Zwycięstwo last minute

Za każdym razem, gdy wydaje się, że sytuacja w dolnej połówce tabeli Damallsvenskan nie może stać się jeszcze bardziej interesująca, piłkarki udowadniają nam, że dla nich nie ma rzeczy niemożliwych. Zwycięstwo Umeå nad Kristianstad oznacza bowiem, że dokładnie na półmetku rozgrywek kluby z miejsc szóstego i dwunastego dzieli zaledwie pięć punktów. Jesień w szwedzkiej piłce zapowiada się więc arcyciekawie i kto wie, czy podobnie jak w poprzednim sezonie, na najważniejsze rozstrzygnięcia nie poczekamy aż do ostatniej serii spotkań.

Dzisiejszy mecz miał kolosalne znaczenie szczególnie dla drużyny prowadzonej przez Marię Bergkvist. O ile Kristianstad grał o to, aby wyrobić sobie choćby minimalną przewagę nad strefą spadkową, o tyle ekipa z Umeå walczyła o zachowanie kontaktu z ligowym peletonem. Ewentualny brak zwycięstwa oznaczał, że piłkarki z Västerbotten bardzo skomplikowałyby swoją sytuację prze rundą rewanżową. Siedmiokrotnym mistrzyniom Szwecji najgorszego scenariusza udało się ostatecznie uniknąć, ale do 79. minuty wydawało się, że to prezentująca niezwykle zdyscyplinowany futbol drużyna ze Skanii wywiezie z Energi Areny komplet punktów. W 21. minucie Hellström zachowała się bardzo nieodpowiedzialnie we własnej szesnastce, a z nieoczekiwanego prezentu postanowiła skorzystać Danielsson, nie dając Enblom najmniejszych szans na skuteczną interwencję. Po zdobytym golu piłkarki z Kristianstad oddały wprawdzie gospodyniom inicjatywę, ale trzeba podkreślić, że nie była to w ich wykonaniu rozpaczliwa obrona korzystnego wyniku. Świetną robotę wykonywały Nilsson i Edgren, dwie defensywne pomocniczki gości, które nie pozwalały zawodniczkom Umeå na swobodne rozgrywanie piłki. O to, aby niebezpieczeństwo nie nadciągnęło ze skrzydła, równie skutecznie dbały van de Putte oraz Ivarsson, choć ta ostatnia zupełnie niepotrzebnie sfaulowała szarżującą Linę Hurtig (na jej szczęście Alicia Westman nie dopatrzyła się w tej sytuacji przewinienia). Tak, czy inaczej, bardzo długo zanosiło się, że tę niezwykle istotną dla układu tabeli partię piłkarskich szachów na swoją korzyść rozstrzygną podopieczne Elisabet Gunnarsdottir. Wtedy jednak piąty bieg włączyła Rita Chikwelu, raz jeszcze udowadniając, że do jedenastki sezonu Damallsvenskan wybierano ją absolutnie nieprzypadkowo.

Swojej szansy na urwanie się defensorkom Kristianstad Nigeryjka szukała już znacznie wcześniej, ale niezwykle pieczołowicie opiekowały się nią Edgren oraz Nilsson, w razie potrzeby wspomagane jeszcze przez Sif Atladottir. Upilnować zawodniczkę tej klasy przez pełne dziewięćdziesiąt minut jest jednak niezwykle trudno, o czym zawodniczki ze Skanii przekonały się dobitnie w ostatnim kwadransie. Najpierw Chikwelu w tempo wyszła do centry Fanny Hjelm z głębi pola i na raty pokonała Brett Maron, a zaledwie trzy minuty później sama wystąpiła w roli asystentki, zagrywając idealną piłkę na głowę Hanny Sandström. Urodzona w Asabie pomocniczka potrzebowała zaledwie 180 sekund, aby nie tylko zapewnić swojej drużynie trzy niezwykle ważne punkty, ale przy okazji tak mocno potrząsnąć tabelą Damallsvenskan, że sytuacja przynajmniej kilku klubów zmieniła się diametralnie. Gościom nie udało się bowiem wyszarpać nawet remisu, choć Iworyjka Guehai miała jeszcze w ostatnich sekundach szansę, aby zapewnić Kristianstad jeden, gwarantujący pozostanie nad strefą spadkową punkt.

Skoro w głównych rolach na Energi Arenie wystąpiły dziś piłkarki z Afryki, to odnotować musimy jeszcze debiut na ekstraklasowych boiskach Zabibu Nduwimany. Obdarzona nieprzeciętnym talentem siedemnastolatka, która dwa lata temu odrzuciła powołanie do szwedzkiej kadry U-15, stała się tym samym pierwszą w historii obywatelką Burundi grającą w Damallsvenskan. Nduwimana dostała od Marii Bergkvist nieco ponad dziesięć minut na zaprezentowanie swych umiejętności i w tym czasie zdążyła zaimponować szybkością i bardzo dobrym startem do piłki. Dzisiejszy mecz zarówno jej, jak i pozostałym piłkarkom Umeå, i tak kojarzyć się będzie przede wszystkim ze zwycięstwem, które niewątpliwie dało żółto-czarnym drugie, piłkarskie życie.

******

Na Stadionie Olimpijskim w Sztokholmie Linköping wypełnił zasadniczą część planu, która zakładała odniesienie wyjazdowego zwycięstwa nad Djurgården. O tym, aby powalczyć z Rosengård o tytuł mistrza półmetka, przy tak mizernej skuteczności piłkarek LFC, nie mogło jednak być mowy. Pomimo licznie stwarzanych sytuacji, drużyna prowadzona przez Martina Sjögrena trzeci raz z rzędu (wliczając półfinał Pucharu Szwecji z Eskilstuną) musiała zadowolić się skromnym 1-0.

Gola, jak się później okazało na wagę trzech punktów, zdobyła w 27. minucie Fridolina Rolfö, pokonując Gudbjörg Gunnarsdottir mierzonym strzałem zza linii pola karnego. Powołana przez Pię Sundhage do wąskiej kadry na Igrzyska Olimpijskie zawodniczka miała jeszcze przynajmniej dwie okazje, aby zapewnić kibicom z Linköping znacznie mniej nerwową końcówkę spotkania. W obu sytuacjach górą była jednak stanowiąca niezwykle mocny punkt zespołu ze Sztokholmu golkiperka z Islandii. Największą przewagę piłkarkom Martina Sjögrena udało się uzyskać w pierwszym kwadransie po przerwie, ale skuteczne interwencje Gunnarsdottir (a także bardzo ofiarna postawa defensywy) pozwoliły utrzymać Djurgården w grze do ostatniej minuty. Indolencja strzelecka LFC mogła zostać skarcona na niewiele ponad kwadrans przed końcem spotkania, kiedy to Cajsa Andersson postanowiła dołączyć do zdecydowanie zbyt długiej listy bramkarek, które popełniły w zakończonej właśnie kolejce kardynalne błędy i przepuściła między nogami piłkę strąconą delikatnie przez Hannę Lundqvist (fenomenalna asysta Johanny Rytting Kaneryd). Drużynie z Linköping tym razem dopisało jednak szczęście, gdyż futbolówka, nad którą Andersson nie miała absolutnie żadnej kontroli, zatrzymała się ostatecznie na słupku, niwecząc w ten sposób plany beniaminka na sprawienie sporej niespodzianki.

Spadek na własne życzenie?

Na własne żądanie wypisać się można z imprezy, ze szpitala, czy nawet (w niektórych krajach) ze świata żywych. Przypadki, w których sportowcy dobrowolnie rezygnują z walki o mistrzostwo kraju, chcąc rywalizować w niższej klasie rozgrywkowej, cały czas należą jednak do rzadkości. Od każdej reguły trafia się jednak wyjątek i w tym przypadku znaleźliśmy go w niewielkiej miejscowości leżącej pośrodku Värmland. Poznajcie Mallbackens IF Sunne.

Tydzień temu piłkarki z Värmland nie podjęły walki z Kristianstad, choć rywal absolutnie nie znajdował się poza ich zasięgiem. Dziś postawę Mallbacken trudniej ocenić aż tak jednoznacznie. Z jednej strony nie sposób nie zauważyć wyszarpanego niemal w ostatnich sekundach remisu, czy skutecznej pogoni od stanu 1-3. Z drugiej – warto zastanowić się, czy aby na pewno jeden punkt jest wszystkim, co w starciu z osłabionym brakiem Chukwudi oraz Tancredi przeciwnikiem z Örebro, podopieczne odesłanego w ostatnich minutach na trybuny Davida Umeclira mogły dzisiaj osiągnąć.

Wszyscy, nie wyłączając chyba nawet George’a Papachristou, wiedzą, że na Strandvallen jedenastka z Sunne jest groźna dla wszystkich. Jeśli więc Mallbacken marzy o utrzymaniu, punktów szukać musi przede wszystkim w meczach rozgrywanych na własnym boisku, ze szczególnym uwzględnieniem tych, które już od pierwszej minuty wydają się układać po myśli drużyny z Värmland. Dziś na gola dającego prowadzenie kibice Mallbacken czekać musieli zaledwie 42 sekundy. Z rzutu rożnego dośrodkowała Frida Broström, a Julia Karlernäs strzałem głową pokonała Carolę Söberg. Trudno było wymarzyć sobie lepszy początek, ale zamiast pójść za ciosem, gospodynie cofnęły się głęboko na własną połowę, jakby chciały w ten sposób zaprosić piłkarki Örebro do prowadzenia gry. Z zaproszenia jako pierwsza skorzystała rozgrywająca swój zdecydowanie najlepszy mecz w sezonie Veronica Perez. Meksykanka wykorzystała fakt, że żadna z zawodniczek Mallbacken nie zdecydowała się do niej doskoczyć i, mając dużo miejsca, pocelowała idealnie, tuż przy prawym słupku. Po niespełna ośmiu minutach było więc 1-1, ale dopiero w drugiej połowie rozkręcił się prawdziwy rollercoaster.

W 53. minucie wynik brzmiał już 3-1 dla Örebro, ale nie był on bynajmniej efektem piorunującej nawałnicy ze strony gości, a przede wszystkim postawy Lee Alexander. Szkocka bramkarka Mallbacken bez większych wyrzutów może bowiem zapisać na swoje konto asysty przy obu bramkach dla gości. W pierwszej sytuacji Alexander wrzuciła sobie piłkę do bramki po całkowicie niegroźnym strzale Marie-Eve Nault (ewentualnie dośrodkowaniu lub wybiciu, gdyż trudno odgadnąć, jaki właściwie był zamiar Kanadyjki), a po niespełna pięciu minutach chaotyczną i pozbawioną jakiejkolwiek kontroli interwencją na przedpolu spowodowała, że futbolówka znalazła się pod nogami Perez, która akurat dziś doskonale wiedziała, jaki zrobić z niej użytek. Gospodyniom trzeba oddać, że tym razem stracone w kuriozalnych okolicznościach gole nie poskutkowały przedwczesnym wywieszeniem białej flagi, w efekcie czego później nastapił wspomniany na początku, zwieńczony golem wyrównującym w doliczonym czasie gry, powrót Mallbacken. Warto w tym miejscu zauważyć, iż autorką trafienia na 3-3 była poddawana regularnej krytyce Zoe Ness. Napastniczka ze Szkocji rzeczywiście nie zawsze dokonuje dobrych wyborów, często irytuje oddawanymi seryjnie strzałami z kompletnie nieprzygotowanych pozycji, ale nie zapominajmy, że to właśnie ona – wspólnie z Mimmi Larsson – zdobywała w poprzednim sezonie gole decydujące o pozostaniu Mallbacken w krajowej elicie.

W Sunne powinni zdawać sobie sprawę, że dysponują kadrą o znacznie mniejszym potencjale niż chociażby w Vittsjö, Örebro czy Sztokholmie. W przypadku Mallbacken każdy błąd, każdy niepotrzebnie stracony gol, sprokurowany rzut karny, czy przegrany mecz, może mieć ostatecznie bardzo przykre konsekwencje. W minionym roku, ekstraklasę w Sunne udało się uratować przede wszystkim dlatego, że piłkarki z Värmland w przekroju całego sezonu popełniły zdecydowanie mniej błędów niż zawodniczki Hammarby, z którymi przecież przegrały oba bezpośrednie starcia. Jeśli w Sunne nie chcą w tym roku znaleźć się po drugiej stronie tej opowieści, trzeba z dzisiejszej i ubiegłotygodniowej lekcji jak najszybciej wyciągnąć konstruktywne wnioski.

Jak przełamanie, to tylko na Valhalli

Gdyby końcowy wynik meczu Göteborg – Vittsjö zależał jedynie od formy prezentowanej w ostatnich tygodniach przez oba zespoły, jedyną niewiadomą byłyby rozmiary zwycięstwa drużyny Stefana Rehna, a przedmeczowe prognozy zaczynałyby się pewnie gdzieś w okolicach 3-0. Piłka nożna kolejny raz udowodniła nam jednak, dlaczego jest najbardziej nieprzewidywalnym ze wszystkich sportów zespołowych. Pojedynek na Valhalli zakończył się bowiem podziałem punktów i to klub ze Skanii może odczuwać niedosyt, że ze szczęśliwego przecież terenu nie udało się przywieźć jeszcze czegoś więcej.

Göteborg od pierwszych minut starał się ułożyć mecz pod siebie, ale pomimo olbrzymiej przewagi w posiadaniu piłki i liczbie wymienionych podań, naprawdę groźnych spięć pod bramką gości nie było prawie wcale. Znacznie bardziej konkretne były za to pojedyncze kontry Vittsjö, napędzane przez umiejętnie wykorzystujące swój największy atut w postaci szybkości Lindę Sällström oraz Clarę Markstedt. Po jednym z takich wypadów Ezurike umieściła nawet futbolówkę w siatce gospodyń, ale pozycja spalona Kanadyjki była tak ewidentna, że nawet nie było sensu rozpoczynać polemiki z dobrze prowadzącą dzisiejsze zawody Camillą Eriksson. Najlepsza w pierwszej połowie okazja dla Göteborga była za to efektem ogromnego zamieszania w szesnastce gości. Najpierw próbowała wykorzystać je Hammarlund (trafiła w poprzeczkę), następnie Lindén (wybiła Ezurike), ale koniec końców skończyło się na strachu.

Zarówno bezbramkowy remis, jak i nadspodziewanie dobra postawa Vittsjö, miały być gwarantem wielkich emocji podczas drugich czterdziestu pięciu minut. Rzeczywiście, ponownie Göteborg starał się cierpliwie rozmontować defensywę rywalek atakiem pozycyjnym, zaś piłkarki gości nastawiały się na kontry (w dobrej sytuacji po jednej z nich znalazła się Sällström). Do 62. minuty wciąż utrzymywał się jednak wynik 0-0 i dopiero trafienie Rebecki Blomqvist zmieniło ów stan. Sporym nadużyciem byłoby nazwanie bramki dla gospodyń klasycznym “golem z niczego”, gdyż drużyna z Göteborga przeprowadziła niezwykle przemyślaną i dobrze rozegraną akcję, ale patrząc z perspektywy Vittsjö, na pewno dało się takiego przebiegu wydarzeń uniknąć. Nie popisała się jednak ani formacja defensywna, ani puszczająca stosunkowo lekki strzał w krótki róg Katie Fraine. Amerykańska golkiperka swoja tegoroczną dyspozycję znacznie bardziej efektownie podsumowała jednak cztery minuty później, katastrofalnie obliczając lot piłki i sprawiając w ten sposób, że złe dośrodkowanie Elin Landström zamieniło się w gola na 2-0 dla gospodyń. W tym momencie wydawało się niemal przesądzone, że nikt i nic nie odbierze dziś Göteborgowi trzech punktów.

Vittsjö postanowiło jednak zagrać do końca i miejmy nadzieję, że postawa klubu ze Skanii w ostatnim fragmencie meczu będzie drogowskazem dla wszystkich klubów Damallsvenskan i Elitettan, które zdecydowanie zbyt często godzą się z porażką na długo przed końcowym gwizdkiem. Nieco odważniejsze naciśnięcie na niestanowiącą przecież monolitu obronę z Västergötland sprawiło, że ta zaczęła się gubić, a zawodniczki z Vittsjö dochodzić do coraz bardziej dogodnych pozycji strzeleckich. Najpierw nie udało się Sällström, nieco później pudło stulecia (i nie jest to w najmniejszym stopniu hiperbola) zaliczyła Mercik, ale w 84. minucie, za sprawą Lindy Sällström, w końcu padł gol kontaktowy. W tym momencie zawodniczki z Vittsjö chyba na dobre uwierzyły, że są w stanie jeszcze coś ugrać i na dwie minuty przed końcem regulaminowego czasu gry dopięły swego. Nigeryjka Okobi przytomnie wycofała do wprowadzonej chwilę wcześniej na boisko Hjälmkvist, a ta pokonała Loes Geurts strzałem po ziemi, zapewniając swojej drużynie jeden, niezwykle cenny z psychologicznego punktu widzenia punkt.

******

Być może beniaminek z Borlänge przyjechał dziś do Malmö z doskonale przygotowanym planem na pokonanie mistrza kraju. Być może Jonas Björkgren i jego sztab wiedzieli o zawodniczkach Rosengård więcej niż one same wiedzą o sobie. Być może, ale tego niestety już się nie dowiemy, gdyż wszystkie przedmeczowe notatki można było podrzeć dokładnie po … osiemnastu sekundach. Najwierniejsza grupka sympatyków Rosengård nie zdążyła nawet dobrze zająć miejsc na sektorze w okolicach linii środkowej, a drużyna z Malmö już prowadziła 1-0. Na listę strzelczyń wpisała się Natasza Andonowa, ale za prawdopodobnie najszybszego gola sezonu (przyznacie, że ciężko będzie pobić ten wynik) Macedonka w pierwszej kolejności powinna podziękować Adelaide Gay. W momencie strzału Andonowej bramkarka Kvarnsveden znajdowała się bowiem mniej więcej dwadzieścia metrów przed linią bramkową. Co dokładnie robiła w tym miejscu i jak w ogóle się tam znalazła? Cóż, są ludzkie wybory, które na zawsze pozostaną nieodgadnione.

Wspomniana sytuacja nie była niestety jedyną, w której golkiperka z Princeton nie stanęła na wysokości zadania. W 10. minucie Andonowa raz jeszcze zdecydowała się na strzał z dystansu, a piłka po rękawicach Gay wtoczyła się do siatki. Była gwiazda Turbine Poczdam uderzyła dobrze, z odpowiednią siłą, ale nie była to próba na tyle precyzyjna, żeby nawet bramkarka o tak skromnych warunkach fizycznych dała się w ten sposób zaskoczyć. Gol na 2-0 jednak padł i w tym momencie rozpoczęła się nieuchronna, piłkarska egzekucja. Wprawdzie statystyki pomeczowe absolutnie na to nie wskazują, ale przewaga Rosengård w niemal każdym elemencie gry była tak wyraźna, że kolejne trafienia były jedynie kwestią czasu. Strzelecki licznik klubu z Malmö zatrzymał się ostatecznie na cyfrze sześć, a honorowe trafienie dla gości było efektem amerykańskiej kombinacji duetu Toohey – Elnicky. Wyskoie zwycięstwo podopiecznych Jacka Majgaarda oznacza, że najprawdopodobniej to Rosengård zostanie ostatecznie mistrzem półmetka. Aby stało się inaczej, Linköping będzie jutro w Sztokholmie potrzebował zwycięstwa różnicą przynajmniej pięciu goli.

Gang Carlssona cudu dokonał

Pierwszy mecz jedenastej kolejki miał bardzo dużo smaczków. Po pierwsze – naprzeciw siebie stanęły dwie absolutne rewelacje poprzedniego sezonu. Po drugie – to właśnie w Piteå zatrzymany został wówczas marsz Eskilstuny po mistrzowską koronę. Po trzecie – szansę na sprawdzenie się w bezpośrednim pojedynku otrzymały bramkarki, które jeszcze przedwczoraj rywalizowały o miejsce w kadrze na Igrzyska. Po czwarte – podstawową napastniczką klubu z Norrland jest obecnie Felicia Karlsson, która w drużynie Viktora Erikssona pełniła znacznie mniej eksponowaną rolę. Na LF Arenie mieliśmy być świadkami emocjonującego widowiska i trzeba oddać, że obie drużyny wzorowo stanęły na wysokości zadania. Skoro niedawno, po pamiętnych popisach Vittsjö, postulowaliśmy obligatoryjne odejmowanie punktów za grę bez chociażby śladowych ilości ambicji, to po dzisiejszym meczu wypadałoby zaapelować o dopisanie obu ekipom przynajmniej jednego oczka, gdyż naprawdę nikt nie zasłużył na to, aby schodzić z murawy z zerowym dorobkiem.

Trzy punkty ostatecznie wywalczyła drużyna Stellana Carlssona i jednobramkowe zwycięstwo gospodyń chyba najbardziej sprawiedliwie oddaje przebieg wydarzeń na boisku w Piteå. Na LF Arenie, od pierwszego do ostatniego gwizdka Tess Olofsson, działo się jednak tyle, że tak naprawdę to spotkanie mogło zakończyć się każdym możliwym wynikiem. W pierwszych minutach dominowały piłkarki z Norrland, zupełnie jakby napędzało je wsparcie licznie zgromadzonej i głośno dopingującej publiczności. Okres zdecydowanej przewagi udało się udokumentować pięknym golem June Pedersen bezpośrednio z dość kontrowersyjnie podyktowanego rzutu wolnego. To, że gospodynie na przerwę schodziły prowadząc różnicą tylko jednej bramki, było przede wszystkim zasługą tego, że przed utratą kolejnych Eskilstunę aż trzykrotnie ratowała poprzeczka. Nie jest jednak tak, że szczęście tego dnia było wyłącznie sprzymierzeńcem gości – w tym niesamowitym i pełnym zwrotów akcji meczu także zawodniczki z Eskilstuny trzy razy ostrzeliwały obramowanie bramki strzeżonej przez Hildę Carlén.

Przez moment mogło się wydawać, że to szalone widowisko uspokoi nieco zdobyty po fenomenalnym uderzeniu Irmy Helin gol na 2-0, ale podopieczne Viktora Erikssona postanowiły grać do końca i były – mówiąc całkowicie dosłownie – o milimetry od tego, aby zabrać ze sobą do Södermanland jeden punkt. Najpierw Emelie Lövgren sfaulowała we własnej szesnastce Mimmi Larsson, a sama poszkodowana pewnie wykonała jedenastkę, przywracając gościom nadzieję, a następnie obejrzeliśmy szalony kwadrans, podczas którego obie ekipy miały okazje, aby na swoją korzyść rozstrzygnąć ten mecz. Najbliżej powodzenia była ponownie Larsson, której w ostatniej minucie udało się nawet po raz drugi umieścić futbolówkę w siatce Carlén, ale tym razem pani Olofsson gola nie uznała, słusznie dopatrując się pozycji spalonej. Paradoks całej sytuacji polega na tym, że gdyby Larsson nie dotykała piłki, a ta po strzale Barsley wtoczyłaby się do bramki, Eskilstuna zdobyłaby calkowicie prawidłowego gola na 2-2. Czy tak by się stało, nigdy się już jednak nie dowiemy.

Na początku wspominaliśmy o pojedynku bramkarek i gdyby brać pod uwagę jedynie dzisiejszą dyspozycję, zdecydowanie lepiej zaprezentowała się Hilda Carlén. Emelie Lundberg absolutnie także nie musi się wstydzić swojej postawy, ale tym razem to golkiperce Eskilstuny częściej przytrafiały się mniej pewne zagrania. Z punktu widzenia reprezentacji, martwić może także kolejny bezbarwny występ Olivii Schough, która nie potrafiła wykorzystać nawet prezentu w postaci podania od Faith Ikidi. Znamienne jest to, że gra Eskilstuny nabrała największej płynności już po opuszczeniu boiska przez reprezentacyjną skrzydłową. Nie najlepiej wyglądała także współpraca na linii Schough – Larsson, przez co Eskilstuna zmarnowała świetną okazję na doprowadzenie do remisu tuż po utracie gola na 0-1.

Dla Piteå znacznie bardziej niż indywidualne laurki liczy się jednak wynik drużyny, a ta, zupełnie jakby chciała kolejny raz udowodnić wszystkim ekspertom brak kompetencji, zameldowała się właśnie na ligowym podium. Miejsce na nim najpewniej utraci już w sobotę, po planowym zwycięstwie Göteborga nad Vittsjö, ale wyniki osiągane przez gang Carlssona i tak zasługują na słowa największego uznania. Sukcesywnie osłabiana drużyna, zamiast rozpaczliwie bić się o ligowy byt, coraz wyraźniej pokazuje, że ani limity, ani prawa logiki, nie zostały stworzone dla niej.

11. kolejka – zapowiedź

Życie, szczególnie to sportowe, nie znosi pustki. Jeszcze niedawno zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądało przywitanie Dalarny z ekstraklasą, a tymczasem zupełnie niepostrzeżenie dobrnęliśmy do półmetka sezonu 2016. Jutro rozpoczyna się bowiem jedenasta seria ligowych zmagań.

Otworzy ją mecz dwóch drużyn, które w minionym roku napisały najpiękniejszą kartę klubowej historii, co sprawia, że trudno o lepszą propozycję na czwartkowy wieczór. Wbrew jakiejkolwiek logice, zarówno Eskilstuna, jak i Piteå, zakończyły poprzedni sezon na podium, choć nigdy wcześniej do medalowych lokat nie były w stanie się nawet zbliżyć. Co równie ważne, ich mecze oglądało się z niekłamaną przyjemnością i to bez względu na końcowy rezultat. Jak można było przypuszczać, obie ekipy nie były w stanie zatrzymać w swoich szeregach kilku kluczowych piłkarek, ale pomimo znaczących, zimowych osłabień wciąż znajdują się w czołówce ligowego peletonu. Jesienią 2015, porażka 0-1 na LF Arenie najprawdopodobniej pozbawiła Eskilstunę tytułu mistrzowskiego. Czy jutro podopiecznym Viktora Erikssona uda się wziąć srogi rewanż? Odpowiedź poznamy za około trzydzieści godzin.

W weekend do gry wracają obaj faworyci do tytułu, którzy w poprzedniej serii solidarnie wymęczyli skromne zwycięstwa 1-0. Tym razem, przynajmniej teoretycznie, powinno być łatwiej, gdyż na ich drodze staje duet beniaminków. Chwalone przez większą część rundy wiosennej Kvarnsveden złapało ostatnio solidną zadyszkę i nie wydaje się, aby akurat w Malmö złą kartę udało się odwrócić. Nieco więcej problemów liderkom z Linköping mogą sprawić piłkarki Djurgården, ale wyłącznie pod warunkiem natychmiastowej poprawy gry defensywnej. Jeśli bowiem zawodniczki ze Sztokholmu zafundują nam powtórkę z Umeå, to nawet Stina Blackstenius w strzeleckiej formie z poniedziałku zakończy mecz z hat-trickiem na koncie.

O tym, że sytuacja w dolnej części tabeli jest niezwykle dynamiczna, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. W najbliższych dniach czekają nas dwa spotkania, które mogą całkowicie odwrócić układ sił w walce o utrzymanie. W starciu drużyn, które zmagają się dodatkowo z olbrzymimi problemami natury pozasportowej, podbudowane ostatnim zwycięstwem Umeå podejmie na własnym boisku Kristianstad. Równie interesująco będzie w Sunne, gdzie Örebro postara się udowodnić swoją piłkarską wyższość nad zawsze groźną, szczególnie na włąsnym terenie, ekipą Mallbacken. Zawodniczki z Värmland również nie chciałyby spędzić letniej przerwy w strefie spadkowej, więc na Strandvallen możemy spodziewać się ciekawego widowiska.

W innym meczu jedenastej serii spotkań, grające obecnie najbardziej bezbarwny futbol w lidze Vittsjö uda sie do Göteborga i na pewno nie będzie w tym pojedynku faworytem. Drużyna z północnej Skanii to niewątpliwie największe (nawet biorąc pod uwagę Örebro) rozczarowanie tegorocznych rozgrywek. Pomimo obecności w kadrze Vittsjö wielu naprawdę solidnych piłkarek, trudno w poczynaniach tej grupy znaleźć jakąkolwiek zespołowość. Sytuację pogarszają dodatkowo problemy zdrowotne trenera Thomasa Mårtenssona, a drużyna, która miała bić się o ligowe podium, niebezpiecznie stacza się w okolice strefy spadkowej. W sobotę Vittsjö zagra na szczęśliwym dla siebie stadionie, na którym udało się odnieść pierwsze zwycięstwo w historii występów klubu w Damallsvenskan, ale mając na uwadze obecną sytuację, nie wydaje się to być specjalnie dużym pocieszeniem.