Siedem minut w piekle

Przed tygodniem wydawało się, że przedłużona runda wiosenna nie przyniesie nam już nic ciekawszego niż emocjonujący i pełen zwrotów akcji pojedynek Piteå – Eskilstuna, ale nieprawdopodobny wręcz spektakl na Arenie Linköping przebił wszystkie dotychczasowe mecze o kilka długości. Nikogo nie dziwi chyba fakt, że jedną z dwóch głównych ról znów odgrywała w nim drużyna Stellana Carlssona, która jednak tym razem opuszczała boisko z poczuciem wypuszczonej z rąk olbrzymiej szansy. Oczywiście, nikt nie ma wątpliwości, że w końcowym rozrachunku trzy punkty wywalczyła drużyna lepsza piłkarsko, ale heroiczna walka piłkarek z Piteå zasługuje na równie wielki szacunek. Zawodniczki z Norrland raz jeszcze przypomniały, za jakie cechy są uwielbiane przez wielu neutralnych kibiców.

Licznie zebrana na Arenie Linköping publiczność duży szok przeżyła już kilkadziesiąt sekund po pierwszym gwizdku Sary Persson. Pedersen dośrodkowała z narożnika boiska, zagraną przez Norweżkę piłkę delikatnie trąciła jeszcze Lövgren, a całe zamieszanie wyjaśniła Bragnum, na raty pakując futbolówkę do siatki. Spotkanie nie zdążyło się jeszcze na dobre rozpocząć, a Piteå cokolwiek sensacyjnie prowadziło 1-0! Show podopiecznych Stellana Carlssona trwał jednak dalej i po dziewięciu minutach kandydat do mistrzowskiego tytułu musiał odrabiać już dwubramkową stratę. Tym razem gola sprezentowała przyjezdnym Cajsa Andersson, która postanowiła sprawdzić, czy pod względem umiejętności technicznych może się równać z Martą. Szybko okazało się, że do słynnej Brazylijki trochę jej jednak brakuje, co idealnie wykorzystała Bragnum, drugi raz uszczęsliwiając chyba całe Norrbotten. Jeśli pierwszy gol sympatycy LFC potraktowali jako klasyczny wypadek przy pracy, to w tym momencie koszmary minionych lat wróciły już na poważnie. Czyżby znowu w decydującym momencie coś miało pójść nie tak? Czy to możliwe, aby w siedem minut marzenia o tytule zabiła piłkarka, która jeszcze kilka miesięcy temu była rezerwową w drużynie kończącej sezon z bilansem 0-2-20 i stosunkiem bramek 11-71? Czy można przegrać z drużyną, której rozgrywająca jesienią 2015 biegała po trzecioligowych boiskach?

Wątpliwości było dużo, a czasu na postawienie trafnej diagnozy i wdrożenie właściwej terapii znacznie mniej, bo jedynie osiemdziesiąt minut. Linköping rzecz jasna natychmiast rzucił się do odrabiania strat, ale z minuty na minutę, choć mieliśmy dopiero pierwszą połowę, gra gospodyń stawała się coraz bardziej nerwowa, czego najlepszym dowodem były strzały oddawane z nie do końca przygotowanych pozycji. Tuż przed gwizdkiem oznajmiającym przerwę, w dość niecodzienny sposób, udało się jednak gospodyniom złapać kontakt bramkowy. Na 1-2, bezpośrednio z rzutu rożnego, trafiła Magdalena Ericsson, kompletnie zaskakując Hildę Carlén. Oczywiście, doskonale wiemy, że kapitanka LFC lubi od czasu do czasu wkręcić piłkę z rogu, ale takich bramek bardziej spodziewalibyśmy się jednak w starciach na przykład z reprezentacją Mołdawii niż w meczach, w których w bramce drużyny przeciwnej stoi kadrowiczka Szwecji na Igrzyska w Rio. Inna sprawa, że kornera, po którym padł gol w ogóle nie powinno być, gdyż wybijana chwilę wcześniej przez Pedersen futbolówka w żadnym momencie nie przekroczyła całym obwodem linii końcowej.

Jak wiele dało gospodyniom trafienie Ericsson, widać było od pierwszych sekund drugiej połowy. Napędzane jak zwykle przez niezmordowaną Pernille Harder piłkarki Linköping zaatakowały z jeszcze większą pasją i od pewnego momentu wydawało się, że ten zbudowany dziś na niezwykle solidnych fundamentach mur z Piteå ma coraz mniejsze szanse na dotrwanie do końcowego gwizdka w nienaruszonym stanie. Zawodniczki Stellana Carlssona broniły się dzielnie do 65. minuty, ale wobec pięknej wrzutki Harder na długi słupek były już całkowicie bezradne. Akcję sfinalizowała ostatecznie Fridolina Rolfö, w ten sposób dając rywalkom jasno do zrozumienia, że ekspres LFC, pomimo przejściowych trudności, i tak zatrzyma się tylko i wyłącznie na stacji zwycięstwo. Tak się zresztą ostatecznie stało, a trzy punkty zapewniła swej drużynie oczywiście jej największa gwiazda. Trzynasty gol Dunki w sezonie był jednocześnie tym najbrzydszym, zdobytym po małym bilardzie w szesnastce gości, ale za chwilę już nikt nie będzie tego pamiętał. Na ten moment liczy się bowiem tylko to, że walka o mistrzostwo wciąż pozostaje absolutnie nierozstrzygnięta, a sen o drugim w historii tytule dla Linköping potrwa przynajmniej do września. Wiosną i latem piłkarki Martina Sjögrena wykonały bowiem sto procent planu i mogą z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udać się na zgrupowanie reprezentacji lub – w przypadku Pernille Harder – na krótkie wakacje w Hiszpanii.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s