kompletną drużyną. Jeśli na Ljungbergsplanen czeka nas powtórka z niedawnej historii, to niewykluczone, że Kvarnsveden po raz pierwszy w sezonie znajdzie się w strefie spadkowej. Podopieczne Jonasa Björkgrena zapewniają, że zrobią wszystko, aby przerwać passę trzech kolejnych porażek, ale zdobycie przez Chawingę i spółkę choćby punktu w konfrontacji z hegemonem z Malmö należałoby traktować w kategoriach wielkiej niespodzianki.

W sobotę zagrają również drużyny, które punktów potrzebują tak bardzo, jak aplinista tlenu, a Francja medalu przywiezionego w końcu z wielkiej imprezy. Zarówno Kristianstad, jak i Djurgården, trochę na własne życzenie skomplikowały sobie sytuację w tabeli, między innymi solidarnie przegrywając z Umeå. W bezpośrednim starciu na Vilans IP trudno jednoznacznie wskazać faworyta. Wydaje się, że szczególnie po powrocie Emilii Appelqvist, mocniejszą kadrą dysponuje ekipa ze stolicy, ale z drugiej strony Kristianstad na własnym boisku to całkowicie inna drużyna. Pewni możemy być tylko jednego – remisem nikt się tu nie zadowoli.

Nie tak dawno Pernille Harder wchodząc z ławki odmieniła losy meczu w Piteå, a już pojutrze ponownie przyjdzie jej zmierzyć się z ekipą prowadzoną przez Stellana Carlssona. Faworytkami starcia na Arenie Linköping bedą oczywiście gospodynie, które zrobią wszystko, aby nie potknąć się na ostatnim płotku. Atutem gości będize natomiast gra bez najmniejszej choćby presji wyniku. Drużyna z Piteå z delikatną nawiązką wykonała już swój plan na rundę wiosenną, a wszystko, co ewentualnie uda się ugrać w starciu z LFC, byłoby jedynie przyjemnym bonusem.

W Örebro wszyscy z pewnością chcieliby, aby ta pełna rozczarowań runda dobiegła wreszcie końca. Zanim jednak tak się stanie, trzeba jeszcze rozegrać mecz z Mallbacken i bezwarunkowo dopisać do swojego konta trzy kolejne punkty. W niedzielę, trener George Papachristou będzie mógł już skorzystać z usług Ogonny Ckukwudi i niewykluczone, że to właśnie głodna gry lewoskrzydłowa z Nigerii osłodzi nielicznie odwiedzającym Behrn Arenę kibicom początek lata. Tak, czy inaczej, w klubie czekają przede wszystkim na jesień i gorąco liczą, że przy tak wyrównanej stawce, drużyna wzmocniona Lisą Dahlkvist oraz Sarą Michael przypuści jeszcze atak nawet na ligowe podium.

Skoro na Valhalii zobaczyliśmy odmienione Vittsjö, to wydawać by się mogło, że na własnym boisku, w starciu z tym samym rywalem, powinno być już tylko lepiej. Minimalnym faworytem cały czas pozostaje jednak drużyna prowadzona przez Stefana Rehna, która w przypadku przywiezienia z północnej Skanii kompletu punktów najprawdopodobniej spędzi letnią przerwę jako trzeci najlepszy zespół ligi. Promykiem nadziei dla Vittsjö może za to być zwyżkująca forma tercetu Adolfsson – Alanen – Sällström, który w minioną sobotę dał się defensywie z Göteborga mocno we znaki.

Choć jeszcze przed miesiącem w podobny scenariusz nie uwierzyłby pewnie nikt, do bezpośredniego pojedynku Eskilstuny z Umeå gospodynie przystępują z zamiarem przerwania serii czterech kolejnych porażek, zaś goście z chęcią przedłużenia do trzech spotkań swej zwycięskiej passy. Pomimo tego, więcej szans i tak przyznajemy drużynie Viktora Erikssona, która jakościowo zdecydowanie przewyższa zdziesiątkowaną kontuzjami ekipę Marii Bergkvist. Jeśli jednak Rita Chikwelu dojdzie do wniosku, że w sumie można byłoby spróbować opuścić strefę spadkową jeszcze w lipcu, na Tunavallen może zrobić się naprawdę ciekawie.

Liga bramkarskich pomyłek

Lee Alexander, Adelaide Gay, Katie Fraine – co łączy te trzy bramkarki? W zakończonej właśnie kolejce każda z nich bardzo wydatnie przyczyniła się do wyniku osiągniętego przez swój zespół. Ich wkład nie polegał jednak na fantastycznych interwencjach, ale na kuriozalnych błędach, które ostatecznie kosztowały kolejno Mallbacken, Kvarnsveden oraz Vittsjö szansę na korzystny rezultat. W ostatnim meczu rundy całą trójkę spróbowała jeszcze przebić Cajsa Andersson, ale puszczona przez nią między nogami po delikatnym strąceniu Hanny Lundqvist piłka ostatecznie zatrzymała się na słupku. Liczba bramkarskich kiksów i pomyłek w jedenastej serii spotkań nie jest niestety wyjątkiem od reguły, gdyż podobne obrazki od przynajmniej trzech sezonów oglądamy w Damallsvenskan niemal co tydzień. O Elitettan w tym kontekście nie ma sensu nawet wspominać, gdyż stężenie absurdalnych goli jest na zapleczu ekstraklasy nie mniejsze niż we wstępnych fazach turnieju Gothia Cup.

Jasne jest, że błędy przytrafiają się wszystkim piłkarkom (a uogólniając jeszcze bardziej – wszytkim ludziom, którzy nie boją się robić czegokolwiek). Równie jasne jest, że to właśnie pomyłki golkiperek są często najbardziej kosztowne, gdyż niosą za sobą bezpośrednie ryzyko utraty gola. Nikt zatem nie oczekuje od bramkarek grających w szwedzkich klubach bezbłędnej gry, gdyż byłoby to całkowicie niewykonalne. Z drugiej jednak strony, od zawodniczek aspirujących do gry w trzeciej najlepszej lidze Europy pewnego poziomu oczekiwać po prostu wypada. Szczególnie, że mówimy o piłkarkach sprowadzanych nierzadko z przeciwnego końca świata, które w zamierzeniu mają ligę uatrakcyjnić. Nie ma sensu powtarzać za Pią Sundhage, że Damallsvenskan powinna niezwłocznie stać się bardziej szwedzka, bo przecież kompletnie nie o to tu chodzi, ale fakty są takie, że spośród jedenastu aktualnie zakontraktowanych zagranicznych golkiperek (nie wliczamy Kramer czy Bernier, które ze Szwecji już się zawinęły), jedynie o dwóch (ostatecznie trzech, jeśli dodamy do tego leczącą się McLeod) można powiedzieć, że dzięki nim poziom ligi się podniósł. Skoro mamy ambicje, aby w finalnej fazie uczynić z Damallsvenskan dobrze opakowany produkt eksportowy, to oprócz fantastycznej pracy czyniącego sporo w tym kierunku EFD, potrzebujemy jeszcze odpowiedniej jakości piłkarskiej. Owszem, raz na kilka lat możemy pokazać światu najbardziej spektakularny gol samobójczy w historii (to też swego rodzaju osiągnięcie), ale na dłuższą metę raczej nie chcielibyśmy, aby szwedzki futbol kojarzył się poza granicami kraju z takimi właśnie zagraniami. Niestety, runda wiosenna sezonu 2016 przyniosła nam zbyt wiele kiksów, o których wszyscy chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć, a znaczna część z nich była udziałem bramkarek. O ile Amerykanie co tydzień wybierają w NWSL interwencję kolejki, o tyle u nas zdecydowanie bardziej na miejscu byłby plebiscyt na najbardziej nieudane zagranie rundy, gdyż te – w odróżnieniu od wybitnych parad – oglądamy nader często.

Problem ligi przekłada się pośrednio na reprezentację, która w chwili obecnej jest całkowicie zależna od dyspozycji Hedvig Lindahl. Golkiperka Chelsea swego czasu także niejednokrotnie przyprawiała nas o szybsze bicie serc swoją odważną i niekonwencjonalną grą (szczególnie, gdy grając kolejno w Linköping, Göteborgu oraz Kristianstad na siłę starała się zostać pierwszą na świecie bramkarką grającą w roli sweeper keeper, co kilka razy bezbłędnie wykorzystały rywalki), ale trzeba przyznać, że w ostatnich latach jej forma ustabilizowała się na stałym, wysokim poziomie zarówno w klubie, jak i w kadrze. Na kanadyjskim mundialu Lindahl była jedną z nielicznych piłkarek, która absolutnie nie musiały mieć do siebie pretensji za kompletnie nieudany start w mistrzostwach. Wprawdzie wiosna 2016 to – patrząc obiektywnie – najsłabsza runda bramkarki Chelsea od momentu przeprowadzki do Wielkiej Brytanii, ale i tak mając Lindahl między słupkami raczej nie będziemy za miesiąc drżeć przy każdym strzale Chinek, Brazylijek, czy reprezentantek RPA. Duży problem zrobi się dopiero wtedy, gdy z jakichś względów Pia Sundhage nie będzie mogła skorzystać z usług swojej najlepszej bramkarki. Hilda Carlén (podobnie zresztą jak Emelie Lundberg) to solidna zawodniczka na warunki ligowe, ale równocześnie bardzo nierówna, przeplatająca doskonałe występy tymi znacznie słabszymi. Prawdą jest, że ten turniej mógłby równie dobrze zbudować Carlén dla reprezentacji i niewykluczone, że tak by się właśnie stało, ale z drugiej strony chyba nie bez powodu nie ma zbyt wielu takich, którzy bez obaw podchodziliby do ewentualnego ćwierćfinału z Kanadą, czy półfinału z USA lub Francją, gdyby dostępu do naszej bramki miała bronić golkiperka Piteå.

Słynne, piłkarskie powiedzenie mówi, że atak wygrywa mecze, a obrona tytuły. Analizując historię futbolu rzeczywiście można dojść do wniosku, że nawet najbardziej efektownie grająca drużyna do odniesienia sukcesu potrzebowała odpowiedniego zabezpieczenia tyłów. Szwecja od zawsze była, całkiem zresztą słusznie, uważana za największą obok USA i Niemiec kuźnię bramkarskich talentów. Następczyń Inger Arnesson, Elisabeth Leidinge, Caroline Jönsson i Hedvig Lindahl póki co specjalnie jednak nie widać. Media ze Skanii uparcie lansują mit Zeciry Musovic, przypominając, że ta została w sezonie 2014/15 wybrana do najlepszej drużyny Ligi Mistrzyń, ale zapominają przy tym dodać, że w rzeczonej kampanii wystąpiła w zaledwie dwóch spotkaniach, na dodatek rozgrywanych w odstępie sześciu dni. Eksperci UEFA nie od dziś znani są jednak z tego, że błyskawicznie są w stanie dostrzec i docenić prawdziwy, piłkarski kunszt. Tylko oni potrafią przecież w gronie dwudziestu najlepszych zawodniczek kontynentu umieścić piłkarkę, która przez cały rok leczyła kontuzję, a na boisku pojawiła się na … kilkanaście minut (casus Nadine Kessler). Wracając do Musovic – pozostaje mieć nadzieję, że to właśnie za sprawą takich zawodniczek jak ona i o rok młodsza od niej Emma Holmgren, za kilka lat znów będziemy mogli rozmawiać jedynie o kłopotach bogactwa w szwedzkiej bramce. Krokiem we właściwym kierunku z pewnością byłoby bardziej rozważne dokonywanie zakupów w Glasgow, Detroit czy Adelajdzie.

2409280

Fot. Bengt Krönström