Harder-show w Norrland

W najbliższych dniach kluby Damallsvenskan (szczególnie te, które wciąż pozostają w grze o Puchar Szwecji) czeka prawdziwy maraton. Nic więc dziwnego, że trenerzy starają się rozważnie dysponować siłami swoich zawodniczek. Zestawiając wyjściową jedenastkę na wyjazdowy mecz przeciwko Piteå, Martin Sjögren zaskoczył jednak wszystkich. Owszem, wiele piłkarek Linköping wróciło ze zgrupowań reprezentacji mocno poobijanych, ale trudno było przypuszczać, że szkoleniowiec LFC zdecyduje się pozostawić na ławce akurat Pernille Harder. Jeśli jego celem było uzyskanie odpowiedzi na pytanie, czy w Linköping istnieje życie bez Dunki, to z wyników eksperymentu raczej nie może być zadowolony.

Końcowy wynik wskazywałby na całkowitą dominację gości, ale każdy, kto śledził rywalizację na LF Arenie, doskonale zdaje sobie sprawę, że nic takiego nie miało miejsca. Co więcej, do 60. minuty to grające swój najlepszy od czasu inauguracyjnej kolejki mecz zawodniczki z Piteå sprawiały wrażenie drużyny bardziej zainteresowanej wywalczeniem kompletu punktów. Wtedy jednak Sjögren uznał, że najwyższy czas wypuścić w bój Harder i od tego momentu obraz gry zmienił się diametralnie. Fenomenalnej Dunce wystarczyło paręnaście chwil, aby sprawić, że wieczorny lot do Sztokholmu upłynie zawodniczkom LFC w miłej atmosferze. Najlepsza w obecnym sezonie snajperka Damallsvenskan nie wygrała oczywiście meczu w pojedynkę, ale trudno pozbyć się wrażenia, że bez niej drużyna z Linköping miałaby dziś ogromny problem z odniesieniem zwycięstwa.

67. minuta – Harder zauważa, że Pedersen ma trudności z prawidłowym wyprowadzeniem piłki, więc natychmiast doskakuje do Norweżki i na trzydziestym metrze przed bramką Carlen odbiera jej futbolówkę. Następnie oddaje ją Rolfö, a sama podłącza się do akcji prawym skrzydłem, aby po chwili odegrać do Blackstenius, której pozostaje jedynie dostawić nogę.

82. minuta – Samuelsson decyduje się na rajd prawym skrzydłem na co natychmiast reaguje Harder, uwalniając się spod krycia Löfqvist. Po otrzymaniu piłki, Dunka uderza bez przyjęcia w samo okienko, pieczętując w ten sposób zwycięstwo gości.

Te dwie sytuacje były dziś kluczowe i w obu to 23-latka z Viborga wystąpiła w głównej roli. Nie zapominajmy jednak, że wcześniej swoje okazje na to, aby końcowy rezultat brzmiał nieco inaczej, miały także zawodniczki z Piteå. Po strzale Helin piłka zatrzymała się jednak na poprzeczce, a Jakobsson pewnie do teraz zastanawia się jak można spudłować z dziesięciu metrów, mając przed sobą w zasadzie pustą bramkę. Nie wiemy również, jak potoczyłby się mecz, gdyby czerwoną kartkę za atak rodem ze wschodnich sztuk walki na Josefin Johansson jeszcze w pierwszej części gry ujrzała Magdalena Ericsson. Będąc bardziej precyzyjnym, reprezentacyjna defensorka mogła (powinna) wylecieć dziś z boiska przymajmniej trzy razy, ale prowadzący to spotkanie Keijo Hyvärinen najwyraźniej zabrał ze sobą do Norrland jedynie żółty kartonik. Gospodynie mają czego żałować, ale ostateczne fakty są takie, że niepokonana na własnym boisku od kwietnia 2015 drużyna z Piteå w końcu znalazła swego pogromcę. Ekipę Stellana Carlssona trudno jednak dziś przesadnie krytykować, wszak przetrwać Harder-show bez jakichkolwiek strat udaje się tylko nielicznym.

******

Przed wyjazdem do Borlänge Maria Bergkvist zapowiadała, że dla jej piłkarek może to być mecz ostatniej szansy. Jesli wierzyć jej słowom, to Umeå obrało właśnie kurs na Elitettan i ma coraz mniej czasu, aby z drogi ku przepaści zawrócić.

Klub, który jeszcze dekadę temu jak równy z równym rywalizował z najlepszymi na kontynencie, odebrał dziś bolesna lekcję futbolu od absolutnego beniaminka. Kvarnsveden ma jednak w swojej kadrze Tabithę Chawingę, która przez dziewięćdziesiąt minut pokazywała Lisie Lantz oraz Amandzie Kröger, jak wiele dzieli je od czołowych defensorek świata. Nie ma już nawet większego sensu, aby kolejny raz rozpływać się w zachwytach nad napastniczką z Malawi, gdyż coraz ciężej znaleźć słowa, które byłyby w stanie właściwie oddać skalę jej talentu. Jak wiele dla Kvarnsveden znaczy Chawinga, mogliśmy się przekonać w 39. minucie gry. Największa gwiazda klubu z Dalarny przez kilkadziesiąt sekund zwijała się z bólu na murawie, a cały stadion momentalnie zamarł i w milczeniu oczekiwał na dalszy rozwój wypadków. Skończyło się ostatecznie na strachu, a Chawinga zdążyła jeszcze wypracować gola na 3-1, co było najlepszym podsumowaniem jeszcze jednego świetnego występu zawodniczki, która futbolem na nieosiągalnym dla innych poziomie po prostu się bawi.

O ile w Borlänge zapanował względny spokój, o tyle w Umeå piąta z rzędu porażka jeszcze bardziej skomplikowała sytuację. Tuż przed przerwą podopiecznym Marii Bergkvist udało się wprawdzie złapać kontakt dzięki przytomnemu zgraniu piłki przez Hurtig i efektownemu, choć nieco przypadkowemu, uderzeniu Ökvist, dla druga połowa dobitnie pokazała, która z drużyn zasłużyła dziś na trzy punkty. Za cztery dni zawodniczki z Västerbotten zmierzą się na własnym boisku z Rosengård i ciężko przypuszczać, aby akurat tego dnia udało im się przełamać fatalną serię. Prawdą jest, że z Glas i Folkesson w składzie gra Umeå może wyglądać zupełnie inaczej, ale na poniesienie wiosną strat, których później nie da się zniwelować, także nie można sobie pozwolić. W starciach z Djurgården oraz Kristianstad zapunktować trzeba będzie już bez względu na okoliczności.

8. kolejka – zapowiedź

W ostatnich dniach żyliśmy przede wszystkim transferową sagą z Lottą Schelin w roli głównej oraz analizą występu reprezentacji, która zgodnie z planem pokonała kolejno Polskę i Mołdawię. Niebawem, nasze myśli coraz częściej zaczną wybiegać w kierunku Rio, gdyż jeszcze w tym miesiącu poznamy najpierw szeroką, a następnie ostateczną kadrę na Igrzyska. Zanim jednak Pia Sundhage i jej podopieczne udadzą się do Brazylii, czeka nas jeszcze mnóstwo ligowych emocji i niewykluczone, że to właśnie ostatnie wiosenne kolejki będą miały decydujący wpływ na końcowy układ tabeli.

Bardzo ciekawie zapowiada się pojedynek w Piteå. Drużyna Stellana Carlssona nie przegrała na własnym boisku od kwietnia 2015, ale w sobotę z wizytą na LF Arenę przyjeżdża jeden z głównych kandydatów do mistrzowskiego tytułu. W Linköping doskonale zdają sobie sprawę, że tym razem w Norrland punktów zgubić po prostu nie można. Swoją wyższość trzeba będzie jednak udowodnić jeszcze na boisku, a pomóc mają w tym między innymi gotowa do gry rekonwalescentka Mariann Gajhede oraz zdobywczyni dwóch goli w starciu z Mołdawią Fridolina Rolfö. Ciekawia zapowiada się ponadto pojedynek największych gwiazd obu ekip; starcia Pernille Harder z Faith Ikidi będą bez wątpienia ozdobą sobotniego popołudnia.

Tego samego dnia swój mecz rozegra Rosengård. Do stolicy Skanii przyjedzie bowiem ekipa KIF Örebro, którą bez wielkiej przesady można nazwać największym rozczarowaniem pierwszej części sezonu. Drużyna mająca przecież w kadrze reprezentantki Szwecji, Islandii, Meksyku czy Kanady prezentuje się jak dotychczas znacznie poniżej oczekiwań i trudno przypuszczać, aby przełamanie nastąpiło właśnie w starciu z naszpikowaną gwiazdami i grającą wreszcie w zbliżonym do optymalnego składzie ekipą z Malmö. W piłce nożnej niespodzianki zdarzają się wprawdzie stosunkowo często, ale aby w ogóle myśleć o jej sprawieniu, piłkarki trenera Papachristou muszą przede wszystkim diametralnie poprawić grę w defensywie.

Jeśli w Vittsjö cały czas marzą o zajęciu najlepszej w historii klubu lokaty na koniec sezonu, to domowy mecz z Mallbacken jest z pewnością jednym z tych, który należy wygrać bez względu na okoliczności. Wyjazdowe zwycięstwo nad Umeå sprawiło, że w północnej Skanii w końcu zaświeciło słońce, nic więc dziwnego, że w klubie bardzo liczą na pójście za ciosem i wywalczenie trzech kolejnych punktów. Powodów do optymizmu jest wbrew pozorom naprawde dużo: z meczu na mecz coraz pewniej prezentuje się Fraine, dobrze zaczyna wyglądać współpraca na linii Dieke – Chukwunonye, a typowana na jedną z gwiazd ligi Okobi wreszcie się przełamała. Czy te argumenty wystarczą również na ambitną, choć nieco chimeryczną ekipę z Värmland?

Dwutygodniowa przerwa na reprezentację była dla Umeå zbawienna, ale i tak największą niewiadomą przed wyjazdem do Borlänge jest to, jak Maria Bergkvist zestawi swoją drużynę. Sytuacja niezwykle zasłużonego dla szwedzkiej piłki klubu robi się coraz trudniejsza, a ewentualna porażka na terenie absolutnego beniaminka mogłaby ją jeszcze bardziej skomplikować. Trudno jednak przypuszczać, aby te kwestie miały na uwadze Chawinga, Toohey i reszta ekipy z Dalarny. Ich zadaniem jest sprawić, aby trzy punkty pozostały na Ljungbergsplanen i wydaje się, że akurat to wyzwanie absolutnie nie przekracza ich możliwości.

Kristianstad znajduje się obecnie w takiej sytuacji, że każdy kolejny mecz (nawet odkładając na chwilę na bok kwestie pozaboiskowe) wydaje się być dla tego klubu decydującym. Drużyna Elisabet Gunnarsdottir, choć często chwalimy ją za grę, wciąż nie potrafi wydostać się ze strefy spadkowej. Mogłoby w tym pomóc wyjazdowe zwycięstwo nad beniaminkiem ze Sztokholmu, ale zawodniczki Djurgården w ostatnich meczach udowodniły, że nawet bez kontuzjowanej Emilii Appelqvist są bardzo niewygodnym rywalem dla każdego. Mecz w stolicy zapowiada się na taki, który rozstrzygnąć może jeden błysk lub jedno niekonwencjonalne zagranie, więc nie polecamy nawet na chwilę odwracać wzroku od murawy.

Historia rywalizacji Eskilstuny z Göteborgiem jest niezwykle krótka, ale tak się składa, że obecność na boisku tych dwóch drużyn zawsze gwarantuje niesamowite wprost emocje. Nie sposób zapomieć chociażby fenomenalnego powrotu Göteborga od stanu 0-2, zakończonego ostatecznie zwycięstwem po trafieniach Sofii Skog oraz Lisy Ek w ostatnich minutach, katastrofalnego występu Fanny Lund, która niemal w pojedynkę podarowała rywalkom z Södermanland pierwsze w historii zwycięstwo na Valhalli, czy wreszcie Sary Thunebro pokonującej Kristin Hammarström w meczu, który dla obu wybitnych reprezentantek Szwecji był ostatnim w karierze. Mało? To dorzućmy do tego jeszcze Olivię Schough śpiewającą hymn klubu z Göteborga. Czy w niedzielę na Tunavallen będziemy świadkami kolejnych niezapomnianych wydarzeń?

Osierocone Vittsjö

Pięć lat temu pewna wieś w północnej Skanii na krótką chwilę stała się jednym z najbardziej znanych punktów na mapie Szwecji. Sprawczyniami całego zamieszania były piłkarki miejscowego klubu, które jesienią 2011 roku wywalczyły sensacyjny awans do ekstraklasy. Wydarzenia ostatnich tygodni to idealna, choć jednocześnie niezwykle smutna okazja, aby raz jeszcze przypomnieć sobie te niezwykłe chwile. Tej wiosny przyszło nam bowiem pożegnać człowieka, bez którego wielką piłkę można byłoby w Vittsjö oglądać jedynie na szklanym ekranie.

Calevi Hämäläinen przyszedł na świat w Karelii, ale ze względu na wojenną zawieruchę bardzo szybko musiał opuścić rodzinne strony. Swój nowy dom znalazł w Skanii, która stała się wówczas azylem dla wielu tysięcy uciekających przed sowiecką agresją Finów. Na początku lat osiemdziesiątych Hämäläinen założył firmę Wiwood, co okazało się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Sprawnie zarządzany biznes najpierw skutecznie podbił rynek lokalny, a następnie stał się jednym z krajowych potentatów w przemyśle drzewnym. Sukces w tej branży nie zaspokoił jednak przedsiębiorcy z Karelii, który niedługo potem postanowił zainwestować w lokalną drużynę piłkarską. Po prostu widziałem w tych dziewczynach potencjał – w ten sposób, z charakterystycznym dla siebie wyrazem twarzy, tłumaczył swoją decyzję niemal trzydzieści lat później. W tych słowach nie byłoby być może nic dziwnego, gdyby nie jeden drobny szczegół. Odosiły się one bowiem do drużyny występującej wówczas w lidze regionalnej, która większość treningów odbywała … w lesie.

Pierwszy sukces przyszedł nadspodziewanie szybko. W 1986 roku jedna z drużyn młodzieżowych Vittsjö niespodziewanie zwyciężyła w niezwykle prestiżowym turnieju Gothia Cup, co jedynie utwierdziło Hämäläinena w tym, iż obrał właściwą drogę rozwoju klubu. Jego głównym celem nie było bowiem błyskawiczne zapełnienie gablot trofeami, a zbudowanie czegoś trwałego, co będzie jeszcze przez długie lata dostarczać mieszkańcom Vittsjö radości i rozrywki. W północnej Skanii nie było niepotrzebnego ciśnienia na kolejne awanse. Te miały po prostu przychodzić wtedy, gdy drużyna będzie w pełni gotowa, aby wykonać kolejny krok do przodu. Na trzecim poziomie rozgrywkowym pikarki z Vittsjö spędziły więc szesnaście kolejnych sezonów, częściej walcząc o utrzymanie niż o promocję, ale Hämäläinen ani przez moment nie rozważał wycofania się z klubu. Nie zaniedbano także pracy z młodzieżą, a każdy następny rocznik starał się dostarczyć przynajmniej kilka zawodniczek do kadry pierwszego zespołu. Konsekwencja, cierpliwość i upór musiały w końcu zostać docenione – październik 2006 przyniósł największy sukces w historii klubu, czyli awans na zaplecze ekstraklasy.

Początki w drugiej lidze były trudne, a Vittsjö już po dwóch kolejkach znalazło się w strefie spadkowej. Szybko stało się jasne, że na tym poziomie ciężko będzie skutecznie rywalizować, mając do dyspozycji kadrę złożoną wyłącznie z piłkarek pochodzących z Hässleholm i okolic. W klubie zdecydowano jednak, że lepsze efekty niż rewolucja przyniesie ewolucja i raz jeszcze podjęta decyzja okazała się słuszna, czego potwierdzeniem było siódme miejsce na koniec sezonu. Kolejne lata to już znacznie bardziej spokojne ogrywanie się w drugoligowych warunkach i pierwsze, jeszcze wówczas nieśmiałe spojrzenia w kierunku Damallsvenskan. W końcu nadszedł pamiętny rok 2011. Kadra Vittsjö na papierze wydawała się być niezwykle silna, ale o awansie – pomimo tego, że klub ze Skanii błyskawicznie odskoczył głównym rywalkom z Karlstad na bezpieczną odległość – długo nikt głośno nie wspominał. 3. września 2011 wydarzyło się jednak nieuniknione. Zwycięstwo 5-2 nad Hovås Billdal oznaczało, że na pięć kolejek przed końcem sezonu przed Vittsjö rozchyliły się bramy ekstraklasy. Po trzydziestu latach konsekwentnej realizacji wytyczonego planu, klub z ośrodka, przy którym Hoffenheim trzeba nazwać metropolią, wkroczył na salony Damallsvenskan.

Dalsze losy ekipy z ekstraklasowej wsi znamy już doskonale, wróćmy więc zatem do Caleviego Hämäläinena, który zarzekał się, że w ostatnich ośmiu latach nie obejrzał na żywo jedynie … trzech spotkań swojej ukochanej drużyny. Oprócz prężnie rozwijającej się firmy oraz pierwszoligowej drużyny piłkarskiej za jego sprawą pojawił się w Vittsjö jeszcze jeden równie ciekawy, co nietypowy obiekt. Jest nim bowiem … ważąca ponad cztery tony statua Włodzimierza Lenina. To prezent od rosyjskiego partnera biznesowego. Bardzo zależało mu, żebyśmy postawili go na rynku, ale w końcu stanął przy siedzibie Wiwood – tak historię pomnika wyjaśniał sam Hämäläinen, zaznaczając przy tym, że w najmniejszym stopniu nie utożsamiał się z głoszoną przez Lenina ideologią. Równie krytycznie wypowiadał się jednak na temat nacjonalizmu, a sam nie żywił urazy do narodu rosyjskiego. To żadna tajemnica, całe życie głosowałem na Liberałów – podkreślał za każdym razem, gdy ktoś rozpoczynał dyskusję polityczną.

Znacznie bardziej lubił jednak dyskutować o futbolu i to właśnie ten temat zdominował moją jedyną dłuższą rozmowę z Calevim Hämäläinenem, która miała miejsce podczas pierwszego sezonu Vittsjö w piłkarskiej elicie. Zobacz, gdzie teraz jesteśmy – mówił z dumą w głosie, wskazując przy tym na boisko, na którym zawodniczki jego klubu wygrywały właśnie z wicemistrzem kraju. Niestety, 16. kwietnia bieżącego roku dotarła do nas tragiczna informacja – po kilkumiesięcznej chorobie Calevi Hämäläinen opuścił nas na zawsze w wieku 74 lat. Kto wie, być może pewnego dnia i on doczeka się w Vittsjö swego pomnika, który stanąłby zapewne przed głównym wejściem na piłkarski stadion. Zanim to jednak nastąpi, warto wybrać się do północnej Skanii i odwiedzić arenę, na której piłkarki w czerwono-niebieskich strojach walczą o ekstraklasowe punkty. Właśnie tam: na zielonej murawie, w szatniach i w klubowym budynku dziedzictwo Hämäläinena wciąż żyje i pozostaje życzyć, aby pozostało z nami jak najdłużej.

lenin4

Fot. J. Jacobson

Niezakłócone święto w Göteborgu

Göteborg świętował dziś od samego rana. Trudno się zresztą temu dziwić, gdyż okazji, aby to robić było aż nadto. Główna część obchodów rozpoczęła się o godzinie 14:30 w specjalnie zbudowanej strefie kibica w Heden, a w centrum uwagi od początku do końca znajdowała się piłkarska reprezentacja, której mecz z Mołdawią był w tym roku najważniejszym punktem celebracji Święta Narodowego Szwecji. Na niespełna godzinę przed pierwszym gwizdkiem Grazielli Pirriatore niezwykle liczny tłum wyruszył w kierunku Stadionu Narodowego i nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że dziś na murawie Gamla Ullevi coś mogłoby pójść nie tak. Drużyna Pii Sundhage rzeczywiście, zgodnie z przedmeczowymi zapewnieniami, dołożyła wszelkich starań, aby każdy z dziesięciu tysięcy widzów, którzy zdecydowali się spędzić świąteczne popołudnie po piłkarsku, opuszczał stadion usatysfakcjonowany. Nie brakowało więc efektownych rajdów, kombinacyjnych akcji i – co najważniejsze – przepięknych goli. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że Mołdawianki nie podjęły choćby jednej próby, aby szwedzkie święto spróbować choć trochę zepsuć.

Na tle bardzo słabo dysponowanego rywala imponowały przede wszystkim nasze dwie środkowe pomocniczki: Elin Rubensson oraz Kosovare Asllani. Pierwsza, jakby napędzana dodatkowo faktem, że na co dzień trenuje na boisku zlokalizowanym zaledwie kilkaset metrów od Gamla Ullevi, była prawdziwym motorem napędowym większości szwedzkich ataków. Druga zaś uczestniczyła w niemal wszystkich akcjach bramkowych, a swój fenomenalny występ ukoronowała dwoma cudownymi golami. Co warte podkreślenia, oba gole Asllani strzeliła uderzając futbolówkę tuż zza linii pola karnego, a więc z miejsca, z którego – jak sama podkreśliła – najbardziej lubi to robić. Wariant, w którym piłkarka Manchesteru wykańcza akcję w ten właśnie sposób ćwiczony był już podczas treningów w Göteborgu i bardzo cieszy, że udało się go zrealizować także w warunkach meczowych.

Kolejny świetny mecz rozegrała rozkręcająca się z tygodnia na tydzień Lina Nilsson. Prawa obrończyni Rosengård dzisiejszym występem pokazała, że nieprzypadkowo trzy razy z rzędu znalazła się w jedenastce kolejki Damallsvenskan. Jej dzisiejszy bilans to dwie asysty, mnóstwo rajdów i kluczowych podań oraz gra na pełnych obrotach przez dziewięćdziesiąt minut pomimo największej liczby przebiegniętych kilometrów. Ze swoich zadań bezbłędnie wywiązywała się także Magdalena Ericsson, a zaledwie kilku centymetrów zabrakło, aby defensorka Linköping mogła się cieszyć z gola zdobytego bezpośrednio z rzutu rożnego. Znacznie skuteczniejsza była za to jej kubowa koleżanka Fridolina Rolfö, która dopiero dziś rozegrała pierwszy w tym roku mecz w pełnym wymiarze czasowym. W doliczonym czasie gry swego premierowego gola w niebiesko- żółtych barwach doczekała się w końcu Emma Berglund, a ogromna radość urodzonej w Umeå zawodniczki była wspaniałym zwieńczeniem świątecznego wieczoru na Stadionie Narodowym.

Nawet z wysokich zwycięstw należy jednak wyciągać wnioski i z pewnością także dzisiejszy pojedynek dostarczył sztabowi szkoleniowemu sporo materiału do analizy. Tym razem niezbyt dobrze wyglądała skuteczność przy stałych fragmentach gry, ze szczególnym uwzględnieniem rzutów rożnych. Mołdawianki co chwilę dawały naszym piłkarkom okazję na dośrodkowanie z narożnika boiska, ale zagrożenie pod bramką Any Zatuszewskiej udało się swtorzyć po zaledwie czterech spośród niemal trzydziestu szans. Najlepszego dnia nie miały także obie nasze klasyczne napastniczki. Ani Lotta Schelin, której bardzo zależało, aby po długiej przerwie znów trafić do siatki rywalek na Gamla Ullevi, ani zastępująca ją Stina Blackstenius nie potrafiły wypracować sobie stuprocentowej okazji strzeleckiej, choć trzeba podkreślić, że obie starały się grać przede wszystkim dla drużyny, często absorbując na sobie uwagę mołdawskich defensorek. Nieco więcej wiatru w ofensywie robiła za to Pauline Hammarlund, która podobnie jak w jesiennym meczu w Orgiejowie dała bardzo solidną zmianę.

Świąteczny, poniedziałkowy wieczór w Göteborgu powoli przechodzi do historii. Wysokie zwycięstwo nad Mołdawią nie jest oczywiście zaskoczeniem i traktujemy je przede wszystkim jak solidne wykonanie planu. Teraz przed Pią Sundhage i jej sztabem niezwykle ważne dni i odpowiedzialne decyzje. Już za niewiele ponad tydzień poznamy bowiem szeroką, ponad trzydziestoosobową kadrę (nie spodziewamy się w niej większych sensacji), z której to do końca czerwca wyłoni się osiemnastka na Igrzyska w Rio. Dzisiejszy mecz na pewno dał nam więc spokój, ale odpowiedzi na najważniejsze pytania poznamy dopiero niebawem.

Carlen i Rolfö na Mołdawię

Podobnie jak przy okazji meczu ze Słowacją, tak i teraz Pia Sundhage postanowiła nie czekać do ostatniej chwili z ogłoszeniem nazwisk piłkarek, które jutro o godzinie 17:45 wybiegną na murawę Gamla Ullevi. Zmianie nie ulega oczywiście ustawienie, ale zgodnie z przewidywaniami nie obyło się bez kilku roszad personalnych. Na bokach defensywy szansę na występ w większym wymiarze czasowym otrzymają Lina Nilsson oraz Jonna Andersson, zaś Magdalena Ericsson od pierwszego gwizdka zagra na pozycji, na której regularnie występuje w klubie. Stoperka Linköping tym razem stworzy parę środkowych obrończyń z Emmą Berglund. Szansę występu od pierwszej minuty otrzyma ponadto bramkarka Piteå Hilda Carlen, choć mamy nadzieję, że akurat ona nie będzie najbardziej zapracowaną piłkarką naszej reprezentacji w jutrzejszym spotkaniu.

O ile formacja defensywna została w porównaniu z poprzednim meczem całkowicie przebudowana, o tyle w ofensywie nasza selekcjonerka zdecydowała się na zaledwie jedną, w dodatku wymuszoną zmianę. W miejsce narzekającej na drobny uraz Sofii Jakobsson w wyjściowej jedenastce znalazła się Fridolina Rolfö, która w miniony czwartek zapisała na swoim koncie pierwszego w karierze gola w seniorskiej kadrze. Warto zaznaczyć, że Jakobsson nie jest jedyną zawodniczką, którą z występu przeciwko Mołdawii wyeliminowała kontuzja. W podobnej sytuacji znalazły się bowiem jej koleżanka z francuskiego Montpellier Linda Sembrant, a także Caroline Seger i Jessica Samuelsson. Dla całej wymienionej czwórki zabrakło więc miejsca w meczowej osiemnastce.

Wyjściowy skład na Mołdawię: Carlen – Nilsson, Berglund, Ericsson, Andersson – Rubensson, Dahlkvist, Asllani – Rolfö, Schough – Schelin

Ławka rezerwowych: Lindahl, Ilestedt, Gråhns, Diaz, J. Johansson, Hammarlund, Blackstenius

Europa dwóch prędkości

Swego czasu Europę na dwie nie do końca równe części dzieliła żelazna kurtyna, która wprowadziła obowiązujący przez wiele lat nowy porządek na politycznej mapie kontynentu. O jej istnieniu w najbardziej namacalny sposób przypominał postawiony w Berlinie mur skutecznie odgradzający dwa pozornie wrogie światy. Na szczęście okres, w którym Europejczycy odwracali się od siebie nawzajem i wznosili w tym celu trudne do sforsowania fortyfikacje należy już do przeszłości (i mamy nadzieję, że tak pozostanie), ale nietrudno zauważyć, że w niektórych dziedzinach życia utrwalany przez cztery dekady podział odcisnął tak wielkie piętno, że jego skutki obserwować możemy jeszcze dzisiaj.

Jedną z tych dziedzin wydaje się być piłka nożna i kto wie, czy ów polityczno-historyczno-geograficzny wstęp najdobitniej nie oddaje aktualnej kondycji europejskiego futbolu. Co więcej, niespełna trzydzieści lat po upadku Muru Berlińskiego ten nieformalny podział na wschód i zachód wydaje się być silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Nie chodzi tu już nawet o piłkę klubową, która niemal na naszych oczach staje się powoli zabawką dla wąskiego grona krezusów i ten stan rzeczy musimy z większym lub mniejszym niesmakiem zaakceptować. Okazuje się jednak, że także w futbolu reprezentacyjnym, gdzie – przynajmniej w teorii – szanse wydają się być znacznie bardziej wyrównane, zachodnie kraje zaczynają odjeżdżać swoim rywalom ze wschodu na dystans, którego wcale nie da się zniwelować za pomocą minimalnych nakładów. Czy zatem w najbliższych latach piłkarska mapa Europy będzie w coraz większym stopniu przypominać tę, która w latach 1945-1991 wyznaczała bieg wydarzeń na kontynencie?

Do zakończenia eliminacji EURO 2017 pozostały jeszcze trzy serie spotkań, więc siłą rzeczy wiele spośród najważniejszych rozstrzygnięć jeszcze przed nami. Już teraz możemy jednak na podstawie aktualnej sytuacji w grupach oraz terminarza jesiennych spotkań pokusić się o próbę wytypowania piętnastki szczęśliwców, którzy latem przyszłego roku pojadą do Holandii na turniej finałowy. Wnioski? Każdy może wyciągnąć je sam.

Pierwszą drużyną, która zapewniła sobie udział w finałach EURO 2017 była oczywiście Holandia, której powierzono organizację tego turnieju. Do gospodyń dołączą także zwycięzcy ośmiu grup eliminacyjnych i według najbardziej prawdopodobnego scenariusza miejsca te zajmą kolejno: Islandia, Hiszpania, Francja, Szwecja, Niemcy, Szwajcaria, Anglia i Norwegia. Bezpośredni awans uzyska ponadto sześciu najlepszych wicemistrzów grup i tutaj rozważyć trzeba już znacznie więcej opcji. Duże szanse na wywalczenie biletów do Holandii bez konieczności rozgrywania dodatkowego dwumeczu mają z pewnością Szkocja, Dania, Belgia i Austria, a następne w kolejce wydają się być Włochy oraz Finlandia. W ten sposób rozdysponowaliśmy piętnaście z szesnastu miejsc w finałach EURO 2017. Policzmy zatem, ile z nich przypadło w udziale krajom, które niegdyś znajdowały się po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. Cóż, wyliczanka nie będzie przesadnie długa, gdyż jest ich dokładnie … zero! Zachód wygrywa ze Wschodem piętnaście do zera, czyli jeszcze wyżej niż Niemki z Węgierkami w meczu, który można niejako nazwać symbolem tych eliminacji. Wnioski? Każdy może wyciągnąć je sam.

Nie zapominamy oczywiście o październikowym barażu, który wyłoni ostatniego finalistę kontynentalnego czempionatu. Zakładając, że sprawdzi się powyższy scenariusz, ostatnie miejsce na EURO na sto procent zajęte zostanie przez ekipę z Europy Wschodniej, ale wynika to wyłącznie z tego, że w grupach 3 oraz 5 nie było przedstawiciela Zachodu, który miałby szansę o tę kwalifikacje powalczyć. Kto wie, czy gdyby Rumunkom/Ukrainkom/Rosjankom/Węgierkom (niepotrzebne skreślić) przyszło rywalizować o prawo gry w finałach z Irlandią, Portugalią lub nawet maleńką Walią, to w lipcu i sierpniu 2017 nie oglądalibyśmy na holenderskich boiskach Mistrzostw Europy Zachodniej. Wnioski? Każdy może wyciągnąć je sam.

Rzecz jasna eliminacje do Mistrzostw Europy wciąż trwają, ale niezależnie od wyników pojedynczych spotkań teza o piłkarskiej Europie dwóch prędkości wydaje się być oparta na niezwykle solidnych fundamentach. W trwającej właśnie kampanii doszło bowiem do 59 boiskowych konfrontacji Wschodu z Zachodem (umowną, “piłkarską kurtynę” postawiliśmy na granicach: fińsko-rosyjskiej, niemiecko-polskiej, austriacko-węgierskiej oraz włosko-słoweńskiej) i ich bilans jest wprost nieprawdopodobny. Aż 56 z nich na swoją korzyść rozstrzygnęły na swoją korzyść przedstawicielki Zachodu, a pozostałe trzy (Polska – Dania, Belgia – Serbia, Izrael – Walia) kończyły się remisami. Bilans bramek? 240-10 dla Europy Zachodniej! Wnioski? Najwyraźniej są w Europie federacje, którym do pełni szczęścia silna reprezentacja nie jest w najmniejszym stopniu potrzebna.