A teraz … super finisz!

horse-racing.png

Wyścig o mistrzostwo Szwecji 2018 (ilustracja poglądowa)

Jeśli dwudziesta seria spotkań miała być testem dla czwórki liderów, to wszyscy oni zakończyli ten egzamin z tarczą. Owszem, styl w którym zwyciężali był bardzo różny, ale na koniec dnia najbardziej liczą się trzy punkty, a te zapisała dziś na swoim koncie każda z zamieszanych w walkę o medale drużyn.

Jako pierwsze w kolejności do swojej próby podeszły liderki z Piteå, które przynajmniej w teorii czekało zdecydowanie najłatwiejsze zadanie. Wciąż szukający choćby jednego korzystnego wyniku w rundzie jesiennej beniaminek z Kalmar poprzeczkę zawiesił jednak nadspodziewanie wysoko, choć nie wiem, czy bliższe prawdy nie będzie stwierdzenie, że to ekipa Stellana Carlssona zaprezentowała się dziś wyraźnie poniżej swoich możliwości. Jakimś usprawiedliwieniem dla zespołu z Norrbotten może być fakt, że prowadzenie gry i cierpliwe konstruowanie ataków pozycyjnych nie jest i pewnie nigdy nie będzie najmocniejszą stroną aktualnych liderek Damallsvenskan, ale na tle grającego bez trzech podstawowych zawodniczek zdegradowanego Kalmar mogliśmy, a nawet powinniśmy oczekiwać od Piteå lepszej postawy. Na szczęście dla gości, w 66. minucie ze snu wybudziła się Andrea Norheim i piękną, indywidualną akcją obsłużyła ustawioną na wprost bramki Madelen Janogy. Stracony gol nieco roztroił bardzo dzielnie spisującą się do tego momentu defensywę ze Småland i dosłownie chwilę później było już 0-2, po tym jak najlepsza na placu była skrzydłowa Mallbacken zrewanżowała się piękną asystą młodzieżowej reprezentantce Norwegii. W samej końcówce nerwy trenera Carlssona na ciężką próbę postanowiła jeszcze wystawić Faith Ikidi, która w bardzo nonszalancki sposób straciła futbolówkę tuż przed własnym polem karnym, co w rezultacie doprowadziło do zdobycia przez Kalmar kontaktowego gola (Wretman skutecznie dobiła strzał Johansson Prakt), ale na wyrównanie stanu rywalizacji gospodyniom nie wystarczyło już ani czasu, ani umiejętności.

Zdecydowanie lepszą twarz pokazał natomiast Rosengård, który ani przez moment nie pozostawił Hammarby złudzeń na wywiezienie ze Skanii korzystnego rezultatu. Na wyróżnienie po dzisiejszym meczu zasłużyła chyba każda z piłkarek desygnowanych na boisko przez Jonasa Eidevalla; Mittag, Troelsgaard i Utland stworzyły zabójcze, ofensywne trio, niezmordowane Jimenez i Brown napędzały kolejne akcje przy linii bocznej, a środek pola niezmiennie pozostawał królestwem Caroline Seger. Okazji na pokonanie Emmy Homngren zawodniczki z Malmö stworzyły sobie tak wiele, że nawet dwucyfrowy wynik trudno byłoby nazwać niesprawiedliwym, ale na szczęście dla gości efektywność była dziś chyba najsłabszą stroną dziesięciokrotnych mistrzyń Szwecji, które takim występem złożyły jasną deklarację, że tej jesieni interesuje je wyłącznie jedenasty tytuł. I słusznie, gdyż z zatrzymaniem tak rozpędzonej maszyny Piteå i Göteborg mogą mieć naprawdę spory problem.

Skoro już wspomnieliśmy o zespole Marcusa Lantza, to ten również wykonał dziś swoje zadanie. Szybki gol Rebecki Blomqvist po sprytnym podaniu Olivii Schough błyskawicznie ustawił mecz na Myresjöhus Arenie, ale aż do 82. minuty Göteborg nie potrafił podwyższyć skromnego, jednobramkowego prowadzenia, co przy rywalu dysponującym tyle silną, co nieobliczalną ofensywą stanowiło pewne zagrożenie. W końcu na listę strzelczyń wpisała się jednak niezawodna Elin Rubensson, która dosłownie chwilę wcześniej obiła poprzeczkę bramki strzeżonej przez Moę Edrud i przybyli do Småland fani z Västergötland mogli wreszcie odetchnąć. To samo zrobiły najwyraźniej także zawodniczki z Göteborga, a że na luzie gra się zdecydowanie przyjemniej niż pod presją, to przed ostatnim gwizdkiem Lovisy Johansson obejrzeliśmy jeszcze dwa gole. Oba wypracowała swoim koleżankom rekonwalescentka Pauline Hammarlund, która najpierw asystowała przy drugim tego dnia trafieniu Blomqvist, a następnie doskonale znalazła swoim podaniem Amandę Johnsson Haahr.

Niespodzianek nie było także w Sztokholmie oraz w Kristianstad. Na Stadionie Olimpijskim Djurgården po golach Spetsmark oraz Jalkerud (dwie wspaniałe asysty Irmy Helin) pokonał przetrzebione kontuzjami Vittsjö, a derbach Skanii zespół Elisabet Gunnarsdottir odrobił dwubramkową stratę w rywalizacji z Limhamn Bunkeflo, aby ostatecznie zwyciężyć 4-2. Bohaterką wciąż niepokonanego na swojej nowej arenie Kristianstad była dziś Ogonna Chukwudi, która jeszcze przed przerwą dwukrotnie znalazła sposób na pokonanie Emmy Lind, a już w drugiej połowie zamknęła mecz, posyłając mierzone dośrodkowanie z lewego skrzydła na głowę Amandy Edgren.

Sprawczyniami jedynej podczas tego weekendu niespodzianki zostały więc piłkarki z Eskilstuny, które w sobotnie popołudnie pokonały na wyjeździe wciąż urzędującego mistrza z Linköping. Wynik ten możemy uznać za nieco zaskakujący, ponieważ Olof Unogård desygnował do gry najsilniejszą jedenastkę, na jaką było go stać, ale Asllani, Maanum i Hurtig ani razu nie potrafiły przełamać dyrygowanej przez Vailę Barsley defensywy gości. Jedyny gol dla Eskilstuny padł po błędzie Linköping w kryciu przy stałym fragmencie, ale piłkarki z Tunavallen także z gry kilka razy zagroziły bramce Julii Nyström. Młoda golkiperka LFC broniła jednak zdecydowanie pewniej niż przed dwoma tygodniami w Piteå, a w niektórych sytuacjach (słupek po strzale Felicii Karlsson) dopisywało jej także szczęście.

Komplet wyników:

Linköping – Eskilstuna 0-1 (Okobi 55.)

Kalmar – Piteå 1-2 (Wretman 87. – Janogy 66., Norheim 70.)

Kristianstad – Limhamn Bunkeflo 4-2 (Chukwudi 14., 45+1., Chikwelu 52., Edgren 58. – Hönnudottir 4., M. Persson 6.)

Djurgården – Vittsjö 2-0 (Spetsmark 10., Jalkerud 45.)

Växjö – Göteborg 0-4 (Blomqvist 11., 86., Rubensson 82., Johnsson Haahr 89.)

Rosengård – Hammarby 5-1 (Troelsgaard 3., Utland 20., Wieder 73., Mittag 86., 90+3. (k) – Larsson 50.)

Witamy w Damallsvenskan – Kungsbacka

kdff

Radość nie może dziwić! Kungsbacka świętuje sensacyjny awans (Fot. Björn Nordling)

Na zdrowy rozum ta chwila nigdy nie miała prawa się wydarzyć. Nie po tych wszystkich osłabieniach kadrowych, po nieoczekiwanej zmianie trenera w chyba najmniej sprzyjającym takiej roszadzie momencie i po tym jak na półmetku rozgrywek Göteborg wyciągnął ze składu Kungsbacki Karin Lundin. Miło mi jednak poinformować, że w Elitettan czasami dzieją się rzeczy, których przewidzieć się po prostu nie da. Gdy w połowie lipca, trochę bawiąc się konwencją, przyrównałem czołowe kluby zaplecza szwedzkiej ekstraklasy do uczestniczek programu dating show, powstrzymałem się od jednoznacznych deklaracji (oj, jak dobrze!), ale uczciwie przyznaję, że spośród wszystkich potencjalnych kandydatek do awansu, to właśnie Kungsbace dawałem wówczas najmniejsze szanse na powodzenie. Na szczęście, piłkarki z zachodniego wybrzeża z tego typu prognoz robiły sobie niewiele, a swoją postawą na boisku udowodniły, że to właśnie im należy się miejsce wśród dwunastu najlepiej kopiących piłkę drużyn w kraju. Runda jesienna rozpoczęła się dla zespołu Roberta Sjökvista od wyszarpanych w dramatycznych okolicznościach remisów z Kvarnsveden oraz Örebro i kto wie, czy to właśnie tamte mecze nie okazały się decydujące w końcowym rozrachunku. Korzystne wyniki w starciach z niedawnymi pierwszoligowcami (w przypadku drugiego z wymienionych spotkań blisko było nawet zwycięstwo) z pewnością pozwoliły bowiem uwierzyć, że letnie turbulencje wcale nie muszą oznaczać odkładania marzeń o Damallsvenskan na bliżej nieokreśloną przyszłość. Później przyszedł niełatwy triumf nad Asarum, jeszcze jeden remis (tym razem z rozpędzającym się Assi) i wizja awansu zaczęła powoli pojawiać się na dalekim wówczas horyzoncie. Każde kolejne zwycięstwo sprawiało jednak, że z tygodnia na tydzień stawał on się coraz bliższy, aż w końcu dziś trener Sjökvist mógł oficjalnie zakomunikować światu, że wiosną 2019 pierwszoligowy futbol zawita do Kungsbacki. To naprawdę wielka rzecz, naprawdę wielka … brak mi słów. To najwspanialsza chwila w moim życiu – powiedział po ostatnim gwizdku wzruszony szkoleniowiec.

Dzisiejszy mecz ze znajdującym się w strefie spadkowej Västerås tylko na papierze był dla liderek Elitettan łatwym zadaniem. W kadrze wciąż mającej przecież szansę (choć w tej chwili już raczej tylko teoretyczną) na pozostanie na szczeblu centralnym drużyny znajdują się takie zawodniczki jak chociażby MVP ubiegłorocznego finału młodzieżowych mistrzostw Szwecji Cornelia Ellefors, czy też Amerykanki z przeszłością w NWSL. Kungsbacka raz jeszcze postanowiła jednak sięgnąć po swoją najbardziej niebezpieczną broń, czyli … zabójcze główki i w stylu, którego nie powstydziłaby się sama Lindsey Horan do spółki z Wendie Renard rozstrzelała rywalki z Västmanland zanim te zdążyły się na dobre zorientować o co w tym wszystkim chodzi. Na listę strzelczyń wpisywały się kolejno kapitanka Lina Gerhardsson, Emma Kullberg, Sara Nilsson oraz Klara Folkesson i już do przerwy było w zasadzie po zabawie. Druga połowa musiała się rzecz jasna odbyć, ale dla gości była już ona wyłącznie dopełnianiem bardzo przyjemnych formalności.

Gdy opadnie kurz po absolutnie zasłużonej fecie, z pewnością zaczną pojawiać się pytania o przygotowania ekipy z Kungsbacki do pierwszego w historii startu w najwyższej klasie rozgrywkowej. Nie będą one całkiem bezzasadne, gdyż mówimy przecież o klubie, którego budżet nawet w Elitettan nie robił na nikim wrażenia. Czy przed inauguracją ligi, prawdopodobnie nieco przyspieszoną ze względu na mundial we Francji, uda się zatem rozwiązać przynajmniej te najbardziej palące problemy, których na Tingbergsvallen jak wiemy nie brakuje? To wszystko okaże się w najbliższych tygodniach, a my będziemy te przygotowania bacznie obserwować i recenzować. Dziś wieczorem dajmy jednak wystrzelić korkom od szampana i niech ten szalony wieczór w Kungsbace przedłuża się o kolejne godziny! A ja mogę z równie wielką radością po raz pierwszy tej jesieni napisać moją ulubioną formułkę:

Kungsbacka DFF – witamy w Damallsvenskan!

20. kolejka – zapowiedź

zcsjesph6udnvtahqejo

W Kristianstad mają w tym sezonie mnóstwo powodów do radości (Fot. Damallsvenskan)

To już ten moment, w którym finisz wyczerpujących ligowych zmagań zaczyna pojawiać się na horyzoncie. Niby to jeszcze wciąż bardzo daleko, niby jeszcze tak wiele punktów tylko czeka, aby ktoś podniósł je z zielonej murawy, ale jednak meta staje się każdego dnia coraz wyraźniejsza. Kto przekroczy jej linię jako pierwszy, na stałe wpisując się do panteonu zwycięzców? Kto będzie musiał poznać gorzki smak degradacji? Obecny sezon jest tak szalony, że niemal każdy z dwunastu klubów ma jeszcze o co grać, więc po prostu usiądźmy wygodnie w fotelach lub na stadionowych krzesełkach i delektujmy się finałowymi akordami Damallsvenskan 2018! Wykorzystajmy do maksimum ostatnie w tym roku spotkania z naszą ukochaną ligą, bo za miesiąc o tej porze znów będziemy za nią tęsknić.

Mecz kolejki: Djurgården vs Vittsjö. Tak, rywalizacja o mistrzostwo i puchary jest w tym roku nieprawdopodobnie zacięta, ale równie interesująco jest przecież w dolnej połówce tabeli. Na trzy kolejki przez końcem rozgrywek, miejsce szóste od jedenastego dzieli zaledwie sześć punktów i żadna ze znajdujących się w tych rejonach drużyn nie może jeszcze być do końca pewna ligowego bytu. W gronie tym znajdują się między innymi Djurgården oraz Vittsjö, które już w najbliższą niedzielę zmierzą się w bezpośrednim starciu na Stadionie Olimpijskim. Obie ekipy przeżywały w obecnym sezonie wzloty i upadki, obie musiały (i nadal muszą) radzić sobie z kontuzjami kluczowych piłkarek, ale w tym momencie znaczenie ma już tylko to, co przed nami. Dziewięćdziesiąt minut boiskowych zmagań może jednym zapewnić stosunkowo bezpieczny bufor bezpieczeństwa, a drugich zepchnąć na skraj przepaści. Vittsjö wybierze się do stolicy bez Emmy Lundh i Hanny Wilkinson, a przecież nie zapominajmy, że na problemy zdrowotne narzeka również Clara Markstedt. Czyżby więc ofensywny duet w zespole gości miały tym razem utworzyć De Jongh oraz Cameron? Jaką odpowiedź przygotują na to gospodynie, wśród których wreszcie odblokowała się Mia Jalkerud? Na papierze więcej atutów znajdziemy z pewnością po stronie sztokholmianek, ale przecież zdążyliśmy się już nauczyć, że w tej lidze znaczy to tyle, co nic.

Wydarzenie kolejki: próba charakteru liderów. Piteå i Göteborg pojadą do beniaminków ze Småland, a Rosengård podejmie na Malmö IP przetrzebione kontuzjami Hammarby. Czy coś może tu pójść nie tak? Absolutnie wszystko! Owszem, liderzy w każdym z tych spotkań będą zdecydowanymi faworytami, ale przecież pamiętamy, jak analogiczne starcia wyglądały w rundzie wiosennej. Kalmar przegrał w Piteå zaledwie 1-2 po niezwykle wyrównanym meczu, Växjö długo prowadziło na Valhalli z Göteborgiem i kto wie czy nie sprawiłoby ogromnej niespodzianki gdyby nie czerwona kartka dla Katie Fraine, a Hammarby (jeszcze z Julią Zigiotii w składzie) odniosło trzecie z rzędu, ligowe zwycięstwo nad Rosengård. Teraz niby wszystko powinno pójść zdecydowanie bardziej gładko, ale szczególnie na Myresjöhus Arenie wyczuwamy całkiem spory potencjał na sensacyjne rozstrzygnięcie. Przecież Anna Anvegård ot tak nie zrezygnuje z walki o bycie pierwszą od niemal dekady szwedzką królową strzelczyń Damallsvenskan, a Jelena Cankovic potrafi rozklepać nie taką defensywę jak ta z Göteborga. A zatem, drodzy liderzy, pokażcie, że naprawdę jesteście warci tego miana!

Zagadka kolejki: czy w Kristianstad naprawdę zbudowali drużynę na medal? Co by się nie wydarzyło, ten sezon i tak będzie dla Kristianstad historyczny. Skoro jednak jest aż tak dobrze, to czemu by nie powalczyć na przykład o to, aby zakończyć go na podium? Teoretycznie, zespół prowadzony przez Elisabet Gunnarsdottir wciąż ma szansę nawet na wywalczenie tytułu mistrzowskiego, ale jednak lokata w trójce-czwórce wydaje się nieco bardziej realnym celem. Aby go osiągnąć, trzeba będzie pokonać na własnym boisku rozpaczliwie walczące o pozostanie w gronie pierwszoligowców Limhamn Bunkeflo, co z kilku powodów może okazać się zadaniem znacznie trudniejszym niż wskazywałaby na to tabela. Po pierwsze, starcia derbowe zawsze rządzą się swoimi prawami. Po drugie, stosunkowo młoda i wąska kadra Kristianstad ewidentnie zaczyna odczuwać zmęczenie długim sezonem. Po trzecie, rywalki z Malmö przyjadą na niezdobyty w tym roku teren podbudowane passą dwóch kolejnych zwycięstw, która mocno wzmocniła ich wiarę w pozytywne zakończenie jesiennej misji ratunkowej. Gospodynie mogą oczywiście liczyć na znajdującą się w życiowej formie Alice Nilsson oraz na niezniszczalny duet z Nigerii, lecz czy to wystarczy na zatrzymanie rozpędzonego LB 07? Możliwe, ale pewności mieć nie można.

sdltc00d841

Emma Lennartsson często pozostaje w cieniu swoich koleżanek z Linköping (Fot. Bildbyrån)

Piłkarka pod lupą: Emma Lennartsson. Jedni mówią, że jest najbardziej niedocenianą piłkarką klubu z Linköping. Inni widzą w niej zawodniczkę wszechstronną, która nie boi się żadnego boiskowego zadania. Są też jednak tacy, którzy stoją na stanowisku, że jest rzucana po tylu pozycjach głównie dlatego, że … na żadnej nie prezentuje się wybitnie. Ten spór, podobnie zresztą jak w przypadku wielu innych piłkarek, na zawsze pozostanie najpewniej nierozstrzygnięty, ale już za kilkadziesiąt godzin Emma Lennartsson będzie mogła udowodnić, że może być dla swojego klubu naprawdę wartościową zawodniczką. Kontuzja Johanny Rasmussen zmusiła Olofa Unogårda do dokonania kolejnych w tej rundzie roszad w składzie i jeśli wciąż aktualne (choć definitywnie ustępujące) mistrzynie Szwecji zechcą jutro zmazać plamę po ubiegłorocznej klęsce z Eskilstuną, to 27-letnia pomocniczka będzie miała do odegrania w tym zadaniu niezwykle ważną rolę.

Zestaw par 20. kolejki:

omg20_01

omg20_02

omg20_03

omg20_04

omg20_05

omg20_06

Spokojnie, to tylko awaria

ita_sve

Obie jedenastki tuż przed pierwszym gwizdkiem w Cremonie

Piłka nożna to taka gra, której nijak nie da się włożyć w ramy logiki. Czasami zdarzy się wygrać mecz, którego żadnym logicznym sposobem nie miało się prawo wygrać, a innym razem przytrafi ci się niezasłużona i kompletnie niewytłumaczalna porażka. Tej ostatniej kadra Petera Gerhardssona doświadczyła przed kilkoma godzinami na własnej skórze i nie było to bynajmniej przyjemne doświadczenie. Gol Danieli Sabatino sprawił bowiem, że to Włoszki cieszyły się dziś ze zwycięstwa, choć z przebiegu gry na pewno nie były zespołem lepszym.

Zacznijmy jednak od początku, gdyż pierwszy kwadrans starcia w Cremonie faktycznie należał do podopiecznych Mileny Bertolini. Szwedzki selekcjoner zdecydował się na identyczne ustawienie jak podczas zwycięskiego meczu w Viborgu, ale poza ofensywnym tercetem zmieniły się personalia piłkarek desygnowanych do gry w wyjściowej jedenastce, z czego skwapliwie korzystały gospodynie. Zdecydowanie najwięcej problemów sprawiały nam szalejące na skrzydłach Valentina Cernoia oraz Barbara Bonansea, ale uważać musieliśmy także na dysponujący całkiem sporą techniką użytkową duet Girelli – Sabatino. Bardzo słabe wejście w mecz zanotowała Sandra Adolfsson, dla której był to debiutancki występ w narodowych barwach od pierwszej minuty, ale błędy stoperki Vittsjö skutecznie naprawiały Sembrant i Björn. Pewności defensywie nie dodawały ponadto ani nasze dwie wahadłowe, ani wspomagająca w miarę możliwości formację obronną Julia Roddar, ale na szczęście, pomimo optycznej przewagi Włoszek, udało się przetrwać ów ciężki fragment meczu nie tylko bez strat, ale i bez poważnego zagrożenia pod bramką Zeciry Musovic.

Im dłużej trwał mecz, tym więcej pozytywów dało się dostrzec w postawie szwedzkich piłkarek. Celnych strzałów na bramkę Giuliani wprawdzie wciąż brakowało, ale tylko dlatego, że większość uderzeń przyjmowały na ciało bezbłędnie ustawiające się włoskie obrończynie. Ciężar gry przenosił się jednak coraz bardziej na połowę gospodyń, a my z rosnącym z każdą minutą spokojem mogliśmy podziwiać dokładne, kilkudziesięciometrowe podania w wykonaniu Rubensson i Asllani w kierunku mobilnych Jakobsson oraz Blackstenius, które niczym miesiąc wcześniej w Danii potrafiły skutecznie zdezorientować defensywę rywalek. Duetowi z Montpellier brakowało jednak dokładności w kluczowych momentach, w efekcie czego żadnej z nich nie udało się przełamać trwającej już zdecydowanie zbyt długo (biorąc pod uwagę również rozgrywki klubowe) strzeleckiej niemocy. To znaczy, będąc do końca precyzyjnym, Blackstenius w ostatniej minucie pierwszej połowy umieściła futbolówkę we włoskiej bramce, ale zdobyty przez nią gol nie został ostatecznie uznany. Czy słusznie? Trudno jednoznacznie stwierdzić, gdyż mieliśmy do czynienia z klasyczną sytuacją stykową, w której o poprawności decyzji podjętej przez asystentkę Tanji Subotic decydowały centymetry.

Rozpamiętywanie tamtej sytuacji nie miało jednak większego sensu, gdyż na drugą połowę szwedzkie piłkarki wyszły naładowane tak ogromnym ładunkiem pozytywnej energii, że w niespełna dziesięć minut powinny właściwie rozstrzygnąć ten mecz. Choć brzmi to niewyobrażalnie, gol nie padł jednak po żadnej z trzech stuprocentowych okazji pod bramką Giuliani, a dosłownie chwilę później to Włoszki jednym, ofensywnym wypadem uszczęśliwiły swoich fanów. Zanim jednak Zecira Musovic popełniła kolejny w tym roku podobny błąd, łapaliśmy się za głowy patrząc na Lindę Sembrant pudłującą z pięciu metrów, Sofię Jakobsson przegrywającą pojedynek sam na sam z włoską bramkarką i wreszcie Kosovare Asllani sprawdzającą wytrzymałość poprzeczki na stadionie w Cremonie. Najbardziej żałowaliśmy chyba drugiej z wymienionych sytuacji, gdyż rozpoczęła się ona od rajdu Elin Rubensson spod własnego pola karnego, podczas którego odżyły całkiem jeszcze świeże wspomnienia z meczu Göteborga z Linköping. Tym razem inne było jednak zakończenie, a jeszcze bardziej smutno zrobiło się, gdy Bonansea do spółki z Sabatino pokazały nam jak wykorzystywać stwarzane przez siebie okazje. Ta pierwsza urwała się spod opieki Oskarsson, wymanewrowała Adolfsson i oddała strzał z bardzo niewielkiego kąta, a ta druga odnalazła się we właściwym miejscu i czasie i skuteczną dobitką dopełniła dzieła zniszczenia. Utracie gola mogła jeszcze zapobiec Musovic, ale najpierw niepotrzebnie sparowała futbolówkę przed siebie, a następnie nie była w stanie naprawić popełnionego kilka sekund wcześniej błędu.

Prowadzenie niewątpliwie dodało Włoszkom skrzydeł i gdyby tylko jednej z nich udało się w pewnym momencie trafić w … piłkę, to na kwadrans przed końcem zrobiłoby się jeszcze bardziej nieciekawie. Szwedki także nie zamierzały przedwcześnie godzić się z porażką, ale ani Asllani, ani rezerwowa dziś Seger nie były już w stanie wykreować takich sytuacji, jakie były naszym udziałem na początku drugiej połowy. Choć zabrzmi to kompletnie nielogicznie, to mecz, który podopieczne Petera Gerhardssona powinny rozstrzygnąć na swoją korzyść w pierwszych minutach po przerwie, właśnie w tym okresie udało im się przegrać. Cóż, taki właśnie jest futbol i również za to go tak kochamy, choć na przyszłość lepiej po prostu z większą precyzją uderzać z pięciu metrów, a uda nam się uniknąć podobnych niespodzianek.

Ważne jednak, aby pamiętać dziś o słowach, które sam wielokrotnie powtarzałem przed meczem. Jeśli coś złego miałoby się nam przytrafić, to lepiej, aby stało się to teraz, a nie za osiem miesięcy. Z popełnionego dziś błędu możemy wyciągnąć właściwe wnioski, a identyczny błąd popełniony we Francji może nas w jednej chwili pozbawić dwóch potencjalnych medali. Tak więc cieszmy się z bardzo obiecującego występu Björn oraz Rubensson, zachowajmy w pamięci fenomenalny fragment gry tuż po przerwie (wykończenia akcji możemy wyjątkowo pominąć) i ufajmy, że tym razem w przededniu wielkiej imprezy leci z nami nie tylko pilot, ale i cała załoga. Nad Cremoną wpadliśmy wprawdzie w delikatne turbulencje, ale kurs na Lyon wciąż pozostaje przecież jak najbardziej aktualny.

Pięć wniosków po Norwegii

contentmedium

Anna Anvegård zadebiutowała w kadrze za kadencji Petera Gerhardssona (Fot. SvFF)

Terminarz październikowych gier towarzyskich ułożył się tak, że czasu na analizę po Norwegii, a przed Włochami nie ma przesadnie dużo. Wnioski powinny być zatem szybkie i konkretne. Oto najważniejsze z nich:

Wniosek 1 – Mamy opanowane dwie formacje i nie boimy się ich użyć

Na początku eliminacji do francuskiego mundialu Peter Gerhardsson preferował ustawienie z czwórką z tyłu, ale w wyjazdowych starciach z Ukrainą i Danią z bardzo różnym skutkiem zaprezentowaliśmy światu szwedzką wersję 3-4-2-1. W czwartek przeciwko Norwegii zaczęliśmy od czteroosobowego bloku defensywnego, ale już podczas trwania meczu potrafiliśmy płynnie przechodzić do formacji z trójką obrończyń i dwiema wahadłowymi. Co ważne, przeprowadzane na bieżąco korekty taktyczne w żadnym momencie nie wpłynęły negatywnie na postawę drużyny i nie oglądaliśmy czegoś na kształt powtórki z pamiętnego występu szwedzkiej młodzieżówki przeciwko Korei Północnej, kiedy to Azjatki strzeliły nam dwa gole zanim nasze piłkarki zorientowały się co mają grać w nowym ustawieniu. Tutaj o żadnych momentach przestoju nie mogło być mowy, a obserwując na przykład Hannę Glas, Magdalenę Eriksson, czy Kosovare Asllani dało się dostrzec, że w pewnych schematach pojawia się pewien automatyzm, co jest niewątpliwie dobrą informacją.

Wniosek 2 – Piłkarki wiedzą, jaka jest ich rola na boisku

Znamienne słowa wypowiedziane przez jedną z zawodniczek tuż po zwycięskim zakończeniu meczu w Viborgu być może staną się kiedyś symbolem tej kadry. W przeszłości trafiali się nam selekcjonerzy, których pomysły na rywala poznawaliśmy głównie na pomeczowych konferencjach, ale obecny sztab postanowił zerwać z tą cokolwiek niechlubną teorią, co w sposób najbardziej dobitny pokazał uznany przez wielu za najlepszy występ reprezentacji Szwecji w XXI wieku mecz przeciwko Danii. Z Norwegią nie zagraliśmy jako zespół nawet w połowie tak dobrze, ale gdyby nie przesunięcie Mimmi Larsson o kilka metrów głębiej i poszerzenie strefy kontrolowanej przez dwójkę naszych fałszywych skrzydłowych, kiks Guro Reiten prawdopodobnie pozostałby bez większych konsekwencji, a gol na 1-0 nigdy by nie padł. To są właśnie te detale, dzięki którym na koniec dnia to my, a nie rywalki, możemy się cieszyć ze zwycięstwa.

Wniosek 3 – Rezerwy są i sztab zdaje sobie z tego sprawę

Nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej i selekcjoner jak najbardziej także zdaje sobie z tego sprawę. Dużym plusem jest to, że w ostatnich czterech meczach wszystkie szwedzkie gole padły z gry (!), ale liczba niedokładnych podań w czwartkowy wieczór niejednego z nas mogła przyprawić o ból głowy. O ile trzeba oddać, że po wielu próbach udało się znaleźć odpowiedni balans między dyscypliną i improwizacją, o tyle z realizacją niektórych założeń przy konstruowaniu ataków pozycyjnych cały czas mamy mniejsze lub większe problemy. Czy są one efektem dekoncentracji? Braku zgrania? A może przyczyna leży jeszcze gdzie indziej? Gerhardsson oraz jego asystenci mają jeszcze osiem miesięcy, aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, gdyż we Francji w przynajmniej jednym meczu (a najpewniej w dwóch) to my będziemy musieli grać piłką. Olbrzymią wartość dodaną mogą w przypadku szwedzkiej kadry stanowić także stałe fragmenty gry, które w tym roku kalendarzowym nie przyniosły nam jak dotąd ani jednego gola w starciu z poważnym rywalem. Mając na uwadze naprawdę niezłe warunki fizyczne wielu naszych piłkarek, jest to z całą pewnością światełko alarmowe i coś, czemu trzeba będzie poświęcić szczególnie dużo uwagi przede wszystkim podczas przedmundialowego zgrupowania.

Wniosek 4 – Selekcja wciąż trwa i szybko się nie zakończy

Peter Gerhardsson nie ogranicza się wyłącznie do maksymalnego wykorzystania potencjału Asllani czy Blackstenius, ale daje również szansę pokazania się na międzynarodowej arenie piłkarkom wyróżniającym się w swoich drużynach klubowych. Zigiotti, Anvegård, Karlernäs i Nina Jakobsson to tylko niektóre z nazwisk znajdujących się na ten moment w notesie selekcjonera. Sam zainteresowany wielokrotnie podkreśla zresztą, że selekcja nie została jeszcze zakończona i choć szacując liczbę powołanych przez siebie zawodniczek podczas pierwszego roku swojej kadencji pomylił się o trzy, to przekaz dla każdego, kto śledzi losy tej reprezentacji jest banalnie prosty – drzwi do kadry nie są zamknięte dla nikogo. We wtorek przeciwko Italii zagramy bez Nilli Fischer oraz Liny Hurtig, a więc jasne jest, że szansę dostaną kolejne piłkarki. Czy przybliżą się w tej sposób do wyjazdu na mundial? Trudno powiedzieć, ale na pewno każdy dodatkowy mecz w narodowych barwach będzie dla nich ogromnym kapitałem wtedy, gdy już w tej kadrze na Francję się rzeczywiście znajdą.

Wniosek 5 – Obserwujmy, nie panikujmy

Za dwa dni czeka nas kolejny mecz. Być może zwycięski, być może przegrany. Być może zagramy tak efektownie jak w Viborgu, ale chyba jednak trochę bardziej realna jest powtórka z Helsingborga. Bez względu na wszystko pamiętajmy jednak, że wynik nie będzie we wtorek rzeczą najważniejszą. Nie popadajmy więc w zachwyt w przypadku wysokiego zwycięstwa, ale też nie załamujmy rąk, jeśli którejś z Włoszek akurat wyjdzie strzał życia. To nawet lepiej, że wyjdzie jej teraz, a nie na przykład w połowie czerwca. Obserwujmy, oceniajmy, bądźmy krytyczni, ale umieśćmy tę krytykę we właściwej perspektywie. Właściwej, czyli takiej, która obejmuje coś więcej niż tylko dziewięćdziesiąt minut boiskowej walki. Pamiętajmy, że najważniejszy sprawdzian czeka nas za osiem miesięcy i cieszmy się, że największej, piłkarskiej imprezy czterolecia nie będziemy obserwować w roli neutralnych kibiców, co przecież po losowaniu grup eliminacyjnych wydawało się równie niebezpiecznym, co realnym scenariuszem.

Zwycięstwo w prezencie

sve1048

Olivia Schough otworzyła wynik w deszczowym Helsingborgu (Fot. SvFF)

Dokładnie miesiąc po wspaniałej, duńskiej wiktorii, kadra Petera Gerhardssona znów wybiegła na boisko. Stawka meczu na pierwszy rzut oka była tym razem nieporównywalnie mniejsza, ale sam selekcjoner zapewniał, że starcie z Norwegią jest dla niego pierwszym z dziesięciu sprawdzianów, które mają stanowić właściwą bazę pod udany występ na francuskim mundialu. Rywalizacji w deszczowym (to już staje się powoli tradycją przy okazji meczów reprezentacji!) Helsingborgu towarzyszyło więc sporo emocji i choć szwedzkim piłkarkom ani na moment nie udało się wskoczyć na poziom zaprezentowany cztery tygodnie wcześniej w Viborgu, to kilka niezwykle cennych wniosków jak najbardziej możemy z dzisiejszej potyczki wyciągnąć.

Pierwszy z nich jest taki, że przynajmniej na ten moment Anna Anvegård niekoniecznie jest optymalnym wyborem na pozycję numer dziesięć. Dla 20-latki z Växjö nie był to oczywiście pierwszy w karierze występ w tej roli, ale ostatnimi czasy zdecydowanie częściej możemy oglądać byłą gwiazdę młodzieżowych reprezentacji Szwecji w formacji ofensywnej i trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie tam czuje się ona najbardziej swobodnie. Wystarczyło zresztą, że na nieco ponad dwadzieścia minut przed końcem Anvegård została zmieniona przez Kosovare Asllani i przeskok jakościowy był aż nadto widoczny. Stosunkowo dyskretny występ zaliczyła również ustawiona u boku Caroline Seger Julia Karlernäs, która jak najbardziej ustrzegła się rażących błędów, ale w grze do przodu wybierała z reguły najprostsze rozwiązania. Noty pomocniczce Piteå nie podnosi (ale i nie obniża) również zachowanie przy bitym przez Magdalenę Eriksson stałym fragmencie gry. Karlernäs idealnie w tempo wyszła do zagranej przez defensorkę londyńskiej Chelsea futbolówki, całkowicie gubiąc przy tym krycie, ale pomimo naprawdę dobrego ustawienia nie była w stanie oddać groźnego strzału głową na norweską bramkę. Tym, co irytowało nas jednak zdecydowanie najbardziej, okazały się mnożące się w zasadzie od pierwszej do ostatniej minuty niecelne podania, które nie pozwalały nam złapać właściwego rytmu gry. Złe zagrania i całkowicie niewytłumaczalne kiksy przytrafiały się wszystkim zawodniczkom bez wyjątku, począwszy od Hedvig Lindahl, a skończywszy na napastniczkach. Wiadomo, że w konstruowaniu akcji ofensywnych nie pomagała ani zmoczona rzęsiście padającym deszczem murawa, ani wysoko pressująca Norwegia, ale jednak od piłkarek tej klasy powinniśmy wymagać zdecydowanie większej dokładności. A tej w grze szwedzkiej kadry naprawdę trudno było się doszukać.

Jeśli jednak my zaczęliśmy nasze podsumowanie od narzekania, to co mają w tej chwili powiedzieć Norweżki? Defensywa gości istniała dziś wyłącznie na papierze i chyba wszyscy zrozumieli dlaczego Maren Mjelde tak często występuje u Martina Sjögrena na środku obrony. Pod jej nieobecność norweska defensywa sypała się jak przysłowiowy domek z kart, a ubrane na czerwono piłkarki tak ochoczo rozdawały prezenty, że aż trzeba było zerknąć w kalendarz, czy przypadkiem nie zbliża się Nowy Rok. Pierwszy gol dla Szwecji padł w momencie, gdy gra podopiecznym Petera Gerhardssona wybitnie się nie kleiła, ale sekwencja fatalnych błędów po stronie gości pozwoliła nam całkowicie niespodziewanie otworzyć wynik meczu. Karuzelę pomyłek rozpoczęła słusznie nazywana jednym z największych odkryć norweskiego futbolu Guro Reiten, wycofując piłkę do … nikogo. Przytomne zachowanie Mimmi Larsson pozwoliło zabrać się z akcją Olivii Schough, ale skrzydłowa Göteborga cały czas czuła na sobie oddech Kristine Leine. Ta ostatnia nie uznała jednak za stosowne odważniej zaatakować szwedzkiej piłkarki, a że z opóźnieniem i mało energicznie zareagowała również Ingrid Hjelmseth, sygnalizowany strzał po ziemi przyniósł nam pierwszego gola. Drugi, zdobyty także przed przerwą, padł w jeszcze bardziej kuriozalnych okolicznościach. Rajd Eriksson lewym skrzydłem należy jak najbardziej pochwalić, ale wydawało się, że norweskie obrończynie bez większych problemów poradzą sobie z jej dośrodkowaniem. Stało się jednak dokładnie odwrotnie; najpierw Kristine Minde skierowała piłkę pod nogi Sofii Jakobsson, a chwilę później Leine do spółki z Thorisdottir dobiły ją do własnej bramki. Seria hojnych podarunków od rywalek trwała jednak w najlepsze i na przykład Ingrid Moe Wold tuż przed przerwą omal nie zapewniła nam trzeciego gola. Tym razem Schough pomyliła się jednak w bardzo dogodnej sytuacji.

Paradoksalnie, to Norweżki były zespołem, który potrafił od początku do końca stworzyć sobie więcej bramkowych okazji. Doskonale pamiętamy chociażby strzał w poprzeczkę w wykonaniu Fridy Maanum, czy też dwie minimalnie niecelne próby z dystansu w wykonaniu Caroline Hansen. Już po przerwie szansę na rehabilitację za sytuację z 13. minuty zmarnowała Reiten, a Herlovsen nie trafiła z kilku metrów do pustej bramki (tutaj akurat nie popisała się Sembrant). Urodzona w Niemczech była gwiazda Lyonu swojego gola ostatecznie i tak jednak zdobyła i choć w momencie podania od Synne Hansen znajdowała się na minimalnym spalonym, to trzeba przyznać, że z przebiegu gry ta bramka się gościom należała. W samej końcówce – za sprawą rezerwowych Asllani, Blackstenius i Rubensson – Szwedki raz jeszcze spróbowały odważniej zaatakować, ale wieńczącego zwycięski mecz celnego strzału na bramkę Fiskerstrand nie udało im się oddać.

Właśnie temu służą mecze towarzyskie, żeby testować i próbować różne rozwiązania – powiedział na gorąco po meczu Peter Gerhardsson. Jestem zadowolony z wyniku, ale jak najbardziej pewne aspekty naszej gry ofensywnej powinny wyglądać zdecydowanie lepiej. Spodziewaliśmy się ciężkiego meczu pomiędzy dwiema drużynami, które lubią grać wysokim pressingiem i to dostaliśmy. Norwegia potrafiła z niego wychodzić i pokazała nam, nad czym musimy jeszcze pracować. To był naprawdę pożyteczny mecz w przygotowaniach do mistrzostw świata. Mecz, którego potrzebowaliśmy – zakończył selekcjoner, który w tej roli nie przegrał jeszcze ani jednego meczu na szwedzkiej ziemi. Ta statystyka pozostanie zresztą aktualna przynajmniej przez kilka najbliższych miesięcy, gdyż do końca roku czekają nas już tylko spotkania wyjazdowe. Przed własną publicznością przyszło nam pożegnać rok 2018 zwycięstwem i choć nie było ono może najpiękniejsze spośród tych, które odnieśliśmy za kadencji Gerhardssona, to jak najbardziej warto za nie tej drużynie podziękować. A we wtorek … czas na misję Italia!