Dziewiętnaście lat i wystarczy

W Malmö wszyscy przygotowywali się dziś do świętowania, ale aby wznieść pierwszy od 1997 roku puchar, swoją wyższość trzeba było jeszcze udowodnić na boisku. Sprawę ułatwiały nieco problemy kadrowe Linköping, ale nie zapominajmy, że drużyna Martina Sjögrena w ostatnich latach była dla mistrzyń Szwecji bardzo niewygodnym rywalem. Także w dzisiejszym finale, choć Rosengård od pierwszych minut dyktował warunki gry, bardzo długo nie udawało się sforsować defensywnych zasieków gości. Piłkarki Linköping, niczym reprezentacja Szwecji w fazie pucharowej Igrzysk Olimpijskich w Rio, skupiały się głównie na destrukcji, od czasu do czasu próbując uruchomić swój dynamiczny, ofensywny tercet Minde – Harder – Blackstenius. Ta taktyka przez ponad czterdzieści minut przynosiła pożądany efekt, ale właśnie wtedy rozpoczął się show zawodniczki, która nieprzypadkowo uznawana jest za jedną z największych gwiazd w historii futbolu.

Mająca bardzo świeże i nie do końca przyjemne doświadczenia z konkursami rzutów karnych Marta najwyraźniej stwierdziła, że tym razem nie ma sensu czekać do jedenastek i na dwie minuty przed końcem pierwszej części gry obsłużyła Lottę Schelin takim podaniem, że była gwiazda Lyonu musiała jedynie zrobić to, co potrafi robić najlepiej. Jeśli jednak na stadionie wciąż znajdowali się tacy, na których tamto zagranie nie zrobiło wielkiego wrażenia, to tuż po wznowieniu gry obejrzeliśmy popis na kształt tego, który doskonale pamiętamy z meczu przeciwko USA na MŚ 2007. Jedyną różnicą było to, iż dziś po indywidualnej akcji Marta zdecydowała się na dośrodkowanie, a futbolówkę do siatki Linköping strąciła ostatecznie Lieke Martens.

Dwubramkowe prowadzenie miejscowych wskazywało na to, że piłkarki z Malmö mają ten mecz pod kontrolą i rzeczywiście nic złego (patrząc z ich perspektywy) tego popołudnia ich nie spotkało. Nie oznacza to jednak, że na początku drugiej połowy na Malmö IP skończyły się emocje. Ambitnie grające zawodniczki gości postarały się bowiem o gola kontaktowego, którego autorką, podobnie jak w olimpijskim finale, była Stina Blackstenius. Identycznie jak na Maracanie, napastniczka Linköping wpisała się na listę strzelczyń w 67. minucie, a jedyną zmianą było nazwisko asystentki. W tej roli grającą dziś ligowy mecz Schough doskonale zastąpiła Jonna Andersson. Nadzieje LFC na całkowite odrobienie strat zgasły jednak bardzo szybko, najpierw w słupek bramki gości pocelowała Masar, a po chwili Marta – już samodzielnie – postawiła stempel na pierwszym od niemal dwóch dekad i trzecim w historii klubu pucharowym zwycięstwie. Ostatni kwadrans to już całkowita kontrola ze strony Rosengård, zwieńczona ogromnym wybuchem radości po ostatnim gwizdku dobrze prowadzącej dzisiejsze spotkanie Sary Persson. W Malmö z pewnością liczą na to, że na kolejny triumf w tych rozgrywkach nie przyjdzie czekać do roku 2035.

fcr_cup2016_2

Fot. SvFF

Gościnność kluczem do spadku

Terminarz ułożył się tak, że debiut Daniela Doverlinda w roli pierwszego szkoleniowca Umeå wypadł na być może kluczowy w kontekście walki o zachowanie ekstraklasowego bytu mecz. Nic więc dziwnego, że zarówno grające w nowym ustawieniu 4-4-2 gospodynie, jak i goście z Borlänge, skupiły się przede wszystkim na tym, aby uniknąć głupio straconych goli, co niestety w bieżących rozgrywkach obu klubom udawało się niezwykle rzadko. Bardzo szybko okazało się jednak, że podobnie jak wiosną, formacje defensywne Umeå i Kvarnsveden trudno nazwać monolitem, w związku z czym okazji strzeleckich pod obiema bramkami nie brakowało. Najpierw Sandström w sytuacji sam na sam z Gay nastrzeliła amerykańską bramkarkę, następnie Roddar ostemplowała słupek bramki Umeå, próbując wykończyć indywidualną akcję Chawingi, aż w końcu Hurtig w sobie tylko znany sposób zmarnowała klasyczną “setkę”. Trudna do wytłumaczenia obustronna indolencja strzelecka pewnie trwałaby w najlepsze, gdyby w 33. minucie Chikwelu nie wycięła we własnej szesnastce debiutującej dziś na boiskach Damallsvenskan Elisabeth Addo. Rzut karny zamieniła na gola druga z nowych piłkarek w talii Jonasa Björkgrena – Tiffany Weimer i ekipa z Dalarny znalazła się na prowadzeniu.

Zgodnie z przypuszczeniami, Umeå rzuciło się do odrabiania strat, ale pomimo przewagi w posiadaniu piłki bardzo długo jedynym wymiernym, choć mało chlubnym efektem gry gospodyń było … rozbicie głowy Robyn Decker, która na kilka minut musiała opuścić plac gry. Znacznie bardziej konkretne w działaniach były za to piłkarki gości, które na kwadrans przed końcem, za sprawą niezawodnej jak zwykle Chawingi, podwyższyły rezultat. Asystę przy trafieniu napastniczki z Malawi zanotowała Weimer, puentując w ten sposób niezwykle udany debiut na szwedzkich boiskach. W doliczonym czasie gry podopiecznym Daniela Doverlinda udało się wprawdzie zdobyć gola honorowego, ale na więcej zabrakło już zarówno czasu, jak i umiejętności. Drugie w historii wyjazdowe zwycięstwo Kvarnsveden w ekstraklasie stało się faktem i cieszyło tym bardziej, że znów odniesione zostało w meczu z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie.

Dzisiejsza porażka sprawia, że sytuacja niezwykle zasłużonego dla szwedzkiej piłki klubu z Västerbotten stała się już bardzo trudna. Jakimś światełkiem w tunelu może być wprawdzie długo wyczekiwany powrót na boisko Hanny Glas oraz Hanny Folkesson, ale jeśli za tydzień nie uda się przywieźć jakiejkolwiek zdobyczy punktowej z Vittsjö, to perspektywa spadku na stulecie istnienia klubu przybliży się na niebezpieczną odległość. A takiego scenariusza wszyscy w Umeå z pewnością woleliby uniknąć.

******

Niepisana reguła Damallsvenskan mówi wyraźnie – jeśli przegrywasz na własnym boisku z Kristianstad, raczej nie spodziewaj się utrzymania. Gdyby brać te przepowiednie dosłownie, to w Sunne już w tym momencie powwinni zacząć przypominać sobie trasę dojazdu na stadiony w Uppsali czy Östersundzie. Na szczęście dla Mallbacken sezon potrwa jeszcze ponad dwa miesiące, ale bądźmy szczerzy – z taką grą, jak dziś pozostało jedynie liczyć na cud, a o ten będzie niezwykle trudno z trzech powodów. Po pierwsze – Jennifer Falk gra obecnie w Göteborgu. Po drugie – Mimmi Larsson gra obecnie w Eskilstunie. Po trzecie – Eilish McSorley z powodu kontuzji do końca sezonu nie zagra nigdzie.

Jeszcze kilka godzin temu wydawało się, że piłkarki ze Strandvallen wygrały los na loterii, dostając domowy mecz z Kristianstad w momencie, gdy drużyna Elisabet Gunnarsdottir boryka się z olbrzymimi problemami kadrowymi. Ich skalę najlepiej oddaje fakt, że między słupkami bramki ekipy ze Skanii z konieczności stanęła dziś Sofia Almryd Andersson, która swój trzeci i zarazem ostatni jak dotychczas mecz w najwyższej klasie rozgrywkowej rozegrała siedem lat temu! Zawodniczki Mallbacken zadbały jednak, aby powrót mierzącej zaledwie 164 centymetry golkiperki do ekstraklasy przebiegał całkowicie bezstresowo. Andersson tak naprawdę ani razu nie została zmuszona do wykazania się swoimi umiejętnościami, zabrakło nawet uderzeń z dystansu, które w zaistniałej sytuacji wydawały się dość oczywistym rozwiązaniem. Gospodynie obudziły się nieco dopiero po straconym golu, ale gdy w końcu Julia Karlernäs zdecydowała się na strzał, to kopnięta przez nią futbolówka odnalazła się dopiero w okolicach rynku w Hagfors.

Drużyna z Kristianstad także nie zagrała dziś wielkiego meczu, ale na przestrzeni dziewięćdziesięciu minut na pewno bardziej zasłużyła na wywalczenie kompletu punktów. Ten ostatecznie udało się zabrać do Skanii dzięki perfekcyjnie wykonanemu rzutowi wolnemu. Rasmussen dośrodkowała na siódmy metr, Carlsson wygrała główkę z Sarą Bergman i Alexander musiała wyciągnąć piłkę z siatki. W drugiej połowie zawodniczki Elisabet Gunnarsdottir miały jeszcze dwie okazje na to, aby definitywnie rozstrzygnąć losy meczu, ale przy tak dysponowanych rywalkach pudła Guehai oraz Edgren nie niosły za sobą poważniejszych konsekwencji.

Dla kogo puchar?

Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy Therese Sjögran była obiecującą nastolatką, Norwegia mistrzem świata, a Malmö z Kopenhagą nie łączył żaden most? To właśnie wtedy piłkarki FC Rosengård (wówczas jeszcze pod nazwą Malmö FF) ostatni raz cieszyły się ze zwycięstwa w rozgrywkach o Puchar Szwecji. Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, klub, który w ostatnich trzech dekadach w zasadzie nie wypadał poza pierwszą czwórkę ligowej tabeli, w krajowym pucharze nie tylko nie potrafił potwierdzić swojej supremacji, ale nawet nie był w stanie zbliżyć się do podobnych osiągnięć.

Wszystko przemawia jednak za tym, że ta nadspodziewanie długa seria niemocy ekipy ze Skanii może zakończyć się już w najbliższą niedzielę. Choć w wielkim finale zmierzą się dwa najlepsze na ten moment szwedzkie kluby, to drużyna Jacka Majgaarda jest uważana, całkowicie zresztą słusznie, za zdecydowanego faworyta. Po pierwsze, spotkanie rozegrane zostanie na Malmö IP, gdzie Rosengård nie zwykł przegrywać. Po drugie, mistrzynie Szwecji w końcu mają komfort wystawienia jedenastki zbliżonej do optymalnej, a nikomu nie trzeba tłumaczyć, jak wielka to siła. Po trzecie, kadra Linköping – i tak stosunkowo wąska – została w ostatnich tygodniach jeszcze bardziej osłabiona w wyniku transferu Wiery Diateł i kontuzji Fridoliny Rolfö.

Nie zapominajmy jednak, że drużyna z Linköping też ma swoje atuty, dzięki którym trzeci w tym roku szwedzki klasyk wcale nie musi stać na niższym poziomie niż dwa poprzednie. Największy z nich nazywa się niewątpliwie Pernille Harder. Dunka z Viborga we wtorek strzeliła cztery gole w starciu ze Smedby i nic nie wskazuje na to, aby jej wyborna forma z wiosny zagubiła się podczas krótkiego wypoczynku w Hiszpanii. Sympatycy LFC spore nadzieje pokładają także w utrzymaniu przez Stinę Blackstenius skuteczności z Igrzysk oraz w rzutach wolnych i rożnych wykonywanych przez Magdalenę Ericsson.

Niezależnie od końcowego wyniku, będziemy w niedzielę świadkami interesującego wydarzenia. Zwycięstwo Rosengård da tej ekipie pierwszy puchar od dziewiętnastu lat, triumf Linköping sprawi, że to właśnie ta drużyna stanie się najbardziej utytułowaną w historii tych rozgrywek. Pierwszy gwizdek na Malmö IP dokładnie o 15:00, najwyższy czas w wielkim stylu rozpocząć piłkarską jesień!

13. kolejka – zapowiedź

Tak się w tym roku złożyło, że trzynasta seria spotkań w Damallsvenskan rozgrywana jest przez … trzy miesiące! Wszystko to za sprawą zaplanowanego na niedzielę finału krajowego pucharu, w którym mistrzynie z Malmö zmierzą się z obrończyniami tytułu z Linköping. To, że ścisła czołówka ligi ma na najbliższy weekend zgoła inne plany, nie oznacza jednak, że na boiskach szwedzkiej ekstraklasy nie wydarzy się nic ciekawego. Co więcej, dla czterech klubów już pierwszy jesienny mecz może okazać się kluczowym w walce o być albo nie być na najwyższym szczeblu rozgrywek.

Los sprawił bowiem, że w najbliższej kolejce zagrają przeciwko sobie drużyny najbardziej zaangażowane w walkę o uniknięcie degradacji – Umeå podejmie na własnym boisku Kvarnsveden, zaś Mallbacken zmierzy się z Kristianstad. Stawka obu tych spotkań jest dla wszystkich całkowicie jasna – po przedłużonej rundzie wiosennej różnica między dziewiątym, a dwunastym miejscem w tabeli wynosi zaledwie jeden punkt i to właśnie wyniki bezpośrednich spotkań mogą zadecydować o ostatecznym kształcie dolnych rejonów tabeli. Faworytów wskazać tu niezwykle ciężko, gdyż nie dość, że takie mecze zawsze rządzą się własnymi prawami, to jeszcze przynajmniej dwie z wymienionych powyżej ekip stanowią dla nas wielką zagadkę. Jak wyglądać będzie Umeå Daniela Doverlinda, o co będzie grać Kristianstad i jak spisze się amerykańsko-afrykański zaciąg w Borlänge? To tylko niektóre z pytań, które przynajmniej do soboty zadawać będą sobie kibice wspomnianych klubów.

Równie ekscytujące widowisko czeka nas na LF Arenie w Piteå, gdzie nieobliczalna drużyna Stellana Carlssona podejmie odmienione i gotowe do szturmu na wyższe rejony tabeli Örebro.  Nowy trener gości Martin Skogman w swoim debiucie nie będzie mógł wprawdzie skorzystać z usług Sary Michael, ale i tak najbardziej wyczekiwanym momentem jest powrót do Damallsvenskan Lisy Dahlkvist. Czy okaże się on równie efektowny, jak występu byłej już gwiazdy PSG na boiskach Brazylii?

W jedynym niedzielnym meczu broniąca lokaty na najniższym stopniu wirtualnego podium Eskilstuna podejmie jedno z największych rozczarowań rundy wiosennej, czyli ekipę Vittsjö. Faworytkami wydają się być podopieczne Viktora Erikssona, ale nie zapominajmy, że akurat starcia tych ekip są zazwyczaj niezwykle wyrównane, niezależnie od tego, na jakim poziomie toczy się rywalizacja. Jeśli zatem ktoś będzie spragniony dodatkowych emocji po finale Pucharu Szwecji, to z pewnością warto zajrzeć na Tunavallen.

Powrót do rzeczywistości

Wprawdzie nie samym Rio człowiek żyje, ale prawda jest taka, że zdecydowana większość szwedzkich kibiców od początku sierpnia … żyła samym Rio. Igrzyska dobiegły jednak końca i już niebawem przyjdzie nam zamienić żywiołowość Maracany na znacznie bardziej kameralny klimat Strandvallen czy Vilans IP. Aby uczynić powrót do poolimpijskiej rzeczywistości nieco bardziej łagodnym, spróbowaliśmy zebrać w jednym miejscu dziesięć najważniejszych wydarzeń, które mogły umknąć uwadze tych z was, dla których w ostatnich tygodniach liczyła się przede wszystkim impreza odbywająca się po tamtej stronie Atlantyku.

– Pożegnanie z grecką myślą szkoleniową. Zaledwie pół roku trwała przygoda George’a Papachristou z Damallsvenskan. Następcą pierwszego w historii szwedzkiej ekstraklasy greckiego szkoleniowca został Martin Skogman, dotychczasowy asystent Viktora Erikssona w Eskilstunie i to on podejmie się zadania wprowadzenia Örebro na ligowe podium.

– W znacznie bardziej burzliwych okolicznościach odbyło się rozstanie Marii Bergkvist z Umeå. Nie zabrakło słownych przepychanek, wzajemnych oskarżeń o słabe wyniki i brak taktu, a nawet groźby strajku połowy kadry pierwszego zespołu. Ostatecznie – oprócz oczywiście byłej już trenerki – z klubem z Västerbotten pożegnały się jedynie dwie piłkarki, ale atmosfera w przeddzień być może kluczowego dla dalszych losów siedmiokrotnego mistrza Szwecji meczu przeciwko Kvarnsveden jest daleka od idealnej.

– Karuzela trenerska bardziej niż zazwyczaj kręci się w tym roku także w Elitettan. Na zmiany zdecydowali się w Karlstad, Sztokholmie, Alingsås i Skellefteå, a coś podpowiada nam, że to jeszcze nie koniec.

– Skoro jesteśmy już przy Elitettan, to tam runda jesienna trwa już w najlepsze. Limhamn Bunkeflo oraz Hammarby robią wszystko, aby nasze przedsezonowe typowania okazały się w stu procentach słuszne i pewnym krokiem podążają w kierunku awansu. Jeśli na ostatniej prostej nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, aż dwa wielkie miasta doczekają się w przyszłym sezonie ekstraklasowych derbów.

– Transfery Lotty Schelin, Lisy Dahlkvist czy Chloe Logarzo z pewnoscią nie uszły niczyjej uwadze, ale nie mniej imponującym nabytkiem może pochwalić się Limhamn Bunkeflo. Lider Elitettan pozyskał bowiem 92-krotną reprezentantkę Francji, Sabrinę Viguier, która ma uporządkować chaos panujący dotychczas w defensywie LB07.

– Ten nieco bardziej znany klub z Malmö tak intensywnie szukał następczyni Sary Björk Gunnarsdottir, że ostatecznie zdecydował się na piłkarkę, która w orbicie zainteresowań znajdowała się już od ponad pół roku (o czym zresztą na bieżąco informowaliśmy). Grająca dotychczas w niemieckiej Jenie reprezentantka Chorwacji Iva Landeka związała się z ekipą mistrza Szwecji dwuletnim kontraktem.

– Nową zawodniczką Djurgården została Michelle Wörner. Sympatycy beniaminka z pewnością mają nadzieję, że 22-letnia Niemka będzie jesienią tak wielkim objawieniem, jak w minionej rundzie Johanna Rytting Kaneryd, także “wyciągnięta” z klubu błąkającego się po dolnych rejonach Elitettan.

– W Dalarnie zrozumieli, że opieranie ofensywy wyłącznie na jednej zawodniczce może nie wystarczyć, nawet jeśli rzeczona piłkarka nazywa się Tabitha Chawinga. Napastniczce z Malawi zapewniono więc wsparcie w postaci Tiffany Weimer (ostatnio Kansas City) oraz Elizabeth Addo (ostatnio Ferencvaros). Cel jest jasny – utrzymanie.

– O pozostanie w ekstraklasie walczy także Kristianstad. Ekipa ze Skanii, pomimo sporych tarapatów finansowych, postanowiła wzmocnić obsadę bramki, decydując się na transfer Stiny Petersen. Duńska golkiperka ma już spore doświadczenie z występów w drużynach borykających się z problemami natury ekonomicznej (grała m.in. w Duisburgu), ale musimy ostrzec, że ostatnio w podobnej sytuacji skończyło się niestety degradacją.

– Wyniki meczów towarzyskich zawsze traktować należy ze sporą rezerwą, ale jednak są rezultaty, obok których nie da się przejść obojętnie. Do takich z pewnością należy poniesiona przez wicelidera Damallsvenskan na własnym boisku porażka 1-9 (!) z drużyną z Hiszpanii (!!), która jedyny tytuł w swoim kraju zdobyła ponad ćwierć wieku temu (!!!). Rozumiemy, że skład był mocno eksperymentalny, forma iście wakacyjna, a ewentualne konsekwencje bardzo minimalne, ale mimo wszystko drużynie walczącej o mistrzostwo Szwecji taka gra po prostu nie przystoi, nawet gdyby wyjściową jedenastkę trzeba było zbierać prosto z plaży.

BB120517CS009

Fot. Bildbyrån

Rozliczenie z Rio

Igrzyska Olimpijskie w Rio niewątpliwie przeszły do historii i to zarówno w ujęciu dosłownym, jak i w odniesieniu do występu, a w zasadzie wyniku osiągniętego przez szwedzkie piłkarki. Przywiezione zza Atlantyku srebrne medale sprawiają, że kadra 2016 na zawsze pozostanie tą, która niejako odczarowała dla nas Igrzyska. Długimi, zimowymi wieczorami wspominać będziemy przede wszystkim pasjonujące i zakończone ostatecznie zwycięskimi horrorami starcia z USA i Brazylią, gdyż to właśnie te dwa mecze sprawiły, że o reprezentacji Szwecji na kilka dni znów zrobiło się głośno nie tylko w kraju, ale także poza jego granicami.

Życie nie znosi jednak próżni, a świat po Rio nie zwolni nawet na minutę. Już za kilka dni wznowione zostaną rozgrywki ligowe, w Malmö odbędzie się miejmy nadzieję ekscytujący finał Pucharu Szwecji, a reprezentacja będzie musiała skupić się na kolejnych, nie mniej istotnych wyzwaniach, do których zaliczamy eliminacje i finały piłkarskich mistrzostw Europy. Skoro wczoraj był czas na świętowanie, to dziś jest doskonały moment na analizę tego, co przez ostatnie trzy tygodnie wydarzyło się na brazylijskich boiskach. Tym razem ocena występu naszych piłkarek to zadanie iście karkołomne, gdyż z jednej strony trudno o zmasowaną krytykę drużyny, która właśnie zapisała się na kartach historii, z drugiej – nawet suche statystyki pokazują, że nie wszystko funkcjonowało tak, jak być może powinno. Jedno, na dodatek mocno wymęczone zwycięstwo, trzy remisy, dwie porażki, cztery gole strzelone i osiem straconych to bilans bardzo niewiele różniący się od tego z kanadyjskiego mundialu, na którym nawiasem mówiąc także przecież nie daliśmy się pokonać Amerykankom. Jeśli zatem ubiegłoroczne mistrzostwa zgodnie uznaliśmy za jeden z najsłabszych występów szwedzkiej reprezentacji na wielkiej imprezie, to jak przedstawia się prawda o Rio? W jak diametralnie różnych nastrojach bylibyśmy dziś, gdyby Roxanne Barker w meczu otwarcia nie wrzuciła sobie futbolówki do własnej bramki?

Ostatnie z pytań na zawsze pozostanie nierozwiązaną zagadką, ale odpowiedzi na przedostatnie możemy jak najbardziej poszukać. W tym celu musimy jednak na moment odrzucić świeże jeszcze emocje i nieco bardziej szczegółowo przyjrzeć się występowi każdej z naszych piłkarek na Igrzyskach w Rio, oceniając go w najbardziej klasycznej skali 1-5.

Hedvig Lindahl – 3.5. Bramkarka Chelsea, podobnie jak rok temu, udowodniła, że najlepszy okres w kadrze przeżywa właśnie teraz. Ponownie była bardzo pewnym, jeśli nie w ogóle najpewniejszym punktem reprezentacji, a swoje najbardziej spektakularne występy zaliczyła wtedy, kiedy była drużynie najbardziej potrzebna. Kilka mniej udanych zagrań przytrafiło się jej w grupowym meczu z Brazylią oraz w finale, ale na szczęście nie niosły one za sobą poważniejszych konsekwencji.

Jessica Samuelsson – 2.5. Nie zawsze nadążała za niezwykle dynamicznymi rywalkami, choć trzeba uczciwie przyznać, że w większości przypadków mierzyła się przeciwniczkami ze ścisłego, światowego topu. To po jej indywidualnym błędzie padł wyrównujący gol dla USA autorstwa Alex Morgan. Po stronie plusów można zapisać jej sporą liczbę udanych wybić i przechwytów, choć szczególnie w fazie grupowej z pewnością oczekiwaliśmy nieco bardziej aktywnej postawy w ofensywie.

Nilla Fischer – 3. Uznana przez FIFA za strzelczynię zwycięskiego gola z RPA, choć można byłoby z tym werdyktem polemizować. Kolejny raz przyzwoicie przygotowała się do ważnej imprezy i uniknęła na niej błędów, które stosunkowo często przytrafiają się jej w rozgrywkach ligowych. Zbyt mało widoczna przy ofensywnych stałych fragmentach gry, ale trzeba zaznaczyć, że nie dostała wielu dobrze zagranych piłek.

Linda Sembrant – 2. Swój zdecydowanie najlepszy mecz rozegrała w ćwierćfinale przeciwko USA, w którym to przez 120 minut była prawdziwą liderką bloku defensywnego. Niestety, był to jedyny, w pełni udany występ defensorki Montpellier na turnieju. Podobnie jak Fischer, nie stwarzała zagrożenia pod bramką rywalek, a na dodatek grała niesamowicie pechowo (niewykorzystany rzut karny, samobójczy gol w finale).

Magdalena Ericsson – 2. Miała być naszą tajną bronią na Rio i zawodniczką, którą podczas Igrzysk odkryje świat. Niestety, na brazylijskich boiskach w niczym nie przypominała piłkarki, którą zachwycaliśmy się wiosną w Damallsvenskan. Długimi fragmentami grała w sposób schematyczny i łatwy do rozczytania, a z podejmowanych przede wszystkim w meczu przeciwko RPA prób indywidualnych akcji wychodziło zazwyczaj niewiele.

Emma Berglund – 1.5. Jedyny raz wyszła w wyjściowej jedenastce w grupowym starciu z Brazylią i … od razu miała spory udział przy przynajmniej dwóch golach dla rywalek. Co gorsza, jeden a nich padł po podobnym błędzie, jaki przytrafił się jej kilka tygodni wcześniej w meczu ligowym.

Elin Rubensson – 2.5. Już niemal zgodnie z tradycją, grała podczas jednego turnieju na wielu pozycjach. Zaczynała na środku pomocy i to właśnie tam radziła sobie zdecydowanie najlepiej. Znacznie gorzej było po przejściu na lewa obronę, gdzie nie ustrzegła się błędów. W półfinale z Brazylią opiekowała się Martą, która trzy razy w odstępie kilkudziesięciu minut wkręciła ją w murawę przy pomocy jednego zwodu.

Caroline Seger – 2.5. Liderka szwedzkiej drugiej linii z pewnością nie zaliczy brazylijskiego turnieju do udanych. W jej grze razić mogła szczególnie zdecydowanie zbyt duża liczba strat, z których przynajmniej dwie miały miejsce w najbardziej newralgicznych obszarach boiska. Nieco lepiej radziła sobie z rozgrywaniem, choć głównie wtedy, gdy wybierała te bezpieczniejsze rozwiązania.

Lisa Dahlkvist – 3. W fazie grupowej nie pokazywała żadnego ze swych największych atutów, a jej postawa była jednym, wielkim rozczarowaniem. Wszystko odmieniło się jednak w ćwierćfinale, w którym znów imponowała walecznością od szesnastki do szesnastki, a dodatkowo popisała się fenomenalną, czterdziestometrową asystą przy golu Blackstenius. To ona skutecznie wykonała jedenastki, które zapewniły nam awans kolejno do półfinału i finału.

Kosovare Asllani – 2.5. Znacznie mniej błyskotliwa niż w Manchesterze i wiosenno-letnich meczach kadry. Pod nieobecność Ericsson brała się za wykonywanie stałych fragmentów gry, ale zazwyczaj wychodziło jej to fatalnie. Ze zdecydowanie większą precyzją rozdzielała za to piłki przy szwedzkich kontratakach. To od jej zagrania na skrzydło do Schough rozpoczęła się akcja, która przyniosła nam w finale kontaktowego gola.

Emllia Appelqvist – 2.5. Piłkarka Djurgården miała na Igrzyskach dwie okazje na zaprezentowanie swoich umiejętności i obie przypadły na pojedynki z Brazylią. Skupiała się przede wszystkim na destrukcji i wspomaganiu formacji obronnej, przez co niezbyt często angażowała się w ofensywie.

Fridolina Rolfö – 3. Zdecydowanie najlepsza szwedzka piłkarka w fazie grupowej. Przed meczem z USA swoje nadzieje pokładaliśmy głównie w niej, ale niestety kontuzja uniemożliwiła jej kontynuowanie gry już po niespełna kwadransie. Gdy pojawiła się pierwsza diagnoza mówiąca o sześciotygodniowej przerwie, w Linköping rozległ się tak głośny jęk zawodu, że słychać było go nawet po drugiej stronie Atlantyku.

Sofia Jakobsson – 2. Rozpoczęła fenomenalnie, gdyż już w piątej minucie meczu z RPA po indywidualnej akcji obiła poprzeczkę bramki Afrykanek. Niestety, czas pokazał, że było to jej zdecydowanie najbardziej udane zagranie na całych Igrzyskach. Okazję na to, aby się przełamać miała i w starciu z Chinami i w meczu przeciwko USA, ale to ewidentnie nie był jej turniej.

Olivia Schough – 2. Jak zwykle niezwykle aktywna, robiła sporo wiatru, tylko efektów tego wszystkiego nie było widać, choć ambicji i zaangażowania oczywiście nie można jej odmówić. Bohaterka i antybohaterka drugiej połowy finału z Niemcami. Najpierw zapisała na swoim koncie asystę przy trafieniu Blackstenius, a następnie zmarnowała idealną okazję na doprowadzenie do remisu, gdyż nieczysto trafiła w piłkę. Po prostu – Olivia Schough, którą doskonale znamy.

Lotta Schelin – 3. Okazuje się, że doskonale zna swój organizm. Tuż po przyjeździe do Szwecji zapowiadała, że w optymalnej dyspozycji będzie dopiero mniej więcej w połowie sierpnia i … słowa te sprawdziły się w stu procentach. Jej forma zdawała się rosnąć z meczu na mecz i tylko szkoda, że okradziono ją z prawidłowo zdobytej bramki w spotkaniu ćwierćfinałowym.

Stina Blackstenius – 3. Swoje wszystkie dotychczasowe bramki w kadrze strzeliła w meczach, które rozpoczynała na ławce. W Brazylii potwierdziła, że rola zmienniczki w reprezentacji pasuje jej zdecydowanie najbardziej. W Linköping marzą, aby skuteczność zaprezentowana przez nią na Igrzyskach przełożyła się choć w połowie na rozgrywki ligowe.

Średnia ocen na poziomie 2.53 w przypadku drużyny, która właśnie grała w finale Igrzysk Olimpijskich może nieco dziwić, ale każdy, kto przynajmniej z umiarkowanym zainteresowaniem oglądał turniej, musi obiektywnie przyznać, że pod względem piłkarskiej jakości wciąż mamy duże pole do poprawy, a kadra nie jest jeszcze absolutnie produktem kompletnym. Chwaląc konsekwencję w grze, ambicję, cierpliwość i odporność psychiczną w najważniejszych momentach, nie możemy zapominać, że szczególnie w meczach fazy grupowej na grę naszych piłkarek absolutnie nie patrzyło się z przyjemnością. Szwankowała źle dobrana i zbyt późno skorygowana taktyka (szczególnie na Brazylię), raziła schematyczność, brak pomysłu na skuteczną grę atakiem pozycyjnym i koncertowo marnowane stałe fragmenty gry, którym poświęcaliśmy przecież tyle uwagi. Końcowy wynik jest oczywiście ogromnym sukcesem, którego nikt nie ma prawa dyskredytować, ale jeśli chcemy w najbliższej przyszłości częściej przeżywać takie chwile, jak wczoraj podczas wieczornej fety, to z turnieju w Brazylii musimy jak najszybciej wyciągnąć wnioski i właśnie dobrze odrobionej pracy domowej należy naszym selekcjonerkom, a także całemu sztabowi życzyć w pierwszej kolejności.

Rio Olympics Soccer Women.JPEG

Fot. Silvia Izquierdo