Radość w Dalarnie – ich klub nie spadnie

Choć przed bezpośrednim pojedynkiem na Ljungbergsplanen to Piteå znajdowało się aż o pięć lokat wyżej w ligowej tabeli, wielu upatrywało faworytek niedzielnej potyczki w piłkarkach Kvarnsveden. Nie było w tym zresztą nic dziwnego, gdyż po – jak się okazało – niezwykle udanym letnim okienku transferowym, drużyna z Borlänge stała się pierwszoligowcem w pełnym tego słowa znaczeniu. Pierwsze minuty absolutnie nie przebiegały jednak według scenariusza, który usatysfakcjonowałby licznie przybyłych na stadion sympatyków klubu z Dalarny. Gościom z Norrbotten gola przyniosła bowiem już pierwsza okazja; Pedersen podkręciła piłkę z rzutu rożnego, w polu bramkowym wyskoczyła do niej Lövgren, która choć nie dotknęła ostatecznie futbolówki to zrobiła wystarczająco dużo, aby zmylić Adelaide Gay i tym sposobem Piteå znalazło się na prowadzeniu. Po dwudziestu minutach było już 2-0 dla piłkarek z Północy po tym, jak najlepszy możliwy użytek ze swojego wzrostu zrobiła Jakobsson. Taki obrót spraw w najmniejszym stopniu nie załamał jednak podopiecznych Jonasa Björkgrena, które cały czas po prostu grały swoje i bardzo szybko doczekały się pierwszych efektów.

W 27. minucie szarżującą na bramkę gości Addo we własnej szesnastce zatrzymała Ikidi, a prowadząca spotkanie Annika Andric dopatrzyła się w tej sytuacji faulu nigeryjskiej defensorki. Do ustawionej na jedenastym metrze piłki podeszła Tiffany Weimer i nie dała Hildzie Carlén najmniejszych szans na skuteczną interwencję. Niespełna kwadrans później było już 2-2, a na listę strzelczyń wpisała się główna architektka udanego sezonu w wykonaniu Kvarnsveden czyli Tabitha Chawinga, wykorzystując nieporozumienie w szeregach obronnych Piteå. Trafienie napastniczki z Malawi było ostatecznie golem na wagę jednego punktu, gdyż w drugiej połowie żadnej z drużyn nie udało się rozstrzygnąć tego spotkania na swoją korzyść. Bliżej celu były z pewnością gospodynie, które kilka razy poważnie zagroziły bramce Carlén. Zawodniczki z Norrland szczęścia szukały przede wszystkim po stałych fragmentach gry i trzeba oddać, że przynajmniej dwukrotnie mocno zakotłowało się w szesnastce beniaminka. Z przebiegu gry podział punktów można jednak uznać za najbardziej sprawiedliwy rezultat, a nazwę Kvarnsveden chyba już ostatecznie skreślamy z grona ekip walczących o pozostanie w Damallsvenskan. I dobrze, bo byłoby bardzo szkoda, gdyby pierwszoligowa przygoda tak interesującej i kolorowej ekipy miała trwać zaledwie jeden sezon.

******

Skoro jesteśmy już w temacie potencjalnych spadkowiczów, to koniecznie musimy zajrzeć do Sunne i Umeå, gdyż widmo degradacji w obu wymienionych miastach z tygodnia na tydzień staje się coraz wyraźniejsze. Wprawdzie ligową tabelę niezmiennie zamyka ekipa Daniela Doverlinda, ale to piłkarki Mallbacken wydają się być zdecydowanie najbliżej tego, aby w kolejnej kampanii zwiedzić stadiony w Uppsali czy Östersundzie. Dziś wprawdzie udało im się po dłuższej przerwie strzelić gola (efektowna główka Karlernäs po dośrodkowaniu Green), ale było to zbyt mało, aby w rywalizacji z Vittsjö wzbogacić się o choćby jeden punkt. Dzięki trafieniom Alanen oraz Okobi, znajdująca się ewidentnie na fali wznoszącej drużyna z północnej Skanii w pełni zasłużenie zwyciężyła ostatecznie na Strandvallen 2-1, jeszcze bardziej komplikując w ten sposób ligową sytuację swoich rywalek. W przeciwieństwie chociażby do meczu z Kristianstad, zawodniczki Mallbacken robiły dziś naprawdę bardzo wiele, aby do decydującej walki o ekstraklasowe być albo nie być przystąpić z choć trochę lepszej pozycji wyjściowej, ale okazało się, że na chwilę obecną brakuje im przede wszystkim argumentów czysto piłkarskich. A bez nich może być niezwykle ciężko się podnieść.

Swojego meczu nie wygrało także Umeå, które w starciu ekip pozostających jesienią bez zwycięstwa podzieliło się na własnym boisku punktami z Örebro. Jak łatwo się domyślić, z końcowego wyniku zadowolona nie może być żadna z drużyn, choć to mające znacznie więcej z gry piłkarki gości mogą bardziej żałować niewykorzystanych sytuacji. Gra pod dyktando przyjezdnych toczyła się przede wszystkim w pierwszej połowie, w której to po jednej znakomitej okazji na pokonanie Reuterwall nie wykorzystały kolejno najlepsza na placu Spetsmark, a także łapiąca coraz wyższą formę (co musi cieszyć w perspektywie nadchodzących mistrzostw świata U20) Michelle De Jongh. Po przerwie, piłkarki z Örebro nie grały już tak płynnie, a ich jedynym, na dodatek uskutecznianym co kilkadziesiąt sekund pomysłem na defensywę Umeå były centry na głowę Tancredi. Paradoksalnie – właśnie w tym okresie i właśnie po strzale głową Kanadyjki gościom udało się w końcu wyjść na prowadzenie, ale za sprawą Hanny Sandström błyskawicznie zrobiło się 1-1 i wróciliśmy niejako do punktu wyjścia. W ostatnim kwadransie bohaterką Umeå mogła jeszcze zostać Hurtig, która przy linii końcowej wręcz zabawiła się z Hanne Gråhns, ale ani jej, ani Anninie Wede nie udało się wepchnąć piłki do siatki Caroli Söberg. Podział punktów oczywiście nie jest wynikiem, który jakkolwiek przybliżałby drużynę z Västerbotten do utrzymania, ale nadzieję w Umeå wciąż pokładają jeszcze we względnie korzystnym terminarzu. W najbliższy piątek ekipę Daniela Doverlinda czeka wprawdzie mało przyjemny wyjazd do Malmö, ale po nim nastąpi seria meczów z bezpośrednimi rywalami i w tych pojedynkach będzie można naprawdę wiele wygrać. Albo przegrać, ale to zależy już wyłącznie od piłkarek z Umeå.

Reklamy

Emocje były w końcówce

Przez nieco ponad osiemdziesiąt minut mogło się wydawać, że o dzisiejszym meczu na Arenie Linköping za kilka godzin nie będą pamiętać nawet piłkarki, które miały okazję w nim zagrać. Gospodynie prowadziły bowiem z beniaminkiem różnicą jednej bramki i sprawiały wrażenie drużyny, która w myślach już zaczyna rozgrywać niezwykle istotny dla układu tabeli środowy pojedynek z Göteborgiem. Zupełnie niespodziewany gol wyrównujący autorstwa Alexandry Höglund sprawił, że podopieczne Martina Sjögrena musiały w trybie pilnym wrócić na boisko w Linköping i w niespełna dziesięć minut poszukać trafienia na wagę trzech punktów. Ten nieoczekiwany egzamin dojrzałości liderki Damallsvenskan ostatecznie zdały, choć tak naprawdę niewiele brakowało, a znajdujący się pozornie pod ich całkowitą kontrolą mecz zakończyłby się spektakularną katastrofą.

Dominacja Linköping w pierwszej połowie nie podlegała żadnej dyskusji i wyłącznie fenomenalna postawa Gudbjörg Gunnarsdottir sprawiła, że w tej części gry obejrzeliśmy zaledwie jednego gola. Nie będzie jednak wielkiej przesady w stwierdzeniu, iż było to najbardziej jednostronne 1-0, jakie przyszło nam kiedykolwiek zobaczyć. Jedyną piłkarką, której przed przerwą udało się umieścić futbolówkę w siatce Djurgården była oczywiście Pernille Harder. Już tradycyjnie, niezawodna kapitanka reprezentacji Danii napędzała większość akcji Linköping i to ona wypracowała stuprocentowe okazje najpierw Slegers, a następnie Minde. Swojego gola poszukać chciała także Stina Blackstenius, która z kolei zdecydowanie najlepszą bramkową sytuację zmarnowała już w drugiej połowie, przegrywając pojedynek sam na sam z islandzką golkiperką gości. Wprawdzie można było odnieść wrażenie, że im bliżej końcowego gwizdka, tym bardziej gospodynie zaczynają przechodzić na tryb oszczędnościowy, ale nikt nie mógł przypuszczać, że grające dotychczas nadzwyczaj niemrawo piłkarki ze Sztokholmu postarają się jeszcze o jakiekolwiek emocje.

Akcja z 81. minuty też zresztą początkowo nie zapowiadała się na taką, która przyniesie trzęsienie ziemi, ale najlepsza w szeregach gości Hanna Lundqvist zrobiła znacznie więcej niż w tej sytuacji teoretycznie mogła – sprytnie poradziła sobie z Jonną Andersson i odegrała do czekającej na szesnastym metrze Höglund (po drodze futbolówkę przytomnie przepuściła jeszcze Schmidt). Strzał pomocniczki Djurgården nie był może najwyższej próby, ale ponieważ w bramce Linköping nie stała Gunnarsdottir, a Cajsa Andersson, to okazał się on absolutnie wystarczający, aby wprawić w euforię pół Sztokholmu i trzy czwarte Malmö. Gospodynie nie zdążyły otrząsnąć się jeszcze z szoku, a już powinny przyjąć kolejny cios, który mógł przy okazji załatwić sprawę plebiscytu na najpiękniejszą bramkę roku. Pamiętacie słynny popis Marty z półfinału MŚ 2007? Dziś Sofia Nilsson zrobiła na Arenie Linköping coś podobnego, a jedyna różnica polegała na tym, że piłkarka Djurgården swój rajd rozpoczęła … we własnym polu karnym! Przez kilkadziesiąt metrów wszystko szło całkowicie bezboleśnie, ale na skuteczne wykończenie akcji defensorce ze Sztokholmu zabrakło już sił.

Ten nieprawdopodobny wypad Nilsson mógł przechylić szalę zwycięstwa na stronę beniaminka, a tymczasem dwie minuty później to gospodynie odzyskały w niesamowitych okolicznościach prowadzenie. Blackstenius zbiegła do linii końcowej, zacentrowała kompletnie do nikogo, ale wracająca za akcją Ekroth interweniowała tak niefortunnie, że wepchnęła piłkę do własnej bramki. W końcowych minutach piłkarki z Linköping za sprawą Minde dobiły jeszcze swoje rywalki (kolejna w sezonie asysta Harder) i ostatecznie dopisały do swojego dorobku spodziewane trzy punkty, ale – choć pomeczowe statystyki wskazywałyby na coś dokładnie odwrotnego – ich wywalczenie okazało się zadaniem niezwykle wymagającym. Dzisiejsze zwycięstwo sprawia, że drużyna Martina Sjögrena na pewno zachowa na chwilę obecną fotel lidera, ale być może kluczowe dla losów tytułu potyczki z Göteborgiem oraz Örebro wciąż przed nią.

17. kolejka – zapowiedź

Powoli zbliża się ten czas, kiedy to rozgrywki ligowe zdecydowanie wybijają się na pierwszy plan. Wprawdzie tabela Damallsvenskan wygląda obecnie nieco inaczej niż w analogicznym momencie poprzedniego sezonu, ale nie oznacza to bynajmniej, że teraz jest mniej ciekawie. Najbardziej interesujące rozstrzygnięcia cały czas przed nami i być może właśnie w najbliższej serii spotkań któryś z klubów znacznie zbliży się do realizacji swoich tegorocznych celów. Zapraszamy na zapowiedź 17. kolejki.

Rozpoczną ją już w sobotnie popołudnie piłkarki Linköping, więc od razu będziemy mogli przejść do walki o najwyższe cele. Większość zawodniczek LFC spędziło wprawdzie przerwę na kadrę niezwykle pracowicie, ale jakimś pocieszeniem dla Martina Sjögrena może być fakt, iż przynajmniej kilka z nich (Neto, Harder, Arnth) wraca do klubu naładowana pozytywną energią. Nieco lepiej wygląda także sytuacja kadrowa; występ Fridoliny Rolfö stoi oczywiście pod dużym znakiem zapytania, ale gotowa do gry będzie chociażby niezwykle wszechstronna Renee Slegers. Na Arenę Linköping przyjeżdża jednak Djurgården, a ekipa Yvonne Ekroth jak nikt inny potrafi w tym sezonie odbierać punkty faworytkom. Nowe liderki Damallsvenskan z pewnością nie mogą zatem oczekiwać na własnym boisku łatwej przeprawy.

Po niespodziewanym remisie w Vittsjö, piłkarki FC Rosengård udadzą się do nieodległego Kristianstad, gdzie przyjdzie im rozegrać kolejne derby Skanii. Zwycięstwo faworytek ma być formalnością, a kibice w Malmö zastanawiają się, czy po raz pierwszy będzie im dane obejrzeć w akcji zabójczy duet napastniczek Schelin – Enganamouit. Po blamażu szwedzkiej kadry w Viborgu, sporo emocji wzbudza ponadto występ defensorek mistrza kraju, które znów będą musiały znaleźć sposób na zatrzymanie Johanny Rasmussen. Kolejne potknięcie Rosengård może w praktyce zamknąć drużynie Jacka Majgaarda drogę do obrony tytułu, więc na Vilans IP gra będzie się toczyć o naprawdę wysoką pulę.

Zarówno Göteborg, jak i Eskilstuna wciąż pozostają w grze o ligowe podium, choć żadna z wymienionych drużyn nie potrafiła wygrać dwóch ostatnich spotkań. Minimalnymi faworytkami niedzielnej potyczki wydają się być piłkarki Stefana Rehna, ale doskonale wiemy, iż pojedynki tych dwóch ekip, niezależnie od końcowego wyniku, dostarczają nam zawsze wielu emocji. Tych ostatnich nie zabraknie również w Borlänge, gdzie znajdujący się na fali beniaminek podejmie starającą się dokonać kolejnego, piłkarskiego cudu drużynę Piteå. Niezwykle intrygująco zapowiada się przede wszystkim starcie afrykańskich gwiazd obu ekip – Faith Ikidi będzie próbowała powstrzymać Tabithę Chawingę.

Na koniec, zerknijmy na mecze istotne dla układu dolnej części tabeli. Zarówno Mallbacken, jak i Umeå w najbliższy weekend zagrają na własnych obiektach, a ich rywalkami będą kolejno piłkarki Vittsjö oraz Örebro. Wciąż szukające pierwszego jesiennego zwycięstwa podopieczne Martina Skogmana udadza się na Północ osłabione brakiem kontuzjowanej Lisy Dalhkvist (najprawdopodobniej nie zagra do końca sezonu), ale w starciu z niżej notowanym rywalem z pewnością postarają się powalczyć o komplet punktów. Podobne plany mają jednak gospodynie, dla których – podobnie zresztą jak dla Mallbacken – każdy kolejny mecz jest walką o pierwszoligowe być albo nie być.

Grzechy główne Sundhage

Na początek trzeba wyraźnie podkreślić, iż ten tekst nie został napisany w emocjach po klęsce w Viborgu. Owszem, pierwsza od 26. czerwca 2004 porażka w eliminacjach wielkiego turnieju nie jest niczym przyjemnym, ale w tym wszystkim zdecydowanie bardziej niż o sam wynik, chodzi o styl prezentowany w ostatnich miesiącach przez naszą kadrę. W dość dobitnych i prostych słowach opisała go zresztą Hope Solo i, choć styl i ton wypowiedzi amerykańskiej bramkarki zdecydowanie zasługuje na potępienie, to z tym, że dotknęła ona poważnego problemu, nie ma sensu nawet polemizować.

Gdyby przeanalizować występy reprezentacji sygnowanej nazwiskiem Pii Sundhage w roku 2016, to trudno znaleźć choć jeden mecz, po którym moglibyśmy z czystym sumieniem napisać, że właśnie zobaczyliśmy taką Szwecję, jaką chcielibyśmy oglądać zawsze. Ze Szkocją? Świetna druga połowa. Z Japonią? Fenomenalna końcówka. Ze Słowacją w Popradzie? No tak, chyba tutaj byliśmy najbliżej tego, aby w przekroju całego spotkania zaprezentować ładną dla oka, a przy okazji inteligentną grę. Kilka tygodni temu zdarzyło mi się napisać, że wyniki osiągane przez szwedzką kadrę zdecydowanie najlepiej prezentują się na papierze i rzeczywiście niewiele się w tej materii zmieniło. Zdecydowanie najlepsze zdanie o reprezentacji pod wodzą Sundhage w dalszym ciągu mają ci, którzy obserwują ją albo od przypadku albo z pewnej, bezpiecznej odległości.

Gdy bezpośrednio po zakończeniu Igrzysk w Rio do postawy naszych piłkarek na brazylijskich boiskach odniosłem się bez przesadnej euforii, spotkało się to ze sporym zdziwieniem. W najbardziej skrajnym przypadku zdarzyło mi się nawet usłyszeć, że przemawia przeze mnie … żal, że turniej potoczył się nie po mojej myśli, a ćwierćfinał przeciwko USA nie zakończył się wysoką porażką, która zapoczątkowałaby zmiany w sztabie szkoleniowym. Tego typu zarzuty były oczywiście całkowicie absurdalne, gdyż musiałbym być kompletnym idiotą, aby życzyć źle własnej reprezentacji i tworzącym ją zawodniczkom, z których wiele cenię i szanuję również poza boiskiem. Co więcej, jeszcze podczas Igrzysk wielokrotnie podkreślałem, że jedynie drużyna z ogromnym charakterem jest w stanie zrobić tak niesamowity wynik przy tak słabej grze. Tyle tylko, że chwaląc zaangażowanie, ofiarność i swego rodzaju konsekwentną postawę, która doprowadziła nas ostatecznie aż do finału, nie można było nie zauważyć, że nie wszystko w tej drużynie wygląda tak, jak wyglądać powinno. Niestety, blask olimpijskiego srebra okazał się tak oślepiający, że niektórzy na kilka tygodni zapomnieli, iż w drodze na podium wygraliśmy zaledwie jeden mecz (1-0 z RPA po samobójczym trafieniu Barker), a na same Igrzyska dostaliśmy się tylnymi drzwiami (w teorii awans wywalczyła przecież Anglia, która ze względów proceduralnych w Rio wystąpić nie mogła).

Wczorajszy mecz był więc jedynie dopełnieniem większego obrazu, choć jednocześnie jego przebieg zaskoczył chyba nawet największych sceptyków, gdyż drużyną, która w tak brutalny sposób sprowadziła nas na ziemię była nie Francja czy Niemcy, a „jedynie” przeżywająca przecież niełatwy okres Dania. Pia Sundhage ma oczywiście pełne prawo nie przejmować się rozstawieniami (przegrywając w Viborgu przekreśliliśmy swoje szanse na pierwszy koszyk podczas losowania grup EURO 2017), ale na tym, żeby prowadzona przez nią kadra nie przypominała na boisku grupy zagubionych piłkarek chyba już powinno jej zależeć. Mecz z Danią miał być doskonałą okazją na przetestowanie nowych schematów ofensywnych, ale więcej na ich temat usłyszeliśmy jedynie podczas konferencji naszej selekcjonerki. Patrząc wyłącznie na murawę, trudno było bowiem dostrzec w poczynaniach naszych zawodniczek jakiś głębszy zamysł. Żeby być do końca sprawiedliwym trzeba oddać, iż szczególnie w momentach przejścia na 4-4-2 mogliśmy zaobserwować zalążek tego, co w założeniu miało być sposobem na Dunki. Na zalążku niestety się skończyło, gdyż (może z jednym wyjątkiem) szwedzkie piłkarki nie czuły się w takiej grze komfortowo. Osobnym tematem jest oczywiście zachowanie całej drużyny przy golu na 0-2, gdyż na tym poziomie takie sytuacje zwyczajnie nie mogą mieć miejsca. Bramkę po stałym fragmencie gry straciliśmy zresztą także kilka dni wcześniej w starciu ze Słowacją, ale wtedy przynajmniej nasze defensorki nie obskoczyły jednej z rywalek ze wszystkich stron świata.

W tym miejscu dochodzimy do kolejnego problemu kadry Pii Sundhage, jakim niewątpliwie są personalia. Jeżeli w starciu z Danią mieliśmy (zgodnie z zapowiedziami selekcjonerki) grać maksymalnie kombinacyjną piłkę, to czy zagęszczanie środka pola tercetem Seger – Dahlkvist – Appelqvist miało jakieś uzasadnienie? Przecież przynajmniej dwie z wymienionych piłkarek to pomocniczki na wskroś defensywne, stworzone bardziej do przechwytów i fizycznej walki niż do kreowania gry. Owszem, każda z nich oczywiście potrafi popisać się fenomenalną asystą, ale nawet wtedy są to z reguły długie, mierzone, prostopadłe podania wynikające z dobrego antycypowania boiskowych wydarzeń, a nie finezyjne klepki na małej przestrzeni. Pomocniczka Lyonu też nie jest zresztą zawodniczką stworzoną pod nową koncepcję Sundhage, ale akurat ona jak najbardziej mogłaby się sprawdzić w tym ustawieniu na „ósemce”. Oczywiście, pod warunkiem, że cała druga linia zostałaby gruntownie przebudowana. Nie mniejsze wątpliwości wzbudza także obsada formacji ofensywnej. Podczas fragmentów zagranych w ustawieniu 4-4-2 mogliśmy doliczyć się aż czterech (!) różnych par napastniczek i o żadnej z nich nie można powiedzieć, że swoją postawą przekonała do siebie kogokolwiek. Najbardziej męczyła się w tym wszystkim Stina Blackstenius, która także nie potrafiła w pełni przystosować się do swojej nowej, boiskowej roli. Piłkarka Linköping zdecydowanie najlepiej czuje się jako lisica pola karnego i doskonale zdaje sobie z tego sprawę na przykład Martin Sjögren, który w klubie potrafił uczynić z kwartetu Rolfö – Harder – Minde – Blackstenius maszynę niemal perfekcyjną. W kadrze wygląda to jednak niestety nieco inaczej, choć przynajmniej w teorii wydaje się, że z tak zróżnicowanego pod niemal każdym względem duetu Blackstenius – Schough dałoby się wycisnąć znacznie więcej.

Wspomniany problem z personaliami wynika w znacznej mierze z faktu, iż obecny sztab z bardzo dużą rezerwą podchodzi do tematu jakichkolwiek roszad kadrowych. W efekcie tego, na każdej pozycji mamy swego rodzaju hierarchię, a zachwiać mogą nią jedynie wypadki losowe. Zdarza się, że bardzo dobra gra w klubie nie jest w stanie zagwarantować chociażby powołania na zgrupowanie, a przy okazji meczów wyjściową jedenastkę Szwecji z reguły trafić jest łatwiej niż wyniki meczów francuskiej ekstraklasy. Coś na ten temat wie chociażby znajdująca się nieprzerwanie od trzech sezonów w dwójce najlepszych golkiperek Damallsvenskan Jennifer Falk, czy Mimmi Larsson, która w Eskilstunie tydzień w tydzień prezentuje wyższą formę od regularnie powoływanych przez Sundhage kadrowiczek. Argument, że w kraju, w którym mniej więcej co dziesiąta kobieta kopie lub kopała piłkę, trzeba wciąż obracać się wokół tych samych dwudziestu nazwisk jest oczywiście kompletnie nietrafiony, co najdobitniej pokazują przykłady Anglii lub Francji, czyli krajów dysponujących (biorąc pod uwagę wyłącznie liczby bezwzględne) nawet mniejszym potencjałem.

Niedawno dowiedziałem się, że przygotowująca się już pod kątem eliminacji mistrzostw świata reprezentacja Polski na w planach rozegranie sparingu, podczas którego kadra A zmierzy się ze swoim bezpośrednim zapleczem. Choć jest to oczywiście pomysł, który nigdy nie doczeka się realizacji, jestem bardzo ciekawy, jak wyglądałby przebieg podobnego spotkania na szwedzkim gruncie. Reprezentacja Pii Sundhage kontra piłkarki w selekcji pomijane lub odgrywające w niej marginalna rolę. Skład tej drugiej drużyny mógłby wyglądać na przykład tak: Falk – Nilsson (Glas), Carlsson, Ericsson (Karlsson), Landström – Diaz, Adolfsson (Johansson) – Spetsmark, Löwfenius, Rytting Kaneryd – Larsson (Jalkerud), a poprowadzić mógłby ją ktoś z trójki Martin Sjögren, Stellan Carlsson, Yvonne Ekroth. Absolutnie nie uważam, że tak skonstruowana ekipa pokonałaby bez problemu reprezentację, ale przebieg takiego pojedynku mógłby okazać się nadzwyczaj ciekawy.

Do rozpoczęcia finałów EURO 2017 pozostało niespełna dziesięć miesięcy, czasu na to, aby dokonać niezbędnych korekt jest więc zarówno dużo i mało. Tym bardziej, że na mistrzostwach Europy nie da się wyjść z grupy z trzeciego miejsca, a podczas kadencji obecnej selekcjonerki tylko raz udało nam się na dużej imprezie zakończyć zmagania grupowe w pierwszej dwójce. Pomimo wielu gromadzących się od dłuższego już czasu wątpliwości mam jednak nadzieję, że projekt Holandia 2017 autorstwa Pii Sundhage w jakiś wymykający się logice sposób jednak wypali, a kadrę z przyszłorocznego EURO jeszcze po latach wspominać będziemy z sentymentem. Dla dobra szwedzkiej piłki chciałbym, żeby tak właśnie się stało, gdyż czasami naprawdę przyjemnie się pomylić.

3529009_2048_1152

Fot. Adam Ihse

Najniższy wymiar kary

Dwa stracone gole, zaledwie dwa celne strzały (oba już w doliczonym czasie drugiej połowy) i dwie wymuszone zmiany – taki jest bilans występu reprezentacji Pii Sundhage na boisku w Viborgu. O ile w ostatnich miesiącach grającą najczęściej znacznie poniżej oczekiwań szwedzką kadrę broniły z reguły wyniki, o tyle dziś nie było ani stylu, ani punktów. A gdyby Dunki wykorzystały wszystkie stworzone przez siebie okazje, to końcowy rezultat wyglądałby znacznie, znacznie gorzej.

Można oczywiście próbować tłumaczyć się, że dziś to rywalki grały o większa stawkę (co jest oczywiście nieprawdą), że brakowało kilku teoretycznie podstawowych zawodniczek (co prawdą akurat jest, ale usprawiedliwieniem fatalnego występu już niekoniecznie), czy wreszcie, że zakończony właśnie pojedynek miał służyć testowaniu nowych wariantów i schematów. Rzeczywistość wyglądała jednak tak, że od pierwszej do dziewięćdziesiątej czwartej minuty to ekipa prowadzona przez Nilsa Nielsena niepodzielnie panowała nad boiskowymi wydarzeniami, a licznie przybyła na stadion w Viborgu miejscowa publiczność ani przez chwilę nie musiała drżeć o wynik. Dopiero w ostatnich sekundach Stinę Petersen postanowiły przetestować kolejno Schough oraz Berglund, ale golkiperka Kristianstad z obu tych prób wyszła obronna ręką. Wcześniej duńska bramkarka ani razu nie musiała wykazywać się swoim kunsztem, a najbliżej jej pokonania była … Simone Boye, która o mało co nie zdobyłaby gola samobójczego.

Znacznie więcej działo się za to po drugiej stronie boiska. W 13. minucie fatalny błąd na mniej więcej trzydziestym metrze przed własną bramką popełniła Berglund, co momentalnie wykorzystała Rasmussen i przepięknym strzałem z dystansu wyprowadziła Danię na prowadzenie. Warto w tym miejscu zauważyć, że defensorka Rosengård już trzeci raz w bardzo krótkim odstępie czasu zanotowała podobną stratę w tym sektorze boiska i tym razem przyszło za nią zapłacić najwyższą możliwą cenę. Po zdobytym golu Dunki absolutnie nie zamierzały się cofać i jeszcze przed przerwą stworzyły sobie dwie dogodne okazje do podwyższenia wyniku, ale żadnej nie udało im się wykorzystać. Ta sztuka powiodła się za to na początku drugiej połowy; Julie Jensen dośrodkowała z rzutu rożnego, osaczona przez cztery szwedzkie piłkarki (!) Harder zdołała oddać strzał, który zatrzymał się na słupku, a niepilnowana dla odmiany przez nikogo (!) Nadim spokojnie złożyła się do dobitki. Trudno nawet jednoznacznie stwierdzić, czy bardziej w tej sytuacji powinniśmy niepokoić się tym, że cztery nasze zawodniczki nie potrafiły skutecznie upilnować jednej przeciwniczki, czy może tym, iż napastniczka rywalek miała w szwedzkim polu karnym tyle swobody, że przed oddaniem strzału zdążyłaby jeszcze spokojnie odwiedzić znajomych w Hjørring. Swojego gola szukała dziś także Sanne Troelsgaard, ale z pierwszym z jej strzałów poradziła sobie Lindahl, a po drugim ofiarną interwencją uratowała nas Lisa Dahlkvist, która jednak swoje poświęcenie okupiła kontuzją i – podobnie jak kilkanaście minut wcześniej Caroline Seger – musiała przedwcześnie opuścić boisko.

Szukając w dzisiejszym meczu pozytywów, na pewno trzeba wspomnieć o Kosovare Asllani, która była zdecydowanie najlepszą szwedzką piłkarką na boisku. Wprawdzie stałe fragmenty w wykonaniu pomocniczki Manchesteru wciąż pozostawiają sporo do życzenia (choć dziś i w tym elemencie można było dostrzec poprawę), ale na tle wyraźnie zagubionych koleżanek Asllani sprawiała wrażenie jedynej, która w pełni zrozumiała pieczołowicie nakreślone przez Pię Sundhage założenia taktyczne. To jej podania dwukrotnie mogły otworzyć partnerkom drogę do bramki, ale niestety w obu przypadkach skończyło się na błędzie w przyjęciu lub rozegraniu. Przyzwoity występ zaliczyły ponadto Appelqvist, Seger oraz – jako jedyna przedstawicielka formacji defensywnej – Samuelsson. Niezłą zmianę dała także wracająca po przerwie spowodowanej chorobą Blackstenius, a poniżej swojego poziomu nie zeszła także Lindahl, którą jednak zdarzało nam się już oglądać w lepszej dyspozycji. Martwić może natomiast postawa pary stoperek, po których absolutnie nie było widać automatyzmu wynikającego ze wspólnej gry w klubie. Jeśli w najbliższych godzinach duet Ilestedt – Berglund nie przejdzie jakiejś metamorfozy, to na miejscu sympatyków FC Rosengård zaczynalibyśmy obawiać się nadchodzącego weekendu. Wszak nie trzeba chyba przypominać, kto w Kristianstad hasa po skrzydle.

2406634_ultrawide

Fot. Anders Kjærbye

Komu awans, komu baraż?

Bez Rubensson, Fischer i Sembrant udała się do Danii reprezentacja Szwecji, która w oddalonym o mniej więcej trzydzieści kilometrów od Viborga Silkeborgu przygotowuje się do ostatniego meczu eliminacji EURO 2017. O tym, jak duża jest stawka jutrzejszych derbów Skandynawii, informowaliśmy szczegółowo już wczoraj, dziś więc zajmiemy się przede wszystkim tym, co we wtorkowy wieczór wydarzy się w innych zakątkach naszego kontynentu. A dziać może się naprawdę sporo, gdyż 20. września 2016 może w przynajmniej dwóch krajach stać się datą absolutnie historyczną.

Przypomnijmy, że prawo gry w finałach piłkarskich mistrzostw Europy zapewniło sobie póki co jedenaście reprezentacji. Jeśli jutro nie wydarzy się jakiś niespodziewany kataklizm, to do tego grona bez większych problemów powinny dołączyć Austria, Dania oraz Włochy. Mamy zatem czternaście ekip i – jak łatwo policzyć – jeszcze dwa wolne miejsca, o które korespondencyjną walkę stoczą jutro cztery drużyny: Rumunia, Rosja, Finlandia i Portugalia. Rachunek jest więc niezwykle prosty – w jednym z wymienionych powyżej krajów już za niewiele ponad dwadzieścia cztery godziny bedą mogli świętować awans, dwa kolejne zmierzą się w październikowym barażu w bezpośrednim pojedynku o ostatnią przepustkę na holenderskie EURO, a czwartemu z zainteresowanych przyjdzie poczekać co najmniej cztery lata na kolejna szansę. Kto zatem znajduje się w najlepszej sytuacji przed ostatnią serią spotkań i na co mogą liczyć sympatycy wciąż pozostających w grze reprezentacji? Więcej na ten temat w poniższej analizie.

Rumunia już zagwarantowała sobie przynajmniej udział w barażu, ale celem ekipy z Bałkanów na jutrzejszy wieczór jest z pewnością bezpośredni awans. Aby go wywalczyć, podopieczne Mirela Albona muszą:

  • zwyciężyć z Grecją przynajmniej taką samą różnicą goli jak Rosja z Chorwacją przy jednoczesnej stracie punktów przez Finlandię w meczu z Hiszpanią.
  • zwyciężyć z Grecją o jeden gol niżej niż Rosja z Chorwacją, ale strzelając w swoim meczu przynajmniej tyle samo goli co Rosja przy jednoczesnej stracie punktów przez Finlandię w meczu z Hiszpanią.
  • zremisować z Grecją przy jednoczesnej stracie punktów przez Rosję w meczu z Chorwacją oraz porażce Finlandii z Hiszpanią.

Rosja także jest już pewna gry w barażu, przyjrzyjmy się więc, co musiałoby się wydarzyć, aby Jelena Fomina i jej piłkarki awansowały już jutro. Aby 20. września w Moskwie i Petersburgu otwierano szampany i inne trunki Rosjanki muszą:

  • zwyciężyć z Chorwacją przynajmniej o dwa gole wyżej w stosunku do Rumunii wygrywającej z Grecją przy jednoczesnej stracie punktów przez Finlandię w meczu z Hiszpanią.
  • zwyciężyć z Chorwacją o jeden gol wyżej niż Rumunia z Grecją, strzelając w swoim meczu więcej goli niż Rumunia przy jednoczesnej stracie punktów przez Finlandię w meczu z Hiszpanią.
  • zremisować z Chorwacją przy jednoczesnych porażkach Rumunii z Grecją oraz Finlandii z Hiszpanią.

Przegrywając w Trofie, swoją sytuację mocno skomplikowała Finlandia, która cały czas nie może być pewna nawet występu w barażach. Aby zagwarantować sobie prawo gry w październikowym dwumeczu, Finki muszą:

  • nie przegrać z Hiszpanią.
  • przegrać z Hiszpanią przy jednoczesnej stracie punktów przez Portugalię w meczu z Irlandią.

Nieco więcej warunków musi zostać spełnionych, aby Finlandia już we wtorek wywalczyła bilety do Holandii. Prowadzący kadrę Suomi, doskonale znany w Szwecji Andrée Jeglertz już zapowiedział złożenie rezygnacji z pełnionej funkcji w przypadku braku awansu. Aby nie musiał tego robić przynajmniej do sierpnia przyszłego roku, jego podopieczne muszą:

  • zwyciężyć z Hiszpanią.
  • zremisować z Hiszpanią przy jednoczesnej stracie punktów przez Rumunię i Rosję w meczach kolejno z Grecją oraz Chorwacją.
  • przegrać z Hiszpanią przy jednoczesnych porażkach Rumunii i Rosji w meczach kolejno z Grecją oraz Hiszpanią, a także stracie punktów przez Portugalię w meczu z Irlandią.

Na koniec została nam ambitnie walcząca o historyczny, pierwszy awans do EURO Portugalia. Pomimo inspirowanego hat-trickiem Claudii Neto zwycięstwa nad Finlandią, ekipa z południa Europy wciąż nie może być pewna nawet gry w barażu. Aby ją sobie zagwarantować, Portugalki muszą:

  • zwyciężyć z Irlandią przy jednoczesnej porażce Finlandii z Hiszpanią.

Teoretycznie, kadra Portugalii może nawet pokusić się o bezpośredni awans, co byłoby niesamowitym osiągnięciem dla ekipy, która do grupy eliminacyjnej losowana była z czwartego koszyka. Jest to jednak wariant zdecydowanie najmniej prawdopodobny, gdyż aby stał on się rzeczywistością, Portugalki muszą:

  • zwyciężyć z Irlandią przy jednoczesnych porażkach Finlandii, Rumunii i Rosji w meczach kolejno z Hiszpanią, Grecją oraz Chorwacją i odrobieniu czterech goli w stosunku do Rumunii, a także trzech w stosunku do Rosji.

Jak widać, możliwości na wtorkowy wieczów jest całkiem sporo i możemy być pewni, że emocji i zwrotów akcji i tym razem nie zabraknie. Oczywiście, całe te nasze wyliczenia mogą nam popsuć na przykład Czeszki (zwyciężając w Piemoncie z Włoszkami i spychając je do baraży), ale to jedynie jeszcze bardziej każe z niecierpliwością wyczekiwać jutrzejszych pojedynków. Na pewno będzie ciekawie i … bardzo dobrze, wszak eliminacje do wielkiej, piłkarskiej imprezy nie kończą się codziennie. A szczęśliwcom, którzy za kilkanaście godzin będą się w euforii świętować awans, już teraz mówimy: Do zobaczenia w Holandii!