Osierocone Vittsjö

Pięć lat temu pewna wieś w północnej Skanii na krótką chwilę stała się jednym z najbardziej znanych punktów na mapie Szwecji. Sprawczyniami całego zamieszania były piłkarki miejscowego klubu, które jesienią 2011 roku wywalczyły sensacyjny awans do ekstraklasy. Wydarzenia ostatnich tygodni to idealna, choć jednocześnie niezwykle smutna okazja, aby raz jeszcze przypomnieć sobie te niezwykłe chwile. Tej wiosny przyszło nam bowiem pożegnać człowieka, bez którego wielką piłkę można byłoby w Vittsjö oglądać jedynie na szklanym ekranie.

Calevi Hämäläinen przyszedł na świat w Karelii, ale ze względu na wojenną zawieruchę bardzo szybko musiał opuścić rodzinne strony. Swój nowy dom znalazł w Skanii, która stała się wówczas azylem dla wielu tysięcy uciekających przed sowiecką agresją Finów. Na początku lat osiemdziesiątych Hämäläinen założył firmę Wiwood, co okazało się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Sprawnie zarządzany biznes najpierw skutecznie podbił rynek lokalny, a następnie stał się jednym z krajowych potentatów w przemyśle drzewnym. Sukces w tej branży nie zaspokoił jednak przedsiębiorcy z Karelii, który niedługo potem postanowił zainwestować w lokalną drużynę piłkarską. Po prostu widziałem w tych dziewczynach potencjał – w ten sposób, z charakterystycznym dla siebie wyrazem twarzy, tłumaczył swoją decyzję niemal trzydzieści lat później. W tych słowach nie byłoby być może nic dziwnego, gdyby nie jeden drobny szczegół. Odosiły się one bowiem do drużyny występującej wówczas w lidze regionalnej, która większość treningów odbywała … w lesie.

Pierwszy sukces przyszedł nadspodziewanie szybko. W 1986 roku jedna z drużyn młodzieżowych Vittsjö niespodziewanie zwyciężyła w niezwykle prestiżowym turnieju Gothia Cup, co jedynie utwierdziło Hämäläinena w tym, iż obrał właściwą drogę rozwoju klubu. Jego głównym celem nie było bowiem błyskawiczne zapełnienie gablot trofeami, a zbudowanie czegoś trwałego, co będzie jeszcze przez długie lata dostarczać mieszkańcom Vittsjö radości i rozrywki. W północnej Skanii nie było niepotrzebnego ciśnienia na kolejne awanse. Te miały po prostu przychodzić wtedy, gdy drużyna będzie w pełni gotowa, aby wykonać kolejny krok do przodu. Na trzecim poziomie rozgrywkowym pikarki z Vittsjö spędziły więc szesnaście kolejnych sezonów, częściej walcząc o utrzymanie niż o promocję, ale Hämäläinen ani przez moment nie rozważał wycofania się z klubu. Nie zaniedbano także pracy z młodzieżą, a każdy następny rocznik starał się dostarczyć przynajmniej kilka zawodniczek do kadry pierwszego zespołu. Konsekwencja, cierpliwość i upór musiały w końcu zostać docenione – październik 2006 przyniósł największy sukces w historii klubu, czyli awans na zaplecze ekstraklasy.

Początki w drugiej lidze były trudne, a Vittsjö już po dwóch kolejkach znalazło się w strefie spadkowej. Szybko stało się jasne, że na tym poziomie ciężko będzie skutecznie rywalizować, mając do dyspozycji kadrę złożoną wyłącznie z piłkarek pochodzących z Hässleholm i okolic. W klubie zdecydowano jednak, że lepsze efekty niż rewolucja przyniesie ewolucja i raz jeszcze podjęta decyzja okazała się słuszna, czego potwierdzeniem było siódme miejsce na koniec sezonu. Kolejne lata to już znacznie bardziej spokojne ogrywanie się w drugoligowych warunkach i pierwsze, jeszcze wówczas nieśmiałe spojrzenia w kierunku Damallsvenskan. W końcu nadszedł pamiętny rok 2011. Kadra Vittsjö na papierze wydawała się być niezwykle silna, ale o awansie – pomimo tego, że klub ze Skanii błyskawicznie odskoczył głównym rywalkom z Karlstad na bezpieczną odległość – długo nikt głośno nie wspominał. 3. września 2011 wydarzyło się jednak nieuniknione. Zwycięstwo 5-2 nad Hovås Billdal oznaczało, że na pięć kolejek przed końcem sezonu przed Vittsjö rozchyliły się bramy ekstraklasy. Po trzydziestu latach konsekwentnej realizacji wytyczonego planu, klub z ośrodka, przy którym Hoffenheim trzeba nazwać metropolią, wkroczył na salony Damallsvenskan.

Dalsze losy ekipy z ekstraklasowej wsi znamy już doskonale, wróćmy więc zatem do Caleviego Hämäläinena, który zarzekał się, że w ostatnich ośmiu latach nie obejrzał na żywo jedynie … trzech spotkań swojej ukochanej drużyny. Oprócz prężnie rozwijającej się firmy oraz pierwszoligowej drużyny piłkarskiej za jego sprawą pojawił się w Vittsjö jeszcze jeden równie ciekawy, co nietypowy obiekt. Jest nim bowiem … ważąca ponad cztery tony statua Włodzimierza Lenina. To prezent od rosyjskiego partnera biznesowego. Bardzo zależało mu, żebyśmy postawili go na rynku, ale w końcu stanął przy siedzibie Wiwood – tak historię pomnika wyjaśniał sam Hämäläinen, zaznaczając przy tym, że w najmniejszym stopniu nie utożsamiał się z głoszoną przez Lenina ideologią. Równie krytycznie wypowiadał się jednak na temat nacjonalizmu, a sam nie żywił urazy do narodu rosyjskiego. To żadna tajemnica, całe życie głosowałem na Liberałów – podkreślał za każdym razem, gdy ktoś rozpoczynał dyskusję polityczną.

Znacznie bardziej lubił jednak dyskutować o futbolu i to właśnie ten temat zdominował moją jedyną dłuższą rozmowę z Calevim Hämäläinenem, która miała miejsce podczas pierwszego sezonu Vittsjö w piłkarskiej elicie. Zobacz, gdzie teraz jesteśmy – mówił z dumą w głosie, wskazując przy tym na boisko, na którym zawodniczki jego klubu wygrywały właśnie z wicemistrzem kraju. Niestety, 16. kwietnia bieżącego roku dotarła do nas tragiczna informacja – po kilkumiesięcznej chorobie Calevi Hämäläinen opuścił nas na zawsze w wieku 74 lat. Kto wie, być może pewnego dnia i on doczeka się w Vittsjö swego pomnika, który stanąłby zapewne przed głównym wejściem na piłkarski stadion. Zanim to jednak nastąpi, warto wybrać się do północnej Skanii i odwiedzić arenę, na której piłkarki w czerwono-niebieskich strojach walczą o ekstraklasowe punkty. Właśnie tam: na zielonej murawie, w szatniach i w klubowym budynku dziedzictwo Hämäläinena wciąż żyje i pozostaje życzyć, aby pozostało z nami jak najdłużej.

lenin4

Fot. J. Jacobson

Niezakłócone święto w Göteborgu

Göteborg świętował dziś od samego rana. Trudno się zresztą temu dziwić, gdyż okazji, aby to robić było aż nadto. Główna część obchodów rozpoczęła się o godzinie 14:30 w specjalnie zbudowanej strefie kibica w Heden, a w centrum uwagi od początku do końca znajdowała się piłkarska reprezentacja, której mecz z Mołdawią był w tym roku najważniejszym punktem celebracji Święta Narodowego Szwecji. Na niespełna godzinę przed pierwszym gwizdkiem Grazielli Pirriatore niezwykle liczny tłum wyruszył w kierunku Stadionu Narodowego i nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że dziś na murawie Gamla Ullevi coś mogłoby pójść nie tak. Drużyna Pii Sundhage rzeczywiście, zgodnie z przedmeczowymi zapewnieniami, dołożyła wszelkich starań, aby każdy z dziesięciu tysięcy widzów, którzy zdecydowali się spędzić świąteczne popołudnie po piłkarsku, opuszczał stadion usatysfakcjonowany. Nie brakowało więc efektownych rajdów, kombinacyjnych akcji i – co najważniejsze – przepięknych goli. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że Mołdawianki nie podjęły choćby jednej próby, aby szwedzkie święto spróbować choć trochę zepsuć.

Na tle bardzo słabo dysponowanego rywala imponowały przede wszystkim nasze dwie środkowe pomocniczki: Elin Rubensson oraz Kosovare Asllani. Pierwsza, jakby napędzana dodatkowo faktem, że na co dzień trenuje na boisku zlokalizowanym zaledwie kilkaset metrów od Gamla Ullevi, była prawdziwym motorem napędowym większości szwedzkich ataków. Druga zaś uczestniczyła w niemal wszystkich akcjach bramkowych, a swój fenomenalny występ ukoronowała dwoma cudownymi golami. Co warte podkreślenia, oba gole Asllani strzeliła uderzając futbolówkę tuż zza linii pola karnego, a więc z miejsca, z którego – jak sama podkreśliła – najbardziej lubi to robić. Wariant, w którym piłkarka Manchesteru wykańcza akcję w ten właśnie sposób ćwiczony był już podczas treningów w Göteborgu i bardzo cieszy, że udało się go zrealizować także w warunkach meczowych.

Kolejny świetny mecz rozegrała rozkręcająca się z tygodnia na tydzień Lina Nilsson. Prawa obrończyni Rosengård dzisiejszym występem pokazała, że nieprzypadkowo trzy razy z rzędu znalazła się w jedenastce kolejki Damallsvenskan. Jej dzisiejszy bilans to dwie asysty, mnóstwo rajdów i kluczowych podań oraz gra na pełnych obrotach przez dziewięćdziesiąt minut pomimo największej liczby przebiegniętych kilometrów. Ze swoich zadań bezbłędnie wywiązywała się także Magdalena Ericsson, a zaledwie kilku centymetrów zabrakło, aby defensorka Linköping mogła się cieszyć z gola zdobytego bezpośrednio z rzutu rożnego. Znacznie skuteczniejsza była za to jej kubowa koleżanka Fridolina Rolfö, która dopiero dziś rozegrała pierwszy w tym roku mecz w pełnym wymiarze czasowym. W doliczonym czasie gry swego premierowego gola w niebiesko- żółtych barwach doczekała się w końcu Emma Berglund, a ogromna radość urodzonej w Umeå zawodniczki była wspaniałym zwieńczeniem świątecznego wieczoru na Stadionie Narodowym.

Nawet z wysokich zwycięstw należy jednak wyciągać wnioski i z pewnością także dzisiejszy pojedynek dostarczył sztabowi szkoleniowemu sporo materiału do analizy. Tym razem niezbyt dobrze wyglądała skuteczność przy stałych fragmentach gry, ze szczególnym uwzględnieniem rzutów rożnych. Mołdawianki co chwilę dawały naszym piłkarkom okazję na dośrodkowanie z narożnika boiska, ale zagrożenie pod bramką Any Zatuszewskiej udało się swtorzyć po zaledwie czterech spośród niemal trzydziestu szans. Najlepszego dnia nie miały także obie nasze klasyczne napastniczki. Ani Lotta Schelin, której bardzo zależało, aby po długiej przerwie znów trafić do siatki rywalek na Gamla Ullevi, ani zastępująca ją Stina Blackstenius nie potrafiły wypracować sobie stuprocentowej okazji strzeleckiej, choć trzeba podkreślić, że obie starały się grać przede wszystkim dla drużyny, często absorbując na sobie uwagę mołdawskich defensorek. Nieco więcej wiatru w ofensywie robiła za to Pauline Hammarlund, która podobnie jak w jesiennym meczu w Orgiejowie dała bardzo solidną zmianę.

Świąteczny, poniedziałkowy wieczór w Göteborgu powoli przechodzi do historii. Wysokie zwycięstwo nad Mołdawią nie jest oczywiście zaskoczeniem i traktujemy je przede wszystkim jak solidne wykonanie planu. Teraz przed Pią Sundhage i jej sztabem niezwykle ważne dni i odpowiedzialne decyzje. Już za niewiele ponad tydzień poznamy bowiem szeroką, ponad trzydziestoosobową kadrę (nie spodziewamy się w niej większych sensacji), z której to do końca czerwca wyłoni się osiemnastka na Igrzyska w Rio. Dzisiejszy mecz na pewno dał nam więc spokój, ale odpowiedzi na najważniejsze pytania poznamy dopiero niebawem.

Carlen i Rolfö na Mołdawię

Podobnie jak przy okazji meczu ze Słowacją, tak i teraz Pia Sundhage postanowiła nie czekać do ostatniej chwili z ogłoszeniem nazwisk piłkarek, które jutro o godzinie 17:45 wybiegną na murawę Gamla Ullevi. Zmianie nie ulega oczywiście ustawienie, ale zgodnie z przewidywaniami nie obyło się bez kilku roszad personalnych. Na bokach defensywy szansę na występ w większym wymiarze czasowym otrzymają Lina Nilsson oraz Jonna Andersson, zaś Magdalena Ericsson od pierwszego gwizdka zagra na pozycji, na której regularnie występuje w klubie. Stoperka Linköping tym razem stworzy parę środkowych obrończyń z Emmą Berglund. Szansę występu od pierwszej minuty otrzyma ponadto bramkarka Piteå Hilda Carlen, choć mamy nadzieję, że akurat ona nie będzie najbardziej zapracowaną piłkarką naszej reprezentacji w jutrzejszym spotkaniu.

O ile formacja defensywna została w porównaniu z poprzednim meczem całkowicie przebudowana, o tyle w ofensywie nasza selekcjonerka zdecydowała się na zaledwie jedną, w dodatku wymuszoną zmianę. W miejsce narzekającej na drobny uraz Sofii Jakobsson w wyjściowej jedenastce znalazła się Fridolina Rolfö, która w miniony czwartek zapisała na swoim koncie pierwszego w karierze gola w seniorskiej kadrze. Warto zaznaczyć, że Jakobsson nie jest jedyną zawodniczką, którą z występu przeciwko Mołdawii wyeliminowała kontuzja. W podobnej sytuacji znalazły się bowiem jej koleżanka z francuskiego Montpellier Linda Sembrant, a także Caroline Seger i Jessica Samuelsson. Dla całej wymienionej czwórki zabrakło więc miejsca w meczowej osiemnastce.

Wyjściowy skład na Mołdawię: Carlen – Nilsson, Berglund, Ericsson, Andersson – Rubensson, Dahlkvist, Asllani – Rolfö, Schough – Schelin

Ławka rezerwowych: Lindahl, Ilestedt, Gråhns, Diaz, J. Johansson, Hammarlund, Blackstenius

Europa dwóch prędkości

Swego czasu Europę na dwie nie do końca równe części dzieliła żelazna kurtyna, która wprowadziła obowiązujący przez wiele lat nowy porządek na politycznej mapie kontynentu. O jej istnieniu w najbardziej namacalny sposób przypominał postawiony w Berlinie mur skutecznie odgradzający dwa pozornie wrogie światy. Na szczęście okres, w którym Europejczycy odwracali się od siebie nawzajem i wznosili w tym celu trudne do sforsowania fortyfikacje należy już do przeszłości (i mamy nadzieję, że tak pozostanie), ale nietrudno zauważyć, że w niektórych dziedzinach życia utrwalany przez cztery dekady podział odcisnął tak wielkie piętno, że jego skutki obserwować możemy jeszcze dzisiaj.

Jedną z tych dziedzin wydaje się być piłka nożna i kto wie, czy ów polityczno-historyczno-geograficzny wstęp najdobitniej nie oddaje aktualnej kondycji europejskiego futbolu. Co więcej, niespełna trzydzieści lat po upadku Muru Berlińskiego ten nieformalny podział na wschód i zachód wydaje się być silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Nie chodzi tu już nawet o piłkę klubową, która niemal na naszych oczach staje się powoli zabawką dla wąskiego grona krezusów i ten stan rzeczy musimy z większym lub mniejszym niesmakiem zaakceptować. Okazuje się jednak, że także w futbolu reprezentacyjnym, gdzie – przynajmniej w teorii – szanse wydają się być znacznie bardziej wyrównane, zachodnie kraje zaczynają odjeżdżać swoim rywalom ze wschodu na dystans, którego wcale nie da się zniwelować za pomocą minimalnych nakładów. Czy zatem w najbliższych latach piłkarska mapa Europy będzie w coraz większym stopniu przypominać tę, która w latach 1945-1991 wyznaczała bieg wydarzeń na kontynencie?

Do zakończenia eliminacji EURO 2017 pozostały jeszcze trzy serie spotkań, więc siłą rzeczy wiele spośród najważniejszych rozstrzygnięć jeszcze przed nami. Już teraz możemy jednak na podstawie aktualnej sytuacji w grupach oraz terminarza jesiennych spotkań pokusić się o próbę wytypowania piętnastki szczęśliwców, którzy latem przyszłego roku pojadą do Holandii na turniej finałowy. Wnioski? Każdy może wyciągnąć je sam.

Pierwszą drużyną, która zapewniła sobie udział w finałach EURO 2017 była oczywiście Holandia, której powierzono organizację tego turnieju. Do gospodyń dołączą także zwycięzcy ośmiu grup eliminacyjnych i według najbardziej prawdopodobnego scenariusza miejsca te zajmą kolejno: Islandia, Hiszpania, Francja, Szwecja, Niemcy, Szwajcaria, Anglia i Norwegia. Bezpośredni awans uzyska ponadto sześciu najlepszych wicemistrzów grup i tutaj rozważyć trzeba już znacznie więcej opcji. Duże szanse na wywalczenie biletów do Holandii bez konieczności rozgrywania dodatkowego dwumeczu mają z pewnością Szkocja, Dania, Belgia i Austria, a następne w kolejce wydają się być Włochy oraz Finlandia. W ten sposób rozdysponowaliśmy piętnaście z szesnastu miejsc w finałach EURO 2017. Policzmy zatem, ile z nich przypadło w udziale krajom, które niegdyś znajdowały się po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. Cóż, wyliczanka nie będzie przesadnie długa, gdyż jest ich dokładnie … zero! Zachód wygrywa ze Wschodem piętnaście do zera, czyli jeszcze wyżej niż Niemki z Węgierkami w meczu, który można niejako nazwać symbolem tych eliminacji. Wnioski? Każdy może wyciągnąć je sam.

Nie zapominamy oczywiście o październikowym barażu, który wyłoni ostatniego finalistę kontynentalnego czempionatu. Zakładając, że sprawdzi się powyższy scenariusz, ostatnie miejsce na EURO na sto procent zajęte zostanie przez ekipę z Europy Wschodniej, ale wynika to wyłącznie z tego, że w grupach 3 oraz 5 nie było przedstawiciela Zachodu, który miałby szansę o tę kwalifikacje powalczyć. Kto wie, czy gdyby Rumunkom/Ukrainkom/Rosjankom/Węgierkom (niepotrzebne skreślić) przyszło rywalizować o prawo gry w finałach z Irlandią, Portugalią lub nawet maleńką Walią, to w lipcu i sierpniu 2017 nie oglądalibyśmy na holenderskich boiskach Mistrzostw Europy Zachodniej. Wnioski? Każdy może wyciągnąć je sam.

Rzecz jasna eliminacje do Mistrzostw Europy wciąż trwają, ale niezależnie od wyników pojedynczych spotkań teza o piłkarskiej Europie dwóch prędkości wydaje się być oparta na niezwykle solidnych fundamentach. W trwającej właśnie kampanii doszło bowiem do 59 boiskowych konfrontacji Wschodu z Zachodem (umowną, “piłkarską kurtynę” postawiliśmy na granicach: fińsko-rosyjskiej, niemiecko-polskiej, austriacko-węgierskiej oraz włosko-słoweńskiej) i ich bilans jest wprost nieprawdopodobny. Aż 56 z nich na swoją korzyść rozstrzygnęły na swoją korzyść przedstawicielki Zachodu, a pozostałe trzy (Polska – Dania, Belgia – Serbia, Izrael – Walia) kończyły się remisami. Bilans bramek? 240-10 dla Europy Zachodniej! Wnioski? Najwyraźniej są w Europie federacje, którym do pełni szczęścia silna reprezentacja nie jest w najmniejszym stopniu potrzebna.

Nasz rywal – Mołdawia

Bezpośrednio po losowaniu grup eliminacyjnych do EURO 2017 wszyscy byliśmy zgodni, że największą niewiadomą stanowić będzie reprezentacja Mołdawii. Choć od tego czasu minęły już niemal dwa lata, a z piłkarkami z południowo-wschodniego krańca Europy mieliśmy już okazję spotkać się na boisku, nasza wiedza na ich temat nie uległa wcale znaczącej poprawie. Z ubiegłorocznej wizyty w Besarabii zapamiętaliśmy przede wszystkim suchy i duszny klimat, schludny stadion z fatalną murawą, bramkę Olivii Schough po niespełna czterdziestu sekundach, bardzo dobrą zmianę niezwykle tego dnia aktywnej Pauline Hammarlund oraz długie fragmenty kompletnie bezbarwnej postawy naszych piłkarek, które na boisku w Orgiejowie nadzwyczaj oszczędnie dysponowały swoimi siłami.

O ile dla nas mecz na arenie CSR Orhei ważny był przede wszystkim dlatego, że stanowił swego rodzaju nowe otwarcie po nieudanym występie na kanadyjskim mundialu, o tyle dla naszych rywalek miał on znaczenie niemal historyczne. Reprezentacji Mołdawii dopiero po raz pierwszy udało się bowiem skutecznie przebrnąć przez fazę prekwalifikacyjną i awansować do zasadniczej fazy eliminacji do wielkiej, piłkarskiej imprezy. Nie będzie wielkiej przesady w stwierdzeniu, że podczas gdy większość Europy w pocie czoła walczy o bilety na holenderski turniej, podopieczne Aliny Stetenco już teraz rozgrywają swoje własne, małe EURO. A rozpoczęło się ono właśnie meczem przeciwko Szwecji, który tym sposobem na stałe zapisał się w historii mołdawskiego futbolu.

Warto zauważyć, że choć Mołdawianki startowały z pozycji absolutnego outsidera, przez wielu uznanego za najsłabszą drużynę całych eliminacji, swoją dotychczasową postawą zasłużyły na sporo ciepłych słów. Wprawdzie w ostatnich miesiącach nad Dniestrem nie eksplodował żaden ukryty diament, a drużyna pani Stetenco wciąż czeka na pierwszy wywalczony przez siebie punkt, ale determinacji i waleczności nikt nie może reprezentantkom Mołdawii odmówić. W całej tej układance brakuje niestety najważniejszego elementu, który stanowi szeroko rozumiana piłkarska jakość, a tej próżno u naszych poniedziałkowych rywalek szukać. Nie przeszkadza to jednak ambitnym i walczącym do końca Mołdawiankom realizować kolejnych, skrojonych na własną miarę celów. Najdobitniej przekonała sie o tym reprezentacja Polski, gdyż to właśnie w starciu z tym rywalem Ludmila Andone strzeliła pierwszego w historii mołdawskiej kadry gola w eliminacjach Mistrzostw Europy. Niewykluczone, że to właśnie trafienie pozostanie najprzyjemniejszym wspomnieniem z obecnej kampanii, jakie po jej zakończeniu pozostanie w pamięci kibiców z Kiszyniowa i okolic.

Reprezentacja Mołdawii nie posiada obecnie w swoim składzie gwiazd światowej piłki, ale nie oznacza to wcale, że w kadrze naszych rywalek nie znajdziemy wielu ciekawych zawodniczek, którym warto przyjrzeć się bliżej. Jedną z nich jest bez wątpienia Jelena Porożniuk, 28-letnia obrończyni Kubanoczki Krasnodar. Początek tegorocznych rozgrywek nie jest wprawdzie dla grającej w lidze rosyjskiej piłkarki udany (jej klub z kompletem porażek zajmuje ostatnie miejsce w tabeli, a ona sama wsławiła się przede wszystkim obejrzaną w spotkaniu z Riazaniem czerwoną kartką), ale w niczym nie zmienia to faktu, iż w kadrze Mołdawii to właśnie ona niejako w naturalny sposób stała się liderką formacji defensywnej. Ważną rolę odgrywa w niej także Natalia Munteanu z białoruskiej Nadieżdy Mohylew, która w razie potrzeby może stanowić także alternatywę na pozycji numer sześć (z takim zresztą numerem na koszulce występuje w reprezentacji). Pewną wadą obu wspomnianych zawodniczek jest jednak momentami zbyt mocno buzująca w nich południowa krew, czego efektem są często łapane przez nie indywidualne kary, nie zawsze będące następstwem przesadnie brutalnej gry. Spośród przedstawicielek ligi mołdawskiej na uwagę zasługują dwie piłkarki klubu Noroc Nimoreni, który w zakończonym właśnie sezonie wywalczył tytuł wicemistrza kraju. Mowa tu o bramkarce Anie Zatuszewskiej, dla której poniedziałkowy mecz niewątpliwie będzie jednym z najważniejszych w całej sportowej karierze oraz o ofensywnie usposobionej Claudii Cziper, bohaterce zwycięskiego pojedynku z Luksemburgiem, w którym to Mołdawianki zagwarantowały sobie prawo gry w zasadniczej fazie eliminacji.

Göteborg przywitał wracającą do kraju reprezentację trzydziestostopniowym upałem i gdyby powietrze było nieco bardziej suche, można byłoby w pierwszej chwili pomyśleć, że przez przypadek wylądowało się w Mołdawii. Jeśli jednak wierzyć meteorologom, w poniedziałkowy wieczór pogoda ma już znacznie bardziej sprzyjać grze w piłkę nożną, a Lotta Schelin zapewnia, że Gamla Ullevi to zdecydowanie najlepsze miejsce na spędzenie tego dnia. Myślę, że nie ma lepszego sposobu na uczczenie narodowego święta, jak dopingowanie reprezentacji. Mamy nadzieję, że będzie was z nami dużo, a my na murawie dołożymy wszelkich starań, abyście obejrzeli dobry, ciekawy mecz – takimi słowami zachęcała do przyjścia na stadion najlepsza snajperka szwedzkiej kadry. Dodatkowa rekomendacja jest już chyba całkowicie niepotrzebna.


Bilans meczów z Mołdawią: 1 mecz; 1 zwycięstwo; bramki 3-0

Ostatnie mecze Mołdawii: Słowacja [d] 0-4, Polska [d] 1-3, Słowacja [w] 0-4, Dania [w] 0-4, Szwecja [d] 0-3

Ciekawostka: Mołdawianką jest Natalia Bunduchi, bohaterka legendarnego meczu pomiędzy Turbine Poczdam i FFC Frankfurt. Ten zakończony ostatecznie remisem 4-4 pojedynek do dziś uznawany jest przez wielu za najlepszy w historii światowej piłki nożnej.

Dwie różne połowy

Spotkanie w Łodzi ostatecznie przyniosło naszym piłkarkom najwyższe zwycięstwo w trwających właśnie eliminacjach, choć bardzo długo gra reprezentacji Szwecji nie wyglądała ani trochę tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Waleczne Polki wyszły na boisko przede wszystkim po to, aby przeszkadzać, ale dopóki starczało im sił, to ze swoich zadań wywiązywały się bardzo solidnie. Szwedzkie skrzydła bardziej niż ekspres TGV przypominały powoli rozpędzające się pociągi SJ, a w grze całego zespołu brakowało przede wszystkim dokładności, w efekcie czego znaczna część podań w ogóle nie trafiała do adresatek. Kluczem do końcowego sukcesu okazało się jednak przywoływane przed meczem cierpliwe wyczekiwanie na błędy rywalek, a także (który to już raz) kliniczna precyzja przy stałych fragmentach gry. Nie można również nie wspomnieć o widocznej gołym okiem różnicy w przygotowaniu motorycznym obu ekip, która coraz bardziej uwidaczniała się z każdą kolejną minutą. Reprezentacja Polski w pewnym momencie zgasła tak bardzo, że grające już na maksymalnym luzie nasze piłkarki bramkowe sytuacje stwarzały sobie taśmowo. Gdyby udało się wykorzystać je wszystkie, to rozmiary i tak rekordowego w obecnej kampanii zwycięstwa byłyby znacznie bardziej okazałe.

Zanim jednak doszło do wspomnianej frontalnej ofensywy, przyszło nam oglądać liczne, ale zupełnie nieudane próby zburzenia polskiego muru. Szwedzkie piłkarki starały się urozmaicać grę, ale na niewiele zdawały się zarówno ataki środkiem, jak i próby przeniesienia gry na skrzydła. Gdy wydawało się, że mecz ewidentnie się nie układa, wybawienie przyniosła 40. minuta. Ericsson dośrodkowała na dalszy słupek, a tam najbardziej przytomnie zachowała się Ilestedt i strzałem głową dała nam prowadzenie. Gol defensorki z Malmö bardzo przypominał jej niedawną bramkę z rozgrywek ligowych, choć dzisiejsze trafienie było o tyle bardziej efektowne, że Ilestedt wygrała walkę o piłkę mimo asysty aż trzech polskich piłkarek.

Gol do szatni dał nieco spokoju, a po przerwie obejrzeliśmy już znacznie lepszą wersję szwedzkiej kadry. Oczywiście, na coraz więcej pozwalały naszym piłkarkom tracące siły rywalki, ale nie zapominajmy, że w dużym stopniu to postawa podopiecznych przywiązującej ogromną wagę do odpowiedniego przygotowania fizycznego Pii Sundhage była przyczyną narastających kłopotów reprezentacji Polski. Po kwadransie drugiej połowy na listę strzelczyń wpisała się Lotta Schelin, znajdując w końcu sposób na rozgrywającą kolejny dobry mecz Szymańską, choć akurat w tej sytuacji golkiperka z Konina mogła zachować się lepiej. Napastniczka Lyonu, którą już niebawem będziemy znów mogli podziwiać na szwedzkich boiskach, coraz bardziej śrubuje strzeleckie rekordy w kadrze. Dwubramkowe prowadzenie pozwoliło naszym zawodniczkom grać ze znacznie większą swobodą, czego konsekwencją były jeszcze dwa zdobyte gole (swoje trafienia upolowały Kosovare Asllani oraz Fridolina Rolfö), a także mnóstwo mniej lub bardziej dogodnych okazji na kolejne. Znakomitą sytuację zmarnowała między innymi Blackstenius, przegrywając pojedynek sam na sam z Szymańską.

Jakie wnioski możemy zatem wyciągnąć z dzisiejszej potyczki? Na pewno pochwalić można złożony w całości z zawodniczek dwóch czołowych klubów Damallsvenskan blok defensywny. Ilestedt i Berglund bezbłędnie wyłączały z gry polskie napastniczki, a i w ofensywie przy niemal każdej nadarzającej się okazji dawały bardzo wiele. Swoje zrobiła także kończąca mecz z dwoma kluczowymi podaniami na koncie Magdalena Ericsson, która okazała się fenomenalną odpowiedzią Pii Sundhage na problemy z lewą obroną. Swoje najlepsze boiskowe cechy w drugiej połowie pokazała również Lisa Dahlkvist, choć wyjątkowo nie miała dziś u swego boku Caroline Seger. Plus postawić możemy ponadto przy nazwisku wyraźnie odżywającej w brytyjskim klimacie Kosovare Asllani. Nieco więcej spodziewać mogliśmy się za to po duecie Schough – Jakobsson. Jednym z pomysłów na polską defensywę miały być szybkie skrzydła, ale obu wspomnianym zawodniczkom, choć ambitnej postawy trudno im odmówić, zbyt często przytrafiały się przegrane pojedynki, a szczególnie przed przerwą ich grę cechowała przede wszystkim niedokładność. Piłkarce Eskilstuny dodatkowo udało się jeszcze sprokurować najgroźniejszą sytuację pod bramką … Lindahl (przy wyniku 1-0), ale na szczęście skończyło się na strachu.

Teraz reprezentację czeka powrót do Göteborga, gdzie już w najbliższy poniedziałek zmierzy się z Mołdawią w kolejnym meczu w ramach eliminacji EURO 2017. Miejmy nadzieję, że w tym roku 6. czerwca święto będzie nie tylko w kalendarzu, ale i na murawie Gamla Ullevi.