Rozsądek w Kalmar, chaos w Umeå

Jeśli w najbliższych godzinach nie wydarzy się nic nieprzewidywanego, to wyjściowa jedenastka reprezentacji Szwecji na dzisiejszy mecz z Japonią prezentować się będzie następująco: Lindahl – Samuelsson, Fischer, Sembrant, Andersson – Seger, Dahlkvist, Rubensson – Jakobsson, Rolfö – Blackstenius. Czy wybór Pii Sundhage można nazwać zaskakującym? Bardziej trafne byłoby chyba stwierdzenie, że jest on wynikiem dokonanej podczas kilkudniowego zgrupowania analizy aktualnej dyspozycji niektórych zawodniczek.

Umieszczając Pauline Hammarlund zaledwie na liście rezerwowej, Sundhage wysłała jasny sygnał, że rola klasycznej dziewiątki przypadnie komuś z dwójki Schelin – Blackstenius. O tym, że najlepsza snajperka w historii szwedzkiej kadry nie znajduje się obecnie w najwyższej dyspozycji głośno mówiła nawet Therese Sjögran, więc fakt, iż to napastniczka Linköping otrzyma szansę od pierwszej minuty, nie powinien nikogo specjalnie dziwić. Blackstenius, która zanotowała fenomenalny początek sezonu (w szczytowej formie znajdowała się chyba w meczu przeciwko Słowacji) w ostatnich tygodniach miała spore problemy ze skutecznością, ale na szczęście nie odbiły się one na kondycji psychicznej zawodniczki, która niezmiennie wyraża nadzieję, iż turniej w Rio będzie dla niej tym przełomowym. Dobry występ przeciwko Japonii mógłby z pewnością jedynie utwierdzić ją w takim przekonaniu.

Podczas zgrupowania mogło się wydawać, że do gry w wyjściowej jedenastce szykowana jest Kosovare Asllani, ale na ostatniej prostej jej miejsce zajęła Elin Rubensson. Taki wybór niesie za sobą dwie dość istotne informacje. Po pierwsze, ze zdrowiem piłkarki Göteborga, która jeszcze kilka dni temu trenowała indywidualnie, jest już wszystko w porządku. Po drugie, przeciwko Japonii Sundhage zdecydowała się na wariant nieco bardziej ostrożny niż pierwotnie zakładano. Możemy być jednak pewni, że niezależnie od wyniku zawodniczka Manchesteru i tak pojawi się na boisku, niewykluczone, że zmieniając właśnie jedną z środkowych pomocniczek o nieco bardziej defensywnych inklinacjach. Obok Asllani miejsce na ławce rezerwowych zajmie także między innymi Magdalena Ericsson, która podczas zgrupowania była bezwzględnie jedną z najbardziej zapracowanych piłkarek. Sztab szkoleniowy najwyraźniej wyszedł jednak z założenia, że niektóre zagrania szerszej publiczności lepiej będzie zaprezentować dopiero w sierpniu.

******

W ostatnich latach letnia przerwa w rozgrywkach przebiega w Umeå pod znakiem chaosu. Nie inaczej jest także i w tym roku, choć wyjątkowo nie chodzi akurat o utratę finansowej płynności i groźbę postawienia klubu w stan likwidacji. Tym razem zamieszanie dotyczy niespodziewanej i zdaniem wielu nieuzasadnionej roszady na stanowisku trenerki zespołu. Oficjalnym powodem pożegnania się z Marią Bergkvist jest słaba postawa drużyny w rundzie wiosennej, ale sama zainteresowana w liście otwartym w dość ostrych słowach skrytykowała sposób przekazania wspomnianej informacji (za pomocą mediów), a także ujawniła treść toczonych niemal od początku obecnego sezonu zakulisowych rozmów, które – delikatnie mówiąc – nie przedstawiają Anderza Anderssona w pozytywnym świetle. Co ciekawe, oficjalne stanowisko zajęło w tej sprawie również osiem piłkarek Umeå, które jednomyślnie stanęły po stronie Bergkvist, a swoją przyszłość w klubie uzależniły od dalszego rozwoju wypadków. Niestety, wszystko wskazuje na to, że na finał całej sprawy przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale kto wie, czy o ekstraklasowej przyszłości niezwykle zasłużonego klubu z Västerbotten zadecydują nie jesienne mecze, a najbliższe tygodnie.

Reklamy

Nasz rywal – Japonia

Reprezentacja Japonii chyba już na zawsze kojarzyć się będzie przede wszystkim z rozegranym pięć lat temu w Niemczech mundialem. To właśnie podczas tego turnieju prowadzona wówczas przez Norio Sasakiego kadra zszokowała piłkarski świat, stając się najbardziej sensacyjnym mistrzem globu w historii. Drużyna, która wcześniej zaledwie jeden raz potrafiła na tego typu imprezie wyjść z grupy, na niemieckich boiskach była po prostu nie do zatrzymania, a odpowiedzi na stanowiący perfekcyjną kombinację finezji, techniki i wytrzymałości japoński futbol bezskutecznie szukały piłkarki z Nowej Zelandii, Meksyku, Niemec, Szwecji oraz USA. Niezły zestaw, prawda?

Skala sukcesu, a także tempo, w którym udało się go osiągnąć, zaskoczyły nawet samych Japończyków, którzy przygotowywali się raczej na powolną wspinaczkę w światowej hierarchii. Kolejne lata pokazały jednak, że niemiecki triumf nie był dziełem przypadku, lecz zapowiedzią narodzin nowej, futbolowej potęgi. Reprezentacja trenera Sasakiego najpierw zagrała w finale Igrzysk Olimpijskich w Londynie, w którym to w niezwykle kontrowersyjnych okolicznościach minimalnie uległa USA, następnie po raz pierwszy w historii wywalczyła tytuł najlepszej drużyny w Azji (pokonując w decydującym meczu Australię), a na zakończenie czteroletniego cyklu do wydłużającej się niezwykle szybko listy sukcesów dopisała jeszcze srebrny medal z Mistrzostw Świata w Kanadzie. Po tym ostatnim turnieju nikt nie miał już wątpliwości, że z Nadeshiko trzeba się liczyć niezależnie od okoliczności.

Nieudane kwalifikacje do Igrzysk w Rio sprawiły, że kadrę, która w niemal niezmienionym składzie personalnym osiągnęła wszystkie wymienione powyżej sukcesy, czekała nieuchronna zmiana pokoleniowa. Misję prowadzenia pierwszej reprezentacji powierzono Asako Takakurze, która natychmiast rozpoczęła proces budowania autorskiej drużyny. Słynąca dotychczas z wyśmienitej pracy z młodzieżą selekcjonerka (jej największym trenerskim osiągnięciem pozostaje wywalczone na boiskach Kostaryki mistrzostwo świata do lat 17) już przy pierwszych powołaniach zrezygnowała z wielu doświadczonych piłkarek, w ich miejsce desygnując do gry przede wszystkim zawodniczki wyróżniające się w lidze japońskiej. Decyzje Takakury jednoznacznie pokazały, że – bez względu na to, jak ostatecznie zakończy się jej przygoda z dorosłą kadrą – jest ona trenerką, która w swojej pracy nie uznaje kompromisów. W selekcjonerskim debiucie, kompletnie nie zważając na to, że przypadł on na wyjazdowy mecz przeciwko USA, nie bała się postawić na zawodniczki bez międzynarodowego czy nawet ekstraklasowego doświadczenia. Co ciekawe, wiara w to, że piłkarki takich klubów jak Harima Albion zatrzymają najlepszą ofensywę świata, okazała się być całkowicie uzasadniona. Japonki, choć grały w liczebnym osłabieniu, potrafiły w ostatniej minucie doprowadzić do remisu 3-3, pozostawiając po sobie świetne wrażenie. W rozegranym kilka dni później rewanżu gra Nadeshiko nie wyglądała już tak efektownie, a spotkanie przerwała ostatecznie nawałnica nad Cleveland.

O ile dla naszych piłkarek jutrzejszy pojedynek na Guldfågeln Arenie jest próbą generalną przed Rio, o tyle dla Japonek ma on wartość przede wszystkim szkoleniową. Mistrzynie Azji najbliższy mecz o stawkę z poważnym rywalem rozegrają dopiero za dwa lata, w związku z czym w Kalmar najpewniej będziemy świadkami kolejnego etapu kształtowania się reprezentacji według pomysłu Asako Takakury. To, że do Szwecji z różnych względów nie przyjechały Miyama, Iwabuchi, Kawasumi, Sameshima, Iwashimizu czy Nakajima absolutnie nie oznacza jednak, że opór ze strony rywalek będzie jutro choć trochę mniejszy. Dobry występ w najbliższym  meczu może okazać się dla każdej z powołanych przez Takakurę piłkarek doskonałą szansą na to, aby ugruntować swą pozycję w kadrze, a pamiętajmy, że akurat Japonki z nadarzających się szans potrafią korzystać jak mało kto.


Bilans meczów z Japonią: 12 meczów; 4 zwycięstwa, 3 remisy, 5 porażek; bramki 22-13

Ostatnie mecze Japonii: USA [w] 3-3, Korea Północna [d] 1-0, Wietnam [d] 6-1, Chiny [d] 1-2, Korea Południowa [d] 1-1

Ciekawostka: Pia Sundhage oraz Asako Takakura dwukrotnie miały okazję zagrać przeciwko sobie w fazie grupowej mistrzostw świata. Oba spotkania zakończyły się pewnymi zwycięstwami reprezentacji Szwecji: w 1991 roku w Foshan było 8-0 (jeden gol Sundhage), zaś cztery lata później w Västerås 2-0.

Tunezyjska kompromitacja UEFA

Nie od dziś wiemy, że UEFA to organizacja, która swoimi decyzjami jak nikt inny potrafi zadbać o właściwy poziom absurdu w świecie europejskiej piłki nożnej. Wielu z nas, szczególnie tym, którzy futbolem zajmują się nie od wczoraj, mogło się wydawać, że przez te wszystkie lata na nawet najbardziej oryginalne pomysły centrali zdążyliśmy się już uodpornić. Niestety, zawsze akurat wtedy, gdy nabieramy takiej pewności, z Nyonu idzie jasny komunikat: Nie ma takiej sytuacji, w której UEFA nie potrafiłaby nas zaskoczyć, przy okazji dość mocno podważając własne kompetencje.

Od kilku lat UEFA bawi się w plebiscyt mający na celu wyłonić najlepszą piłkarkę Europy na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy. Wczoraj nadszedł dzień, w którym przyszło ogłosić nominowaną dziesiątkę za sezon 2015/16 i … okazało się, że nawet opublikowanie listy składającej się z kilku nazwisk przerosło możliwości tych, którzy stoją za sterami europejskiej piłki. Zdaniem UEFA, mająca za sobą faktycznie bardzo udany sezon w barwach Olympique Lyon Amel Majri, w rozgrywkach międzynarodowych reprezentuje Tunezję. Miejmy nadzieję, że czujne oko Unii Europejskich Związków Piłkarskich poinformowało już o tym fakcie Phillippe’a Bergeroo, który – najwyraźniej omyłkowo – powołał Majri do francuskiej kadry na Igrzyska Olimpijskie. Być może uda się jeszcze uniknąć wstydliwej dyskwalifikacji.

Jasne, Majri rzeczywiście przyszła na świat w Tunezji, ale idąc tym tropem Dzsenifer Marozsan można byłoby klasyfikować jako Węgierkę, a Karen Bardsley jako Amerykankę. W przypadku Marozsan też nie obyło się zresztą bez zgrzytu, gdyż przypisywanie jej do Lyonu, czyli klubu, który będzie reprezentować dopiero jesienią, wygląda równie groteskowo. Tym bardziej, że nominacja obejmuje okres, w którym wspomniana piłkarka grała wyłącznie dla Frankfurtu.

Oprócz ewidentnych błędów merytorycznych, wątpliwości wzbudza tradycyjnie skład finałowej dziesiątki. Być może ci, którzy zamierzali zagłosować na Pernille Harder, doszli do wniosku, że biorąc pod uwagę losy dotychczasowych triumfatorek, tego plebiscytu bezpieczniej po prostu nie wygrywać, ale niesmak związany z pominięciem Dunki tak czy inaczej pozostał. Nieobecność Harder i tak nie jest jednak w stanie przebić ubiegłorocznego głosowania, w którym to w okolicach dwudziestego miejsca uplasowała się Nadine Kessler. Legendarna pomocniczka Wolfsburga była oczywiście klasą samą w sobie, ale akurat sezon 2014/15 spędziła na walce z kontuzją, która zresztą ostatecznie zmusiła ją do przedwczesnego zakończenia kariery. Inną, nie mniej dyskusyjną kwestią, pozostaje regulamin plebiscytu UEFA, który dopuszcza oddawanie głosów na piłkarki grające poza granicami Europy. W wyniku tego zapisu o finałową dziesiątkę otarła się Kim Little, która rzeczywiście w barwach Seattle Reign znacznie częściej oczarowuje niż rozczarowuje, ale jednak rozgrywki NWSL o ile mi wiadomo nie są jeszcze sankcjonowane przez UEFA, a biorąc pod uwagę jedynie ostatnie występy w reprezentacji, trudno znaleźć racjonalne argumenty przemawiające za kandydaturą Szkotki.

Plebiscyty na szczęście zawsze pozostaną wyłącznie plebiscytami, a ich wyniki nie są w stanie zmienić rozstrzygnięć, które zapadają na boisku. O ile jednak w przypadku Złotej Piłki pewną okolicznością łagodzącą jest fakt, iż wśród głosujących znajdują się same piłkarki, od których trudno wymagać szczegółowej znajomości lig zagranicznych, z uwzględnieniem tych z przeciwnego końca świata (gdybym nazywał się Carli Lloyd, to też prawdopodobnie jakoś szczególnie nie interesowałby mnie przebieg derbów Skanii), o tyle w przypadku głosowania „ekspertów” można chyba oczekiwać minumum profesjonalizmu. Oczywiście, nie ma sensu udawać, że oglądanie potyczek Sand – Freiburg czy Liverpool – Sunderland to najbardziej pasjonujący sposób na spędzenie popołudnia/nocy, ale jeśli ktoś z własnej, nieprzymuszonej woli zdecydował się na taką ścieżkę kariery, to może jednak warto pochylić się nad czymś więcej niż tylko finał Ligi Mistrzyń, trzydziestosekundowa migawka z mistrzowskiej fety w Bilbao i kompilacja najlepszych zagrań Ady Hegerberg.

images

Fot. UEFA

Piłkarki z (zimowego) okienka

Każdej zimy w Damallsvenskan pojawia się wiele piłkarek, które dotychczas próbowały swoich sił w innych ligach. Początek letniej przerwy to doskonały moment, aby przyjrzeć się, jak w szwedzkiej ekstraklasie radzą sobie zawodniczki, które dołączyły do niej przed startem sezonu 2016.

Lista najlepszych i najgorszych transakcji zimowego okienka transferowego jest o tyle ciekawa, że bierze pod uwagę także czynnik nazywany przez ekonomistów stosunkiem jakości do ceny. W pierwszej grupie znalazły się przede wszystkim piłkarki, które z miejsca stały się niezwykle ważnymi ogniwami swoich drużyn, a ich wkład w osiągnięty wynik okazał się znacznie większy niż ktokolwiek pierwotnie przypuszczał. Drugą grupę stanowią zawodniczki sprowadzane jako potencjalne liderki lub przynajmniej solidne wzmocnienia wyjściowej jedenastki, które jednak póki co nie potrafią spełnić pokładanych w nich nadziei. Przekonajmy się więc, kto tym razem wykazał się największym, a kto najmniejszym sportowo-ekonomicznym wyczuciem (pod uwagę brane były tylko i wyłącznie piłkarki, które nie występowały w Damallsvenskan w sezonie 2015):


Najlepsze transakcje zimy 2015/16:

5. Jenny Danielsson (Honka -> Kristianstad)

Owszem, każdy z nas z pewnością jest w stanie wskazać przynajmniej kilka ciekawszych miejsc na rozpoczęcie międzynarodowej kariery niż niestabilne sportowo i finansowo Kristianstad. Fińska skrzydłowa zdecydowała się jednak wybrać właśnie do wschodniej Skanii i to między innymi jej postawa sprawia, że fani KDFF mogą mieć jeszcze nadzieję, że przynajmniej piłkarsko ekstraklasa jest jak najbardziej do uratowania. Danielsson to piłkarka, która zdecydowanie najlepiej czuje się wtedy, gdy może grać przeciwko najsilniejszym, co doskonale udowodniła chociażby w starciach z Göteborgiem czy Rosengård.

4. Gudbjörg Gunnarsdottir (Lillestrøm -> Djurgården)

Doświadczona golkiperka z Islandii stanowi w naszym zestawieniu swego rodzaju wyjątek. Gunnarsdottir zdążyła bowiem poznać nie tylko specyfikę szwedzkiej ligi, ale nawet zapach sztokholmskich szatni, wszak w latach 2009-2012 właśnie w barwach Djurgården rozegrała 81 spotkań na poziomie Damallsvenskan. Nie można jednak nie uhonorować faktu, że to właśnie sprowadzona z ligi norweskiej Islandka była wiosną zdecydowanie najbardziej solidną bramkarką ekstraklasy.

3. Ellen Löfqvist (Sundsvall -> Piteå)

Zgadza się, mówimy o zawodniczce, która jest młodzieżową reprezentantką Szwecji, ale jednak piłka seniorska to mimo wszystko trochę inna dyscyplina. Jeszcze kilka miesięcy temu ligową rzeczywistość Löfqvist stanowiły potyczki z rywalami pokroju Rimbo, Huge czy Djursholm, a dziś to właśnie ona – do spółki z Josefin Johansson – bez jakichkolwiek kompleksów dyryguje drugą linią Piteå. Magia Stellana Carlssona i ożywczego powietrza z Norrbotten najwyraźniej zadziałała także w tym roku.

2. Johanna Rytting Kaneryd (Älta -> Djurgården)

W zapowiedzi sezonu właśnie ją typowaliśmy na potencjalne odkrycie, ale takiej eksplozji talentu i umiejętności nie oczekiwał chyba nikt. Nastolatka z Köping w sześć miesięcy przeszła drogę od rezerwowej w jednym z najsłabszych klubów Elitettan do czołowej postaci rewelacji Damallsvenskan, której nazwisko bardzo poważnie wymieniane było nawet w kontekście pierwszej reprezentacji. W niemal każdym innym sezonie to ona byłaby niewątpliwie zwyciężczynią klasyfikacji, ale tym razem trafiła się jej jedna niezwykle godna rywalka.

1. Ella Masar (Houston -> Rosengård)

Złośliwi mówili, że do Szwecji sprowadzana jest wyłącznie w pakiecie ze swoją żoną i rzeczywiście nie da się ukryć, że to właśnie Erin McLeod była dla klubu z Malmö głównym celem transferowym. Niezwykle waleczna Amerykanka niepochlebnymi komentarzami zdawała się jednak nie przejmować, a gdy tylko otrzymała szansę, to miejsca w składzie już nie oddała. Dziesięć goli oraz pewne miejsce w jedenastce rundy to wynik, który do umiejętności Masar przekonał chyba nawet największych malkontentów, a fakt, iż sama zawodniczka przyznaje, że chętnie zostałaby w Szwecji na dłużej, może nas tylko i wyłącznie cieszyć.


Najgorsze transakcje zimy 2015/16:

5. Anna Green (Saitama -> Mallbacken)

Szwedzkie kluby potencjalnych wzmocnień szukają w niemal każdym zakątku świata, ale transfery z ligi japońskiej cały czas należą jednak do rzadkości. 25-latka, która podczas swojej niezbyt przecież długiej piłkarskiej kariery zwiedziła już między innymi Niemcy, Anglię oraz Australię miała być poważnym wzmocnieniem w walce o utrzymanie, a tymczasem jedyny udany występ zaliczyła w efektownie wygranym meczu przeciwko Piteå. Od etatowej reprezentantki Nowej Zelandii z pewnością można, a nawet trzeba wymagać znacznie więcej.

4. Freja Hellenberg (Avaldsnes -> Göteborg)

Dwa ostatnie sezony w Norwegii były dla niej tak udane, że w hierarchii krajowych stoperek wielu ustawiało ją nawet przed Emmą Berglund. Powrót do Szwecji miał sprawić, że debiut w reprezentacji będzie wyłącznie kwestią czasu, a tymczasem wiosną zapamiętaliśmy Hellenberg przede wszystkim z fatalnego zachowania przy trafieniu Emmi Alanen. Oczywiście, runda w wykonaniu byłej piłkarki Avaldsnes nie składała się wyłącznie z nieudanych zagrań, ale zawodniczka z takimi ambicjami z pewnością nieco inaczej wyobrażała sobie ponowne przywitanie się z Damallsvenskan.

3. Nkemjika Ezurike (Boston -> Vittsjö)

Obdarzona świetnymi warunkami fizycznymi, grająca w miarę regularnie w NWSL i wchodząca właśnie w najlepszy okres kariery pięciokrotna reprezentantka Kanady wydawała się być wręcz perfekcyjnym wyborem dla klubu z północnej Skanii. Zakładano, że nawet jeśli Ezurike nie stanie się od razu gwiazdą ligi, to i tak w każdej rundzie będzie gwarancją piłkarskiej jakości i solidności. Boiskowa rzeczywistość niestety dość brutalnie zweryfikowała te założenia: zero goli i jedna asysta to zdecydowanie nie są liczby marzeń żadnej środkowej napastniczki.

2. Ngozi Okobi (Washington -> Vittsjö)

Gdyby nigeryjska piłkarka prezentowała się na ubiegłorocznym mundialu tak, jak podczas swojej pierwszej rundy na szwedzkich boiskach, być może nie wspominalibyśmy dziś kanadyjskiego turnieju w kategoriach całkowitego niepowodzenia. Bohaterka meczu ze Szwecją, która na stadionie w Winnipeg nie odpuszczała absolutnie żadnej piłki, w najmniejszym stopniu nie przypominała zawodniczki, której rajdy przyprawiały nas wówczas o szybsze bicie serc. Pewnym pocieszeniem dla sympatyków Vittsjö może być to, że drugiej tak bezbarwnej rundy piłkarka tej klasy zagrać po prostu nie może.

1. Lee Alexander (Glasgow -> Mallbacken)

Najbardziej znaną w historii szkocką postacią tragiczną jest bez wątpienia Lady Makbet, ale Alexander zrobiła naprawdę wiele, aby dorównać swej sławniejszej rodaczce. Konsekwencje podejmowanych przez nią decyzji nie były być może aż tak spektakularne, ale szwedzka kariera byłej zawodniczki Glasgow to i tak przyzwoity materiał na dobrej klasy dramat. Zdajemy sobie sprawę, że zastąpienie Jennifer Falk było dla Alexander zadaniem wręcz karkołomnym, ale z drugiej strony nie spodziewaliśmy się, że w kilku kluczowych meczach Mallbacken będzie musiało radzić sobie bez żadnego wsparcia ze strony własnej bramkarki.

christer_thorell_15_56d1686b2a6b22b232ca579f

Fot. Christer Thorell

Dwadzieścia mgnień wiosny

73 mecze, 92 dni, 221 goli, 1 czerwona kartka dla George’a Papachristou – tak w największym skrócie wyglądała zakończona właśnie runda wiosenna sezonu 2016 w Damallsvenskan. Nie brakowało w niej emocji, kontrowersji, świetnych meczów, ale także fatalnych kiksów i zagrań, o których chcielibyśmy – choć nie bardzo potrafimy – jak najszybciej zapomnieć. Pora zatem na bardzo subiektywny ranking dwudziestu obrazków, z których zapamiętamy szwedzką, piłkarską wiosnę w wydaniu ligowym.

  1. Najlepszy mecz: Linköping – Piteå. Tak się złożyło, że piłkarki rozkręcały się w tym roku niezwykle powoli. Ostatnie tygodnie przyniosły nam jednak wiele stojących na więcej niż zadowalającym poziomie spotkań i aż szkoda, że właśnie w tym momencie musimy przerwać całą zabawę i udać się na wakacje/Igrzyska. Skoro jednak trzeba zdecydować się na jeden mecz, to chyba nic nie przebiło ośmiu minut, które zatrzęsły Linköping i następującej po nich, zwieńczonej ostatecznie sukcesem pogoni.
  2. Najpiękniejszy gol: Kristine Minde. Kategoria niezwykle subiektywna, zresztą jak wszystkie konkursy piękności. W niezwykle efektowny sposób na listę strzelczyń wpisywały się chociażby Harder, Ökvist, Lindén czy De Jongh, ale ostatecznie wygrywa trafienie Norweżki z pamiętnej kanonady przeciwko Vittsjö.
  3. Najbardziej efektowna asysta: Sheila van den Bulk. Sztokholm zupełnie niepostrzeżenie wyrasta nam na europejską stolicę kultury najwspanialszych goli samobójczych i asyst przy bramkach rywalek. Rok temu w całej Europie furorę robiło trafienie Helen Eke, tym razem na pierwszy plan wysunęła się wspomniana van den Bulk, która przy specjalnym udziale Hanny Sandström całkowicie zmyliła Gudbjörg Gunnarsdottir. Warto docenić, gdyż na islandzką golkiperkę sposobu bardzo często nie potrafiły znaleźć nawet rywalki.
  4. Najbardziej przewidywalne derby: Umeå – Piteå. Bez względu na to, ile miejsc dzieli akurat oba kluby w ligowej tabeli, nic nie jest w stanie zakłócić przebiegu Derbów Północy, które po raz szósty z rzędu zakończyły się podziałem punktów.
  5. Najmniej przewidywalne derby: Örebro – Eskilstuna. Cóż, ciężko chyba znaleźć choć jedną osobę, która przypuszczała, że gospodynie podczas jednego meczu podarują rywalkom aż cztery gole, a dwa z nich zdobędzie Olivia Schough. Tak, w aktualnej formie. Tego dnia piłkarki Örebro oprócz czerwonych koszulek spokojnie mogły założyć jeszcze czapki w tym samym kolorze.
  6. Najlepsza muzyka po strzelonym golu: Djurgården. Pozostajemy w klimatach świąteczno-noworocznych. Każdy, kto choć trochę tęskni za zimą, powinien natychmiast wybrać się na Stadion Olimpijski i ściskać kciuki za gole podopiecznych Yvonne Ekroth. Satysfakcja gwarantowana.
  7. Najlepiej wykonany rzut karny: Lejla Basic. 21-latka z Örebro rozgrywała właśnie swój pierwszy pełny mecz na poziomie ekstraklasy. W 72. minucie podeszła do ustawionej na jedenastym metrze piłki i … skompletowała hat-tricka, pokazując jednocześnie bardziej doświadczonym koleżankom, co należy robić w tego typu sytuacjach.
  8. Najgorzej wykonany rzut karny: Jenny Hjohlman. Napastniczka z Umeå w ekstraklasie debiutowała wprawdzie stosunkowo dawno, ale umiejętność skutecznego strzelania z jedenastu metrów wciąż pozostaje dla niej niezbadanym terytorium. Tej wiosny miała dwie szanse, aby w niezwykle ważnych momentach przechylić szalę zwycięstwa na stronę swej drużyny. Nie potrafiła wykorzystać żadnej z nich.
  9. Najlepsza pogoń za wynikiem: Linköping. Ten wyczyn wspominaliśmy już w punkcie pierwszym, ale warto raz jeszcze docenić to, czego w starciu z Piteå dokonała drużyna prowadzona przez Martina Sjögrena. Kto wie, czy w listopadzie nie okaże się, że właśnie wtedy, na Arenie Linköping, rozstrzygała się kwestia mistrzowskiego tytułu.
  10. Najgorsza pogoń za wynikiem: Mallbacken. Kristianstad nie prezentował tego dnia nic wielkiego, ale piłkarki z Värmland grały w tym meczu o sześć punktów tak, jakby to one broniły korzystnego wyniku. Brett Maron chyba do dziś żałuje, że ostatecznie nie udała się pod prysznic przynajmniej pół godziny wcześniej, gdyż tego dnia drużyna z Sunne nie skierowałaby piłki nawet do pustej bramki.
  11. Największy hit trybun: Heja United!. Nie można nie wspomnieć o nieśmiertelnym Andra sidan, är ni klara?, a także o szerokim repertuarze kibiców z Malmö oraz Piteå, ale tym razem wszystkich przebija niezwykle liczny band Tuna12 z Tunavallen. Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że akurat w katerogii muzycznej zwycięża drużyna mająca w kadrze Olivię Schough.
  12. Najbardziej przydatny gadżet: Tęczowe opaski i chorągiewki. Niby kwestia oczywista, ale nawet o takich warto od czasu do czasu przypominać. Akcję zapoczątkował Rosengård, czyli klub, który od lat bardzo aktywnie przeciwstawia się wszelkim formom dyskryminacji. Piękną inicjatywę niemal od razu podłapały kolejno Piteå, Örebro, Umeå i Eskilstuna i miejmy nadzieję, że niebawem w jednej drużynie grać będzie już cała liga.
  13. Najbardziej radosne powitanie: Kvarnsveden w ekstraklasie. Absolutny beniaminek z Borlänge wszedł na salony jak do siebie. Pomimo braku jakichkolwiek spektakularnych transferów, drużyna Jonasa Björkgrena Tabithy Chawingi od pierwszych dni zdumiewała swoją postawą wszystkich wieszczących jej niechybną degradację. Pod koniec rundy entuzjazm nieco opadł, ale i tak dzięki Kvarnsveden Dalarna przestała być anonimowym punktem na piłkarskiej mapie Szwecji.
  14. Najbardziej smutne pożegnanie: Calevi Hämäläinen. Człowiek – legenda. Człowiek, który wymyślił, że na wsi nieopodal Hässleholm da się zbudować coś trwałego. Postaci charyzmatycznego przedsiębiorcy z Karelii poświęciliśmy niedawno cały artykuł, który warto przeczytać, aby zrozumieć fenomen najbardziej znanej ekstraklasowej wsi na świecie.
  15. Największa nieobecna Igrzysk w Rio: Linda Sällström. Niestety, w Brazylii nie obejrzymy w akcji fińskiej sztafety sprinterek. Jeśli jednak Finlandia ma ambicje, aby w przyszłości znaczyć nieco więcej w tej lekkoatletycznej specjalności, warto już teraz udać się do Skanii i poprosić napastniczkę Vittsjö o gościnne występy. Przy okazji, chyba nie tylko my bylibyśmy ciekawi wyniku rywalizacji Sällström z Elodie Thomis. Oczywiście na bieżni.
  16. Najdziwniejszy powód przerwania meczu: Awaria chorągiewki sędzi liniowej. Skoro mamy przerwany w niecodziennych okolicznościach mecz, to na murawie musi znajdować się drużyna z Göteborga. Kilka lat temu, podczas meczu Ligi Mistrzyń z Osijekiem, mieliśmy bliżej niezidentyfikowany, za to niezwykle bolesny opad atmosferyczny, a tym razem w Eskilstunie współpracy odmówiła chorągiewka. Dodajmy, że bynajmniej nie tęczowa.
  17. Najbardziej ambitna sędzia. Pernilla Larsson. Podczas meczu Eskilstuny z Umeå, od pewnego momentu wszystkim biegającym poruszającym się po murawie Tunavallen ewidentnie przestało się chcieć. Jedynym wyjątkiem była w tym towarzystwie pani arbiter z Trollhättan, która swoim zaangażowaniem przewyższała większość piłkarek. Szkoda jedynie, że nie dojrzała zagrania piłki ręką przez Glodis Perlę Viggosdottir we własnym polu kranym.
  18. Najlepszy cytat rundy. Pernille Harder i Vaila Barsley. W tej kategorii konkurencja była nadzwyczaj silna. Mieliśmy przecież chociażby Therese Sjögran tłumaczącą Pii Sundhage, że w piłce klubowej to nie narodowość zawodniczek jest decydującym kryterium, a także Lottę Schelin cieszącą się, że w końcu będzie miała możliwość gry w nieco bardziej wyrównanej lidze. Główną nagrodę dzielimy jednak między Pernille Harder za Nie nazywajcie mnie gwiazdą, dopóki nie będę najlepsza na świecie oraz Vailę Barsley za Mam już dość nazywania mnie importem.
  19. Najlepsza aktorka pierwszoplanowa: Pernille Harder. Rok temu zgarnęła nagrodę dla najbardziej wartościowej piłkarki ligi i bardzo prawdopodobne, że za kilka miesięcy ten scenariusz się powtórzy. Wyłączając Tabithę Chawingę, ciężko wskazać inną zawodniczkę, która miałaby aż taki wpływ na postawę całej drużyny. Harder w Linköping robi po prostu wszystko: strzela, asystuje, przechwytuje i wścieka się o niepodyktowanie rzutu wolnego w 60. minucie w okolicach linii środkowej. Jednym słowem: gwiazda fenomen.
  20. Najlepsza aktorka drugoplanowa: Pia Sundhage. Jeśli na moment założymy, że słowa „Sundhage” i „drugoplanowa” można w drodze wyjątku zawrzeć w jednym zdaniu, to wybór jest całkowicie oczywisty. Trudno bowiem znaleźć inną osobę, o której mówiłoby się tak wiele nawet wtedy, gdy znajduje się kilkaset kilometrów od centrum wydarzeń.
760

Fot. Pic-Agency Sweden

Beniaminek kradnie show

Zdecydowanie nie tak wyobrażali sobie sympatycy FC Rosengård to sobotnie, lipcowe popołudnie. Wydarzeniem dnia miało być przecież przywitanie Lotty Schelin, która jeszcze przed oficjalnym debiutem w nowych barwach doczekała się w Malmö aż dwóch bannerów na swoją cześć (nie licząc tych mniejszych, okolicznościowych). Wieloletnia gwiazda Lyonu na placu gry miała pojawić się na mniej więcej kwadrans przed końcem spotkania, a jej gol w ostatniej minucie miał przypieczętować efektowne zwycięstwo mistrza nad beniaminkiem. Jakąś część tego planu udało się nawet zrealizować, ale okoliczności, w których to nastąpiło były zdecydowanie dalekie od uroczystych głównie ze względu na to, że ktoś zapomniał ów scenariusz przedstawić piłkarkom Djurgården.

Drużyna prowadzona przez Yvonne Ekroth przyjechała do Malmö bez dwóch filarów formacji defensywnej, która niejako z konieczności prezentowała się dość eksperymentalnie. Parę stoperek z Sheilą van den Bulk stworzyła Kim Sundlöv, a miejsce na lewej flance przypadło Lisie Moazzeni. Szczególnie obsada tej ostatniej pozycji wzbudzała spore wątpliwości, gdyż wystawienie nieogranej 24-latki na skrzydle, po którym hasają niezwykle dynamiczne Marta oraz Lina Nilsson można było odczytać jako wysłanie zawodniczkom Rosengård zaproszenia do konstruowania ataków właśnie tą stroną. Piłkarki z Malmö szybko zorientowały się w zaistniałej sytuacji i rzeczywiście Moazzeni przez dziewięćdziesiąt minut nie miała dziś łatwego życia. Jak można było przypuszczać, defensorka Djurgården błędów się nie ustrzegła, ale powstałe luki natychmiast starała się łatać van den Bulk, a z pomocą przychodziły jej wykonujące olbrzymią pracę w defensywie Schmidt oraz Rytting Kaneryd.

Pierwsza rysa na planie Rosengård pojawiła się jednak za sprawą Nataszy Andonowej, która z powodu kontuzji musiała opuścić boisko po niespełna dwudziestu minutach. Oznaczało to tyle, że tak bardzo wyczekiwany debiut Lotty Schelin będzie miał miejsce znacznie wcześniej niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Kolejne nieszczęście klubu z Malmö polegało na tym, że nowa gwiazda w talii trenera Majgaarda wchodziła na boisko już przy stanie 0-1. Beniaminek ze Sztokholmu w najlepszy możliwy sposób wykorzystał bowiem fakt, że w wyniku powstałego zamieszania przez trzy minuty grał w liczebnej przewadze. Schmidt wygrała przebitkę z Pennsäter, która zachowała się bardzo nieodpowiedzialnie tuż przed własnym polem karnym, w tempo odegrała do dobrze pokazującej się Jalkerud, a napastniczka Djurgården zachowała zimną krew, poczekała na ruch Musovic i strzałem w długi róg wyprowadziła swą drużynę na sensacyjne prowadzenie.

Taki wynik utrzymał się do końca pierwszej połowy i – co jeszcze bardziej zaskakujące – prowadzenie Djurgården było jak najbardziej zasłużone. To podopieczne Yvonne Ekroth oddały przed przerwą więcej strzałów i tylko one trafiały (zresztą aż trzykrotnie) w światło bramki. Przewaga Rosengård zaczęła uwidaczniać się dopiero po przerwie, ale trzeba zaznaczyć, że dzisiejszy mecz w niczym nie przypominał chociażby pojedynku Francji z Kolumbią z ubiegłorocznego mundialu. Drużyna ze Sztokholmu ani na moment nie pozwoliła bowiem zepchnąć się do zbyt głębokiej defensywy, a w poczynaniach piłkarek Djurgården trudno było doszukać się paniki czy lęku przed wywiezieniem punktów z niezwykle gorącego terenu. Na ratunek gospodyniom kolejny raz przybyła jednak kto wie czy nie najlepsza zawodniczka Rosengård w rundzie wiosennej. Ella Masar w typowy dla siebie sposób zmieniła tor lotu piłki po dośrodkowaniu Liny Nilsson, kompletnie zaskakując tym Gunnarsdottir. W tym momencie do końca meczu pozostawało pół godziny, a wynik brzmiał 1-1.

Licznie zebrana na Malmö IP publiczność spodziewała się, że teraz rozpocznie się prawdziwy sztorm na bramkę gości, a tymczasem cztery minuty później znów trzeba było odrabiać straty. Kontratak Djurgården rozpoczęła van den Bulk, która z piłką przy nodze przebiegła przynajmniej czterdzieści metrów, po czym zdecydowała się na odegranie do lewego skrzydła. Ze strzałem Jalkerud poradziła sobie wprawdzie Musovic, dobitkę van den Bulk wyblokowały jeszcze obrończynie, ale uderzenie Appelqvist znalazło już drogę do siatki. Piłkarki ze Sztokholmu znów w pełni zasłużenie prowadziły, a fakt, że przy korzystnym przecież wyniku ekipa gości zdecydowała się zaangażować w akcję ofensywną aż tyle zawodniczek, najlepiej ukazuje to, że podopieczne Yvonne Ekroth grały dziś bez jakiegokolwiek strachu przed mistrzem.

Niezwykłe spotkanie w Malmö zakończyło się ostatecznie remisem, a jeden punkt w niesamowitych okolicznościach uratowała gospodyniom … Lotta Schelin. W ostatniej minucie regulaminowego czasu gry Marta posłała dośrodkowanie rozpaczy w pole karne, lecącej wzdłuż bramki piłki nie zdołała wybić van den Bulk (Holenderce do szczęścia zabrakło kilku centymetrów), Moazzeni pozwoliła się uprzedzić Asante, a w podbramkowym zamieszaniu najszybciej odnalazła się Schelin i zrobiła to, co w podobnych sytuacjach robi bezbłędnie od przynajmniej kilkunastu lat. Błysk z dziewięćdziesiątej minuty to niestety jedyny pozytyw z występu nowej piłkarki Rosengård, która do tego momentu wyróżniała się przede wszystkim tym, że często dawała się złapać na spalonym. Jack Majgaard przed meczem jasno dawał do zrozumienia, że Schelin na chwilę obecną nie jest jeszcze gotowa do gry w pełnym wymiarze, nie precyzując jednak czy miał na myśli aktualną dyspozycję napastniczki, czy bardzo widoczny dziś brak zgrania z resztą zespołu. Na niespełna trzy tygodnie przed inauguracją Igrzysk pozostaje wierzyć w tę drugą ewentualność.