Srebrny koniec wspaniałej sagi

Było bardzo blisko, ale na kolejne zwycięstwo w wielkim turnieju przyjdzie nam ostatecznie poczekać przynajmniej o rok dłużej niż 32 lata. Porażka 1-2 w olimpijskim finale oznacza, że szwedzkie piłkarki kończą tegoroczne Igrzyska ze srebrnymi medalami. Żal straconej szansy? Olimpijskie złoto było rzeczywiście na wyciągnięcie ręki, ale biorąc pod uwagę przebieg całego turnieju trudno mówić o niedosycie. Na szerszą i pozbawioną schodzącego już chyba z nas wszystkich ogromnego ładunku emocji analizę występu naszych reprezentantek w Brazylii przyjdzie czas w najbliższych dniach, ale nawet z perspektywy jednego dnia po finale, tytuł wicemistrzowski ma w sobie wyłącznie znamiona sukcesu, na dodatek okupionego olbrzymim wysiłkiem.

Choć zabrzmi to w pewnym stopniu groteskowo, mecz przeciwko Niemkom z pewnością był najlepszym występem szwedzkich piłkarek w fazie pucharowej, a niewykluczone, że również na całych Igrzyskach. Ci, którzy spodziewali się jednostronnego widowiska i nawałnicy ze strony podopiecznych Silvi Neid z pewnością przecierali oczy ze zdumienia, gdy w pierwszych minutach nasze piłkarki seryjnie były rzuty rożne. Niestety, tak długo ćwiczone w trakcie zgrupowania nad Bałtykiem stałe fragmenty gry, które miały być na Igrzyskach naszą tajną bronią i tym razem nie przyniosły spodziewanych efektów. Swoje okazje, nawet z gatunku tych stuprocentowych, stworzyły sobie w pierwszej połowie także Niemki, ale ani Leupolz, ani Mittag nie potrafiły skierować piłki do szwedzkiej bramki. Szczególnie pudło napastniczki PSG było całkowicie niewytłumaczalne, gdyż wydawać by się mogło, że tej klasy piłkarka podobne sytuacje powinna wykorzystywać w stu procentach przypadków.

Do przerwy utrzymywał się bezbramkowy remis, ale wystarczyła chwila nieuwagi na początku drugiej części gry i trzeba było odrabiać straty. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że w tej konkretnej sytuacji zabrakło nam trochę szczęścia, ale wielką niesprawiedliwością byłoby nazwanie bramki dla Niemiec klasycznym “golem z niczego”. Wprawdzie futbolówka pod nogami Marozsan znalazła się ostatecznie dość przypadkowo, ale jednak nerwowe zachowanie naszej defensywy było efektem składnej akcji rywalek. O ile w 48. minucie zrobiło się nieciekawie, o tyle kwadrans później było już po prostu źle. Rozochocone szybko zdobytym golem Niemki postanowiły nie poprzestawać na jednym trafieniu, co zostało stosunkowo szybko wynagrodzone. Przepiękny strzał Marozsan z rzutu wolnego zatrzymał się wprawdzie na słupku, ale próbująca zażegnać niebezpieczeństwo Sembrant interweniowała tak niefortunnie, że umieściła piłkę we własnej bramce. 0-2 i drużyna prowadzona przez Silvię Neid znalazła się na autostradzie do pierwszego w historii olimpijskiego złota.

Mylił się jednak ten, kto twierdził, że emocje w tym meczu już się skończyły. Ambitnie walczące Szwedki po zaledwie pięciu minutach postarały się o bramkę kontaktową, a zdobyły ją w stylu, który idealnie podsumowuje grę podopiecznych Pii Sundhage na brazylijskim turnieju. Szybka, czwórkowa akcja, zgranie Asllani do skrzydła, centra Schough i świetne wykończenie Blackstenius pomimo asysty jednej z niemieckich obrończyń. W tym momencie do tego, aby doprowadzić do remisu brakowało już tylko jednego gola, ale tego dnia fortuna nieco szerzej uśmiechała się do naszych rywalek (co – trzeba uczciwie przyznać – było podczas Igrzysk swego rodzaju nowością). Szans na wyrównanie nie brakowało: najlepszą w 87. minucie zmarnowała nieczysto trafiająca w piłkę Schough, ale również Schelin czy Hammarlund mogły pokusić się o doprowadzenie do dogrywki. Żadnej z nich ta sztuka się jednak nie powiodła i po ostatnim gwizdku pani Chenard to podopieczne Silvi Neid mogły wraz ze swoją trenerką cieszyć się z końcowego zwycięstwa. Tym sposobem, niemiecka selekcjonerka jedenastoletnią przygodę z kadrą zakończyła w blasku olimpijskiego złota, a nam pozostała wielka satysfakcja z równie cennego srebra.

swesiv

Fot. Getty Images

Dzień, w którym zatrzymała się Szwecja

Dokładnie trzynaście lat czekaliśmy na kolejny finał wielkiej imprezy z udziałem szwedzkich piłkarek. To niezwykle dużo czasu, ale oczywiście zdajemy sobie sprawę, że niektórzy czekają jeszcze dłużej i być może nigdy się nie doczekają. Dlatego tym bardziej należy uszanować to, co mamy.

Na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem Carol Anne Chenard wracamy jednak pamięcią nie do roku 2003, a do ostatniego zwycięskiego dla Szwecji finału. Odbył się on 27. maja 1984 przy Kenilworth Road w angielskim Luton, a stawką był tytuł najlepszej drużyny Europy. Cała zabawa przeciągnęła się wówczas aż do rzutów karnych, w których to Szwedki okazały się minimalnie skuteczniejsze od rywalek, zwyciężając ostatecznie 4-3. Czy ten wynik nie brzmi aby całkiem znajomo? Do decydującej jedenastki nie podeszła wprawdzie wtedy Lisa Dahlkvist, ale analogii do roku 2016 i tak jest aż nadto. Autorką trafienia na wagę mistrzostwa Europy była bowiem Pia Sundhage.

Złota ekipa z Luton stała się na wiele lat punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń piłkarek, ale – paradoksalnie – przywoływanie owego sukcesu coraz bardziej uzmysłowiało nam, jak wiele czasu minęło od chwili, w której Szwecja po raz ostatni wygrała wielki turniej. Kraj, w którym mniej więcej co dziesiąta kobieta jest lub była zarejestrowaną piłkarką, od blisko trzech dekad bezskutecznie próbuje wdrapać się na zdobyty w 1984 roku szczyt, ale efekty tych działań są nie do końca zadowalające. Co więcej, można odnieść wrażenie, że w każdym kolejnym cyklu zwyciężanie pojedynczych meczów przychodzi z coraz większym trudem, a wyzwania zaczynają rzucać nam (i innym potentatom z dawnych lat) nawet kraje, które jeszcze do niedawna były na piłkarskiej mapie świata białymi plamami. Tak przedstawia się nowa rzeczywistość, w której trzeba nauczyć się skutecznie funkcjonować.

Niezależnie od wyniku wielkiego finału, każda z piłkarek reprezentujących Szwecję na tegorocznych Igrzyskach i tak napisała już własną, przepiękną historię. Stawką dzisiejszego meczu będzie jednak znacznie więcej niż “tylko” złoty medal najważniejszej sportowej imprezy czterolecia. Jego prawdziwą stawką będzie bowiem nieśmiertelność. Zwyciężając finał, drużyna z 2016 roku ma niepowtarzalną szansę stać się symbolem pokolenia, które nie poznało jeszcze smaku takiego sukcesu, gdyż z obiektywnych względów nie może pamiętać wiktorii z 1984. Nawet gdyby miało się później okazać, że dzisiejszy triumf byłby jedynie początkiem całej serii wspaniałych zwycięstw z mistrzostwem świata na czele, i tak to wiktoria na Maracanie będzie już na zawsze definiować tę ekipę, gdyż to właśnie dzięki niej może wyzerować się nie dający nam spokoju, tykający od ponad trzydziestu dwóch lat licznik porażek. O innych pozytywnych aspektach przywiezienia do kraju olimpijskiego złota nawet nie ma sensu wspominać, gdyż chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak wiele korzyści nie tylko dla środowiska piłkarskiego może przynieść fakt, że Lindahl, Seger czy Blackstenius staną się wzorami do naśladowania dla dziesiątek tysięcy dzieci, dla których wspaniała drużyna z Igrzysk będzie pierwszym w pełni świadomym wspomnieniem.

Oglądalność meczów ćwierć- oraz półfinałowych jasno pokazała, jak wielkie jest w Szwecji pragnienie sukcesu. Możemy być więc pewni, że niezależnie od tego, co będzie się działo na innych olimpijskich i nieolimpijskich arenach, dziś o godzinie 22:30 czasu sztokholmskiego cały kraj znów stanie w miejscu. Przez dwie godziny, a być może nieco dłużej, wpatrzeni będziemy wyłącznie w toczącą się po murawie Maracany niepozorną futbolówkę. A co nastąpi później? Jako przedstawiciel pokolenia 2016, mam nadzieję, że coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie było mi dane doświadczyć.

cbb

Fot. Getty Images

Szwedzki dla początkujących

Postawa szwedzkich piłkarek na brazylijskich boiskach sprawiła, że w ostatnich dniach znacznie wzrosło zainteresowanie naszą reprezentacją. Skoro jest popyt, musi być i podaż, w związku z czym postanowiliśmy zwrócić się specjalnie do tych, którzy na co dzień nie śledzą z zapartym tchem rywalizacji Mallbacken z Kvarnsveden i dopiero niedawno dowiedzieli się, że Blackstenius to wcale nie jest nazwa jakiejś wymyślnej, skandynawskiej potrawy. Z myślą o nich przygotowaliśmy błyskawiczny, piłkarski kurs szwedzkiego dla początkujących i choć nie będziemy w nim uczyć, jak brzmi prawidłowy odzew na zawołanie Andra sidan, är ni klara? (choć to akurat mogłoby się bardzo przydać na trybunach Damallsvenskan), to gorąco ufamy, że i tak spełni on swoją rolę. A więc – zaczynamy i prosimy o podejście do samouczka z dużą dozą poczucia humoru, choć informacje w nim zawarte są całkowicie poważne.

unnamed

Fot. Google

  • W przypadku informacji na temat szwedzkiej kadry zdecydowanie nie warto polegać na encyklopediach internetowych.
  • Bilans ośmiu lat Lotty Schelin w Olympique Lyon to 224 mecze i 225 zdobytych goli. Zarówno UEFA, jak i inne teoretycznie poważne źródła podają wprawdzie całkiem odmienne dane, ale w razie wątpliwości służę dokładną rozpiską. Podeślę od razu, jak tylko opadną emocje po finale.
  • Schelin to oczywiście legenda Göteborga, choć przyszła na świat na wschodnim wybrzeżu, a mówiąc bardziej dokładnie – na przedmieściach Sztokholmu.
  • Schelin strzela nie tylko w klubie, ale również w reprezentacji. Jest najlepszą snajperką w historii szwedzkiej kadry.
  • Zanim została w tym względzie samodzielną liderką, dzieliła ów zaszczytny tytuł z Pią Sundhage. Swoją trenerkę zdetronizowała ostatecznie w spotkaniu przeciwko Szkocji, a chwilę później obie panie gorąco się uściskały.
  • Skoro już jesteśmy przy Pii Sundhage, to uważa ona, że w wyjściowej jedenastce Rosengård powinno grać więcej Szwedek.
  • W wyjściowej jedenastce Örebro również.
  • Trudno powiedzieć, jak bardzo jej poglądy w tej kwestii ewoluowały od czasów, gdy sama prowadziła (bez większych sukcesów) właśnie Örebro.
  • Sundhage równie dobrze jak na boisku radzi sobie za mikrofonem. Zarówno w repertuarze piłkarskim:

  • Jak i całkowicie niepiłkarskim:

  • W ślady swojej trenerki postanowiła pójść Olivia Schough, która w taki sposób przed czterema laty zagrzewała do boju kadrę udającą się do Londynu:

  • Schough wykonuje również między innymi nieoficjalny hymn klubu z Göteborga, choć obecnie jest piłkarką Eskilstuny.
  • Wcześniej grała była miedzy innymi w Moskwie czy w Monachium, a podczas krótkiej kariery zwiedziła już tyle klubów, co pozycji na boisku.
  • Swojego miejsca na placu gry szuka także Elin Rubensson, która nie grała już chyba tylko na bramce i na środku defensywy.
  • To ostatnie może niebawem ulec dezaktualizacji.
  • Wracając do Schough, jej nazwisko czytamy po prostu /skug/, a w żadnym razie nie /szoł/. Show to ta piłkarka robi na boisku (od czasu do czasu) i poza nim (częściej).
  • Co do innych nazwisk, nie powinny one sprawić chyba większych problemów, z ciekawszych przypadków mamy: /lindal/, /anderszon/, /berilund/, /fiszer/, /blakstenius/, /rolfe/ (ta akurat wypadła po 1/4), /apelkfist/ czy /karlejn/.
  • Nie zapomnieliśmy oczywiście o Lotcie, ale ona zasługuje na osobny akapit. Jeśli jesteś z zachodniego wybrzeża, to zdecydowanie /hłelin/.
  • Magdalena Ericsson to świetna egzekutorka stałych fragmentów gry. Naprawdę.
  • Kosovare Asllani niekoniecznie, ale i tak ma za sobą najlepszą rundę od czasów, kiedy w Linköping uchodziła za wielki talent. Brytyjskie powietrze jej służy.
  • Obecnie, za największy talent nie tylko w Linköping, ale i w całej Szwecji, uchodzi Stina Blackstenius.
  • W rozgrywkach ligowych słabą stroną napastniczki LFC jest skuteczność (znów – nie dajcie się zwieść liczbom), ale w Brazylii ten problem najwyraźniej nie istnieje.
  • Rezultaty osiągane przez szwedzką kadrę w 2016 roku zdecydowanie najlepiej prezentują się na papierze.
  • Choć trafienia Appelqvist w Popradzie i Asllani przeciwko Mołdawii – stadiony świata.
  • Ostatni wielki turniej Szwecja wygrała w maju 1984 roku.
  • Tak, tak – po rzutach karnych.
  • Decydującą jedenastkę wykorzystała wówczas Pia Sundhage.
  • Piłkarska kadra Szwecji to nie jest drużyna Trzech Koron. Ten pseudonim odnosi się do reprezentacji hokejowych.
  • Jeśli już ktoś chce użyć jakiejś nazwy zwyczajowej, to najbezpieczniej powiedzieć po prostu (Dam)landslaget.
  • Finlandia to nie Skandynawia. A nie, tę kwestię omówimy już przy okazji kolejnej lekcji, pod tytułem szwedzki dla średniozaawansowanych.

Niezwykła droga na szczyt

Droga do finału olimpijskiego była na tyle kręta i wyboista, że w całej historii piłki nożnej ciężko byłoby znaleźć podobny przypadek. Nie brakowało podczas niej momentów, w których dopisywało nam szczęście, w innych udawało się w nieprawdopodobnych okolicznościach wydrzeć korzystny rezultat. Postawę naszej reprezentacji jedni nazywają tchórzostwem, inni zaś heroizmem i umiejętnością radzenia sobie z przeciwnościami, ale w niczym nie zmienia to faktu, że jutro czeka nas zdecydowanie najważniejszy mecz ostatniej dekady w szwedzkiej piłce nożnej. W przeddzień tak ważnego wydarzenia, przypominamy w porządku chronologicznym najważniejsze momenty tej niewiarygodnej olimpijskiej kampanii:

30.03.2015. – Pomimo toczących się długimi tygodniami rozmów, piłkarskim federacjom Anglii, Szkocji, Walii oraz Irlandii Północnej nie udało się dojść do porozumienia w sprawie wspólnego występu na Igrzyskach pod flagą Wielkiej Brytanii. Jak się później okazało, ta decyzja sprawiła, że wszystkie wymienione poniżej wydarzenia miały w ogóle jakiekolwiek znaczenie.

17.06.2015. – Brazylia pokonuje Kostarykę po golu Raquel w 83. minucie. W przypadku zwycięstwa ekipy z Ameryki Środkowej lub bramkowego remisu już tego dnia ostatecznie pożegnalibyśmy się z marzeniami o wyjeździe do Rio.

22.06.2015. – Zwycięstwo Norwegii nad Anglią również definitywnie zamykało szwedzkiej reprezentacji drogę na Igrzyska. Drużyna Evena Pelleruda prowadziła nawet 1-0, ale gole Houghton i Bronze w drugiej połowie sprawiły, że tlący się jeszcze płomyk nadziei nie został całkowicie wygaszony.

09.03.2016. – W ostatnim meczu dodatkowego turnieju kwalifikacyjnego w Rotterdamie do szczęścia potrzebujemy remisu z reprezentacją Holandii. Po golu Miedemy przegrywamy wprawdzie 0-1, ale kuriozalny błąd Kelly Zeeman w ostatniej minucie pierwszej połowy znów przywraca nam nadzieje. W doliczonym czasie gry Miedema ma na nodze piłkę meczową, ale fatalnie pudłuje. Jedziemy do Brazylii!

03.08.2016. – Mecz otwarcie Igrzysk Olimpijskich 2016 i niesamowite męczarnie ze znacznie niżej notowaną ekipą RPA. Ostatecznie wygrywamy 1-0 dzięki temu, że południowoafrykańska golkiperka na kwadrans przed końcem spotkania postanawia wrzucić sobie piłkę do bramki.

06.08.2016. – Zamiast walki o pierwsze miejsce w grupie dostajemy bolesną lekcję portugalskiego. Na honorowego gola w starciu z Brazylią czekamy do 89. minuty, kiedy to do siatki rywalek trafia Schelin. Niestety, jest to jedynie trafienie na 1-5.

09.08.2016. – Do dusznej Brasilii jedziemy z nadziejami na przełamanie, ale zamiast tego oglądamy bezbarwne 0-0 z Chinami. Ten rezultat sprawia, że w ćwierćfinale czeka nas pojedynek z USA.

12.08.2016. – Prawdziwy rollercoaster emocji w meczu z mistrzyniami świata! Blackstenius wyprowadza Szwecję na prowadzenie, Morgan wyrównuje w kontrowersyjnych okolicznościach, sędzia z Tonga dopatruje się spalonego przy prawidłowo zdobytym golu Schelin, wreszcie Dahlkvist daje nam upragniony półfinał. Hope Solo Najlepsza drużyna świata jedzie do domu.

16.08.2016. – Rewanż za grupową porażkę z Brazylią przekształca się w wielką, piłkarską bitwę, o losach której znów decydować muszą rzuty karne. Lindahl odbija strzały dwóch Brazylijek, a Dahlkvist ponownie nie zawodzi w decydującym momencie. Finał jest nasz!

W tej niezwykłej historii do napisania pozostał już tylko jeden, ostatni rozdział. Niezależnie od tego, jak będzie brzmieć jego zakończenie, reprezentacja z brazylijskich Igrzysk i tak zapewniła już sobie miejsce w historii. Czy jednak przejdzie do niej jako mistrz olimpijski? Przekonamy się niebawem.

42299349.jpg

Fot. ANP

Nasz rywal – Niemcy

Jeśli ktoś powie, że centralną postacią niemieckiej reprezentacji podczas tegorocznych Igrzysk jest Silvia Neid, to … specjalnie nie minie się z prawdą. Turniej w Brazylii jest bowiem ostatnim, podczas którego charyzmatyczna selekcjonerka sprawuje pieczę nad drużyną dwukrotnych mistrzyń świata. Złoto olimpijskie wciąż pozostaje jedynym poważnym trofeum, którego prowadzonej przez Neid kadrze nie udało się jeszcze wywalczyć, więc gdyby w piątkowe popołudnie to Niemki opuszczały stadion w Rio de Janeiro jako zwyciężczynie, możemy być pewni, że to właśnie trenerka będzie w swoim kraju jedną z głównych bohaterek i to niezależnie od tego, która z piłkarek ostatecznie przesądziłaby o tytule.

W przeciwieństwie do Pii Sundhage, Silvia Neid w przeszłości niejednokrotnie potrafiła zaskoczyć powołaniami, ale podczas turnieju w Rio niemiecka selekcjonerka zdecydowała się przesadnie nie eksperymentować. Kadra aktualnych mistrzyń Europy oparta jest o zawodniczki sprawdzone w ważnych bojach, a dla niektórych z nich (podobnie zresztą jak dla samej Neid) tegoroczne Igrzyska są jedną z ostatnich szans na wywalczenie medalu na wielkiej imprezie. Taką piłkarką jest chociażby dość niespodziewanie krocząca po tytuł królowej strzelczyń, a niewykluczone, że i MVP całego turnieju Melanie Behringer. Trzydziestoletnia pomocniczka monachijskiego Bayernu niezwykle skutecznie wykonuje stałe fragmenty gry, ale na nieszczęście dla rywalek nie jest to jej jedyny atut, o czym w spotkaniu ćwierćfinałowym jednoznacznie przekonały się Chinki. Druga linia to w ogóle zdecydowanie najsilniejsza i najbardziej kreatywna formacja Die Mannschaft. Tworzą ją przecież tak znakomite piłkarki, jak chociażby wciąż młoda, ale już niezwykle dojrzała Sara Däbritz, słusznie uważana za jedną z najlepszych defensywnych pomocniczek świata Lena Goeßling, czy też obdarzona ponadprzeciętnym talentem, choć tradycyjnie narzekająca na problemy ze zdrowiem Dzsenifer Marozsan. Równie solidnie prezentuje się niemiecki atak, a fakt, że Popp, Mittag czy Islacker na turnieju w Brazylii póki co nie zachwycały skutecznością może paradoksalnie okazać się dla nas fatalną informacją. Wszak tej klasy ekspertki od zdobywania goli nie mogą wiecznie pudłować.

Znacznie mnie okazale prezentuje się niemiecka defensywa, w której być może po raz pierwszy w historii jest zdecydowanie więcej znaków zapytania niż pewnych punktów. Kreowana na następczynię Rottenberg i Angerer bramkarka Wolfsburga Almuth Schult zagrała bardzo dobry mecz w półfinale przeciwko Kanadzie, ale jej podstawowym problemem pozostaje brak stabilizacji formy na oczekiwanym poziomie. Formacja defensywna w reprezentacji Niemiec to klasyczna mieszanka rutyny z młodością, ale ani doświadczona para stoperek Bartusiak – Krahn, ani znacznie od nich młodsze, grające na bokach obrony Maier i Kemme trudno nazwać zawodniczkami klasy światowej. W fazie pucharowej Igrzysk Niemki jak dotychczas nie straciły jeszcze gola, ale nie od dziś wiemy, że szczególnie środkowe defensorki z kadry Silvii Neid potrafią w najmniej spodziewanym momencie popełnić całkowicie niewytłumaczalny błąd. Być może w piątek to właśnie takie zagranie przesądzi sprawę złotych medali, choć oczywiście wolelibyśmy, aby decydująca okazała się składna akcja reprezentacji Szwecji.


Bilans meczów z Niemcami: 25 meczów; 7 zwycięstw, 18 porażek; bramki 31-47

Ostatnie mecze Niemiec: Kanada [n] 2-0, Chiny [n] 1-0, Kanada [n] 1-2, Australia [n] 2-2, Zimbabwe [n] 6-1

Ciekawostka: Reprezentantki Szwecji aż dziewięciokrotnie spotykały się z Niemkami w fazie pucharowej wielkich turniejów. Bilans bezpośrednich pojedynków jest niestety zdecydowanie korzystny dla rywalek, które rozstrzygnęły na swoją korzyść aż osiem z nich. Jedyne zwycięstwo naszych piłkarek miało miejsce dokładnie ćwierć wieku temu. W meczu o trzecie miejsce rozgrywanego w Chinach mundialu Szwecja zwyciężyła 4-0, a autorką jednego z goli była Pia Sundhage. Znajdująca się wówczas w kadrze Niemiec Silvia Neid przesiedziała tamto spotkanie na ławce rezerwowych.

753416_w2

Fot. Getty Images

Cudowny sen trwa nadal

Zaledwie kilkuset spośród ponad siedemdziesięciu tysięcy widzów opuszczało dziś przepiękny stadion Maracana w radosnych nastrojach. Po dwóch godzinach morderczej walki o każdy milimetr boiska i kolejnym horrorze w postaci konkursu rzutów karnych, reprezentacja Szwecji zapewniła sobie prawo gry nie tylko o złote medale Igrzysk Olimpijskich, ale także o to, aby już za trzy dni stać się symbolem całego pokolenia, które nie zaznało jeszcze smaku zwycięstwa na wielkiej, piłkarskiej imprezie.

Już przed pierwszym gwizdkiem wiadomo było, że w półfinale czeka nas zupełnie inne spotkanie, jak osiem dni temu w fazie grupowej. Jeżeli porażki przytrafiają się po to, aby umieć wyciągać z nich właściwe wnioski, to trzeba przyznać, że nasz sztab szkoleniowy dobrze odrobił pracę domową. Wprawdzie napędzane przez niezwykle żywiołowo reagującą publiczność Brazylijki, podobnie jak przed tygodniem, od początku starały się przejąć pełną kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami, ale tym razem znacznie bardziej szczelna szwedzka defensywa nie pozwoliła gospodyniom na pełne rozwinięcie skrzydeł. Niezwykle dużo pracy miały obie piłkarki grające na bokach obrony – Rubensson oraz Samuelsson, które musiały radzić sobie z niezwykle dynamincznymi Martą i Andressą. Obdarzone wprost bajeczną techniką Brazylijki raz po raz próbowały na obu flankach napędzać ofensywne akcje swojego zespołu, ale nawet wtedy, gdy udawało im się wedrzeć z futbolówką przy nodze w szwedzką szesnastkę, na drodze stawała im świetnie dysponowana Lindahl. Sporo zdrowia zostawił na murawie Maracany także nasz tercet (a w zasadzie kwintet, gdyż Asllani i Schelin miały dziś znacznie więcej niż zazwyczaj zadań defensywnych) z środka pola. Naszym pomocniczkom, podobnie jak pozostawionej w pierwszej fazie meczu na desancie Blackstenius, niezbyt często udawało się wprawdzie przetrzymać piłkę na połowie Brazylijek, ale w pełni rekompensowały to niezwykle udane powroty i wybicia, które w kilku przypadkach uchroniły nas przed niezwykle groźnymi sytuacjami pod bramką Lindahl.

Szwedki, dokładnie jak w meczu przeciwko USA, nastawiły się przede wszystkim na wyprowadzanie szybkich kontr, ale tym razem żadna z nich nie zakończyła się stuprocentowym powodzeniem. Okazje do pokonania lub chociaż przetestowania Barbary pojawiały się także po nadspodziewanie licznych stałych fragmentach gry, ale odpowiedzialna pod nieobecność Ericsson za ich egzekwowanie Asllani ewidentnie nie miała w tym aspekcie swojego dnia, co potwierdziło się zresztą także w serii rzutów karnych. Znacznie bardziej rozgrzana od brazylijskiej golkiperki była za to Lindahl, ale bramkarka Chelsea kolejny raz udowodniła, że do najlepszej jedenastki sezonu 2015 w WSL nie wybrano jej przez przypadek. W drugiej połowie dogrywki Lindahl poradziła sobie z kąśliwym strzałem Marty z rzutu wolnego, a także dwukrotnie uratowała Szwecję przed utratą gola w olbrzymim zamieszaniu podbramkowym. Na pochwałę zasługują także obie stoperki, wygrywające niemal wszystkie pojedynki główkowe, a także pozostałe piłkarki szwedzkiego bloku defensywnego, który w momentach największej dominacji Brazylii liczył sobie nawet aż dziesięć zawodniczek. Trzeba przyznać, że Canarinhas w ofensywie były znacznie bardziej kreatywne niż chociażby Amerykanki, więc zachowanie czystego konta wobec tak dobrej dyspozycji rywala to wyczyn, który musi budzić szacunek.

Z samej serii rzutów karnych chyba większość szwedzkich kibiców pamięta niezbyt wiele, a jeśli już to są to wyłącznie pojedyncze i oderwane od siebie obrazki. Fruwająca i odbijająca kolejne strzały Brazylijek Lindahl, niezwykle pewna, a zarazem efektowna Schelin i wreszcie ta, która znów podeszła do ustawionej na jedenastym metrze piłki w decydującym momencie i znów nie zawiodła. Lisa Dahlkvist – zawodniczka, która w ostatnich miesiącach przeżywała wspaniałe chwile zarówno na boisku, jak i poza nim, ponownie wprowadziła całą Szwecję w stan ekstazy. Być może trochę szkoda, że ze wspaniałego wyczynu swojej mamy niewiele rozumie jeszcze jej dziewięciomiesięczna córeczka Penny, ale niewykluczone, że już niebawem jej nową ulubioną zabawką stanie się przywieziony z Rio de Janeiro złoty medal. Dlaczego złoty? Ponieważ tak piękna bajka po prostu zasługuje wyłącznie na szczęśliwe zakończenie.

braswe

Fot. Getty Images