Nasz rywal – Niemcy

Jeśli ktoś powie, że centralną postacią niemieckiej reprezentacji podczas tegorocznych Igrzysk jest Silvia Neid, to … specjalnie nie minie się z prawdą. Turniej w Brazylii jest bowiem ostatnim, podczas którego charyzmatyczna selekcjonerka sprawuje pieczę nad drużyną dwukrotnych mistrzyń świata. Złoto olimpijskie wciąż pozostaje jedynym poważnym trofeum, którego prowadzonej przez Neid kadrze nie udało się jeszcze wywalczyć, więc gdyby w piątkowe popołudnie to Niemki opuszczały stadion w Rio de Janeiro jako zwyciężczynie, możemy być pewni, że to właśnie trenerka będzie w swoim kraju jedną z głównych bohaterek i to niezależnie od tego, która z piłkarek ostatecznie przesądziłaby o tytule.

W przeciwieństwie do Pii Sundhage, Silvia Neid w przeszłości niejednokrotnie potrafiła zaskoczyć powołaniami, ale podczas turnieju w Rio niemiecka selekcjonerka zdecydowała się przesadnie nie eksperymentować. Kadra aktualnych mistrzyń Europy oparta jest o zawodniczki sprawdzone w ważnych bojach, a dla niektórych z nich (podobnie zresztą jak dla samej Neid) tegoroczne Igrzyska są jedną z ostatnich szans na wywalczenie medalu na wielkiej imprezie. Taką piłkarką jest chociażby dość niespodziewanie krocząca po tytuł królowej strzelczyń, a niewykluczone, że i MVP całego turnieju Melanie Behringer. Trzydziestoletnia pomocniczka monachijskiego Bayernu niezwykle skutecznie wykonuje stałe fragmenty gry, ale na nieszczęście dla rywalek nie jest to jej jedyny atut, o czym w spotkaniu ćwierćfinałowym jednoznacznie przekonały się Chinki. Druga linia to w ogóle zdecydowanie najsilniejsza i najbardziej kreatywna formacja Die Mannschaft. Tworzą ją przecież tak znakomite piłkarki, jak chociażby wciąż młoda, ale już niezwykle dojrzała Sara Däbritz, słusznie uważana za jedną z najlepszych defensywnych pomocniczek świata Lena Goeßling, czy też obdarzona ponadprzeciętnym talentem, choć tradycyjnie narzekająca na problemy ze zdrowiem Dzsenifer Marozsan. Równie solidnie prezentuje się niemiecki atak, a fakt, że Popp, Mittag czy Islacker na turnieju w Brazylii póki co nie zachwycały skutecznością może paradoksalnie okazać się dla nas fatalną informacją. Wszak tej klasy ekspertki od zdobywania goli nie mogą wiecznie pudłować.

Znacznie mnie okazale prezentuje się niemiecka defensywa, w której być może po raz pierwszy w historii jest zdecydowanie więcej znaków zapytania niż pewnych punktów. Kreowana na następczynię Rottenberg i Angerer bramkarka Wolfsburga Almuth Schult zagrała bardzo dobry mecz w półfinale przeciwko Kanadzie, ale jej podstawowym problemem pozostaje brak stabilizacji formy na oczekiwanym poziomie. Formacja defensywna w reprezentacji Niemiec to klasyczna mieszanka rutyny z młodością, ale ani doświadczona para stoperek Bartusiak – Krahn, ani znacznie od nich młodsze, grające na bokach obrony Maier i Kemme trudno nazwać zawodniczkami klasy światowej. W fazie pucharowej Igrzysk Niemki jak dotychczas nie straciły jeszcze gola, ale nie od dziś wiemy, że szczególnie środkowe defensorki z kadry Silvii Neid potrafią w najmniej spodziewanym momencie popełnić całkowicie niewytłumaczalny błąd. Być może w piątek to właśnie takie zagranie przesądzi sprawę złotych medali, choć oczywiście wolelibyśmy, aby decydująca okazała się składna akcja reprezentacji Szwecji.


Bilans meczów z Niemcami: 25 meczów; 7 zwycięstw, 18 porażek; bramki 31-47

Ostatnie mecze Niemiec: Kanada [n] 2-0, Chiny [n] 1-0, Kanada [n] 1-2, Australia [n] 2-2, Zimbabwe [n] 6-1

Ciekawostka: Reprezentantki Szwecji aż dziewięciokrotnie spotykały się z Niemkami w fazie pucharowej wielkich turniejów. Bilans bezpośrednich pojedynków jest niestety zdecydowanie korzystny dla rywalek, które rozstrzygnęły na swoją korzyść aż osiem z nich. Jedyne zwycięstwo naszych piłkarek miało miejsce dokładnie ćwierć wieku temu. W meczu o trzecie miejsce rozgrywanego w Chinach mundialu Szwecja zwyciężyła 4-0, a autorką jednego z goli była Pia Sundhage. Znajdująca się wówczas w kadrze Niemiec Silvia Neid przesiedziała tamto spotkanie na ławce rezerwowych.

753416_w2

Fot. Getty Images

Cudowny sen trwa nadal

Zaledwie kilkuset spośród ponad siedemdziesięciu tysięcy widzów opuszczało dziś przepiękny stadion Maracana w radosnych nastrojach. Po dwóch godzinach morderczej walki o każdy milimetr boiska i kolejnym horrorze w postaci konkursu rzutów karnych, reprezentacja Szwecji zapewniła sobie prawo gry nie tylko o złote medale Igrzysk Olimpijskich, ale także o to, aby już za trzy dni stać się symbolem całego pokolenia, które nie zaznało jeszcze smaku zwycięstwa na wielkiej, piłkarskiej imprezie.

Już przed pierwszym gwizdkiem wiadomo było, że w półfinale czeka nas zupełnie inne spotkanie, jak osiem dni temu w fazie grupowej. Jeżeli porażki przytrafiają się po to, aby umieć wyciągać z nich właściwe wnioski, to trzeba przyznać, że nasz sztab szkoleniowy dobrze odrobił pracę domową. Wprawdzie napędzane przez niezwykle żywiołowo reagującą publiczność Brazylijki, podobnie jak przed tygodniem, od początku starały się przejąć pełną kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami, ale tym razem znacznie bardziej szczelna szwedzka defensywa nie pozwoliła gospodyniom na pełne rozwinięcie skrzydeł. Niezwykle dużo pracy miały obie piłkarki grające na bokach obrony – Rubensson oraz Samuelsson, które musiały radzić sobie z niezwykle dynamincznymi Martą i Andressą. Obdarzone wprost bajeczną techniką Brazylijki raz po raz próbowały na obu flankach napędzać ofensywne akcje swojego zespołu, ale nawet wtedy, gdy udawało im się wedrzeć z futbolówką przy nodze w szwedzką szesnastkę, na drodze stawała im świetnie dysponowana Lindahl. Sporo zdrowia zostawił na murawie Maracany także nasz tercet (a w zasadzie kwintet, gdyż Asllani i Schelin miały dziś znacznie więcej niż zazwyczaj zadań defensywnych) z środka pola. Naszym pomocniczkom, podobnie jak pozostawionej w pierwszej fazie meczu na desancie Blackstenius, niezbyt często udawało się wprawdzie przetrzymać piłkę na połowie Brazylijek, ale w pełni rekompensowały to niezwykle udane powroty i wybicia, które w kilku przypadkach uchroniły nas przed niezwykle groźnymi sytuacjami pod bramką Lindahl.

Szwedki, dokładnie jak w meczu przeciwko USA, nastawiły się przede wszystkim na wyprowadzanie szybkich kontr, ale tym razem żadna z nich nie zakończyła się stuprocentowym powodzeniem. Okazje do pokonania lub chociaż przetestowania Barbary pojawiały się także po nadspodziewanie licznych stałych fragmentach gry, ale odpowiedzialna pod nieobecność Ericsson za ich egzekwowanie Asllani ewidentnie nie miała w tym aspekcie swojego dnia, co potwierdziło się zresztą także w serii rzutów karnych. Znacznie bardziej rozgrzana od brazylijskiej golkiperki była za to Lindahl, ale bramkarka Chelsea kolejny raz udowodniła, że do najlepszej jedenastki sezonu 2015 w WSL nie wybrano jej przez przypadek. W drugiej połowie dogrywki Lindahl poradziła sobie z kąśliwym strzałem Marty z rzutu wolnego, a także dwukrotnie uratowała Szwecję przed utratą gola w olbrzymim zamieszaniu podbramkowym. Na pochwałę zasługują także obie stoperki, wygrywające niemal wszystkie pojedynki główkowe, a także pozostałe piłkarki szwedzkiego bloku defensywnego, który w momentach największej dominacji Brazylii liczył sobie nawet aż dziesięć zawodniczek. Trzeba przyznać, że Canarinhas w ofensywie były znacznie bardziej kreatywne niż chociażby Amerykanki, więc zachowanie czystego konta wobec tak dobrej dyspozycji rywala to wyczyn, który musi budzić szacunek.

Z samej serii rzutów karnych chyba większość szwedzkich kibiców pamięta niezbyt wiele, a jeśli już to są to wyłącznie pojedyncze i oderwane od siebie obrazki. Fruwająca i odbijająca kolejne strzały Brazylijek Lindahl, niezwykle pewna, a zarazem efektowna Schelin i wreszcie ta, która znów podeszła do ustawionej na jedenastym metrze piłki w decydującym momencie i znów nie zawiodła. Lisa Dahlkvist – zawodniczka, która w ostatnich miesiącach przeżywała wspaniałe chwile zarówno na boisku, jak i poza nim, ponownie wprowadziła całą Szwecję w stan ekstazy. Być może trochę szkoda, że ze wspaniałego wyczynu swojej mamy niewiele rozumie jeszcze jej dziewięciomiesięczna córeczka Penny, ale niewykluczone, że już niebawem jej nową ulubioną zabawką stanie się przywieziony z Rio de Janeiro złoty medal. Dlaczego złoty? Ponieważ tak piękna bajka po prostu zasługuje wyłącznie na szczęśliwe zakończenie.

braswe

Fot. Getty Images

O krok od historii

Zaledwie kilkanaście godzin dzieli nas od meczu, który może na stałe zapisać się w historii szwedzkiej piłki nożnej. Taka zapowiedź brzmi niezwykle podniośle, ale w tym konkretnym przypadku absolutnie nie jest hiperbolą, gdyż jego stawką jest awans do finału Igrzysk Olimpijskich, w którym szwedzkie piłkarki jeszcze nigdy nie grały. Rywalem podopiecznych Pii Sundhage będzie doskonale nam znana reprezentacja Brazylii, której sylwetkę przybliżaliśmy przed rozegranym zaledwie osiem dni temu meczem grupowym. Tamto spotkanie, jak doskonale pamiętamy, zakończyło się niezwykle dotkliwą porażką, ale możemy być pewni, że jutro będziemy świadkami otwarcia całkowicie nowego rozdziału w historii szwedzko-brazylijskiej rywalizacji.

Nie ma sensu zakłamywać rzeczywistości pisząc, że szwedzka reprezentacja awans do najlepszej czwórki wywalczyła w wielkim stylu. Było bowiem dokładnie odwrotnie, a droga półfinalistek Igrzysk Olimpijskich 2016 do miejsca, w którym aktualnie się znajdują przypominała raczej wyczerpujący bieg z przeszkodami, a nie spokojny i pewny marsz po swoje. Wszystko zaczęło się od marcowego turnieju kwalifikacyjnego w Rotterdamie, na który nasze piłkarki zakwalifikowały się wyłącznie dzięki korzystnemu rozstrzygnięciu w meczu … Brazylia – Kostaryka na ubiegłorocznym mundialu. Później, gdy wydawało się, że na autostradę do Rio wjechały Holenderki, kardynalny błąd Kelly Zeeman dał naszym piłkarkom drugie życie i w newralgicznym momencie przywrócił nadzieję na wywalczenie olimpijskiej kwalifikacji. O tym, co działo się na samym turnieju nie ma sensu się przesadnie rozpisywać, gdyż te wydarzenia mamy jeszcze świeżo w pamięci. Najpierw olbrzymie męczarnie z RPA i zwycięstwo po samobójczym trafieniu Barker, następnie brazylijska lekcja futbolu, a na koniec grupowych zmagań mało ekscytujący, bezbramkowy mecz z równie bezbarwnymi Chinkami. Potem przyszedł bedący wielkim zwycięstwem cierpliwości i solidności ćwierćfinał z USA, po którym o naszych reprezentantkach zrobiło się głośno na całym świecie, ale ów występ również trudno nazwać wybitnym w wykonaniu szwedzkich piłkarek, a każdy z nas bez trudu byłby w stanie wymienić przynajmniej dziesięć tych zdecydowanie lepszych.

Niezwykle wyboistą drogę do piłkarskiego raju (a w zasadzie jeszcze na jego przedsionek) przypominam nie po to, aby deprecjonować dokonania drużyny Pii Sundhage, ale po to, by zwrócić uwagę na jeden, często pomijany w chwilach euforii szczegół. Wywalczony w wielkich bólach sukces pokazał bowiem, że dysponujemy kadrą, która potrafi rzucić wyzwanie każdej drużynie globu nawet wtedy, gdy gra nie do końca się klei, fortuna nie do końca sprzyja, a forma jest daleka od oczekiwanej. Jest to niezwykle cenne nie tylko w perspektywie jutrzejszego półfinału, ale także kolejnych wielkich wyzwań, które niewątpliwie czekają nas w najbliższych latach. Zwyciężać pomimo przeciwności i własnej słabości potrafią wyłacznie drużyny naprawdę wielkie i nie zapominajmy o tym nawet wtedy, gdy w przyszłości przyjdzie nam (niewykluczone, że w pełni słusznie) krytykować postawę naszej reprezentacji.

Grupowe starcie z Brazylią było dla nas niezwykle bolesnym doświadczeniem, o czym zresztą bez wielkiej kurtuazji opowiadała chociażby Caroline Seger, ale w jutrzejszym półfinale przed pierwszym gwizdkiem trudno wskazać faworyta. Każdy, kto w piątkowy wieczór obejrzał choćby fragment ćwierćfinałowego pojedynku gospodyń olimpijskiego turnieju z Australią doskonale zdaje sobie sprawę, że niezwykle żywiołowa brazylijska publiczność zrobi wszystko, aby ponieść Canarinhas do finału, ale reprezentacja Szwecji w swojej historii wielkorotnie pokazywała, że potrafi radzić sobie z tego typu presją. Możemy być więc pewni, że nawet w przypadku ewentualnej dogrywki, w sferze mentalnej tego meczu nie powinniśmy przegrać. A jak będzie na boisku? Za mniej więcej dwadzieścia godzin będziemy już wiedzieć wszystko.

Medals_Landing_banner-00

Fot. olympic.org

Trwaj chwilo, jesteś piękna!

W Szwecji o takich meczach mówi się vinna eller försvinna. Jeśli wygrasz – grasz dalej, jeśli przegrasz – wracasz do domu. Przed pierwszym gwizdkiem wydawało się, że niemal wszystkie atuty są dziś po stronie rywalek, ale boisko już wiele razy weryfikowało przedmeczowe przewidywania i tak właśnie stało się w tym przypadku. Prowadząca spotkanie trójka sędziowska z Oceanii zadbała wprawdzie, aby emocje na arenie w Brasilii przedłużyły się aż do rzutów karnych, ale ostatecznie awans do strefy medalowej wywalczyła drużyna, która – choć oddała znacznie mniej strzałów – bardziej na niego zasłużyła.

Początek meczu należał do Amerykanek, ale po początkowym szturmie obrończyń tytułu dość szybko udało się oddalić zagrożenie od bramki Lindahl. Podopieczne Jill Ellis wprawdzie znacznie częściej znajdowały się w posiadaniu piłki, ale nie potrafiły przełożyć tej przewagi na stwarzane sytuacje. Zadania nie ułatwiały im oczywiście nasze reprezentantki, które kolejny raz udowodniły, że doskonale czują się w roli drużyny grającej z kontry. Pojedyncze wypady Szwedek przed przerwą nie przyniosły wprawdzie bramkowego efektu, ale zarówno Schelin, jak i rezerwowa Blackstenius (w 19. minucie zastapiła kontuzjowaną Rolfö) dały jasny sygnał, że tego dnia są jak najbardziej gotowe, aby spróbować pomieszać szyki faworytkom. Cały czas poprawnie spisywała się także formacja defensywna, którą z wielkim poświęceniem wspierały nawet cofające się w razie konieczności bardzo głęboko piłkarki pierwszej linii. Taka gra nie była może przesadnie efektowna, ale okazała się za to niezwykle efektywna, gdyż dojście do dogodnej pozycji strzeleckiej przychodziło Amerykankom z wielkim trudem.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie, Szwedki wciąż ograniczały się przede wszystkim do wyprowadzania groźnych kontrataków i tym razem jeden z nich przyniósł powodzenie. Dahlkvist posłała fenomenalne, kilkudziesięciometrowe podanie w kierunku Blackstenius, a napastniczka Linköping doskonale urwała się amerykańskim defensorkom i mierzonym strzałem w długi róg pokonała Hope Solo. Stracony gol tylko podrażnił mistrzynie świata, które jeszcze bardziej zaciekle rzuciły się do odrabiania strat, ale albo dobrze w szwedzkiej bramce spisywała się Lindahl, albo zawodniczkom z USA brakowało precyzji. Wyrównujący gol ostatecznie padł w 77. minucie, choć nie był on efektem składnej akcji Amerykanek, a indywidualnego błędu Samuelsson, która źle przyjęła piłkę we własnej szesnastce, w efekcie czego futbolówka znalazła się pod nogami Alex Morgan, której nie pozostało nic innego, jak tylko doprowadzić do remisu. Gol dla podopiecznych Jill Ellis padł jednak w niezwykle kontrowersyjnych okolicznościach, gdyż Amerykanki kontynuowały grę w momencie, gdy na murawie leżała kontuzjowana Asllani. Nie był to zresztą ani pierwszy ani ostatni tego dnia przypadek, w którym mistrzynie świata niewiele robiły sobie z zasad fair play.

Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, choć w 116. minucie szwedzka ławka eksplodowała, gdy po strzale Schelin piłka drugi raz tego popołudnia zatrzepotała w amerykańskiej siatce. Radość trwała jednak zaledwie kilka sekund, gdyż sędzia liniowa z Tonga dopatrzyła się w tej sytuacji pozycji spalonej. Na jakiej podstawie? Trudno jednoznacznie stwierdzić, gdyż w momencie podania para amerykańskich stoperek znajdowała się zdecydowanie bliżej linii końcowej niż najlepsza szwedzka snajperka. Sędzie z Oceanii w ogóle nie miały dziś najlepszego dnia, gdyż w 120. minucie nie zauważyły także ewidentnego zagrania ręką Christen Press, która chwilę później posłała futbolówkę w boczną siatkę szwedzkiej bramki. Do siatki w dodatkowym czasie gry trafiła za to Lloyd, ale w walce o pozycję z Ericsson pomagała sobie w niezgodny z przepisami sposób.

Podczas serii rzutów karnych emocje sięgnęły zenitu. Najpierw Lindahl popisała się kapitalną paradą po strzale Morgan, następnie strzał grającej świetny mecz Sembrant odbiła Solo, a w ostatniej serii piłkę nad poprzeczką przeniosła Press. Przed szansą na to, aby wprowadzić Szwecję do strefy medalowej stanęła Lisa Dahlkvist i okazji tej – pomimo prowokacyjnego zachowania amerykańskiej golkiperki – nie zmarnowała. Była piłkarka PSG idealnie wytrzymała próbę nerwów i sprawiła, że cudowny, olimpijski sen szwedzkiej kadry będzie trwać nadal. I niezależnie od tego, co wydarzy się we wtorek, potrwa aż do 19. sierpnia, czyli do ostatniego dnia turnieju.

sweusa

Fot. Getty Images

Nasz rywal – USA

Sylwetkę naszych najbliższych rywalek na dobrą sprawę dałoby się przybliżyć w trzech słowach: najlepsza drużyna świata. Reprezentacja USA to nie tylko aktualne mistrzynie świata, mistrzynie olimpijskie i liderki wszystkich mniej lub bardziej poważnych rankingów. To po prostu niemal wzorowo funkcjonująca maszyna stanowiąca niedościgniony wzór dla wielu innych nacji. Wprawdzie w piłce nożnej niespodziewane wyniki zdarzają się stosunkowo częściej niż w pozostałych sportach drużynowych, ale nawet pojedyncze porażki nie zmieniają faktu, że na chwilę obecną Amerykanki są po prostu numerem jeden, co zresztą zarówno same piłkarki, jak i ich liczni sympatycy niezwykle często i głośno lubią podkreślać.

Kadra USA na turniej olimpijski w Rio de Janeiro i okolicach wydaje się nie mieć ani jednego źle funkcjonującego ogniwa, co oczywiście nie jest w najmniejszym stopniu zaskoczeniem. Wybitnych piłkarek w Stanach Zjednoczonych jest tak wiele, że nawet druga i trzecia reprezentacja tego kraju bez wątpienia biłaby się w Brazylii o medale i wcale nie byłaby w tej rywalizacji pozbawiona szans. Wprawdzie na zakończenie fazy grupowej podopieczne Jill Ellis sensacyjnie podzieliły się punktami z Kolumbią, ale znaczy to co najwyżej tyle, że limit słabszych dni na Igrzyskach Amerykanki już najprawdopodobniej wyczerpały. Podobnie zresztą jak Hope Solo, która w starciu z Latynoskami dwukrotnie dała się zaskoczyć Catalinie Usme, ale jutro raczej nie powinniśmy liczyć na podobne prezenty ze strony rozgrywającej mecz numer 202 w reprezentacyjnej koszulce byłej golkiperki Göteborga. Zbyt wielu błędów nie popełnia także amerykańska defensywa, dyrygowana przez dwukrotną mistrzynię NWSL Becky Sauerbrunn. Eksperci z USA bardzo często nazywają zawodniczkę Kansas najlepszą obrończynią świata i akurat w tym konkretnym przypadku trudno z ich opinią polemizować. Wybitnych piłkarek nie brakuje także w ofensywie: Carli Lloyd to bohaterka każdej wielkiej imprezy, w której występuje, Mallory Pugh już zapisała się w annałach Igrzysk jako najmłodsza strzelczyni gola w historii IO, Christen Press zachwyca boiskową inteligencją i zabójczą skutecznością, Crystal Dunn czy Alex Morgan to chodzące reklamy soccera i … tę wyliczankę można byłoby kontynuować w nieskończoność.

Przyjęło się, że najsłabszym punktem w kadrze USA jest jej trenerka, która zresztą objęła posadę w dość niecodziennych okolicznościach. Nie możemy jednak zapominać, że już z Jill Ellis na ławce Amerykankom udało się sięgnąć po mistrzostwo świata, a obecnie są one głównymi faworytkami turnieju olimpijskiego. Można zastanawiać się, czy siła rażenia USWNT byłaby jeszcze większa, gdyby zamiast urodzonej na Wyspach Brytyjskich selekcjonerki najważniejszą rolę w sztabie szkoleniowym sprawował ktoś inny (niektórzy sugerują wprost, że idealnym kandydatem byłby Tony Gustavsson), ale osiągane przez amerykańską kadrę wyniki pokazują, że nawet z Ellis u steru ta drużyna potrafi wygrać z każdym.

Już przed rozpoczęciem turnieju wiadomo było, że spotkanie ćwierćfinałowe będzie dla naszych piłkarek tym kluczowym, ale wówczas nikt nie spodziewał się, że poprzeczka będzie jutro zawieszona aż tak wysoko. Paradoksalnie, brak olbrzymiej presji, a także uciążliwej podróży i drastycznej zmiany klimatu (Amerykanki trzy dni temu rywalizowały z Kolumbią w sercu amazońskiej dżungli) może okazać się jednak sporym atutem, na bazie którego uda się sprawić dużych rozmiarów niespodziankę. Nie zapominajmy, że wyniki ostatnich meczów Szwedek z Amerykankami na wielkich imprezach jednoznacznie pokazują, iż z ekipą USA także da się wygrać. Aby tego dokonać, trzeba oczywiście zagrać na maksimum swoich możliwości i tego właśnie od naszych reprezentantek oczekujemy. Najwyższy czas zagrać po prostu dobry mecz, gdyż w razie ewentualnego niepowodzenia kolejnej szansy już nie będzie.


Bilans meczów z USA: 37 meczów; 7 zwycięstw, 10 remisów, 20 porażek; bramki 37-65

Ostatnie mecze USA: Kolumbia [n] 2-2, Francja [n] 1-0, Nowa Zelandia [n] 2-0, Kostaryka [d] 4-0, RPA [d] 1-0

Ciekawostka: Stawką jutrzejszego starcia w Brasilii będzie nie tylko awans do strefy medalowej Igrzysk, ale także tytuł … nieoficjalnych mistrzyń świata! Historia tych “rozgrywek” sięga pierwszego w historii oficjalnego meczu międzypaństwowego, w którym Francja okazała się lepsza od Holandii, a następnie tytuł przejmowała drużyna, która w bezpośrednim meczu okazała się lepsza od aktualnego czempiona. Co ciekawe, w tabeli wszechczasów nieoficjalnych mistrzostw świata Szwedki zajmują wysokie, trzecie miejsce (w posiadaniu tytułu były łącznie przez 2808 dni).

tony-jpg

Fot. Bildbyrån

Bez przełamania

Dzisiejszy mecz miał przynieść długo wyczekiwane przełamanie, ale niestety na stadionie w Brasilii przyszło nam obejrzeć kolejny pokaz nieporadności w wykonaniu szwedzkich piłkarek. Bezbramkowy remis z Chinami wystarczył wprawdzie do tego, aby zagwarantować sobie awans do ćwierćfinału, ale trzecie miejsce w zdecydowanie najsłabszej grupie olimpijskiego turnieju trudno w ogóle rozpatrywać w kategorii sukcesu. Tym bardziej, że gra wcale nie wyglądała lepiej niż osiągane wyniki i kto wie, czy w tej chwili w ogóle rozmawialibyśmy o fazie pucharowej, gdyby nie koszmarny błąd Roxanne Barker w meczu otwarcia.

Czas na rozliczanie Pii Sundhage i jej sztabu przyjdzie oczywiście po zakończeniu turnieju, ale już dziś, obserwując bezradność naszych reprezentantek w trzecim kolejnym meczu, należy zadać kilka ważnych pytań. Wiadomo, że z wysokości ławki trenerskiej nie da się w pełni kontrolować boiskowych wydarzeń, ale zupełny brak reakcji na to, co w danej chwili dzieje się na murawie jest również mocno zastanawiający. Po meczu z Brazylią nawet Caroline Seger przyznała, że taktyka na spotkanie z gospodyniami dobrana została źle, a formacja defensywna ustawiona była zdecydowanie zbyt wysoko, co ułatwiało grę preferującym techniczny futbol rywalkom. Dlaczego w porę nie zauważyła tego Sundhage i nie zaordynowała drobnej korekty? Dlaczego w obu poprzednich pojedynkach pierwszą do zmiany była Rolfö, która na tle pozostałych ofensywnych piłkarek prezentowała się stosunkowo najlepiej (nie chodziło tu bynajmniej o przygotowanie motoryczne, gdyż sama zawodniczka zapewnia, że pod tym względem jest gotowa do gry w pełnym wymiarze)? Wreszcie – dlaczego w starciu z dysponującymi znacznie skromniejszymi warunkami fizycznymi Chinkami nawet minuty nie dostała Blackstenius, która wydaje się być wręcz stworzona do gry z takimi przeciwniczkami? Pytań jest rzecz jasna znacznie więcej, ale na bardziej szczegółową analizę przyjdzie jeszcze czas.

Wracając do meczu z Chinkami, remis 0-0 należy uznać za rezultat najbardziej sprawiedliwy, choć w drugiej połowie nasze piłkarki miały okazje, aby rozstrzygnąć ten pojedynek na swoją korzyść. Szanse te były wprawdzie w większym stopniu efektem indywidualnych przebłysków niż składnej gry całego zespołu, ale pod bramką Zhao kilka razy zrobiło się naprawdę gorąco. Chińska golkiperka broniła jednak z dużym szczęściem, któremu zresztą potrafiła także pomóc, dwukrotnie wygarniając futbolówkę spod nóg naszych napastniczek. Nieco ożywienia w poczynania reprezentacji Szwecji wniosła w ostatniej fazie meczu Asllani, ale pomocniczce Manchesteru – podobnie zresztą jak innym naszym piłkarkom – zdecydowanie brakowało dziś precyzji. Gola dającego zwycięstwo szukały również rywalki, ale ich zagrania najczęściej sprawiały wrażenie tak samo nieprzemyślanych. Dość powiedzieć, że jedną z najczęściej uskutecznianych przez Azjatki prób sforsowania szwedzkiej defensywy było zejście do flanki i posłanie górnej piłki na walkę w powietrzu. Taka taktyka zdecydowanie nie miała prawa przynieść powodzenia.

Faza grupowa Igrzysk Olimpijskich 2016 przeszła już do historii i podobnie, jak na ubiegłorocznym mundialu, kończymy ją bez większych powodów do optymizmu. Trzecie miejsce, zaledwie dwa strzelone gole (w tym jeden samobójczy) i ogólnie rozczarowująca postawa z pewnością nie nastrajają pozytywnie przed meczem z głównym faworytem turnieju. Z drugiej jednak strony, jeśli szwedzkie piłkarki wciąż marzą o tym, aby Rio i Brazylia budziły w nich po latach radosne skojarzenia, to właśnie stają przed szansą, aby wrócić do gry w niezwykle spektakularnym stylu. Awans do strefy medalowej, okraszony dodatkowo zwycięstwem nad najlepszą drużyną świata, byłby z pewnością wydarzeniem, które nigdzie nie przeszłoby bez echa. Zrealizować taki scenariusz będzie oczywiście niezwykle ciężko, ale jeszcze przez przynajmniej trzy dni mamy pełne prawo mieć nadzieję.

Rio 2016 Olympic Games - Sweden v South Africa: Women's Football - Day -2

Fot. Stephen McCarthy