Awans – i co dalej?

Tegoroczna wiosna w Damallsvenskan, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę sytuację na miejscach 3-12, była w pewnym sensie nietypowa. Prawdziwa zabawa rozpoczyna się jednak dopiero w Elitettan, czyli w rozgrywkach, w których niemal każdy może wygrać z każdym. Poprawne wytypowanie kolejności na zapleczu szwedzkiej ekstraklasy z pewnością nie należy do najłatwiejszych zadań, ale portal szwedzkapilka.com poradził sobie z nim znacznie lepiej niż większość krajowych i zagranicznych ekspertów (zainteresowanych odsyłam do tekstu zapowiadającego sezon). Na czele, zgodnie z przewidywaniami, mamy bowiem duet Limhamn Bunkeflo – Hammarby, za ich plecami czają się Hovås Billdal, Växjö oraz Kalmar, a o utrzymanie walczą niemal w komplecie drużyny, którym na początku kwietnia wieszczyliśmy właśnie taki los. Jedynie QBIK postanowił napisać swój własny scenariusz i zamiast pukać z drugiego szeregu do bram ekstraklasy, wylądował na samym dnie drugoligowej tabeli. Klub z Karlstad nie pierwszy raz jednak udowadnia, że mógłby spokojnie wystartować w konkursie na najgorzej zarządzaną drużynę w Szwecji, więc ewentualny spadek do Division 1 byłby dobrym momentem na przewartościowanie dotychczasowego pojmowania rzeczywistości. Wynik poniżej oczekiwań osiągnęło wiosną także Sunnanå, ale w Skellefteå przez całą rundę zmagano się z tak ogromną plagą kontuzji, że momentami sami dziwiliśmy się, że udawało im się sklecić kadrę bez konieczności wpisywania trenerek i masażystek do meczowego składu.

Dziś skupimy się jednak przede wszystkim na klubie, który na półmetku rozgrywek znajduje się na przeciwległym biegunie Elitettan. Limnhamn Bunkeflo wypracował sobie bowiem na tyle solidną przewagę (aktualnie jedenaście punktów nad trzecim Hovås Billdal), że chyba nikt nie wyobraża sobie, aby “tej drugiej” drużyny z Malmö miało za rok zabraknąć w Damallsvenskan. Skoro gdzieś w okolicach października awans najpewniej stanie się faktem, najwyższy czas zacząć zastanawiać się, jak ekipa prowadzona przez Svena Sjunnessona odnajdzie się w nowej rzeczywistości, bo przecież promocja do ekstraklasy dla nikogo nie może być celem samym w sobie. W Malmö generalnie panuje opinia, że po delikatnym zimowym liftingu skuteczna rywalizacja w Damallsvenskan będzie jak najbardziej realna, choć od czasu do czasu, nawet u najważniejszych osób w klubie pojawiają, się pewne wątpliwości.

Takie zgłaszał chociażby trener Sjunnesson, który po rekordowym (7-2) zwycięstwie nad Sunnanå bardzo krytycznie ocenił postawę swojego zespołu. Do poprawy jest mnóstwo rzeczy, a taka gra w defensywie jest na tym poziomie po prostu niedopuszczalna – mówił bezpośrednio po demolce w Skellefteå szkoleniowiec klubu ze Skanii i … trudno nie przyznać mu racji. Owszem, jeżeli po drugiej stronie biega słabszy piłkarsko, a na dodatek grający z konieczności w mocno rezerwowym składzie rywal, końcowy wynik wygląda zazwyczaj całkiem znośnie. Sjunesson myślami wybiega już jednak w przyszłość, a za pół roku obrończynie LB07 będa musiały skutecznie powstrzymać nie tylko Christine Tjärnlund (która i tak strzeliła im dwa gole), a na przykład duet Schelin – Enganamouit. Grając przeciwko zawodniczkom takiej klasy nie można pozwolić sobie na najmniejszy choćby błąd, gdyż w przeciwnym razie może skończyć się to w podobny sposób, jak ubiegłoroczne derby Malmö. W listopadzie 2015 los skrzyżował oba kluby z największego miasta Skanii w Pucharze Szwecji, a Rosengård zabawił się z lokalnym rywalem, pewnie zwyciężając 10-3. Dla Limhamn Bunkeflo ten rezultat może być nie tylko przestrogą, ale i doskonałym materiałem do wyciągnięcia odpowiednich wniosków.

We wspomnianym meczu w Skellefteå defensywa LB07 zagrała w składzie Björklund – Pettersson – Ollerstam – Wännerdahl. W kolejnych spotkaniach trener Sjunnesson próbował szukać optymalnego ustawienia, w roli stoperki kilka razy zagrała między innymi Anna Welin, ale żadne z proponowanych rozwiązań nie gwarantowało spokoju i stabilności w tyłach. Nawet na tle drużyn z Elitettan obrona Limhamn Bunkeflo nie prezentowała się przesadnie solidnie, co wykorzystać potrafiła chociażby nienależąca przecież do ligowych tuz Kungsbacka, która przyjechała do Malmö i strzeliła tam trzy gole. Pewnym wytłumaczeniem może być niepokojąco niska średnia wieku defensorek LB07, ale w Damallsvenskan nikt nie zastosuje wobec nich z tego powodu taryfy ulgowej, a czasu na nabranie choćby drugoligowego doświadczenia pozostało im naprawdę niewiele.

Nieco lepiej przedstawia się sytuacja w przednich formacjach, w których pierwsze skrzypce grają piłkarki w większości mające już za sobą ekstraklasowy debiut (inna sprawa, że żadna z nich nie może powiedzieć, że w którymkolwiek momencie kariery odgrywała w Damallsvenskan wiodącą rolę). Doświadczenie wyniesione z pobytu w Rosengård czy Kristianstad sprawia, że Gunnarsson, Ejdelind i Olivia Welin bez wątpienia należą w Elitettan do wyróżniających się zawodniczek. To samo dotyczy również Michaeli Johnsson, która wróciła do Skanii po niezbyt udanej holenderskiej przygodzie, niemal z miejsca stając się najlepszą snajperką klubu. Trudno jednak nie zadać sobie pytania, czy to, co tak świetnie funkcjonuje na zapleczu, da się z podobnym lub chociaż zbliżonym efektem przełożyć na ekstraklasowy grunt. I w tym miejscu – niestety dla klubu z Malmö – zaczynają się pojawiać olbrzymie znaki zapytania.

W ostatnich latach beniaminkowie radzili sobie w Damallsvenskan zadziwiająco dobrze, a historia na przykład Eskilstuny może stanowić dla Limhamn Bunkeflo niebywałą inspirację. Jeśli w Malmö na poważnie myślą o tym, aby po ewentualnej promocji stać się w ekstraklasie kimś więcej niż tylko jednosezonową ciekawostką, to najważniejsza rozgrywka powinna rozpocząć się już teraz. Do pierwszego meczu sezonu 2017 pozostało mniej więcej osiem miesięcy i w tym okresie ani zawodniczki, ani działacze LB07 absolutnie nie mogą pozwolić sobie na to, aby zmarnować choć jeden dzień. Fundamenty pod ewentualny sukces należy bowiem zacząć stawiać już jesienią i zimą. W przeciwnym razie Rosengård znów przyjedzie na Limhamns IP tylko i wyłacznie po to, aby się dobrze zabawić.

Fotboll, Elitettan, dam, Limhamn Bunkeflo - Kvarnsveden

Fot. Daniel Nilsson

Banusic, gol i wakacje

Jedyną osobą, której w dzisiejszym meczu nie można było odmówić stuprocentowego zaangażowania była bez wątpienia Pernilla Larsson. Sędzia z Trollhättan nawet pierwszą połowę przedłużyła aż o trzy minuty, a po boisku poruszała się z większą werwą niż wiele piłkarek. Obie drużyny sprawiały natomiast wrażenie, jakby mentalnie były już na wakacjach, co dziwi o tyle, że zarówno Eskilstuna, jak i Umeå, miały dziś całkiem sporo do ugrania.

W pierwszych dwudziestu pięciu minutach stroną aktywniejszą były o dziwo podopieczne Marii Bergkvist. Nie przełożyło się to wprawdzie na jakieś bardziej konkretne zagrożenie pod bramką Emelie Lundberg, ale zawodniczki z Umeå często rozgrywały piłkę na połowie rywalek i to one sprawiały wrażenie drużyny, której bardziej zależy na tym, aby publiczność na Tunavallen obejrzała choćby namiastkę pierwszoligowego futbolu. Trzeba także odnotować, że w 9. minucie Pernilla Larsson mogła, a nawet powinna podyktować rzut karny dla gości, po tym jak ręką we własnej szesnastce zagrała Viggosdottir. Oczywiście, ewentualną jedenastkę trzeba byłoby jeszcze wykorzystać (a wiemy, że akurat w Umeå miewali z tym ostatnio duże problemy), ale nie zmienia to faktu, że błąd pani arbiter znacząco wpłynął na dalszy przebieg spotkania. Na tablicy wyników wciąż widniał bowiem rezultat bezbramkowy, a w ostatnim fragmencie pierwszej połowy zawodniczkom z Eskilstuny przypomniało się, że w piłkę potrafią grać nieco lepiej od dzisiejszych rywalek i chyba najwyższy czas zrobić z tego użytek.

Rzeczywiście, jedno mocniejsze nadepnięcie na pedał gazu wystarczyło, aby jeszcze przed przerwą praktycznie rozstzygnąć losy meczu. Defensywa z Umeå, zmuszona do gry pod nieco większą (lub mówiąc bardziej dosłownie – pod jakąkolwiek) presją zaczęła się gubić, a gospodynie dwukrotnie w odstępie siedmiu minut umieściły futbolówkę w siatce Tove Enblom, dając w ten sposób znak, że zabawa w poniedziałkowy wieczór właśnie się skończyła. Gdyby ktoś tuż po drugim golu dla Eskilstuny zdecydował się opuścić stadion lub przełączyć na nadawany w tym samym czasie na TV7 serial dokumentalny o weterynarzach, na pewno nie miałby powodów, aby przesadnie żałować podjętej decyzji. To znaczy – nie zobaczyłby oczywiście jak Henriksson dwukrotnie w dogodnej pozycji nie potrafi trafić czysto w piłkę, Schjelderup pudłuje z pięciu metrów, a Rydell posyła futbolówkę poza stadion, ale umówmy się – nie byłaby to przesadnie wielka strata.

Jeśli już jesteśmy przy stratach, to taką z pewnością nie była dla drużyny Viktora Erikssona nieobecność Olivii Schough. Miejsce konsekwentnie powoływanej bez względu na okoliczności przez Pię Sundhage zawodniczki zajęła w wyjściowej jedenastce Marija Banusic i to właśnie jej gole zapewniły Eskilstunie trzecią lokatę na koniec rundy. Była napastniczka Chelsea najpierw wykorzystała nie najlepsze ustawienie Enblom i precyzyjnym strzałem w okienko wyprowadziła swoją drużyną na prowadzenie, a następnie rozegrała świetną, dwójkową akcję z Mimmi Larsson, którą sfinalizowała równie dobrym uderzeniem po ziemi. Błysk Banusic przypomniał nam, że jeszcze kilka lat temu to właśnie ta piłkarka była nazywana w Szwecji największym talentem od czasów Hanny Ljungberg. Ostatnie dwa lata były niestety dla niej przede wszystkim pasmem rozczarowań, ale być może dzisiejszy mecz będzie kolejnym przełomem, od którego rozpocznie się ponowny marsz w górę krajowej (i nie tylko) hierarchii napastniczek. Zanim jednak on nastąpi, oba kluby czekają ligowe wakacje, na które wyczekiwano zresztą już od 44. minuty.

Siedem minut w piekle

Przed tygodniem wydawało się, że przedłużona runda wiosenna nie przyniesie nam już nic ciekawszego niż emocjonujący i pełen zwrotów akcji pojedynek Piteå – Eskilstuna, ale nieprawdopodobny wręcz spektakl na Arenie Linköping przebił wszystkie dotychczasowe mecze o kilka długości. Nikogo nie dziwi chyba fakt, że jedną z dwóch głównych ról znów odgrywała w nim drużyna Stellana Carlssona, która jednak tym razem opuszczała boisko z poczuciem wypuszczonej z rąk olbrzymiej szansy. Oczywiście, nikt nie ma wątpliwości, że w końcowym rozrachunku trzy punkty wywalczyła drużyna lepsza piłkarsko, ale heroiczna walka piłkarek z Piteå zasługuje na równie wielki szacunek. Zawodniczki z Norrland raz jeszcze przypomniały, za jakie cechy są uwielbiane przez wielu neutralnych kibiców.

Licznie zebrana na Arenie Linköping publiczność duży szok przeżyła już kilkadziesiąt sekund po pierwszym gwizdku Sary Persson. Pedersen dośrodkowała z narożnika boiska, zagraną przez Norweżkę piłkę delikatnie trąciła jeszcze Lövgren, a całe zamieszanie wyjaśniła Bragnum, na raty pakując futbolówkę do siatki. Spotkanie nie zdążyło się jeszcze na dobre rozpocząć, a Piteå cokolwiek sensacyjnie prowadziło 1-0! Show podopiecznych Stellana Carlssona trwał jednak dalej i po dziewięciu minutach kandydat do mistrzowskiego tytułu musiał odrabiać już dwubramkową stratę. Tym razem gola sprezentowała przyjezdnym Cajsa Andersson, która postanowiła sprawdzić, czy pod względem umiejętności technicznych może się równać z Martą. Szybko okazało się, że do słynnej Brazylijki trochę jej jednak brakuje, co idealnie wykorzystała Bragnum, drugi raz uszczęsliwiając chyba całe Norrbotten. Jeśli pierwszy gol sympatycy LFC potraktowali jako klasyczny wypadek przy pracy, to w tym momencie koszmary minionych lat wróciły już na poważnie. Czyżby znowu w decydującym momencie coś miało pójść nie tak? Czy to możliwe, aby w siedem minut marzenia o tytule zabiła piłkarka, która jeszcze kilka miesięcy temu była rezerwową w drużynie kończącej sezon z bilansem 0-2-20 i stosunkiem bramek 11-71? Czy można przegrać z drużyną, której rozgrywająca jesienią 2015 biegała po trzecioligowych boiskach?

Wątpliwości było dużo, a czasu na postawienie trafnej diagnozy i wdrożenie właściwej terapii znacznie mniej, bo jedynie osiemdziesiąt minut. Linköping rzecz jasna natychmiast rzucił się do odrabiania strat, ale z minuty na minutę, choć mieliśmy dopiero pierwszą połowę, gra gospodyń stawała się coraz bardziej nerwowa, czego najlepszym dowodem były strzały oddawane z nie do końca przygotowanych pozycji. Tuż przed gwizdkiem oznajmiającym przerwę, w dość niecodzienny sposób, udało się jednak gospodyniom złapać kontakt bramkowy. Na 1-2, bezpośrednio z rzutu rożnego, trafiła Magdalena Ericsson, kompletnie zaskakując Hildę Carlén. Oczywiście, doskonale wiemy, że kapitanka LFC lubi od czasu do czasu wkręcić piłkę z rogu, ale takich bramek bardziej spodziewalibyśmy się jednak w starciach na przykład z reprezentacją Mołdawii niż w meczach, w których w bramce drużyny przeciwnej stoi kadrowiczka Szwecji na Igrzyska w Rio. Inna sprawa, że kornera, po którym padł gol w ogóle nie powinno być, gdyż wybijana chwilę wcześniej przez Pedersen futbolówka w żadnym momencie nie przekroczyła całym obwodem linii końcowej.

Jak wiele dało gospodyniom trafienie Ericsson, widać było od pierwszych sekund drugiej połowy. Napędzane jak zwykle przez niezmordowaną Pernille Harder piłkarki Linköping zaatakowały z jeszcze większą pasją i od pewnego momentu wydawało się, że ten zbudowany dziś na niezwykle solidnych fundamentach mur z Piteå ma coraz mniejsze szanse na dotrwanie do końcowego gwizdka w nienaruszonym stanie. Zawodniczki Stellana Carlssona broniły się dzielnie do 65. minuty, ale wobec pięknej wrzutki Harder na długi słupek były już całkowicie bezradne. Akcję sfinalizowała ostatecznie Fridolina Rolfö, w ten sposób dając rywalkom jasno do zrozumienia, że ekspres LFC, pomimo przejściowych trudności, i tak zatrzyma się tylko i wyłącznie na stacji zwycięstwo. Tak się zresztą ostatecznie stało, a trzy punkty zapewniła swej drużynie oczywiście jej największa gwiazda. Trzynasty gol Dunki w sezonie był jednocześnie tym najbrzydszym, zdobytym po małym bilardzie w szesnastce gości, ale za chwilę już nikt nie będzie tego pamiętał. Na ten moment liczy się bowiem tylko to, że walka o mistrzostwo wciąż pozostaje absolutnie nierozstrzygnięta, a sen o drugim w historii tytule dla Linköping potrwa przynajmniej do września. Wiosną i latem piłkarki Martina Sjögrena wykonały bowiem sto procent planu i mogą z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udać się na zgrupowanie reprezentacji lub – w przypadku Pernille Harder – na krótkie wakacje w Hiszpanii.

Niedzielne déjà vu

Ci, którzy w odstępie ośmiu dni obejrzeli oba pojedynki Göteborga z Vittsjö, co kilka chwil mogli zastanawiać się, czy aby na pewno nie doświadczają właśnie swoistego déjà vu. Przebieg dzisiejszego meczu był bowiem niemal identyczny, jak tego sprzed tygodnia: znów gospodynie wypracowały sobie dwubramkową zaliczkę, piłkarki gości na pięć minut przed końcem doprowadziły do remisu, a w doliczonym czasie gry zmarnowały wspaniałą okazję na objęcie prowadzenia. Nawet jeden gol dla Vittsjö (dośrodkowanie Klingi na głowę Sällström) wyglądał tak, jak bramka zdobyta w minioną sobotę na Valhalli. Pewnego rodzaju déjà vu przeżyły niestety także piłkarki, gdyż ponownie żadna z drużyn nie opuszczała murawy w pełni ukontentowana.

Początkowy kwadrans z pewnością należał do Vittsjö. Wprawdzie pierwszą dogodną okazję zmarnowała Hammarlund (szczęśliwa interwencja Fraine), ale chwilę później akcja fińskiego duetu Sällström – Alanen przyniosła powodzenie gospodyniom. Skrzydłowa z Helsinek dobrze dostrzegła swoja koleżankę z reprezentacji, a ta, wykorzystując chwilowe problemy Hellenberg z utrzymaniem równowagi, podciągnęła z piłką jeszcze kilkanaście metrów i uderzyła nie do obrony. Drużyna ze Skanii nie zamierzała zadowalać się skromnym prowadzeniem i w 30. minucie, po wspomnianej już centrze Klingi i wykończeniu Sällström, zrobiło się 2-0. Niestety dla miejscowych, tak korzystnego wyniku nie udało się utrzymać nawet do przerwy. Tuż przez zakończeniem pierwszej połowy defensywa Vittsjö zostawiła Sarze Lindén zdecydowanie zbyt dużo miejsca, z czego napastniczka z Göteborga skwapliwie skorzystała, umieszczając futbolówkę w okienku bramki Katie Fraine.

Na brak emocji nie mogliśmy narzekać także po przerwie, gdyż obie drużyny nie ustawały w zamiarach zdobycia kolejnych goli. W początkowej fazie znów nieco więcej do powiedzenia miały zawodniczki z północnej Skanii, a fenomenalny występ drugim golem mogła okrasić najlepsza na placu gry Alanen. Po strzale Finki futbolówka zatrzymała się jednak na poprzeczce. Szczęście nie dopisało także Ngozi Okobi, która również miała okazję, aby definitywnie rozstrzygnąć losy meczu, lecz zamiast tego ostemplowała jedynie słupek bramki Göteborga. Swoje szanse na doprowadzenie do remisu miały także podopieczne Stefana Rehna, ale skuteczność najbardziej aktywnej w ich szeregach Hammarlund była dziś daleka od ideału. Swoją zazwyczaj nieco bardziej bramkostrzelną partnerkę z linii ataku po raz drugi wyręczyła jednak Lindén, która wykorzystała fakt, iż Fraine oraz Benediktsson bardzo niemrawo zabierały się za wyjaśnianie sytuacji we własnym polu bramkowym i w olbrzymim zamieszaniu wepchnęła futbolówkę do siatki. W doliczonym czasie gry błysk wprowadzonej chwilę wcześniej młodzieżowej reprezentantki Francji Annahity Zamanian mógł nawet dać Göteborgowi zwycięstwo, ale zmierzającą niechybnie do bramki piłkę wybiła Klinga, ratując tym samym swojej drużynie jeden punkt.

******

Wystarczyło pobieżnie przeanalizować kadrę Mallbacken na spotkanie z Örebro, aby dojść do jedynego chyba słusznego wniosku – drużyna z Sunne raczej nie przyjechała tu walczyć o zwycięstwo. Tyle tylko, że nawet jeśli założymy, że głównym celem ekipy z Värmland było dziś uniknięcie kompromitacji, to i tak nie udało się go zrealizować. Podopieczne Davida Umeclira zostały bowiem upokorzone przez dwie nastolatki i jedną piłkarkę rozgrywającą właśnie swój pierwszy pełny mecz w najwyższej klasie rozgrywkowej (ta ostatnia – Lejla Basic – ustrzeliła zresztą hat-tricka).

Przed sezonem sporo miejsca poświęciliśmy obsadzie bramki w zespole Mallbacken. Chyba nikt nie miał bowiem wątpliwości jak ważną postacią była dla tej drużyny Jennifer Falk i jak trudno będzie ją zastąpić. Wyzwanie ostatecznie podjąć miała Lee Alexander, ale stosunkowo szybko okazało się, że o ile w starciach z Forfar, Aberdeen czy Stirling golkiperka z Glasgow spisuje się zazwyczaj bez zarzutu, o tyle w poważnej grze, jaką bez wątpienia jest walka o utrzymanie w Damallsvenskan, zweryfikowana została negatywnie. Dziś Alexander znów zaprezentowała szerszej publiczności zagrania z pogranicza zapasów, siatkówki i netballa, ale prawda jest taka, że jej koleżanki z pola w zdecydowanej większości wcale nie zaprezentowały się lepiej. Kapitanka Frida Bröström zakończyła mecz z dwoma kluczowymi podaniami przy trafieniach rywalek, a dyrygująca pod nieobecność Butt, Yallop i Göransson drugą linią zespołu z Sunne Julia Karlernäs obudziła się tylko na kilka sekund, aby przeskoczyć nad piłką, którą chwilę później w poprzeczkę posłała Zoe Ness, wyrabiając w ten sposób limit groźnych strzałów Mallbacken na ten dzień.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów, w dodatku bez cienia ironii, pochwalić możemy za to George’a Papachristou. Grecki szkoleniowiec Örebro przytomnie zauważył, że aby strzelić gola Mallbacken wystarczy zastosować patent znany wszystkim, którzy choć raz odwiedzili strefy kibica podczas kanadyjskiego mundialu – wystarczy po prostu przymierzyć precyzyjnie przy słupku, a bramkarka na pewno nie sięgnie piłki. Inna sprawa, że młodzież z Örebro imponowała dziś nie tylko precyzją, ale także niezwykle efektowną grą. Abstrahując na moment od postawy Mallbacken, na piłkarki grające w czerwonych koszulkach patrzyło się po prostu przyjemnie; nie zabrakło klepek, rajdów, podań bez przyjęcia czy gry na małej przestrzeni. Owszem, rywalki długimi fragmentami się przede wszystkim temu wszystkiemu przyglądały, ale … przecież nikt nie bronił im przeszkadzać.

W przedmeczowej zapowiedzi pisaliśmy, że zwycięstwo nad Mallbacken może sprawić, iż – pomimo rozczarowującej postawy na początku sezonu – Örebro przystąpi do rundy jesiennej z zaledwie cztero- lub pięciopunktową stratą do medalowej pozycji. Ten scenariusz stał się właśnie faktem, a biorąc pod uwagę, że już za chwilę do zespołu z Behrn Areny dołączą Lisa Dahlkvist oraz Sarah Michael, obecność Örebro na ligowym podium wcale nie musi być traktowana w kategoriach piłkarskiej fantastyki. Jeśli jednak zawodniczki trenera Papachristou zamierzają jesienią grać tak, jak w dzisiejszym spotkaniu, chyba nikt nie miałby nic przeciwko takim medalistkom.

Spokojne lato w Sztokholmie

Piękno, jak doskonale wiemy, jest pojęciem bardzo subiektywnym, ale Elitettan ewidentnie ma w sobie coś, co sprawia, że o występach właśnie w tych rozgrywkach marzy przynajmniej kilka klubów Damallsvenskan. Skąd tak daleko idący wniosek? Jest on chyba jedynym w miarę logicznym (albo inaczej – akceptowalnym) wytłumaczeniem postawy niektórych zespołów w ostatnich tygodniach. Jeszcze do wczoraj wydawało się, że to w Sunne najbardziej ochoczo wykupują bilety na pociąg odjeżdżający na zaplecze ekstraklasy, ale dziś okazało się, że o miejsca w nim piłkarki Mallbacken będą musiały mocno zawalczyć, bo Kristianstad nie zamierza łatwo składać broni.

Ten nieco gorzki sarkazm jest jak najbardziej na miejscu, gdyż drużyna prowadzona przez Elisabet Gunnarsdottir całkowicie na własne życzenie popsuła sobie lato, a na dodatek dokonała tego w sposób żywcem wyjęty z najlepszych tragedii. W sobotę o godzinie 14, pomimo poniesionej w mało ekskluzywny sposób porażki z Umeå (na dziesięć mninut przed końcem Kristianstad prowadził wówczas 1-0 i spokojnie pilnował skromnej zaliczki), sytuacja drużyny ze wschodniej Skanii i tak była daleka od dramatycznej. Po pierwsze, ostatni mecz przed letnią przerwą miał odbyć się na Vilans IP, a akurat na własnym boisku Kristianstad jak mało kto grać potrafi. Po drugie, terminarz sprawił, że z wizytą wpadało Djurgården, które ostatni raz wywiozło z tego terenu komplet punktów w czasach, gdy w koszulce DIF biegała jeszcze Victoria Svensson. Po trzecie, benianinek ze Sztokholmu przyjeżdżał do Skanii w nadzwyczaj kiepskich humorach; trzy kolejne porażki sprawiły, że wypracowany wcześniej przez podopieczne Yvonne Ekroth margines błędu skurczył się właściwie do zera. Zwycięstwo Kristianstad oznaczało, że obie drużyny dzielić będzie w tabeli zaledwie jeden punkt. W teorii wystarczyło więc wyjść na murawę Vilans IP jak po swoje i sprawić, że to w Sunne, Borlänge czy Umeå będą się długimi, letnimi wieczorami kłopotać jak opuścić strefę spadkową. Proste, prawda? Okazuje się, że jednak nie do końca.

4. minuta – Stegius do Jalkerud – 0-1; 11. minuta – Schmidt do Appelqvist – 0-2. W tym momencie mecz na stadionie w Kristianstad się właściwie skończył i bez większych wyrzutów można było resztę tego niezwykle wietrznego popołudnia spędzić w domu lub innym znacznie bardziej odpowiednim do tego miejscu. Ci, którzy z chęci lub z obowiązku zdecydowali się jednak pozostać z piłkarkami do ostatniego gwizdka, obejrzeli niskobudżetową produkcję pod tytułem Powitanie z Elitettan. Nie chcemy być złośliwi, ale jeśli dzisiejszy mecz miał klubowi z Kristianstad pomóc w pozyskaniu potencjalnych sponsorów, to można mieć poważne obawy, że prognoza finansowa na rok 2017 raczej nie usatysfakcjonuje komisji licencyjnej. Nawet wyłączając dwa szybkie, sztokholmskie gongi z początku spotkania, piłkarki w pomarańczowych koszulkach miały jeszcze do dyspozycji ponad osiemdziesiąt minut na to, aby odwrócić losy meczu. Cóż jednak z tego, skoro większe zagrożenie udało im się w tym czasie stworzyć … pod własną bramką (i to aż dwukrotnie). Oczywiście, Elisabet Gunnarsdottir będzie mieć rację, jeśli przypomni, że na początku drugiej połowy pani Tess Olofsson niesłusznie odgwizdała pozycję spaloną wychodzącej sam na sam z bramkarką Djurgården Nellie Karlsson. Ta pojedyncza sytuacja nawet w minimalnym stopniu nie przykryje jednak faktu, że jej piłkarki grały dziś bez jakiegokolwiek pomysłu na sforsowanie defensywy gości (a zakładając, że ów pomysł był, to mocno szwankowała jego realizacja) i nawet ewentualny kontaktowy gol najpewniej niewiele by im pomógł.

Stosunkowo mało miejsca poświęcamy w tym wszystkim Djurgården, ale piłkarki tego klubu swoją nagrodę odebrały już na boisku. Trzy pewnie wywalczone punkty oznaczają, że nawet zakładając planową porażkę za tydzień w Malmö, letnia przerwa w obozie beniaminka będzie znacznie spokojniejsza niż jeszcze niedawno zakładano. Co więcej, zwycięstwo w Kristianstad pomogło zbudować mentalnie przynajmniej kilka zawodniczek DIF (Petronella Ekroth, Kim Sundlöv), które właśnie dziś rozegrały swój zdecydowanie najlepszy mecz w obecnych rozgrywkach.