EUROkronika – dzień 4

73865F05BCAECFABA5627F23F9B3A81EED630106DE3628BD4BA232CA0EF54191_713x0

Fot. Visir

Zawsze, kiedy po zakończeniu meczu w pierwszym szeregu wymienia się nazwisko pani biegającej z gwizdkiem, nie jest to dobry znak. Słynąca z wielu kontrowersyjnych decyzji podczas prowadzenia meczów międzypaństwowych Włoszka Carina Vitulano postanowiła jednak zaznaczyć swoją obecność na holenderskim turnieju zdecydowanie wyraźniej niż dzień wcześniej jej rodaczki w meczu z Rosją, z czego ostatecznie najbardziej ucieszyły się Francuzki. Podyktowany na pięć minut przed końcem meczu problematyczny rzut karny pozwolił bowiem murowanym faworytkom grupy C dopisać do swojego dorobku komplet punktów, choć ich gra w żadnym razie nie mogła zachwycić. Nie oznacza to oczywiście, że szanse Les Bleues na odegranie w całym turnieju jakoś dramatycznie zmalały (Niemki cztery lata temu zaczęły jeszcze mniej spektakularnie), ale tak, czy inaczej, po meczu Francja – Islandia pozostał spory niesmak. Tym bardziej, że decyzja o podyktowaniu jedenastki dla podopiecznych Oliviera Echouafniego nie była wcale pierwszą, która wzbudziła mnóstwo wątpliwości. Żeby być do końca uczciwym, trzeba oddać, że pani Vitulano myliła się solidarnie w obie strony, ale to Francuzki ostatecznie w zdecydowanie szerszym zakresie skorzystały z błędów włoskiej sędzi. Wiadomo, że teraz do gry najpewniej wkroczy UEFA, próbując udowodnić nam, że przynajmniej kilka spornych decyzji da się obronić, ale takie tłumaczenia raczej nie zmienią faktu, że postawa pani arbiter nie do końca współgrała z rangą imprezy.

Warto jednak poświęcić kilka słów Islandkom, którym udało się nie tylko uniknąć pogromu, ale i rozkochać w sobie pół kontynentu. To zawsze cieszy, gdyż nie od dziś wiadomo, że znaczna część Europy traktuje kraje nordyckie jak wielką, jednolitą masę, w efekcie czego szwedzkie kluby mylą się z norweskimi, duńskie piłkarki z fińskimi, a Islandia z Grenlandią. Wczoraj nie było jednak najmniejszych wątpliwości, która z nacji rywalizuje na boisku oraz … na trybunach stadionu w Tilburgu, gdzie islandzcy fani zrobili prawdziwe show. Wszyscy doskonale pamiętamy, jak bardzo pozytywne wrażenie kibice z tego kraju zrobili cztery lata temu w Szwecji, a wygląda na to, że do Holandii udali się w jeszcze większej grupie i w jeszcze lepszej formie. Oby w starciu ze Szwajcarią dostosowały się do niego także zawodniczki i powinno być dobrze. Wracając do wywołanych do tablicy szwedzkich klubów, wczoraj mieliśmy okazję obejrzeć na międzynarodowej arenie kolejny schemat doskonale znany nam z boisk Damallsvenskan. Podczas każdego ofensywnego autu w okolicach francuskiego pola karnego długi rozbieg brała Atladottir, wrzucała futbolówkę w szesnastkę, a tam jej lot przedłużała wyznaczona do tego Edgren koleżanka z reprezentacji. Tym razem nie udało się w ten sposób oszukać defensywy rywalek (jeden raz było naprawdę blisko, ale odpowiedzialna za wykończenie akcji Jonsdottir nie trafiła w piłkę), ale nie zapominajmy, że wiosną islandzkie auty przyniosły drużynie z Kristianstad dwa gole. Warto zatem mieć to na uwadze, oglądając starcia piłkarek Freyra Alexanderssona z pozostałymi grupowymi rywalkami. Co do Atladottir, to na jej przykładzie wyraźnie widać, jak wiele daje przywilej gry przeciwko Tabicie Chawindze. W swoim ostatnim występie przed holenderskim EURO filigranowa Islandka skutecznie wyłączyła z gry napastniczkę z Malawi, a wczoraj równie udanie pokazała się na tle słynnej, francuskiej ofensywy. Co ciekawe, w tamtym spotkaniu Atladottir również musiała pogodzić się z kontrowersyjnym rzutem karnym przeciwko jej zespołowi, ale wówczas udało się jeszcze odpowiedzieć główką Edgren w 95. minucie. Wczoraj Islandki do remisu już nie doprowadziły.

W drugim (a chronologicznie – pierwszym) meczu grupy C spotkały się debiutantki w finałach mistrzostw Europy, a moja mini-zapowiedź tego widowiska chyba właściwie uchwyciła nastroje panujące w obu ekipach. Austriaczki grały, aby pokazać wszystkim, jak bardzo są niedoceniane. Szwajcarki, aby udowodnić, że wbrew coraz częściej pojawiającym się opiniom, nie są przeceniane. Cel udało się osiągnąć jedynie tym pierwszym, dzięki rewelacyjnej postawie Niny Burger, wydatnej pomocy helweckich defensorek oraz indywidualizmowi Ramony Bachmann, która momentami najwyraźniej zapominała, że nie znajduje się na konkursie piłkarskich trików. Ponieważ chyba wszyscy wiedzą, że (mówiąc bardzo łagodnie) nie zaliczam się do zagorzałych zwolenników Bibiany Steinhaus, muszę odnotować, że akurat tego popołudnia niemiecka sędzia zaliczyła w zasadzie bezbłędny występ, a prowadzony przez nią mecz okazał się znacznie trudniejszy niż można było pierwotnie przypuszczać. Brawo i prosimy o więcej.

******

250053462

Fot. UEFA

Mistrzostwa Europy, świata, czy Igrzyska Olimpijskie to czas wyjątkowy. Stwierdzenie to jest niesamowicie oklepane, ale to w końcu niczyja wina, że tak właśnie wygląda rzeczywistość. Wiadomo, że w w pierwszej kolejności jest to oczywiście święto samych uczestników, ale i dla każdego z nas jest to niewątpliwie okres niezwykle ubogacający. O ile na co dzień zajmujemy się w największych detalach pewnym skrawkiem piłkarskiej rzeczywistości, analizując w nim najdrobniejsze detale, o tyle podczas wielkiej imprezy wszyscy bez wyjątku spotykamy się w połowie drogi. Mamy jedyną i niepowtarzalną okazję, aby wzajemnie czerpać ze swojej wiedzy i nieustannie ją poszerzać. Dla mnie, islandzkie auty w wykonaniu Atladottir były czymś tak naturalnym, że na początku aż dziwne wydawało mi się to, że piłkarka ta nie ma na sobie pomarańczowej koszulki Kristianstad. Zupełnie inny bagaż doświadczeń zebrał jednak przed EURO ten, kto z bliska śledził derby Walencji, czy też walkę o tytuł w krajach Beneluksu i w tych przypadkach to ja mam okazję dowiedzieć się wielu interesujących informacji. Warto więc do maksimum wykorzystać ten moment, gdyż już za chwilę znów wrócimy do swoich codziennych spraw i relacji z kolejnego treningu Östersund przed rundą rewanżową Elitettan, co jest oczywiście równie przyjemne, ale jednocześnie niesamowicie absorbujące.

A propos Walencji i w ogóle Hiszpanii, to turniejowe zmagania inauguruje dziś grupa D, w której to Claudia Neto stanie przed zadaniem jeszcze trudniejszym niż Katniss Everdeen w pewnej, znanej trylogii. Pomocniczka, o której w Linköping powstają już piosenki, niemal w pojedynkę zaniosła Portugalię do historycznego awansu, ale czy nie był to przypadkiem szczyt możliwości tej drużyny na ten moment? A nawet jeśli nie, to czy Hiszpania nie stanowi jednak zbyt poważnej przeszkody? Przekonamy się już za kilka godzin. Zdecydowanie najciekawsza historia dzisiejszego dotyczy jednak nie którejkolwiek z Iberyjek, a Vaili Barsley. Niezwykle groźna przy stałych fragmentach gry obrończyni Eskilstuny jeszcze dwa lata temu marzyła bowiem o tym, aby na EURO 2017 zagrać w kadrze Anglii. Los czasami bywa jednak przewrotny, w związku z czym w debiucie na wielkiej imprezie przyjdzie jej wystąpić … przeciwko drużynie prowadzonej przez Marka Sampsona. Za namową Anny Signeul, Barsley w styczniu tego roku podjęła decyzję o reprezentowaniu w rozgrywkach międzynarodowych kraju, z którego pochodzi jej matka i wraz z inną piłkarką z Damallsvenskan, urodzoną na wschodnim wybrzeżu USA Iefomą Dieke, spróbuje dziś zatrzymać trzeci zespół poprzedniego mundialu. Nie trzeba chyba dodawać, że łatwo nie będzie.

EUROkronika – dzień 3

816493638_9552

Fot. Getty Images

Jeszcze wczoraj o tej porze zastanawialiśmy się, co przyniesie nam tegoroczne otwarcie. Czy już po pierwszym meczu będziemy musieli podnosić się z kolan po niezwykle bolesnym nokdaunie, czy może dostarczy nam on tyle pozytywnej energii, że dojedziemy na niej aż do Enschede? Koniec końców, jak to często w życiu bywa, wyszło coś pośrodku, ale po premierowym występie podopiecznych Pii Sundhage na holenderskich boiskach z całą pewnością możemy stwierdzić, że nie jest źle. A biorąc pod uwagę wydarzenia podczas tygodni bezpośrednio poprzedzających turniej, jest to niewątpliwie pozytywna informacja.

O tym, jak szwedzkie piłkarki zagrają przeciwko Niemkom, pisałem nie tylko we wczorajszym odcinku EUROkroniki, ale także podczas licznych relacji z obozów przygotowawczych przed finałami mistrzostw Europy. Zakładam więc, że żaden z czytelników nie był zaskoczony widząc Schough i Asllani wywierające presję na bocznych defensorkach rywalek, Dahlkvist przyklejoną do Marozsan, czy wreszcie cztery różne warianty egzekwowania rzutów rożnych. Te ostatnie udało się zresztą zaprezentować szybciej niż ktokolwiek się spodziewał, ale ani wagonik, ani nabieg, ani nawet zwycięski schemat z meczu z Meksykiem nie zafunkcjonowały tak, jak powinny. Winą za taki stan rzeczy w jakiejś części należałoby obarczyć Olivię Schough, która w tym elemencie zdecydowanie nie miała wczoraj swojego dnia, ale wielkie słowa uznania należą się także niemieckim obrończyniom bezbłędnie kasującym kolejne próby szwedzkich dośrodkowań. Przypomnijmy, że w przywoływanym przed chwilą starciu z Meksykiem, zwycięski gol padł po tym, jak futbolówkę pod nogi Sembrant dostarczyła Murillo, ale piłkarki Steffi Jones okazały się zbyt doświadczone, aby nabrać się na którykolwiek z zaproponowanych przez nasze zawodniczki schematów.

Pierwsza połowa rywalizacji na stadionie w Bredzie długimi fragmentami widowiskowością przypominała coś pomiędzy Hammarby – Örebro, a Uppsala – Mallbacken, ale naprawdę trudno czynić z tego zarzut. Dokładnie to zakładał bowiem plan na to spotkanie i choć neutralnym obserwatorom, szczególnie tym nie do końca doceniającym perfekcyjną realizację założeń taktycznych, prawdopodobnie oglądało się je zdecydowanie mniej przyjemnie niż efektowną inaugurację Holenderek, po 45 minutach mieliśmy pełne prawo być więcej niż usatysfakcjonowani. W zasadzie jedyną poważniejszą wątpliwość, poza wspomnianą jakością ofensywnych rzutów rożnych, stanowiła na tamten moment nie zawsze harmonijna współpraca na linii Schelin – Rolfö, w związku z czym już po dziesięciu minutach drugiej połowy w miejsce piłkarki monachijskiego Bayernu na placu gry pojawiła się Stina Blackstenius. Roszada ta okazała się o tyle skuteczna, że to właśnie napastniczka Montpellier miała w 71. minucie  zdecydowanie najlepszą okazję na pokonanie niemieckiej bramkarki, ale mocno naciskana przez Josephine Henning posłała futbolówkę wprost w golkiperkę Wolfsburga. Ci z was, którzy mniej uważnie śledzą rozgrywki Damallsvenskan, mogą myśleć, że w tej sytuacji było sporo przypadku, ale zapewniam, że schemat z Blackstenius dobiegającą do pozornie bezpańskich piłek od Andersson oraz Samuelsson był swego czasu stałym punktem programu na Arenie Linköping. Wczoraj zmienił się tylko stadion, ale wykonawczynie pozostały te same. Swoje okazje po przerwie stwarzały oczywiście także Niemki, które spróbowały nawet nieco podkręcić tempo (z akcentem bardziej na “nieco” niż na “podkręcić”), ale w momencie największej próby na wysokości zadania stanęła tradycyjnie Hedvig Lindahl, a po zamieszaniu i strzale Islacker dopisało nam szczęście. I właśnie takim sposobem, pierwszy w historii oficjalnych, piłkarskich konfrontacji szwedzko-niemieckich remis stał się faktem.

Gdyby ktoś pokusił się o podsumowanie wczorajszego meczu w kilku najważniejszych podpunktach, to najpewniej okazałoby się, że nie przyniósł nam on specjalnie wielu nowych informacji na temat naszej reprezentacji. Dowiedzieliśmy się bowiem między innymi, że:

– Lindahl prezentuje się równie solidnie, co przed kontuzją, a po urazie odniesionym w Anglii nie ma już śladu.

– z pozostałych formacji najkorzystniejsze wrażenie sprawia obrona, która przy odpowiednim wsparciu ze strony defensywnej pomocniczki potrafi stanowić solidną zaporę dla każdego przeciwnika.

– Dahlkvist najlepsze mecze w kadrze rozgrywa wtedy, gdy otrzymuje więcej zadań defensywnych, natomiast Seger zdecydowanie bardziej pewnie wygląda na “ósemce'” niż na ‘”dziesiątce” (którą de facto nie była i nie jest).

– strzelanie goli w starciach z rywalkami potrafiącymi grać w piłkę niezmiennie stanowi problem. Duży problem.

– Schough potrafi dobrze zacentrować z narożnika boiska, ale biorąc pod uwagę całokształt, w tym elemencie gry do Magdaleny Eriksson brakuje jej wciąż całkiem sporo.

Najważniejszy wniosek jest jednak taki, że rywalizacja z Niemkami już za nami, a my cały czas pozostajemy w grze. I to na lepszej pozycji niż można było przypuszczać.

W tym miejscu można byłoby w zasadzie postawić kropkę, ale do wyjaśnienia pozostaje jeszcze jedna kwestia. Nilla Fischer i jej wypowiedź. Stoperka Wolfsburga, która wczoraj szczególnie w drugiej połowie nie ustrzegła się kilku błędów, przed meczem odniosła się do mało wyszukanych żartów, które pod jej adresem wygłaszać miały klubowe koleżanki. Ponieważ nie było mnie w szatni mistrzyń Niemiec, nie mogę w tej konkretnej sprawie zająć jakiegokolwiek stanowiska, ale i tak skłoniła mnie ona do pewnej, wychodzącej daleko poza granice piłkarskiego świata refleksji. Warto mieć na uwadze to, że zranić drugą osobę jest niezwykle łatwo, a ponieważ nie zawsze mamy pełną wiedzę na jej temat, często robimy to zupełnie nieświadomie. Dlatego, jeśli tylko jest to możliwe, lepiej po prostu nie prowokować pewnych sytuacji, bez względu na specyfikę miejsca, w którym akurat przyjdzie nam się znajdować. Nordycka mentalność? Być może, choć myślę, że szacunek do innych powinien być raczej międzynarodowy. Polityczna poprawność? Jeśli tak, to po tysiąckroć wolę być politycznie poprawny niż krzywdzić lub obrażać. Raz jeszcze zaznaczam, że powyższe przemyślenia nie dotyczą sytuacji z Wolfsburga i mam olbrzymią nadzieję, że w jej przypadku sprawy nie posunęły się aż tak daleko.

******

816308054_9372

Fot. Getty Images

Wspominałem wczoraj, że po prostu nie wierzę, żeby Rosjanki były w stanie utrzymać czyste konto do ostatniego gwizdka podczas meczu na wielkiej imprezie. Cóż, póki co się nie pomyliłem, gdyż rzeczywiście sztuka ta im się nie udała, ale zamiast tego podopieczne Jeleny Fominy dokonały rzeczy jeszcze bardziej spektakularnej. Zwycięstwo nad Włoszkami pozwoliło im nie tylko zapisać się na stałe w annałach krajowego futbolu, ale także rozsiąść się wygodnie w fotelu liderek grupy B, w którym to pozostaną przynajmniej do piątku. Brzmi nieprawdopodobnie, ale największa sensacja tegorocznego EURO wcale nie była wynikiem szczęśliwego zbiegu okoliczności, ale mądrej i konsekwentnej gry Rosjanek, które przez 85 minut były na murawie w Rotterdamie zdecydowanie lepszą drużyną. Niemrawe Włoszki przebudziły się dopiero w końcówce, ale przekonały się, że w finałach mistrzostw Europy nie da się wygrać meczu, grając dobrze przez niespełna kwadrans. Jedną z bohaterek zwycięskiej drużyny była niewątpliwie Tatiana Szczerbak, której wybaczono już chyba wszystkie wcześniejsze kiksy i niepewne wyjścia do dośrodkowań, ale sporą cegiełkę do historycznego wyniku dołożyły także doświadczone Soczniewa, Daniłowa oraz Morozowa. Dwie ostatnie w najlepszym możliwym momencie przypomniały sobie, że przed dekadą były uznawane za największe talenty europejskiej piłki i postanowiły w końcu potwierdzić tę opinię. Trudno jednak przypuszczać, aby wczorajszy wynik okazał się w szerszej perspektywie kołem zamachowym nowej ery rosyjskiego futbolu, choć nie ukrywam, że akurat w tej kwestii bardzo chciałbym się mylić przynajmniej w takim stopniu, jak Antonio Cabrini podczas ogłaszania kadry na holenderski turniej.

******

Jeszcze krótko o tym, co czeka nas dziś, gdyż do gry wchodzi ostatni z krajów nordyckich. O Islandii przed EURO pisało się raczej dużo i dobrze, ale owe teksty dotyczyły raczej tematów pozasportowych. Zachwycano się kampanią reklamową jednego z producentów napojów gazowanych, przesyłano filmiki z uroczystego pożegnania na lotnisku, a największe wrażenie zrobiła wspólna, pomeczowa feta z udziałem Brazylijek po ostatnim sparingu. Niektórym obserwatorom umknął jednak w tym całym zamieszaniu fakt, że Islandkom przed turniejem wypadło niemal pół potencjalnie najsilniejszej jedenastki, a popularne w mediach społecznościowych hasło #fearthedottirs straciło trochę na aktualności. Absencje Larusdottir, Edvardsdottir oraz sióstr Vidarsdottir sprawiły przy okazji, że w kadrze Freyra Alexanderssona zmniejszyła się nieco liczba byłych i obecnych gwiazd szwedzkich boisk, choć oglądając grupowe zdjęcie i tak czujemy się trochę jak na zjeździe absolwentów. We wszystkich rzędach widzimy bowiem mnóstwo znajomych twarzy. Jedna z nich, należąca do bramkarki Gudbjörg Gunnarsdottir, może być dziś wieczorem szczególnie eksponowana, gdyż już w pierwszym meczu Islandki zmierzą się z jednym z głównych faworytów do mistrzowskiego tytułu.

Skoro płynnie przeszliśmy do Francuzek, to warto zaznaczyć, że i w tej reprezentacji możemy doszukać się szwedzkich akcentów. Pamiętacie słynny taniec naszych piłkarek, którym celebrowały każdego gola zdobytego podczas mundialu w Niemczech? Tak się składa, że historia tego układu rozpoczęła się od … Elodie Thomis, która, zainspirowana jednym z regionalnych tańców, pokazała go Lotcie Schelin. Pomysł spodobał się tak bardzo, że z szatni Lyonu momentalnie przeniesiony został do szatni reprezentacji, a następnie na niemieckie boiska i do centrum Göteborga. Ciekawe, czy jutro w Tilburgu Thomis znów dostanie szansę, aby sobie potańczyć, a jeśli tak, to z kim?

Zanim na boisko wyjdą Francuzki i Islandki, w pierwszym meczu grupy C zmierzą się Austria i Szwajcaria. Jedne zagrają, aby udowodnić wszystkim, jak bardzo są niedoceniane. Drugie zagrają, aby udowodnić wszystkim, że wcale nie są przeceniane. Oraz, że wcale nie grają bez bramkarki. Bez cienia ironii, zapowiada się naprawdę pasjonujące widowisko.

EUROkronika – dzień 2

fcr-lfc

Martens kontra Minde, czyli Rosengård vs Linköping na inaugurację EURO 2017 (Fot. Getty Images)

Zaczęły! Pomarańczowa fala okazała się zdecydowanie zbyt wysoka dla Martina Sjögrena i jego piłkarek, dzięki czemu nastrój radosnego, holenderskiego wyczekiwania zamienił się w euforię, która teraz ze zdwojoną siłą przeniesie się do Rotterdamu. Cała Europa, pół Azji i pół Ameryki zachwycały się fenomenalną Lieke Martens, mniej więcej tak samo, jak my, gdy kilka lat temu pierwszy raz ujrzeliśmy ją na boiskach Damallsvenskan. Ten doskonale znany nam luz i dynamika, które w ostatnich latach podziwialiśmy niemalże w każdy weekend od kwietnia do listopada, tym razem okazały się zagadką nie do rozwiązania dla nadspodziewanie bezbarwnych Norweżek, a że po przeciwnej flance mnóstwo wiatru robiła niezmordowana Shanice van de Sanden, efekt końcowy mógł być w zasadzie tylko jeden. Holenderki rozpoczęły najważniejszy turniej w historii tamtejszej piłki od cennego zwycięstwa i choć jego rozmiary są identyczne, jak dwa lata temu na inaugurację kanadyjskiego mundialu, to styl zaprezentowany na boisku przez Pomarańczowe Lwice był zgoła odmienny. Wtedy, w starciu z Nową Zelandią, skromne 1-0 trzeba było wręcz wyszarpać, broniąc się rozpaczliwie w ostatnim kwadransie.Teraz, ani przez moment nie było wątpliwości, która z biegających po murawie w Utrechcie drużyn bardziej zasłużyła na komplet punktów. Koncert, który Groenen, Martens i van de Sanden rozpoczęły już w piętnastej sekundzie, trwał z krótkimi przerwami aż do końcowego gwizdka Stéphanie Frappart.

Na medal spisali się także holenderscy kibice, a gdy w 32. minucie meczu cały stadion gromkimi oklaskami uczcił pamięć przedwcześnie zmarłej legendy klubu z Hagi Sylvii Nooij, zrobiło się naprawdę podniośle. Mniej więcej godzinę później był już jednak czas na olbrzymią, niepohamowaną radość, którą w sposób najbardziej ekspresyjny okazywała chyba sama autorka zwycięskiego gola. Jestem jednak dziwnie spokojny, że w okolicach godziny 20 cieszyła się nie tylko van de Sanden, nie tylko trybuny stadionu Galgenwaard w Utrechcie, ale cała Holandia. Skąd ta pewność? Wspomnienia sprzed czterech lat są wciąż niesamowicie żywe, co jednoznacznie pokazuje, że niewiele rzeczy wzbudza większe emocje niż wielki turniej rozgrywany we własnym kraju. Tym razem gospodynie rozpoczęły go w naprawdę wielkim stylu i nawet rozregulowany celownik Miedemy aż tak nie martwił. Tym bardziej, że piłkarka tej klasy prędzej czy później i tak zacznie trafiać.

W wieczornym meczu Dania planowo ograła Belgię, ale przebieg tego spotkania był raczej daleki od oczekiwanego. W początkowym fragmencie podopieczne Nilsa Nielsena urządziły rywalkom grenlandzką nawałnicę, ale energii starczyło im jedynie do pierwszego zdobytego gola, co nie byłoby może wielkim problemem, gdyby nie fakt, iż padł on już w szóstej minucie. Na listę strzelczyń wpisała się wówczas Sanne Troelsgaard, raz jeszcze udowadniając, że dobrze jechać na dużą, piłkarską imprezę będąc zawodniczką klubu z Damallsvenskan. Przypomnijmy, że w Kanadzie przedstawicielki szwedzkiej ekstraklasy ustrzeliły aż trzy hat-tricki (Mittag, Bachmann, Enganamouit) i choć w Holandii wynik ten nie musi wcale zostać pobity (choć naturalnie może), to znów miło było zobaczyć nasze dobre, ligowe znajome w roli pierwszoplanowych aktorek wczorajszego widowiska. Ze swoich zadań poprawnie wywiązywała się ponadto Harder, od której rozpoczęła się cała bramkowa akcja, ale równie wielkie pochwały należą się Belgijkom, gdyż te, po szybko straconym golu, nie tylko nie zafundowały nam powtórki z Hiszpanii, ale nawet były niesamowicie bliskie doprowadzenia do remisu. To znaczy, żeby być do końca precyzyjnym, najbliżej pokonania Stiny Petersen była Simone Boye, ale duńska golkiperka jak mało kto powinna być chyba przyzwyczajona do tego, że od czasu do czasu jest testowana tównież przez własne obrończynie. Sporym zaskoczeniem była ponadto postawa Kateryny Monzul, która tym razem na początek dużego turnieju postanowiła nie gwizdać ani jednego karnego, choć – jak na ironię – akurat wczoraj miała podstawy, aby go podyktować.

******

680

Fot. Nyhetsbyrån

Dość już jednak o grupie A, bo przecież wszyscy tak naprawdę czekamy na dzisiejszy wieczór. Kto zagra w ataku obok Lotty Schelin? Czy w meczu z Niemkami opłaca się ponieść taktyczną porażkę, aby zwiększyć szanse na dostanie się do teoretycznie łatwiejszej połówki drabinki? Te dwa tematy na tyle zdominowały przedmeczową dyskusję, że zabrakło jedynie tego, aby głos w nich zabrali księżniczka Victoria i premier Löfven. Oliwy do ognia skutecznie dolewały zresztą same selekcjonerki, gdyż zarówno Sundhage, jak i Persson zauważały, że turnieje charakteryzują się tym, że wygrywać należy na nich nie wszystkie, a jedynie te najważniejsze mecze. Z tym stwierdzeniem trudno nawet szczególnie polemizować, a wspomniane panie są jego najlepszym potwierdzeniem. Tandem Sundhage – Persson w ostatnich jedenastu meczach w finałach dużych imprez zapisał bowiem na swoim koncie zaledwie jedno zwycięstwo (1-0 z RPA po samobóju Barker), ale nie przeszkodziło to im w przywiezieniu z dalekiej Brazylii olimpijskiego srebra. Czyli jak, można? Oczywiście, że tak, ale cuda mają jednak to do siebie, że nie powinno się na nie liczyć przy każdej okazji.

Wracając do personaliów, jeśli miałby zostać zastosowany wariant najczęściej i najpilniej ćwiczony podczas treningów w Göteborgu i w Arnhem, to w wyjściowej jedenastce powinniśmy spodziewać się Fridoliny Rolfö. Pomocniczka Bayernu w okresie przygotowawczym zdecydowanie najdłużej ćwiczyła ofensywne schematy w parze z Lottą Schelin, a jeden z wariantów szykowany był specjalnie z myślą o Niemkach. Na starcie z drużyną Steffi Jones szykowane są ponadto drobne korekty w ustawieniu drugiej linii; obie boczne pomocniczki (w tych rolach prawdopodobnie Asllani oraz Schough) mają grać jeszcze szerzej niż zazwyczaj, absorbując w ten sposób uwagę ofensywnie usposobionych niemieckich wahadeł. Więcej zadań defensywnych otrzyma ponadto jedna z środkowych pomocniczek (Dahlkvist), gdyż kluczem do osiągnięcia korzystnego wyniku ma być przede wszystkim solidna i szczelna formacja obronna.

Tyle teorii, która podpowiada, że zdecydowanie więcej atutów znajduje się dziś po stronie naszych rywalek. To one przywiozły do Holandii doskonale naoliwioną maszynę, podczas gdy nasza kadra jest poobijana jak nigdy dotąd. To one dysponują grupą 23 piłkarek, z których właściwie każda jest w stanie w dowolnym momencie zrobić różnicę. W czym zatem upatrywać ewentualnej szansy? Na przykład w tym, że wśród wybranek Steffi Jones znalazła się napastniczka, która – wyłączając mecze przeciwko dziurawej niczym duńskie monety defensywie Kvarnsveden – od stycznia do maja ustrzeliła we wszystkich rozgrywkach zaledwie dwa gole. A ponieważ nic nie wskazuje na to, że dziś wieczorem zagramy duetem Salander – Hasanbegovic na środku obrony, możemy chyba zachować umiarkowany optymizm. Mówiąc jednak całkiem poważnie, na pewno bardzo liczymy na dobrą dyspozycję Hedvig Lindahl (akurat na tej pozycji mamy nad Niemkami wyraźną przewagę), która w ostatnich trzech latach regularnie okazywała się kluczowym elementem szwedzkiej układanki. Równie istotna może być ponadto postawa Nilli Fischer, której życzymy nie tylko stworzenia z Lindą Sembrant zapory nie do sforsowania, ale także tego, aby wszystkie osobiste dramaty, przez które w ostatnich miesiącach przechodziła, pozostały jedynie coraz bardziej odległym wspomnieniem. Nadzieję pokładamy ponadto w kontratakach, gdyż one w ostatnich miesiącach wychodziły nam zdecydowanie lepiej niż słynna już kompaktowa ofensywa, a także w stałych fragmentach, bo godziny poświęcone na ich szlifowanie muszą w końcu zaprocentować. Największymi zwyciężczyniami dzisiejszego wieczora mogą okazać się jednak Sundhage oraz Persson, ponieważ dobra postawa w starciu z Niemkami zapewniłaby każdej z ich podopiecznych większy zastrzyk pozytywnej energii niż najbardziej płomienna rozmowa motywacyjna. Dziś to my występujemy w roli zespołu mającego zdecydowanie więcej do zyskania niż do stracenia. Nie zmarnujmy tego, gdyż na tym turnieju taka sytuacja więcej się już nie powtórzy. Heja Sverige!

******

Czy sytuacja, w której ostatnie godziny przed inauguracyjnym występem szwedzkich piłkarek w finałach mistrzostw Europy upływają nam na oglądaniu w akcji reprezentacji Włoch, nie wydaje się wam dziwnie znajoma? Jedyna różnica polegać będzie na tym, że dziś po zakończeniu meczu z udziałem Italii nie będzie tłumnego pochodu ze strefy kibica na stadion narodowy Gamla Ullevi. No dobrze, inny powinien być też wynik, gdyż nawet przy olbrzymich pokładach dobrej woli trudno zakładać, że rosyjska defensywa przez dziewięćdziesiąt minut będzie potrafiła zachować czyste konto. Z drugiej strony, Włoszki stanowią pewną zagadkę nawet dla tych, którzy od deski do deski obejrzeli dziewięć ostatnich pojedynków z udziałem podopiecznych Antonio Cabriniego, a to już samo w sobie jest nie lada sztuką. Wydaje się jednak, że ze zdecydowanie najsłabszą drużyną na całym turnieju Gabbiadini i spółka powinny sobie jednak poradzić, oczywiście jeśli same chcą okazać się czymś więcej niż tylko statystyczną ciekawostką. W zwycięstwo wierzy oczywiście także włoski selekcjoner, bowiem jedynie ono pozwoliłoby nieco oczyścić atmosferę wokół kadry, która od momentu stosunkowo kontrowersyjnych powołań na holenderski turniej (pominięcie chociażby takiej Valentiny Giacinti odbiło się nie mniejszym echem niż sprawy Diaz i Banusic razem wzięte) zrobiła się tak gęsta, jak powietrze nad Pekinem. Czy piłkarki Italii podołają zadaniu? Przekonamy się już za kilka godzin, gdyż grupa B, znana gdzieniegdzie jako grupa rozbitych drużyn, właśnie dziś wchodzi do gry.

EUROkronika – dzień 1

Fans+2

Fot. CDN

Co by tu napisać w chwili, gdy atmosfera zbliżającego się święta zdecydowanie nie zachęca do czytania, a wszyscy czekamy już tylko na rozpoczęcie wielkiego spektaklu? Możemy na przykład zacytować kapitankę reprezentacji Holandii Mandy van den Berg, która już wczoraj była niesamowicie podekscytowana perspektywą gry na wypełnionym do ostatniego miejsca pomarańczowym stadionie w Utrechcie. Podopieczne Sariny Wiegman z pewnością będą mogły liczyć na wsparcie 23-tysięcznej widowni, ale nie zapominajmy, że zarówno dziś, jak i w pozostałych spotkaniach grupowych przyjdzie im grać pod niesamowitą presją. Jeszcze nigdy w historii piłkarskich mistrzostw Europy nie zdarzyło się bowiem, aby gospodyniom nie udało się wywalczyć awansu do fazy pucharowej i możemy założyć, że Holenderki raczej nie chciałyby, aby po zakończeniu tegorocznego turnieju cokolwiek się w tej kwestii zmieniło. Stojące przed nimi zadanie wcale nie będzie jednak takie łatwe, gdyż grupa A, w przeciwieństwie do pozostałych, wydaje się być całkowicie otwarta, a to z kolei nigdy nie jest dobrą wiadomością dla drużyny losowanej z pierwszego koszyka.

Skoro wspomnieliśmy już o statystykach z przeszłości to warto zaznaczyć, że gospodynie z zasady na otwarcie nie przegrywają, choć czasami pomagają im w tym nie tylko ściany (tak, przywołuję w tym miejscu chociażby lata 1997 i 2013, żeby nie szukać przesadnie daleko). Nasz dobry znajomy Martin Sjögren tym faktem najwyraźniej się jednak nie zraża i w przededniu najważniejszego meczu w swojej selekcjonerskiej karierze ogłosił, że w końcu udało mu się znaleźć system, w którym norweska kadra wykorzystywać będzie sto procent swojego potencjału. Okazuje się, że remis i nieporadność ofensywna z Islandią, czy też kompletne zagubienie w pierwszej połowie meczu z Hiszpanią były jedynie kolejnymi przystankami, na których trzeba było się taktycznie zatrzymać, aby dotrzeć do tego, co obejrzymy za kilka godzin. Brzmi wiarygodnie? Oceńcie sami, ale nie zapominajmy, że łudząco podobne zapowiedzi słyszeliśmy przed rozpoczęciem sezonu 2016 w Damallsvenskan, a nikomu nie trzeba chyba przypominać, jak dla Sjögrena i prowadzonej przez niego drużyny zakończyła się owa kampania. Wiadomo, że tym razem rywalizacja toczy się na całkiem innym dystansie i nieco innych zasadach, ale powtórki z rozrywki wykluczyć z pewnością nie można. W przypadku norweskiej kadry dwie największe niewiadome dotyczą roli, którą w perspektywie całego turnieju odegra w tym zespole Frida Maanum oraz tego, na ilu pozycjach będzie musiała zagrać na holenderskich boiskach Maren Mjelde. Kto wie, czy odpowiedź na nie nie okaże się równie kluczowa w ocenie norweskich szans, co postawa największych gwiazd w osobach sióstr Hegerberg i Caroline Graham Hansen.

Ze szwedzkiej perspektywy, podczas meczu otwarcia nasze oczy siłą rzeczy skierowane będą przede wszystkim w kierunku Lieke Martens, bo choć holenderska skrzydłowa jesienią będzie reprezentować barwy Barcelony, to na EURO pojechała jeszcze jako piłkarka Rosengård i jedna z bohaterek wiosny 2017 w Damallsvenskan. Po przeciwnej stronie powinniśmy zobaczyć jedną z ulubionych zawodniczek Martina Sjögrena Kristine Minde, więc jeśli ktoś zdążył się już stęsknić za rywalizacją na linii Malmö – Linköping, to na boisku w Utrechcie otrzyma jej całkiem przyjemną namiastkę. Możliwe, że szansę od szwedzkiego selekcjonera otrzyma również Helen Schjelderup, choć pomocniczka Eskilstuny jeśli w ogóle zagra, to raczej w nieco skromniejszym wymiarze czasowym. Najmniej prawdopodobny wydaje się za to występ Sheili van den Bulk, ale gdyby stoperka Djurgården jednak pojawiła się na murawie, to właśnie jej przypadłaby w udziale opieka nad Adą Hegerberg. Brzmi nieźle, choć niestety mało realnie. A szkoda, bo wydaje się, że Joel Riddez chętnie obejrzałby swoją podopieczną kasującą kolejne akcje gwiazd Lyonu i Wolfsburga.

******

Dziś odbędzie się oczywiście jeszcze jeden mecz, podczas którego naszą uwagę w równym stopniu co piłkarki przyciągać będzie stadion, na którym 25. lipca zagramy z Włoszkami o pierwsze miejsce w grupie awans do ćwierćfinału. Duńczyków i Belgów interesować będzie jednak wyłącznie tu i teraz, gdyż ewentualna strata punktów w tym meczu może mieć dla obu ekip niesamowicie przykre konsekwencje. Podopieczne Grenlandczyka Nilsa Nielsena zmierzą się w Doetinchem nie tylko z debiutującymi na salonach rywalkami, ale i z klątwą pierwszego dnia turnieju. W dotychczasowej historii duńskie piłkarki aż sześciokrotnie miały bowiem okazję wychodzić na boisko już podczas pierwszego dnia wielkiej imprezy i żadnego z tych spotkań nie udało im się zakończyć zwycięsko (na drodze stawały im dwukrotnie Norweżki i Szwedki oraz po jednym razie Finki i Amerykanki). Do siedmiu razy sztuka? Jeszcze miesiąc temu wydawało się niemal pewne, że tak właśnie się stanie, ale mecze z Anglią i Austrią przypomniały nam bolesną prawdę, że duńska kadra zdecydowanie lepiej prezentuje się z przodu niż z tyłu. Aż cztery spośród sześciu straconych przez Danię w dwóch ostatnich sparingach goli padły bowiem po ewidentnych błędach indywidualnych, których nie ustrzegły się nawet słynące zazwyczaj z solidnej postawy Boye czy Jans (kiksy Gevitz i Petersen dziwiły może nieco mniej, gdyż to zawsze w jakimś stopniu tykające bomby) i możemy w ciemno zakładać, że to właśnie w słabości formacji defensywnej swojej szansy szukać będą dziś wieczorem belgijskie Czerwone Płomienie. Aby ta misja zakończyła się sukcesem, piłkarki Ivesa Serneelsa przez dziewięćdziesiąt minut będą musiały jednak pilnie uważać na to, aby przypadkiem nie zginąć od własnej broni, bo ich obrończynie również lubią wykazywać tendencję do przechodzenia na radosny futbol w najmniej oczekiwanych momentach.

Pomimo olbrzymiej sympatii do Lorki van de Putte, zgaduję, że większość czytelników EUROkroniki będzie dziś wieczorem nieco przychylniej patrzeć na reprezentację Danii. Bo Troelsgaard, bo Arnth, bo Kildemoes, bo Junge, bo Linköping, bo Lejonflocken (sympatycy LFC z pewnością wiedzą, o czym mówię), bo nordycka solidarność i – wreszcie – bo Pernille Harder. Wprawdzie od kilku miesięcy kapitanka duńskiej kadry figuruje we wszelakich rozpiskach jako zawodniczka niemieckiego Wolfsburga, ale dla wielu z nas ta nieszablonowa piłkarka już zawsze będzie w jakiejś cząstce nasza. Kilka tygodni temu mieliśmy niewątpliwą przyjemność gościć ją w Östergötland, a dziś będziemy mieć równie wielką przyjemność zachwycać się jej zagraniami, oklaskiwać te najbardziej udane i życzyć jej powodzenia. I zupełnie jak za starych, dobrych czasów, kolejna okazja do tego nadarzy się już za cztery dni.

EUROkronika – zapowiedź

UEFA_Women's_Euro_2017_logo.svg

Drugą najważniejszą imprezę w piłkarskim kalendarzu czas zacząć! To znaczy, w Ameryce z pewnością by z takim stwierdzeniem mocno polemizowali, ale skoro jesteśmy w Europie, to jak najbardziej ma ono rację bytu. Wiadomo, Igrzyska mają swoją niezaprzeczalną renomę, ale jednak turniej z udziałem dwunastu drużyn, w którym kilka miejsc zarezerwowanych jest dla ciekawostek pokroju Zimbabwe czy Argentyny, już z definicji nie wytrzymuje porównania z walką o prymat na Starym Kontynencie. W tym roku po raz pierwszy spotykamy się w gronie szesnastozespołowym i już sam fakt, że zwiększenie liczby uczestników czempionatu nie niosło za sobą lawiny krytycznych komentarzy pokazuje, jak długą drogę udało nam się przejść w minionych latach. Młodszym czytelnikom warto bowiem przypomnieć, że dokładnie dwie dekady temu poważnie zastanawiano się, czy rozszerzenie turnieju do ośmiu drużyn nie spowoduje gwałtownego obniżenia poziomu sportowego. Ciesząc się z niesamowitego progresu, warto jednak zaznaczyć, że szesnastu finalistów to liczba całkowicie optymalna i nawet jeśli w przyszłości doczekamy się czterdziestu solidnych, europejskich reprezentacji, każde kolejne powiększenie turnieju raczej obniży niż podwyższy jego rangę.

Wróćmy jednak do teraźniejszości, tym bardziej, że na czas trwania EURO 2017 serwis szwedzkapilka.com stanie się kroniką rozgrywanych w Holandii mistrzostw. Oczywiście, wszystkie zapowiedzi, przemyślenia i refleksje niezmiennie przedstawiane będą ze szwedzkiej perspektywy, ale myślę, że sympatycy każdej z piętnastu pozostałych ekip także znajdą tu coś dla siebie, gdyż atmosfera wielkiego, piłkarskiego święta zdecydowanie zachęca do integracji. Ambitny plan zakłada, że teksty pojawiać się będą codziennie w godzinach przedpołudniowych (w dni meczowe), ale ze względu na obowiązki związane z turniejem Gothia Cup może okazać się to trudne do wykonania. Poprzeczkę warto jednak stawiać sobie wysoko, więc mam nadzieję, że znaczną część planu uda się zrealizować.

Póki co pozostaje życzyć wszystkim wielu niezapomnianych wrażeń podczas rozpoczynającego się właśnie EURO i zachęcić do regularnego odwiedzania EUROkroniki, która – miejmy nadzieję – choć w minimalnym stopniu przyczyni się do tego, że tegoroczny turniej stanie się jeszcze bardziej wyjątkowy.

Droga do EURO

Do rozpoczęcia piłkarskich mistrzostw Europy pozostały już nie dni, ale godziny, które wielu z nas i tak spędzi w dużej części na analizie tego, co w najbliższych tygodniach wydarzy się na holenderskich boiskach. Aby nieco usprawnić ten proceder, warto zebrać w jednym miejscu wyniki wszystkich meczów sparingowych, które każdy z szesnastu finalistów rozegrał od momentu zakończenia eliminacji. Okazuje się, że tylko jedna reprezentacja przebrnęła przez okres przygotowawczy bez porażki, inna zanotowała ich aż dwanaście, a Szwecja wcale nie była drużyną strzelającą najmniej goli. Kto nią był? Tego i innych, nie mniej ciekawych rzeczy dowiecie się z poniższej lektury. Oto dziewięć miesięcy piłkarskiej rzeczywistości zawarte w kilkunastu tabelkach:

01. ned

02. nor

03. den

04. bel

05. ger

06. swe

07. ita

08. rus

09. fra

10. isl

11. aut

12. sui

13. eng

14. sco

15. esp

16. por