O krok od historii

Zaledwie kilkanaście godzin dzieli nas od meczu, który może na stałe zapisać się w historii szwedzkiej piłki nożnej. Taka zapowiedź brzmi niezwykle podniośle, ale w tym konkretnym przypadku absolutnie nie jest hiperbolą, gdyż jego stawką jest awans do finału Igrzysk Olimpijskich, w którym szwedzkie piłkarki jeszcze nigdy nie grały. Rywalem podopiecznych Pii Sundhage będzie doskonale nam znana reprezentacja Brazylii, której sylwetkę przybliżaliśmy przed rozegranym zaledwie osiem dni temu meczem grupowym. Tamto spotkanie, jak doskonale pamiętamy, zakończyło się niezwykle dotkliwą porażką, ale możemy być pewni, że jutro będziemy świadkami otwarcia całkowicie nowego rozdziału w historii szwedzko-brazylijskiej rywalizacji.

Nie ma sensu zakłamywać rzeczywistości pisząc, że szwedzka reprezentacja awans do najlepszej czwórki wywalczyła w wielkim stylu. Było bowiem dokładnie odwrotnie, a droga półfinalistek Igrzysk Olimpijskich 2016 do miejsca, w którym aktualnie się znajdują przypominała raczej wyczerpujący bieg z przeszkodami, a nie spokojny i pewny marsz po swoje. Wszystko zaczęło się od marcowego turnieju kwalifikacyjnego w Rotterdamie, na który nasze piłkarki zakwalifikowały się wyłącznie dzięki korzystnemu rozstrzygnięciu w meczu … Brazylia – Kostaryka na ubiegłorocznym mundialu. Później, gdy wydawało się, że na autostradę do Rio wjechały Holenderki, kardynalny błąd Kelly Zeeman dał naszym piłkarkom drugie życie i w newralgicznym momencie przywrócił nadzieję na wywalczenie olimpijskiej kwalifikacji. O tym, co działo się na samym turnieju nie ma sensu się przesadnie rozpisywać, gdyż te wydarzenia mamy jeszcze świeżo w pamięci. Najpierw olbrzymie męczarnie z RPA i zwycięstwo po samobójczym trafieniu Barker, następnie brazylijska lekcja futbolu, a na koniec grupowych zmagań mało ekscytujący, bezbramkowy mecz z równie bezbarwnymi Chinkami. Potem przyszedł bedący wielkim zwycięstwem cierpliwości i solidności ćwierćfinał z USA, po którym o naszych reprezentantkach zrobiło się głośno na całym świecie, ale ów występ również trudno nazwać wybitnym w wykonaniu szwedzkich piłkarek, a każdy z nas bez trudu byłby w stanie wymienić przynajmniej dziesięć tych zdecydowanie lepszych.

Niezwykle wyboistą drogę do piłkarskiego raju (a w zasadzie jeszcze na jego przedsionek) przypominam nie po to, aby deprecjonować dokonania drużyny Pii Sundhage, ale po to, by zwrócić uwagę na jeden, często pomijany w chwilach euforii szczegół. Wywalczony w wielkich bólach sukces pokazał bowiem, że dysponujemy kadrą, która potrafi rzucić wyzwanie każdej drużynie globu nawet wtedy, gdy gra nie do końca się klei, fortuna nie do końca sprzyja, a forma jest daleka od oczekiwanej. Jest to niezwykle cenne nie tylko w perspektywie jutrzejszego półfinału, ale także kolejnych wielkich wyzwań, które niewątpliwie czekają nas w najbliższych latach. Zwyciężać pomimo przeciwności i własnej słabości potrafią wyłacznie drużyny naprawdę wielkie i nie zapominajmy o tym nawet wtedy, gdy w przyszłości przyjdzie nam (niewykluczone, że w pełni słusznie) krytykować postawę naszej reprezentacji.

Grupowe starcie z Brazylią było dla nas niezwykle bolesnym doświadczeniem, o czym zresztą bez wielkiej kurtuazji opowiadała chociażby Caroline Seger, ale w jutrzejszym półfinale przed pierwszym gwizdkiem trudno wskazać faworyta. Każdy, kto w piątkowy wieczór obejrzał choćby fragment ćwierćfinałowego pojedynku gospodyń olimpijskiego turnieju z Australią doskonale zdaje sobie sprawę, że niezwykle żywiołowa brazylijska publiczność zrobi wszystko, aby ponieść Canarinhas do finału, ale reprezentacja Szwecji w swojej historii wielkorotnie pokazywała, że potrafi radzić sobie z tego typu presją. Możemy być więc pewni, że nawet w przypadku ewentualnej dogrywki, w sferze mentalnej tego meczu nie powinniśmy przegrać. A jak będzie na boisku? Za mniej więcej dwadzieścia godzin będziemy już wiedzieć wszystko.

Medals_Landing_banner-00

Fot. olympic.org

Trwaj chwilo, jesteś piękna!

W Szwecji o takich meczach mówi się vinna eller försvinna. Jeśli wygrasz – grasz dalej, jeśli przegrasz – wracasz do domu. Przed pierwszym gwizdkiem wydawało się, że niemal wszystkie atuty są dziś po stronie rywalek, ale boisko już wiele razy weryfikowało przedmeczowe przewidywania i tak właśnie stało się w tym przypadku. Prowadząca spotkanie trójka sędziowska z Oceanii zadbała wprawdzie, aby emocje na arenie w Brasilii przedłużyły się aż do rzutów karnych, ale ostatecznie awans do strefy medalowej wywalczyła drużyna, która – choć oddała znacznie mniej strzałów – bardziej na niego zasłużyła.

Początek meczu należał do Amerykanek, ale po początkowym szturmie obrończyń tytułu dość szybko udało się oddalić zagrożenie od bramki Lindahl. Podopieczne Jill Ellis wprawdzie znacznie częściej znajdowały się w posiadaniu piłki, ale nie potrafiły przełożyć tej przewagi na stwarzane sytuacje. Zadania nie ułatwiały im oczywiście nasze reprezentantki, które kolejny raz udowodniły, że doskonale czują się w roli drużyny grającej z kontry. Pojedyncze wypady Szwedek przed przerwą nie przyniosły wprawdzie bramkowego efektu, ale zarówno Schelin, jak i rezerwowa Blackstenius (w 19. minucie zastapiła kontuzjowaną Rolfö) dały jasny sygnał, że tego dnia są jak najbardziej gotowe, aby spróbować pomieszać szyki faworytkom. Cały czas poprawnie spisywała się także formacja defensywna, którą z wielkim poświęceniem wspierały nawet cofające się w razie konieczności bardzo głęboko piłkarki pierwszej linii. Taka gra nie była może przesadnie efektowna, ale okazała się za to niezwykle efektywna, gdyż dojście do dogodnej pozycji strzeleckiej przychodziło Amerykankom z wielkim trudem.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie, Szwedki wciąż ograniczały się przede wszystkim do wyprowadzania groźnych kontrataków i tym razem jeden z nich przyniósł powodzenie. Dahlkvist posłała fenomenalne, kilkudziesięciometrowe podanie w kierunku Blackstenius, a napastniczka Linköping doskonale urwała się amerykańskim defensorkom i mierzonym strzałem w długi róg pokonała Hope Solo. Stracony gol tylko podrażnił mistrzynie świata, które jeszcze bardziej zaciekle rzuciły się do odrabiania strat, ale albo dobrze w szwedzkiej bramce spisywała się Lindahl, albo zawodniczkom z USA brakowało precyzji. Wyrównujący gol ostatecznie padł w 77. minucie, choć nie był on efektem składnej akcji Amerykanek, a indywidualnego błędu Samuelsson, która źle przyjęła piłkę we własnej szesnastce, w efekcie czego futbolówka znalazła się pod nogami Alex Morgan, której nie pozostało nic innego, jak tylko doprowadzić do remisu. Gol dla podopiecznych Jill Ellis padł jednak w niezwykle kontrowersyjnych okolicznościach, gdyż Amerykanki kontynuowały grę w momencie, gdy na murawie leżała kontuzjowana Asllani. Nie był to zresztą ani pierwszy ani ostatni tego dnia przypadek, w którym mistrzynie świata niewiele robiły sobie z zasad fair play.

Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, choć w 116. minucie szwedzka ławka eksplodowała, gdy po strzale Schelin piłka drugi raz tego popołudnia zatrzepotała w amerykańskiej siatce. Radość trwała jednak zaledwie kilka sekund, gdyż sędzia liniowa z Tonga dopatrzyła się w tej sytuacji pozycji spalonej. Na jakiej podstawie? Trudno jednoznacznie stwierdzić, gdyż w momencie podania para amerykańskich stoperek znajdowała się zdecydowanie bliżej linii końcowej niż najlepsza szwedzka snajperka. Sędzie z Oceanii w ogóle nie miały dziś najlepszego dnia, gdyż w 120. minucie nie zauważyły także ewidentnego zagrania ręką Christen Press, która chwilę później posłała futbolówkę w boczną siatkę szwedzkiej bramki. Do siatki w dodatkowym czasie gry trafiła za to Lloyd, ale w walce o pozycję z Ericsson pomagała sobie w niezgodny z przepisami sposób.

Podczas serii rzutów karnych emocje sięgnęły zenitu. Najpierw Lindahl popisała się kapitalną paradą po strzale Morgan, następnie strzał grającej świetny mecz Sembrant odbiła Solo, a w ostatniej serii piłkę nad poprzeczką przeniosła Press. Przed szansą na to, aby wprowadzić Szwecję do strefy medalowej stanęła Lisa Dahlkvist i okazji tej – pomimo prowokacyjnego zachowania amerykańskiej golkiperki – nie zmarnowała. Była piłkarka PSG idealnie wytrzymała próbę nerwów i sprawiła, że cudowny, olimpijski sen szwedzkiej kadry będzie trwać nadal. I niezależnie od tego, co wydarzy się we wtorek, potrwa aż do 19. sierpnia, czyli do ostatniego dnia turnieju.

sweusa

Fot. Getty Images

Nasz rywal – USA

Sylwetkę naszych najbliższych rywalek na dobrą sprawę dałoby się przybliżyć w trzech słowach: najlepsza drużyna świata. Reprezentacja USA to nie tylko aktualne mistrzynie świata, mistrzynie olimpijskie i liderki wszystkich mniej lub bardziej poważnych rankingów. To po prostu niemal wzorowo funkcjonująca maszyna stanowiąca niedościgniony wzór dla wielu innych nacji. Wprawdzie w piłce nożnej niespodziewane wyniki zdarzają się stosunkowo częściej niż w pozostałych sportach drużynowych, ale nawet pojedyncze porażki nie zmieniają faktu, że na chwilę obecną Amerykanki są po prostu numerem jeden, co zresztą zarówno same piłkarki, jak i ich liczni sympatycy niezwykle często i głośno lubią podkreślać.

Kadra USA na turniej olimpijski w Rio de Janeiro i okolicach wydaje się nie mieć ani jednego źle funkcjonującego ogniwa, co oczywiście nie jest w najmniejszym stopniu zaskoczeniem. Wybitnych piłkarek w Stanach Zjednoczonych jest tak wiele, że nawet druga i trzecia reprezentacja tego kraju bez wątpienia biłaby się w Brazylii o medale i wcale nie byłaby w tej rywalizacji pozbawiona szans. Wprawdzie na zakończenie fazy grupowej podopieczne Jill Ellis sensacyjnie podzieliły się punktami z Kolumbią, ale znaczy to co najwyżej tyle, że limit słabszych dni na Igrzyskach Amerykanki już najprawdopodobniej wyczerpały. Podobnie zresztą jak Hope Solo, która w starciu z Latynoskami dwukrotnie dała się zaskoczyć Catalinie Usme, ale jutro raczej nie powinniśmy liczyć na podobne prezenty ze strony rozgrywającej mecz numer 202 w reprezentacyjnej koszulce byłej golkiperki Göteborga. Zbyt wielu błędów nie popełnia także amerykańska defensywa, dyrygowana przez dwukrotną mistrzynię NWSL Becky Sauerbrunn. Eksperci z USA bardzo często nazywają zawodniczkę Kansas najlepszą obrończynią świata i akurat w tym konkretnym przypadku trudno z ich opinią polemizować. Wybitnych piłkarek nie brakuje także w ofensywie: Carli Lloyd to bohaterka każdej wielkiej imprezy, w której występuje, Mallory Pugh już zapisała się w annałach Igrzysk jako najmłodsza strzelczyni gola w historii IO, Christen Press zachwyca boiskową inteligencją i zabójczą skutecznością, Crystal Dunn czy Alex Morgan to chodzące reklamy soccera i … tę wyliczankę można byłoby kontynuować w nieskończoność.

Przyjęło się, że najsłabszym punktem w kadrze USA jest jej trenerka, która zresztą objęła posadę w dość niecodziennych okolicznościach. Nie możemy jednak zapominać, że już z Jill Ellis na ławce Amerykankom udało się sięgnąć po mistrzostwo świata, a obecnie są one głównymi faworytkami turnieju olimpijskiego. Można zastanawiać się, czy siła rażenia USWNT byłaby jeszcze większa, gdyby zamiast urodzonej na Wyspach Brytyjskich selekcjonerki najważniejszą rolę w sztabie szkoleniowym sprawował ktoś inny (niektórzy sugerują wprost, że idealnym kandydatem byłby Tony Gustavsson), ale osiągane przez amerykańską kadrę wyniki pokazują, że nawet z Ellis u steru ta drużyna potrafi wygrać z każdym.

Już przed rozpoczęciem turnieju wiadomo było, że spotkanie ćwierćfinałowe będzie dla naszych piłkarek tym kluczowym, ale wówczas nikt nie spodziewał się, że poprzeczka będzie jutro zawieszona aż tak wysoko. Paradoksalnie, brak olbrzymiej presji, a także uciążliwej podróży i drastycznej zmiany klimatu (Amerykanki trzy dni temu rywalizowały z Kolumbią w sercu amazońskiej dżungli) może okazać się jednak sporym atutem, na bazie którego uda się sprawić dużych rozmiarów niespodziankę. Nie zapominajmy, że wyniki ostatnich meczów Szwedek z Amerykankami na wielkich imprezach jednoznacznie pokazują, iż z ekipą USA także da się wygrać. Aby tego dokonać, trzeba oczywiście zagrać na maksimum swoich możliwości i tego właśnie od naszych reprezentantek oczekujemy. Najwyższy czas zagrać po prostu dobry mecz, gdyż w razie ewentualnego niepowodzenia kolejnej szansy już nie będzie.


Bilans meczów z USA: 37 meczów; 7 zwycięstw, 10 remisów, 20 porażek; bramki 37-65

Ostatnie mecze USA: Kolumbia [n] 2-2, Francja [n] 1-0, Nowa Zelandia [n] 2-0, Kostaryka [d] 4-0, RPA [d] 1-0

Ciekawostka: Stawką jutrzejszego starcia w Brasilii będzie nie tylko awans do strefy medalowej Igrzysk, ale także tytuł … nieoficjalnych mistrzyń świata! Historia tych “rozgrywek” sięga pierwszego w historii oficjalnego meczu międzypaństwowego, w którym Francja okazała się lepsza od Holandii, a następnie tytuł przejmowała drużyna, która w bezpośrednim meczu okazała się lepsza od aktualnego czempiona. Co ciekawe, w tabeli wszechczasów nieoficjalnych mistrzostw świata Szwedki zajmują wysokie, trzecie miejsce (w posiadaniu tytułu były łącznie przez 2808 dni).

tony-jpg

Fot. Bildbyrån

Bez przełamania

Dzisiejszy mecz miał przynieść długo wyczekiwane przełamanie, ale niestety na stadionie w Brasilii przyszło nam obejrzeć kolejny pokaz nieporadności w wykonaniu szwedzkich piłkarek. Bezbramkowy remis z Chinami wystarczył wprawdzie do tego, aby zagwarantować sobie awans do ćwierćfinału, ale trzecie miejsce w zdecydowanie najsłabszej grupie olimpijskiego turnieju trudno w ogóle rozpatrywać w kategorii sukcesu. Tym bardziej, że gra wcale nie wyglądała lepiej niż osiągane wyniki i kto wie, czy w tej chwili w ogóle rozmawialibyśmy o fazie pucharowej, gdyby nie koszmarny błąd Roxanne Barker w meczu otwarcia.

Czas na rozliczanie Pii Sundhage i jej sztabu przyjdzie oczywiście po zakończeniu turnieju, ale już dziś, obserwując bezradność naszych reprezentantek w trzecim kolejnym meczu, należy zadać kilka ważnych pytań. Wiadomo, że z wysokości ławki trenerskiej nie da się w pełni kontrolować boiskowych wydarzeń, ale zupełny brak reakcji na to, co w danej chwili dzieje się na murawie jest również mocno zastanawiający. Po meczu z Brazylią nawet Caroline Seger przyznała, że taktyka na spotkanie z gospodyniami dobrana została źle, a formacja defensywna ustawiona była zdecydowanie zbyt wysoko, co ułatwiało grę preferującym techniczny futbol rywalkom. Dlaczego w porę nie zauważyła tego Sundhage i nie zaordynowała drobnej korekty? Dlaczego w obu poprzednich pojedynkach pierwszą do zmiany była Rolfö, która na tle pozostałych ofensywnych piłkarek prezentowała się stosunkowo najlepiej (nie chodziło tu bynajmniej o przygotowanie motoryczne, gdyż sama zawodniczka zapewnia, że pod tym względem jest gotowa do gry w pełnym wymiarze)? Wreszcie – dlaczego w starciu z dysponującymi znacznie skromniejszymi warunkami fizycznymi Chinkami nawet minuty nie dostała Blackstenius, która wydaje się być wręcz stworzona do gry z takimi przeciwniczkami? Pytań jest rzecz jasna znacznie więcej, ale na bardziej szczegółową analizę przyjdzie jeszcze czas.

Wracając do meczu z Chinkami, remis 0-0 należy uznać za rezultat najbardziej sprawiedliwy, choć w drugiej połowie nasze piłkarki miały okazje, aby rozstrzygnąć ten pojedynek na swoją korzyść. Szanse te były wprawdzie w większym stopniu efektem indywidualnych przebłysków niż składnej gry całego zespołu, ale pod bramką Zhao kilka razy zrobiło się naprawdę gorąco. Chińska golkiperka broniła jednak z dużym szczęściem, któremu zresztą potrafiła także pomóc, dwukrotnie wygarniając futbolówkę spod nóg naszych napastniczek. Nieco ożywienia w poczynania reprezentacji Szwecji wniosła w ostatniej fazie meczu Asllani, ale pomocniczce Manchesteru – podobnie zresztą jak innym naszym piłkarkom – zdecydowanie brakowało dziś precyzji. Gola dającego zwycięstwo szukały również rywalki, ale ich zagrania najczęściej sprawiały wrażenie tak samo nieprzemyślanych. Dość powiedzieć, że jedną z najczęściej uskutecznianych przez Azjatki prób sforsowania szwedzkiej defensywy było zejście do flanki i posłanie górnej piłki na walkę w powietrzu. Taka taktyka zdecydowanie nie miała prawa przynieść powodzenia.

Faza grupowa Igrzysk Olimpijskich 2016 przeszła już do historii i podobnie, jak na ubiegłorocznym mundialu, kończymy ją bez większych powodów do optymizmu. Trzecie miejsce, zaledwie dwa strzelone gole (w tym jeden samobójczy) i ogólnie rozczarowująca postawa z pewnością nie nastrajają pozytywnie przed meczem z głównym faworytem turnieju. Z drugiej jednak strony, jeśli szwedzkie piłkarki wciąż marzą o tym, aby Rio i Brazylia budziły w nich po latach radosne skojarzenia, to właśnie stają przed szansą, aby wrócić do gry w niezwykle spektakularnym stylu. Awans do strefy medalowej, okraszony dodatkowo zwycięstwem nad najlepszą drużyną świata, byłby z pewnością wydarzeniem, które nigdzie nie przeszłoby bez echa. Zrealizować taki scenariusz będzie oczywiście niezwykle ciężko, ale jeszcze przez przynajmniej trzy dni mamy pełne prawo mieć nadzieję.

Rio 2016 Olympic Games - Sweden v South Africa: Women's Football - Day -2

Fot. Stephen McCarthy

Nasz rywal – Chiny

Reprezentacja Chin to – jak doskonale wiadomo – jedna z największych potęg w historii futbolu. Swoje największe sukcesy piłkarki z Państwa Środka osiągały jednak w dość odległej przeszłości, a ostatnie lata upłynęły Chinkom głównie pod znakiem mniej lub bardziej udanych prób powrotu do światowej pierwszej ligi. Takie właśnie zadanie postawiono przed Bruno Binim, który objął kadrę ośmiokrotnych mistrzyń Azji po ubiegłorocznym mundialu. Pierwsze miesiące pracy doświadczonego selekcjonera z Francji przyniosły nadspodziewanie dobre wyniki – prowadzona przez niego reprezentacja pokonała kolejno wszystkich medalistów mistrzostw świata, ale ostatnie tygodnie skutecznie ostudziły entuzjazm chińskich kibiców i ekspertów. Poniesione w nie najlepszym stylu porażki z Francją, Kanadą oraz Brazylią jednoznacznie pokazały, że na ewentualną odbudowę chińskiej potęgi będziemy musieli jeszcze dłuższą chwilę poczekać.

Bruno Bini, podobnie zresztą jak wielu selekcjonerów na całym świecie, zdecydował się budować kadrę według własnego, autorskiego pomysłu, który – jak nietrudno się domyślić – znalazł w kraju zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Liczba tych drugich zwiększyła się znacząco po konflikcie francuskiego szkoleniowca z Fei Wang, do niedawna podstawową golkiperką reprezentacji. Była bramkarka między innymi Turbine Poczdam i Olympique Lyon zapowiedziała, że w zaistniałej sytuacji zmuszona jest zrezygnować z występów w narodowych barwach, a jej nieobecność znacząco osłabiła siłę chińskiej kadry, gdyż ani Lina Zhao, ani Yue Zhang z pewnością nie zaliczają się do jej najsilniejszych punktów. Krajowy związek piłkarski zapewniał wprawdzie, że o żadnym pożarze na linii Wang – Bini nie ma mowy, ale trudno przypuszczać, aby te słowa kogokolwiek przekonały. Innymi ciekawymi piłkarkami, z których z różnych powodów nie skorzystał francuski selekcjoner są między innymi Jiali Tang, a także będąca jedną z odkryć kanadyjskiego mundialu Lisi Wang.

Było sporo o nieobecnych, więc najwyższy czas przyjrzeć się zawodniczkom, z którymi jutro przyjdzie zmierzyć się reprezentantkom Szwecji. W jesienno-zimowej serii meczów towarzyskich zdecydowanie najlepiej prezentującą się formacją w chińskiej kadrze była defensywa. Na samych Igrzyskach nie przypomina ona wprawdzie monolitu (między innymi z powodu opisanej powyżej afery z Wang w roli głównej), ale i tak warto docenić klasę Haiyan Wu, czy też pełniącej funkcję kapitanki zespołu Dongny Li. Sporym międzynarodowym doświadczeniem dysponuje także potrafiąca grać na obu bokach obrony Shanshan Liu. Defensorką lub defensywną pomocniczką na początku kariery była także Shenshen Wang, która obecnie odgrywa jednak w kadrze zupełnie inną rolę. To jej gol zapewnił Chinkom niezwykle ważne zwycięstwo nad Kamerunem w 1/8 finału mistrzostw świata i to ona może być jutro tą piłkarką, która swoim trafieniem zechce wprowadzić swoją reprezentację do fazy pucharowej. Chrapkę na to, aby wpisać się na listę strzelczyń będą miały również Xiaoxu Ma, a także potrafiąca uderzyć z każdego miejsca na boisku Ruyin Tan.

Jutrzejszy mecz zadecyduje o tym, która z drużyn zakończy rywalizację w grupie E na drugim miejscu. Jest to o tyle istotne, że trzecia lokata (zakładając, że w ogóle da awans) najpewniej będzie oznaczać konieczność zmierzenia się z reprezentacją USA już na etapie ćwierćfinału. Nie będzie zatem wielkiej przesady w stwierdzeniu, że dla Chin i Szwecji pierwszy mecz o być albo nie być w rozpocznie się już za kilkanaście godzin i nawet jeśli po końcowym gwizdku w turnieju pozostaną obie drużyny, to co najwyżej jedna z nich będzie miała jakiekolwiek powody do radości.


Bilans meczów z Chinami: 24 mecze; 10 zwycięstw, 7 remisów, 7 porażek; bramki 32-24

Ostatnie mecze Chin: RPA [n] 2-0, Brazylia [w] 0-3, Zimbabwe [n] 3-0, Kanada [n] 0-1, Francja [w] 0-3

Ciekawostka: Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego stulecia mecze Szwecja – Chiny były jednym z największych piłkarskich klasyków. Ze szwedzkiej perspektywy najmilej wspominamy ćwierćfinał Mistrzostw Świata 1991, w którym to nasze piłkarki zwyciężyły gospodynie tamtego turnieju 1-0. Autorką jedynego gola była Pia Sundhage, ale niekwestionowaną bohaterką szwedzkiej kadry została Elisabeth Leidinge. Występ golkiperki Jitexu na boisku w Guangzhou stał się w kraju nieśmiertelną legendą.

Bez pomysłu, bez stylu, bez nadziei

Jeżeli dzisiejszy mecz miał nas uspokoić po niezbyt udanym otwarciu przeciwko RPA, to po ostatnim gwizdku pani arbiter z Meksyku możemy z pełnym przekonaniem stwierdzić, że stało się dokładnie odwrotnie. Na murawie stadionu w Rio de Janeiro obejrzeliśmy bowiem kolejny pokaz całkowitej bezradności szwedzkich piłkarek, które podobnie jak przed trzema dniami sprawiały wrażenie drużyny mało kreatywnej, ospałej, a na dodatek zdecydowanie zbyt schematycznej w swoich poczynaniach. O ile w starciu z przedstawicielkami Afryki można było jeszcze w decydujących momentach liczyć na wydatną pomoc rywalek, o tyle pojedynek z dobrze (choć absolutnie nie wybitnie) dysponowanymi gospodyniami boleśnie obnażył wszystkie braki kadry prowadzonej przez Pię Sundhage.

Owszem, możemy zastanawiać się, jak potoczyłoby się dzisiejsze spotkanie, gdyby jeszcze przy wyniku 0-0 Kosovare Asllani wykorzystała swoją stuprocentową sytuację, ale nie możemy przy tym zapominać, że bramkowa okazja pomocniczki Manchesteru była efektem jedynej groźnej akcji stworzonej przed przerwą przez szwedzkie piłkarki. To Brazylijki, od pierwszej do niemal ostatniej minuty, były na Estadio Joao Havelange stroną dominującą i równie dobrze, gdyby nie fenomenalne interwencje Hedvig Lindahl, już po kwadransie gry gospodynie mogły prowadzić różnicą dwóch goli. Przewaga zawodniczek z Ameryki Południowej była jednak tak wyraźna, że bramki dla Canarinhas wydawały się być wyłącznie kwestią czasu i rzeczywiście w 21. minucie arena w Rio eksplodowała po raz pierwszy, a licznie przybyłych na nią brazylijskich kibiców uszczęśliwiła Beatriz. Olbrzymi udział w tym golu miała niestety także Berglund, która popełniła niemal identyczny błąd, jak w ostatnim meczu ligowym, zbyt długo zwlekając z wyekspediowaniem futbolówki za linię końcową.

Pierwszy gol tylko napędził gospodynie do jeszcze bardziej zmasowanych ataków i po trzech minutach – za sprawą Cristiane – Brazylia prowadziła już 2-0. Jeśli w momencie byli jeszcze tacy, którzy wierzyli, że pomimo fatalnej postawy da się jeszcze odwrócić losy meczu, to tlący się w nich wątły płomień nadziei zgasł definitywnie tuż przed przerwą. Ericsson zupełnie niepotrzebnie dała meksykańskiej sędzi pretekst do podyktowania rzutu karnego, a jedenastkę pewnym strzałem zamieniła na gola Marta. Spodziewanych efektów nie przyniosły także roszady dokonane przez Pię Sundhage, gdyż w drugiej połowie gra w dalszym ciągu toczyła się pod dyktando Brazylijek. Nawet wtedy, gdy nasze piłkarki długimi fragmentami rozgrywały piłkę na połowie rywalek, nie przekładało się to na realne zagrożenie pod bramką Barbary. Podobnie jak w starciu z RPA, całkowicie bezproduktywny był szwedzki tercet w środku pola, a skutecznie odcinane od gry napastniczki nie były w stanie wykreować sobie dogodnych sytuacji. Strzeleckie popisy kontunuowały za to Brazylijki, a po kolejnym golu dopisały sobie Marta oraz Beatriz, momentami niemal bawiące się z naszymi defensorkami, które na ich tle wyglądały na tak bezradne, jak w drugiej połowie ubiegłorocznego pojedynku z Nigerią. Na minutę przed końcem regulaminowego czasu gry akcja duetu Appelqvist – Schelin przyniosła nam wprawdzie chwilę radości w postaci trafienia honorowego, dzięki czemu zakończony właśnie mecz nie zapisze się w statystykach jako najwyższa porażka w historii szwedzkiej piłki, ale trudno ten fakt uznać za jakąkolwiek okoliczność łagodzącą w obliczu dzisiejszej kompromitacji.

Tuż po ogłoszeniu przez Sundhage kadry na Rio zastanawialiśmy się głośno nad decyzjami naszej selekcjonerki, a nawet je kontestowaliśmy. Dziwił brak znajdującej się ostatnio w światnej dyspozycji Liny Nilsson, a także kilku innych piłkarek z Pauline Hammarlund na czele. Turniej w Brazylii pokazuje jednak, że najpoważniejszym problemem szwedzkiej reprezentacji nie jest nawet nieobecność tej czy innej zawodniczki, ale kompletny brak umiejętności reagowania na boiskowe wydarzenia. To, co w zupełności wystarcza na Polskę, Mołdawię, czy Słowację, na Igrzyskach Olimpijskich sukcesu nie przynosi, a nasz sztab szkoleniowy najwyraźniej zapomniał nakreślić sensownego planu B, bo aż nie chce się wierzyć, żeby tak klasowe piłkarki nagle, jednocześnie zatraciły wszystkie swoje atuty. Dzisiejsza klęska oczywiście nie zamyka jeszcze drogi nawet do medalu, ale najwyższy czas wyciągnąć z niej odpowiednie wnioski. Margines błędu skurczył się bowiem właśnie do zera, a pierwszy na tym turnieju mecz o wszystko rozegramy nie w ćwierćfinale, a już w trzeciej kolejce fazy grupowej. Teoretycznie, Chinki wydaja się być rywalem, który w każdym aspekcie nam odpowiada, ale wypadałoby w końcu przełożyć teorię na praktykę, bo w przeciwnym razie za kilka dni będziemy mogli zastanawiać się nad … wyjściową jedenastką na rewanż ze Słowacją.

brazil-win

Fot. AFP