Lista Sundhage ogłoszona

Każdy, kto zapoznał się z naszą zeszłotygodniową prognozą, oficjalne ogłoszenie wąskiej kadry na Igrzyska mógł sobie bez większych wyrzutów odpuścić. Ci, którzy pomimo tego dzisiejszy wieczór zdecydowali się spędzić razem z Pią Sundhage, nie dowiedzieli się absolutnie nic nowego. Ostateczne decyzje naszej selekcjonerki były tak oczywiste, jak to, że Kvarnsveden i Sundsvall nie potrafią zagrać na zero z tyłu. Czy aż tak duża przewidywalność tym razem poprowadzi nas do sukcesu? Czas na bardziej dogłębną analizę jeszcze przyjdzie, ale na nieco ponad miesiąc przed meczem przeciwko RPA pytań i wątpliwości z pewnością nie brakuje.

Nie pomogła ani fantastyczna w ostatnich tygodniach dyspozycja Emelie Lundberg, ani solidna od przynajmniej dwóch lat forma Mimmi Larsson. Żadna z nich, podobnie zresztą jak nieszablonowo grająca Malin Diaz, nie znalazła się ostatecznie wśród wybranek Sundhage. Blisko szczęścia była Pauline Hammarlund, ale i ona musiała zadowolić się jedynie miejscem na liście rezerwowych, co dla najlepszej szwedzkiej snajperki Damallsvenskan w poprzednim sezonie nie jest z pewnością szczytem marzeń.

Powołania piłkarek formacji ofensywnej wzbudzają zresztą najwięcej kontrowersji i trudno się temu dziwić. Całkiem niedawno Johan Rydén wyliczył, że spośród wszystkich branych pod uwagę pomocniczek i napastniczek, w ostatnich dwunastu miesiącach zdecydowanie najsłabsze statystyki mają Lotta Schelin oraz Olivia Schough. Nawet zawodniczki operujące znacznie dalej od bramki przeciwniczek mogą pochwalić się znacznie lepszymi statystykami w klubie i w reprezentacji za ten okres. Tyle tylko, że Pia Sundhage ma do wspomnianej dwójki bezgraniczne zaufanie i chyba nikt nie spodziewał się, że kogoś z duetu Schelin – Schough mogłoby w Rio zabraknąć. Zarówno dla wieloletniej gwiazdy Lyonu, jak i dla skrzydłowej Eskilstuny, turniej w Brazylii z pewnością nie będzie należał do łatwych. Jeśli obie dobrą postawą odpłacą się selekcjonerce, przy okazji zamykając usta krytykom – wszyscy będziemy mieli okazję do świętowania. Jeśli jednak stanie się dokładnie odwrotnie, już kilka minut po ewentualnym odpadnięciu z turnieju pojawią się pytania, czy pierwsza nie została powołana wyłacznie za zasługi, a druga potrafi wykreować coś więcej niż tylko pozytywną atmosferę w szatni. Póki co, pozostaje wiara, że zarówno Schelin, jak i Schough to, co najlepsze zaprezentują dopiero w starciach z RPA, Brazylią, Chinami, a następnie Kanadą/Australią, czy kimkolwiek, kogo przyniesie nam los w postaci drabinki. Tej właśnie myśli będziemy się trzymać, nawet jeśli racjonalnych przesłanek każących nam w nią wierzyć nie ma póki co zbyt wiele.

Wąska kadra na Rio:

Bramkarki: Hilda Carlén, Hedvig Lindahl

Obrończynie: Jonna Andersson, Emma Berglund, Magdalena Ericsson, Nilla Fischer, Jessica Samuelsson, Linda Sembrant

Pomocniczki: Emilia Appelqvist, Kosovare Asllani, Lisa Dahlkvist, Fridolina Rolfö, Elin Rubensson, Caroline Seger

Napastniczki: Stina Blackstenius, Sofia Jakobsson, Lotta Schelin, Olivia Schough

Rezerwowe: Emelie Lundberg, Hanne Gråhns, Amanda Ilestedt, Pauline Hammarlund

pia

Fot. Maja Suslin

Cierpienia nowego lidera

Dziesiąta kolejka Damallsvenskan generalnie rozczarowywała poziomem, ale dzisiejsze danie główne miało nam z nawiązką wynagrodzić wszystkie wcześniejsze niedostatki. Pojedynek na Arenie Linköping, choć rzecz jasna stał na o kilka klas wyższym poziomie niż chociażby wczorajsza kopanina w Vittsjö, długimi minutami także nie zachwycał. Dla Martina Sjögrena oraz jego podopiecznych największym problemem nie był jednak rozczarowujący poziom widowiska, a utrzymujący się aż do 86. minuty bezbramkowy rezultat. Taki wynik oznaczał bowiem, że tuż przed końcem rundy wiosennej mistrz z Malmö uciekłby najgroźniejszemu konkurentowi na odległość dwóch punktów. Czarny scenariusz dla Linköping tym razem się nie ziścił, w czym duża zasługa niezawodnej Pernille Harder.

Duńska supergwiazda (chyba już najwyższy czas przestać obawiać się tego określenia) nie strzeliła dziś wprawdzie swego trzynastego gola w sezonie, ale bez niej w składzie Linköping z pewnością nie spoglądałby w tym momencie z góry na wszystkich ligowych rywali. W pierwszej, dość niemrawej w wykonaniu LFC połowie, to właśnie Harder była motorem napędowym niemal wszystkich akcji swojej drużyny. To po jej strzale piłka odbiła się od poprzeczki, to ona genialnymi, prostopadłymi podaniami, wypracowywała swoim koleżankom z formacji ofensywnej kolejne stuprocentowe okazje. Po przerwie, choć wydawało się to niemożliwe do wykonania, zawodniczka z Viborga jeszcze podkręciła tempo, jakby podskórnie czując, że poniesiona dziś ewentualna strata może okazać się niezwykle bolesna 5. listopada. Sytuacja z 62. minuty, kiedy Harder z wściekłością uderzała dłonią w murawę, niesłusznie zresztą domagając się odgwizdania rzutu wolnego, najdobitniej pokazuje, jak bardzo była zmotywowana i nakręcona wyłącznie na zwycięstwo. Nadspodziewanie długo zanosiło się jednak na to, że Loes Geurts uda się zachować czyste konto i tym samym uszczęśliwić za jednym zamachem pół Göteborga i niemal całe Malmö. Defensywę gości udało się bowiem przełamać dopiero na cztery minuty przed końcem regulaminowego czasu gry. Asystowała oczywiście Harder, do siatki trafiła Blackstenius.

Skoro jesteśmy już przy autorce zwycięskiego gola, to musimy uczciwie napisać, że ewidentnie nie był to dzień największej nadziei szwedzkiej piłki. Blackstenius potrafiła wprawdzie kilka razy uwolnić się spod krycia i stosunkowo łatwo dochodziła do sytuacji strzeleckich (inna sprawa, że przynajmniej w równym stopniu były one zasługą świetnego przeglądu gry Harder), ale raziła przy tym wykańczaniem akcji na poziomie, z którego nie byłaby dumna nawet piłkarka grająca na co dzień w Division 1. Dzięki sytuacji z 86. minuty większość grzechów zostanie jej z pewnością wybaczona, ale trudno przejść obojętnie obok tego, że zawodniczka tej klasy, mając sześć wybornych okazji, zaledwie raz uderza w światło bramki. Fakt, że w trzech przypadkach odgwizdano pozycję spaloną trudno uznać za okoliczność łagodzącą, gdyż Blackstenius ewidentnie za każdym razem próbowała oddać celny strzał. Równie słabą skuteczność zaprezentowała dziś zresztą także Fridolina Rolfö, ale końcowy wynik sprawia, że i ona pewnie nie będzie musiała się specjalnie tłumaczyć ze zmarnowanej w pierwszej połowie “setki”.

W poprzednich latach o drużynie z Linköping często mówiło się, że nikt w Europie nie potrafi równie pięknie przegrywać. Wszystko wskazuje jednak na to, że w tym roku ta prawidłowość straci nieco na aktualności. Dziś na murawie Areny Linköping podopieczne Martina Sjögrena bardzo długo cierpiały, ale koniec końców udało się im wyszarpać trzy bezcenne punkty. Był horror, ale jesteśmy dziwnie spokojni, że nikt nie zamieniłby go na kolejną efektowną porażkę.

Trzy punkty zgarnia czerwona latarnia

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy większą niespodzianką jest fakt, że drużyna z Umeå odniosła dziś pierwsze w sezonie ligowe zwycięstwo, czy może okoliczności, w których padły wszystkie trzy gole dla ekipy z Västerbotten. Stężenie absurdu na sztokholmskim stadionie momentami było bowiem tak wysokie, że w tle brakowało jedynie podkładu muzycznego z serialu Muppet Show. W największym skrócie wyglądało to tak:

3. minuta – po serii mniej lub bardziej nieudanych zagrań piłka ląduje pod nogami Sandström, napastniczka z Umeå zagrywa wzdłuż linii bramkowej, stoperki Djurgården (dziś w tych rolach wystąpiły Ekroth oraz van den Bulk) próbują przeciąć dośrodkowanie, ale udaje im się jedynie synchronicznie przeciąć powietrze, a stojąca na dalszym słupku Lina Hurtig brzuchem wpycha futbolówkę do siatki.

10. minuta – rzut rożny dla gości. Hellström dośrodkowuje na piąty metr, Gunnarsdottir źle oblicza lot piłki, a ta – pomimo obecności w pobliżu kilku piłkarek Djurgården – wtacza się ostatecznie do siatki.

42. minuta – van den Bulk wślizgiem próbuje skasować dwójkową kontrę piłkarek Umeå. Po interwencji Holenderki piłka odbija się jednak od Sandström i – tak, tak – raz jeszcze wpada do bramki drużyny ze Sztokholmu.

Trzy akcje, trzy kuriozalne gole, 3-0 dla gości do przerwy. Defensywa Djurgården znów przypominała dziś formację, która nawet w Elitettan – łagodnie mówiąc – nie stanowiła zapory nie do przejścia. Jedynej szansy na uratowanie tego meczu podopieczne Yvonne Ekroth mogły upatrywać w tym, że obrończynie Umeå wcale nie prezentowały się wiele lepiej. Do nich bardzo szeroko od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty uśmiechała się jednak fortuna, gdyż przynajmniej dwukrotnie zawodniczki gości niemal same prosiły się o gola dla Djurgården, a ten i tak nie padł. Inna sprawa, że na przykład Katrin Schmidt uparła się, aby wszystkie strzały kierować wprost w Tove Enblom, a ta taktyka raczej nie mogła przynieść większych korzyści. Skuteczniejsza od swojej niemieckiej koleżanki była za to grająca pierwszy mecz po przerwie spowodowanej kontuzją Emilia Appelqvist. Reprezentacyjna pomocniczka zmieniła w przerwię Alexandrę Höglund i udanym występem najprawdopodobniej zapewniła sobie miejsce w samolocie, który niebawem wyruszy w kierunku Brazylii. Honorowy gol autorstwa Appelqvist był jednak zaledwie niewielkim pocieszeniem dla fanów DIF, którzy z pewnością spodziewali się dziś innego rezultatu. Zwycięstwo Umeå oznacza jednak, że dolna połówka tabeli na półmetku sezonu zrobiła się bardziej płaska niż ukształtowanie terenu w Danii.

******

W obecnym sezonie Damallsvenskan oglądaliśmy już wiele meczów, w których o końcowym wyniku decydowała przede wszystkim piłkarska dojrzałość. Zakończony właśnie pojedynek Kvarnsveden i Örebro spokojnie możemy więc dopisać do tej listy. Do wywiezienia z Dalarny kompletu punktów wystarczyła gościom jedna akcja, w której Ogonna Chukwudi i Melissa Tancredi pokazały swoim dzisiejszym rywalkom, dlaczego to one, w przeciwieństwie do zawodniczek z Borlänge, grywały już na największych piłkarskich turniejach.

Beniaminek kolejny raz zaprezentował niesamowitą ambicję i wolę walki, ale poza tym piłkarki Jonasa Björkgrena miały niestety bardzo niewiele do zaoferowania. Raz jeszcze okazało się, że niezawodną receptą na Kvarnsveden jest wyłączenie z gry stanowiącej być może ponad połowę wartości całego zespołu Tabithy Chawingi. Napastniczka z Malawi i tak w pojedynczych przypadkach potrafiła urwać się spod opieki defensorek Örebro, ale do czystej sytuacji strzeleckiej udało jej się dojść zaledwie raz. Dzięki podwajaniu (a momentami i potrajaniu) Chawingi, więcej miejsca już tradycyjnie miały pozostałe zawodniczki z Dalarny, ale odpowiadająca w drużynie beniaminka za rozdzielanie piłek Meghan Toohey ewidentnie nie miała dziś dobrego dnia. W zdobywaniu kolejnych punktów zawodniczkom z Borlänge nie pomaga także fakt, że od momentu awansu do ekstraklasy jeszcze ani razu nie potrafiły zagrać na zero z tyłu. Strzegąca bramki Kvarnsveden Amerykanka Adelaide Gay wystrzega się wprawdzie poważnych błedów, ale z drugiej strony w całym sezonie najniższa bramkarka Damallsvenskan nie zanotowała jeszcze choćby jednej spektakularnej interwencji, którą pomogłaby drużynie.

Mizeria à la Vittsjö

Po trzydziestu minutach pojedynku Vittsjö i Piteå zdecydowanie najbardziej zadowoleni byli ci, którzy to słoneczne, niedzielne popołudnie zdecydowali się spędzić z dala od piłkarskiego stadionu. Wprawdzie w statystykach obu drużynom zapisano po jednym celnym strzale, ale uderzenie Ngozi Okobi bardziej przypominało nieudane dośrodkowanie, a po próbie Faith Ikidi piłka została wyblokowana tak szybko, że Katie Fraine nawet nie zdążyła się zaniepokoić trajektorią jej lotu. Nie będzie wielkiego przekłamania w stwierdzeniu, że w poczętkowej fazie gry najciekawszym wydarzeniem był aut wykonany przez Irmę Helin wyraźnie … sprzed linii bocznej. Mecz toczył się więc w spacerowym tempie, aż tu nagle padł gol. Pedersen wrzuciła futbolówkę w szesnastkę Vittsjö, defensorki ze Skanii zastanawiały się w tym czasie co ciekawego będzie można dziś wieczorem robić w Hässleholm, a zamykająca akcję Lena Blomkvist niespodziewanie chyba nawet dla samej siebie umieściła piłkę w siatce. Zdobyta przez gości bramka wcale nie ożywiła jednak sennego widowiska, a jedynym godnym odnotowania wydarzeniem z końcówki pierwszej połowy był chytry strzał Pedersen z rzutu wolnego, po którym ekipa z Norrland mogła prowadzić już 2-0.

Po przerwie spodziewaliśmy się nieco bardziej otwartej gry, chociażby z tego powodu, że gospodynie nie miały już specjalnie czego bronić. Pod bramką Hildy Carlén wciąż nie działo się jednak nic ciekawego, a reprezentacyjna golkiperka nawet gdyby chciała przypomnieć się Pii Sundhage jakąś efektowną interwencją jeszcze przed ogłoszeniem wąskiej kadry na Igrzyska, to zwyczajnie nie miała takiej okazji. Piłkarki Vittsjö atakować próbowały głównie skrzydłami, ale Faith Ikidi oraz Emelie Lövgren bez większych problemów radziły sobie z dośrkodkowaniami Okobi i Klingi. Defensywa z Piteå zdrzemnęła się wprawdzie na kwadrans przed końcem spotkania, ale akurat wtedy piłkarkom z Norrland dopisało szczęście. Po centrze Rachel Mercik w doskonałej sytuacji znalazła się Ebba Hed, ale szesnastolatka ze Skanii z najbliższej odległości posłała piłkę w słupek. Bardziej precyzyjna była w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry Sandra Adolfsson, ale Carlén zachowała koncentrację i zażegnała niebezpieczeństwo wybiciem na rzut rożny.

Dzisiejszy mecz miał być dla Vittsjö szansą na odbudowanie się po pamiętnej klęsce w Linköping, ale nic takiego ostatecznie nie nastapiło. Owszem, drużyna Thomasa Mårtenssona miała swoje okazje, ale chyba nikt z neutralnych widzów nie będzie żałował, że po takiej grze ostatecznie schodziła z boiska bez jakiejkolwiek zdobyczy punktowej. Jeśli kolejne mecze nie przyniosą jakiegoś wyraźnego przełomu, to wszystko wskazuje na to, że tegoroczna jesień w Vittsjö będzie niezwykle gorąca i to bez wzgęldu na wskazania termometrów. Znacznie lepsze humory panują za to w Piteå, ale po trzecim z rzędu wyjazdowym meczu zagranym na zero z tyłu trudno się temu dziwić. Rozkręcająca się z meczu na mecz rewelacja poprzedniego sezonu udowadnia, że choć w tym roku nie gra póki co aż tak efektownie, to i tak zawsze i wszędzie trzeba się z nią liczyć.

Örebro, mamy problem!

Gdyby ktoś wybudził się dziś z kilkumiesięcznego snu i postanowił przeanalizować aktualną tabelę Damallsvenskan, jedna rzecz z pewnością wzbudziłaby niemałe zaciekawienie. KIF Örebro w strefie spadkowej? Coś tu ewidentnie się nie zgadza. Jasne, nie możemy zapominać, że piłkarki trenera Papachristou przed letnią przerwą rozegrają jeszcze trzy mecze i w każdym z nich wydają się być mniej lub bardziej zdecydowanym faworytem. Tyle tylko, że według stanu na 25. czerwca 2016, drużyna z Behrn Areny zajmuje aktualnie lokatę, która gwarantowałaby jej … występy w Elitettan w sezonie 2017. Nawet wywalczenie kompletu punktów w trzech najbliższych kolejkach (co – nawiasem mówiąc – powinno być w Örebro traktowane jako obowiązek) nie będzie w stanie zamazać fatalnego wrażenia, jakie w rundzie wiosennej pozostawiła po sobie drużyna, która jeszcze kilka miesięcy temu stoczyła w Lidze Mistrzyń niezwykle wyrównany i pechowo przegrany dwumecz z PSG.

Co jest główną przyczyną greckiej tragedii w ośmiu aktach (pomijamy jedyny zwycięski mecz przeciwko Kristianstad), którą w ostatnich tygodniach oglądaliśmy w wykonaniu Örebro? Odpowiedź na to pytanie również pomoże nam znaleźć analiza tabeli, z której dość jasno wynika, że podopieczne George’a Papachristou mają ogromny problem ze zdobywaniem goli. W rozegranych dotychczas dziewięciu meczach ligowych, piłkarkom z Örebro zaledwie sześciokrotnie udawało się pokonać bramkarkę drużyny przeciwnej. Oczywiście, zrzucanie całej winy na zawodniczki ofensywne byłoby sporym uproszczeniem przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, w dzisiejszej piłce coraz bardziej zaciera się umowna granica między atakiem i obroną, co najlepiej pokazują wyznaczające nowe trendy czołowe piłkarki świata. Po drugie, nie możemy zapominać, że wysokie porażki z Djurgården czy Eskilstuną były przede wszystkim pokłosiem niespotykanych zbyt często na tym poziomie indywidualnych błędów w obronie. Fakty są jednak takie, że aby wygrywać trzeba samemu strzelać, a drużyna z Örebro póki co może się pochwalić niezbyt imponującą średnią 0,67 gola na mecz. Jest to najsłabszy wynik w lidze, lepszy wykręciła nawet prowadzona przez Marię Bergkvist ekipa z Umeå, która wobec olbrzymiej plagi kontuzji w pewnym momencie musiała straszyć rywalki niebudzącym chyba w nikim specjalnej grozy atakiem Bäckström – Sandström.

Czy strzelecka niemoc Örebro spowodowana jest tym, że w kadrze klubu brakuje zawodniczek prezentujących odpowiedni poziom? Absolutnie nie! Środek pomocy tworzy niezwykle ciekawy duet De Jongh – Perez. Pierwsza w poprzednim sezonie była absolutnym objawieniem Damallsvenskan, a niektórzy eksperci już widzieli ją w reprezentacji Pii Sundhage. Druga to absolwentka University of Washington, swego czasu gwiazda rozgrywek akademickich w USA, a dziś jedna z liderek kadry Meksyku. Równie okazale w klubie z Behrn Areny prezentują się skrzydła: po lewej stronie mamy niezwykle wszechstronną Nigeryjkę Ogonnę Chukwudi, po prawej zaś dynamiczną i szybką Julię Spetsmark, która dodatkowo świetnie współpracuje z biegającą po tej samej flance ofensywnie usposobioną Hanne Gråhns. Zestaw ten uzupełnia grająca na szpicy, imponująca świetnymi warunkami fizycznymi, 118-krotna reprezentantka Kanady Melissa Tancredi, której nie trzeba chyba szerzej przedstawiać, wspomagana w razie potrzeby przez obdarzoną nieprzeciętnym talentem Adelisę Grabus. Na papierze, bez specjalnie długich negocjacji, na ofensywę zamieniłoby z Örebro większość klubów Damallsvenskan. Tylko, że papier – co wiemy zresztą doskonale – goli nie strzela.

Ostatnie dni przyniosły nam informację o powrocie do Örebro Lisy Dahlkvist (swoją drogą – będzie to dla niej już trzeci epizod w tym klubie) i kto wie, czy pod względem sportowym nie jest to najciekawszy transfer tego roku w szwedzkiej piłce. Reprezentacyjna pomocniczka może stać się bowiem tym elementem, który pomoże ekipie z Behrn Areny odbić się od dna, na którym ta mająca niewspółmiernie wysokie względem osiąganych wyników ambicje drużyna dość nieoczekiwanie się znalazła. Dahlkvist nie jest być może piłkarką przesadnie efektowną, ale w Örebro potrzebują przede wszystkim efektywności, którą Lisa bezsprzecznie gwarantuje. Gdyby zrobić ranking najlepszych “szóstek” i “ósemek” na świecie, w obu tych klasyfikacjach, gdzieś zaraz za ścisłą czołówką, znalazłoby się miejsce właśnie dla reprezentantki Szwecji. Jest to o tyle interesujące, że w przeciwieństwie do chociażby Sary Björk Gunnarsdottir, Dahlkvist nie jest zawodniczką grającą przez dziewięćdziesiąt minut klasyczne box to box. Jej atutem jest za to niezwykle umiejętne wykorzystywanie świetnych warunków fizycznych, co sprawia, że jest niezwykle pomocna przy zarówno ofensywnych, jak i defensywnych stałych fragmentach gry.

Ostatnie miesiące przyniosły wiele zmian w życiu Lisy Dahlkvist. W listopadzie na świat przyszła jej córka Penny (to właśnie jej imię ma wypisane na butach), a przed kilkoma dniami reprezentantka Szwecji zdecydowała się poślubić swoją wieloletnią partnerkę Jessikę Danielsson. Można więc powiedzieć, że w pewnym sensie powrót do Örebro jest dla Dahlkvist początkiem nowego rozdziału. Pozostaje życzyć, aby na wszystkich płaszczyznach był on pasmem samych sukcesów.

dahlkv

Fot. TT