Cudowny sen trwa nadal

Zaledwie kilkuset spośród ponad siedemdziesięciu tysięcy widzów opuszczało dziś przepiękny stadion Maracana w radosnych nastrojach. Po dwóch godzinach morderczej walki o każdy milimetr boiska i kolejnym horrorze w postaci konkursu rzutów karnych, reprezentacja Szwecji zapewniła sobie prawo gry nie tylko o złote medale Igrzysk Olimpijskich, ale także o to, aby już za trzy dni stać się symbolem całego pokolenia, które nie zaznało jeszcze smaku zwycięstwa na wielkiej, piłkarskiej imprezie.

Już przed pierwszym gwizdkiem wiadomo było, że w półfinale czeka nas zupełnie inne spotkanie, jak osiem dni temu w fazie grupowej. Jeżeli porażki przytrafiają się po to, aby umieć wyciągać z nich właściwe wnioski, to trzeba przyznać, że nasz sztab szkoleniowy dobrze odrobił pracę domową. Wprawdzie napędzane przez niezwykle żywiołowo reagującą publiczność Brazylijki, podobnie jak przed tygodniem, od początku starały się przejąć pełną kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami, ale tym razem znacznie bardziej szczelna szwedzka defensywa nie pozwoliła gospodyniom na pełne rozwinięcie skrzydeł. Niezwykle dużo pracy miały obie piłkarki grające na bokach obrony – Rubensson oraz Samuelsson, które musiały radzić sobie z niezwykle dynamincznymi Martą i Andressą. Obdarzone wprost bajeczną techniką Brazylijki raz po raz próbowały na obu flankach napędzać ofensywne akcje swojego zespołu, ale nawet wtedy, gdy udawało im się wedrzeć z futbolówką przy nodze w szwedzką szesnastkę, na drodze stawała im świetnie dysponowana Lindahl. Sporo zdrowia zostawił na murawie Maracany także nasz tercet (a w zasadzie kwintet, gdyż Asllani i Schelin miały dziś znacznie więcej niż zazwyczaj zadań defensywnych) z środka pola. Naszym pomocniczkom, podobnie jak pozostawionej w pierwszej fazie meczu na desancie Blackstenius, niezbyt często udawało się wprawdzie przetrzymać piłkę na połowie Brazylijek, ale w pełni rekompensowały to niezwykle udane powroty i wybicia, które w kilku przypadkach uchroniły nas przed niezwykle groźnymi sytuacjami pod bramką Lindahl.

Szwedki, dokładnie jak w meczu przeciwko USA, nastawiły się przede wszystkim na wyprowadzanie szybkich kontr, ale tym razem żadna z nich nie zakończyła się stuprocentowym powodzeniem. Okazje do pokonania lub chociaż przetestowania Barbary pojawiały się także po nadspodziewanie licznych stałych fragmentach gry, ale odpowiedzialna pod nieobecność Ericsson za ich egzekwowanie Asllani ewidentnie nie miała w tym aspekcie swojego dnia, co potwierdziło się zresztą także w serii rzutów karnych. Znacznie bardziej rozgrzana od brazylijskiej golkiperki była za to Lindahl, ale bramkarka Chelsea kolejny raz udowodniła, że do najlepszej jedenastki sezonu 2015 w WSL nie wybrano jej przez przypadek. W drugiej połowie dogrywki Lindahl poradziła sobie z kąśliwym strzałem Marty z rzutu wolnego, a także dwukrotnie uratowała Szwecję przed utratą gola w olbrzymim zamieszaniu podbramkowym. Na pochwałę zasługują także obie stoperki, wygrywające niemal wszystkie pojedynki główkowe, a także pozostałe piłkarki szwedzkiego bloku defensywnego, który w momentach największej dominacji Brazylii liczył sobie nawet aż dziesięć zawodniczek. Trzeba przyznać, że Canarinhas w ofensywie były znacznie bardziej kreatywne niż chociażby Amerykanki, więc zachowanie czystego konta wobec tak dobrej dyspozycji rywala to wyczyn, który musi budzić szacunek.

Z samej serii rzutów karnych chyba większość szwedzkich kibiców pamięta niezbyt wiele, a jeśli już to są to wyłącznie pojedyncze i oderwane od siebie obrazki. Fruwająca i odbijająca kolejne strzały Brazylijek Lindahl, niezwykle pewna, a zarazem efektowna Schelin i wreszcie ta, która znów podeszła do ustawionej na jedenastym metrze piłki w decydującym momencie i znów nie zawiodła. Lisa Dahlkvist – zawodniczka, która w ostatnich miesiącach przeżywała wspaniałe chwile zarówno na boisku, jak i poza nim, ponownie wprowadziła całą Szwecję w stan ekstazy. Być może trochę szkoda, że ze wspaniałego wyczynu swojej mamy niewiele rozumie jeszcze jej dziewięciomiesięczna córeczka Penny, ale niewykluczone, że już niebawem jej nową ulubioną zabawką stanie się przywieziony z Rio de Janeiro złoty medal. Dlaczego złoty? Ponieważ tak piękna bajka po prostu zasługuje wyłącznie na szczęśliwe zakończenie.

braswe

Fot. Getty Images

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s