Seger wyzerowała licznik

Fot. SvFF

Osiemdziesiąt cztery minuty. Tak długo musieliśmy czekać na to, aż szwedzkim piłkarkom po raz pierwszy – i zarazem ostatni – uda się we wtorkowy wieczór sforsować szkocką defensywę. Pięć dni po bardzo obiecującym występie przeciwko USA znów obejrzeliśmy zdecydowanie mniej atrakcyjne oblicze reprezentacji i choć Pia Sundhage po golu Caroline Seger cieszyła się tak, jakby właśnie wygrała co najmniej mistrzostwo świata, to w całej Szwecji jej euforię podzielały jeszcze tylko dwie osoby. Jedną – co nie jest absolutnie żadnym zaskoczeniem – była oczywiście Lilie Persson, natomiast drugą – co już jest zdecydowanie mniej oczywiste – Viktor Eriksson. Inna sprawa, że akurat radość opiekuna Eskilstuny była jak najbardziej uzasadniona, gdyż wyróżniającymi się postaciami obu zespołów były dziś zawodniczki grające na co dzień właśnie na Tunavallen.

W rywalizacji z niżej notowanymi Szkotkami mieliśmy pełne prawo spodziewać się, że to Szwedki będą stroną prowadzącą grę i tak rzeczywiście było. Pozostawiona na desancie w drużynie gości Jane Ross starała się wprawdzie niemal bez przerwy absorbować uwagę naszych defensorek, ale jej wysiłki nie przyniosły tym razem żadnych konkretnych efektów. Fischer, Sembrant i Eriksson skutecznie zneutralizowały zagrożenie czyhające ze strony byłej napastniczki Vittsjö, a także wspierającej ją od czasu do czasu Lisy Evans, która zarówno stylem gry, jak i ponadprzeciętną szybkością niemal do złudzenia przypomina inną piłkarkę z północnej Skanii Lindę Sällström. Jedyne zagrożenie pod szwedzką bramką piłkarkom z Wysp Brytyjskich udało się stworzyć po rzucie wolnym i główce Vaili Barsley, ale można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby zamiast rekonwalescentki Hedvig Lindahl Pia Sundhage posłała dziś między słupki na przykład Fanny Lund, Szkotki również zakończyłyby to spotkanie z zerem z przodu.

Niestety, nie dzieliło nas wcale aż tak wiele od tego, aby bez jakiejkolwiek zdobyczy bramkowej zostały także dominujące w zasadzie od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty Szwedki. Co z tego, że znów nie brakowało dogodnych okazji, skoro zdecydowanie zbyt długo żadnej z nich nie udawało się zamienić na jakąkolwiek wymierną korzyść. W pierwszej połowie zdecydowanie najwięcej zamieszania w szkockiej szesnastce mogliśmy zaobserwować po bitych przez Olivię Schough rzutach rożnych. Ustawione na wprost bramki Gemmy Fay Szwedki postanowiły wrócić do dobrze znanego chociażby z finałów EURO 2013 “wagonika” i taktyka ta – podobnie jak przed czterema laty – znów sprawiała nastawionym na krycie strefowe rywalkom niemało problemów. Aż dwukrotnie w takich właśnie okolicznościach na listę strzelczyń wpisać mogła się Lotta Schelin, ale za pierwszym razem wszystko skończyło się nieporozumieniem z Caroline Seger, a za drugim swoją drużynę od utraty gola ofiarną interwencją uratowała Barsley.

Jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa drugiej połowy Pia Sundhage dokonała pięciu zmian, wprowadzając na boisko kolejne ofensywnie usposobione piłkarki, ale – podobnie jak w niedawnym starciu młodzieżówki z Norwegią – akcję na wagę zwycięstwa zrobiła nam rezerwowa obrończyni. Hanna Glas, która tej wiosny ma olbrzymie problemy z regularną grą w Eskilstunie, natychmiast rozruszała szwedzką lewą flankę, a ponieważ próby przedarcia się środkiem najczęściej kończyły się w okolicach trzydziestego metra przed bramką Fay, dośrodkowania z bocznych sektorów boiska okazały się najpewniejszym (obok konsekwentnie wykonywanych rzutów rożnych) pomysłem na rozmontowanie szkockiej defensywy. Na szczęście, Glas była dziś w tym elemencie gry wyjątkowo precyzyjna i choć po jej centrach dwa razy w dogodnych sytuacjach myliła się Hammarlund, a Blackstenius wykonała … klasyczną Blackstenius, to grająca dziś z opaską kapitańską na ramieniu Caroline Seger zadbała o to, aby obecni na Myresjöhus Arenie w liczbie pięciu tysięcy szwedzcy kibice opuszczali stadion choć trochę usatysfakcjonowani. Pomocniczka Olympique Lyon bliska pokonania Gemmy Fay była już w 77. minucie, ale wtedy po jej strzale futbolówka zatrzymała się jeszcze na poprzeczce (dobitkę Blackstenius pomijamy milczeniem). Co nie udało się wtedy, powiodło się siedem minut później; Seger raz jeszcze świetnie wyszła do piłki dogranej przez Glas i tym razem uderzyła tak idealnie, że każda bramkarka na świecie miałaby spore problemy z obroną tego strzału.

Przypominający długimi fragmentami ubiegłoroczną batalię z RPA w fazie grupowej Igrzysk Olimpijskich mecz ze Szkocją z całą pewnością nie okazał się tym, czego oczekiwaliśmy, ale przynajmniej przyniósł nam odpowiedzi na dwa niezwykle istotne pytania. Po pierwsze, Caroline Seger bardzo udanym występem udowodniła, że formułowane przez Pię Sundhage na konferencjach prasowych obawy o jej aktualną dyspozycję były całkowicie niepotrzebne, a piłkarka mistrza Francji nawet bez rytmu meczowego stanowi niesamowicie ważne ogniwo tej reprezentacji. Po drugie, Hanna Glas właśnie wywalczyła sobie miejsce w samolocie do Arnhem i to ona za miesiąc będzie pierwszą alternatywą zarówno dla Andersson, jak i dla Samuelsson. Nie jest to może zbyt wiele, ale jak się nie ma, co się lubi, to trzeba cieszyć się z małych rzeczy.

Młodzieżowy raport z Värmland

Fot. Nir Keidar

Ostatnie miesiące to niewątpliwie niezwykle trudny okres dla szwedzkich reprezentacji młodzieżowych. Ogromne męczarnie, a nawet straty punktów z rywalkami pokroju Serbii, Grecji, czy Czarnogóry z pewnością nie były bowiem wynikami na miarę naszych oczekiwań. Nic więc dziwnego, że przed czerwcowym trójmeczem kadry U-23 oczekiwanie mieszało się z niepokojem przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze, nie da się ukryć, że drużyna prowadzona przez Callego Barrlinga oraz Anneli Andersén stanowi bezpośrednie zaplecze pierwszej reprezentacji. Po drugie, przeciwniczki należące do ścisłego światowego topu mogły dość brutalnie zweryfikować jej wartość. Po trzecie, turniej odbywał się w Szwecji, co w naturalny sposób sprawiało, że presja wyniku stawała się jeszcze większa. Jak z tak olbrzymim wyzwaniem poradziły sobie nasze młode zawodniczki, które już za chwilę stanowić mają o sile szwedzkiej piłki? Mówiąc najbardziej ogólnie – średnio. Na pewno uspokoić mogli się ci, którzy złowróżbnie wieszczyli, że już niebawem także w seniorskiej piłce będziemy toczyć ciężkie i wyrównane boje z Grecją i Czarnogórą, ale jeśli ktoś nastawiał się, że czerwcowe występy kadry U-23 przed własną publicznością będą stanowić zapowiedź nadchodzących, złotych czasów, to raczej opuszczał gościnne Värmland z poczuciem niedosytu.

Zacznijmy jednak chronologicznie, czyli od meczu z Anglią. Końcowy wynik (0-4) nie wygląda może zbyt okazale, ale i w tym spotkaniu mogliśmy doszukać się kilku pozytywów. Pierwszym z nich była bez wątpienia frekwencja, wszak nie codziennie bije się rekord jeśli chodzi o międzypaństwowe mecze młodzieżowe rozegrane na terytorium Szwecji. Do poziomu kibiców nie dostosowały się niestety piłkarki, choć po pierwszych dwudziestu minutach nic nie zapowiadało nadchodzącej klęski. Szansa Kullashi, a także niezły strzał z dystansu Lilji okazały się jednak jedynie miłym złego początkiem, a Beth England oraz Claudia Walker w dalszej fazie meczu wyraźnie pokazały, która drużyna była tego dnia lepsza właściwie w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Znacznie lepsze nastroje mogliśmy mieć za to po potyczce z Norwegią, choć trzeba podkreślić, że końcowe zwycięstwo mogło, a nawet powinno być zdecydowanie wyższe. Rywalki, które przysłały do Värmland bardzo odmłodzoną (jak na warunki U-23) kadrę w ostatnich dwóch kwadransach całkowicie opadły z sił, w związku z czym od pewnego momentu gra toczyła się niemal wyłącznie w okolicach szesnastki Ody Bogstad. Niestety, będąca piętą achillesową dorosłej kadry nieumiejętność wykańczania wykreowanych przez siebie sytuacji dała o sobie znać również w przypadku młodzieżówki, w efekcie czego musieliśmy zadowolić się skromnym 1-0 po nieco przypadkowym trafieniu Wännerdahl. Obrończyni Limhamn Bunkeflo sama przyznała po końcowym gwizdku, że absolutnie nie był to mierzony strzał, ale trzeba oddać, że wkręcił się przy słupku w sposób iście mistrzowski. Kończący sześciodniowe zmagania mecz przeciwko USA nie był wielkim widowiskiem, co po części uwarunkowane było fatalnymi warunkami, w jakich toczyła się gra. Błędy mnożyły się po obu stronach, ale jeśli ktoś wytrwał na stadionie w Sunne do końca, to miał okazję zobaczyć efektowny lob królowej strzelczyń Elitettan Anny Anvegård, który przyniósł nam honorowego gola, a także paradę tygodnia w wykonaniu Emmy Holmgren. W pierwszej połowie dwa gole zdobyły jednak Amerykanki i to one mogły ostatecznie cieszyć się ze zwycięstwa, które zresztą z przebiegu gry jak najbardziej im się należało.

Po zakończeniu trójmeczu spotkałem się z opinią, że roczniki 1996-2000 w szwedzkiej piłce są najsłabsze od wielu lat, ale nie do końca potrafię zgodzić się z tą opinią. Oczywiście, ja również na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie wyobrazić sobie scenariusza, według którego do mundialu 2023 lub 2027 przystępujemy w roli głównego faworyta, ale sensu nie widzę również w przechodzeniu ze skrajności w skrajność (ci sami ludzie jeszcze nie tak dawno nazywali rocznik 1996 najlepszym w historii). Nie zapominajmy, że Blackstenius, Almqvist, czy Björn już dziś coraz mocniej pukają do bram pierwszej reprezentacji, że mamy dwie ciekawie zapowiadające się młode bramkarki w osobach Holmgren oraz Musovic i wreszcie, że w samym tylko Sztokholmie gra dziś przynajmniej kilka dobrze rokujących talentów (Angeldahl, Oskarsson, Rytting Kaneryd, czy Kullashi, o którą nieprzypadkowo już teraz pytają w Manchesterze i Monachium). Wiadomo, że z przyczyn obiektywnych (demografia) trudno będzie kiedykolwiek powtórzyć passę z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy to z niemal każdej wielkiej imprezy nasze piłkarki wracały z medalem, ale Szwecji losowanej z czwartego koszyka też nie spodziewam się w najbliższych latach zobaczyć i czerwcowy, młodzieżowy trójmecz zdecydowanie mnie w tym przekonaniu utwierdził.

Najwyższy czas trochę postrzelać!

Fot. Nir Keidar

Naprawdę nie trzeba zaliczać się do grona piłkarskich ekspertów, aby wskazać jeden z podstawowych problemów szwedzkiej kadry za kadencji duetu Sundhage – Persson. Skuteczność – a mówiąc bardziej dokładnie jej brak – to kwestia obok której trudno przejść obojętnie, jeśli oczywiście rzeczywiście poważnie myślimy o wykorzystaniu sprzyjającej drabinki i zakończeniu lipcowo-sierpniowego EURO jakimś miłym akcentem. Niestety, wyłączając spotkania ze znacznie niżej notowanymi Rosją i Iranem, w ostatnich miesiącach reprezentacja Szwecji zdołała pobić chyba wszystkie możliwe rekordy strzeleckiej niemocy, a wiara w to, że drugi raz z rzędu dwa gole wystarczą do tego, aby doczłapać do finału wielkiej imprezy, oparta jest na wyjątkowo słabych fundamentach. Tymczasem, od września ubiegłego roku drużyna Pii Sundhage zdążyła rozegrać aż dziewięć meczów z wymagającymi rywalami, osiągając w nich następujące rezultaty:

– 0-2 z Danią

– 0-0 z Norwegią

– 1-2 z Norwegią

– 0-0 z Anglią

– 1-0 z Australią

– 0-0 z Chinami

– 0-1 z Holandią

– 0-1 z Kanadą

– 0-1 z USA

Dobrze widzicie, podczas ponad czternastu godzin spędzonych na boisku (wliczając w to czas doliczony), reprezentacja Szwecji zdołała strzelić swoim przeciwniczkom zaledwie dwa gole! Mało tego, jeden z nich był efektem indywidualnego rajdu Lotty Schelin, która w pojedynkę zabawiła się w skąpanej deszczem Albufeirze z australijską defensywą, zaś autorka drugiego od kilku miesięcy dochodzi do siebie po koszmarnej kontuzji więzadeł i w tym roku na murawie już jej raczej nie zobaczymy. Poza dwiema wspomnianymi sytuacjami, nie udało się jednak strzelić kompletnie nic, choć okazji ku temu – że wspomnimy tu chociażby potyczki z Anglią czy USA – naprawdę nie brakowało. Problem zauważyła i zdiagnozowała zresztą nawet sama selekcjonerka, która po pechowej porażce z Amerykankami otwarcie przyznała, że w tej chwili już nie pora na dyskusję o meandrach kompaktowej ofensywy i równego rozkładania akcentów pomiędzy skrzydła i środek; najważniejsze jest to, żeby w końcu zaczęło wpadać. Tutaj akurat trudno odmówić Sundhage racji, bo chyba nikt nie chciałby przekonać się, jakie byłyby konsekwencje, gdyby ze Szkocją lub Meksykiem znów przytrafił się nam mecz na zero z przodu. Mówiąc najbardziej łagodnie, taki scenariusz z pewnością nie wpłynąłby korzystnie na morale zespołu w przededniu najważniejszego w tym roku turnieju, który – na wypadek jeśli ktoś zapomniał – otwieramy starciem z obrończyniami mistrzowskiego tytułu i jednocześnie aktualnymi liderkami światowego rankingu.

Wracając jednak do najbliższych sparingów, taki, a nie inny układ meczów może – wbrew początkowym obawom – okazać się prawdziwym prezentem od losu. Jasne, możemy sobie powtarzać, że Szkotki zakwalifikowały się na holenderskie EURO, a Meksykanki to drużyna bardzo perspektywiczna, ale w niczym nie zmieni do faktu, że na koniec przygotowań dostajemy dwóch niżej notowanych przeciwników, a strzelenie im kilku goli będzie mimo wszystko zadaniem zdecydowanie łatwiejszym niż byłoby w starciu z którymkolwiek z zespołów z listy zamieszczonej powyżej. Meksykańską defensywę od monolitu dzieli mniej więcej tyle, co drużyny ze Sztokholmu od finału Ligi Mistrzyń, a szkockie bramkarki i stoperki zdecydowanie częściej niż w najlepszych interwencjach sezonu oglądamy w kompilacjach z najbardziej zabawnymi piłkarskimi kiksami. Bardziej wygodnego rywala na przełamanie naprawdę trudno było sobie wymarzyć (zakładamy, że rewanże z Mołdawią lub Iranem jednak nie wchodziły w grę) i przed wtorkowym meczem jak najbardziej zasadne wydaje się pytanie: Jak nie z nimi, to z kim? Jak nie teraz, to kiedy?

Kilkadziesiąt sekund temu wspomnieliśmy, że bramkowy impas szwedzkiej reprezentacji przerwać może nawet Hedvig Lindahl lub Hilda Carlén i nikt nie będzie z tego powodu przesadnie grymasił, ale jednak dwa nadchodzące mecze to najlepszy (a przy okazji również ostatni) moment, aby w grze kadry zafunkcjonowało kilka elementów, które w ostatnim czasie istniały wyłącznie w teorii. Po pierwsze, warto w końcu strzelić coś po stałym fragmencie. Ten element gry, który zresztą przez dekady stanowił niezwykle silną broń naszej kadry, bardzo intensywnie trenowany był zarówno przed kanadyjskim mundialem, jak i przed brazylijskimi Igrzyskami, ale w obu przypadkach nie przyniosło to spodziewanych efektów i gdyby nie samobójcze trafienia Nigeryjki Oparanozie oraz bramkarki RPA Barker, moglibyśmy mówić o całkowitym fiasku. Jeszcze gorzej przedstawia się bilans spotkań towarzyskich, w których wprawdzie udało się zdobyć po rzutach rożnych trzy gole, ale wszystkie one padły w rywalizacji z mającą bardzo ograniczoną wiedzę na temat gry defensywnej ekipą Iranu. Co ciekawe, zostały one zdobyte w odstępie zaledwie kilkudziesięciu minut, po kornerach rozegranych według identycznego schematu; z narożnika boiska dośrodkowała Schough, a na piłkę w ten sam sposób nabiegała Eriksson. Piłkarki z Persji oczywiście nie zorientowały się, że może warto byłoby zwrócić baczniejszą uwagę na defensorkę Linköping we własnej szesnastce, ale z prawdopodobieństwem bliskim pewności możemy przypuszczać, że Niemki i Włoszki nie wykażą się aż taką wspaniałomyślnością. Inna sprawa, że od drużyny mającej w swoich szeregach takie zawodniczki jak Fischer, Sembrant, Berglund, Dahlkvist czy Schelin po prostu wypada oczekiwać, że raz na jakiś czas strzeli coś po stałym fragmencie. I to raczej częściej niż rzadziej. Poza efektywnością przy stałych fragmentach nie zawadziłoby poprawić także liczb naszych napastniczek, bo o ile o wspomnianą Schelin jesteśmy tej wiosny względnie spokojni, o tyle jej koleżankom z formacji ofensywnej z pewnością przydałby się klasyczny mecz na przełamanie. Wiadomo, nawet ewentualny hat-trick ze Szkocją nie sprawi, że Stina Blackstenius nagle zacznie wykorzystywać chociaż połowę dogodnych okazji (bo gdyby to robiła, to co dwanaście miesięcy odbierałaby nagrodę dla królowej strzelczyń dowolnej ligi na świecie), ale mając w perspektywie ważny turniej, zawsze lepiej przystąpić do niego ze świadomością, że piłka po twoich strzałach ląduje tuż pod, a nie tuż nad poprzeczką. Skoro jesteśmy już przy meczach na przełamanie, to nie ukrywajmy, że takiego bardzo potrzebowałaby również Caroline Seger. Jej pozycja w kadrze wydaje się być rzecz jasna niepodważalna, ale znamienne jest, że zdecydowanie więcej miejsca poświęca się ostatnio liczeniem minut spędzonych przez współkapitankę szwedzkiej kadry na ławce Olympique Lyon, niż chociażby zdobyciu przez nią we Francji potrójnej korony. Udany występ przeciwko Szkocji z pewnością uspokoiłby atmosferę wokół Seger i pozwolił jej przygotowywać się do mistrzostw Europy w zdecydowanie bardziej komfortowych warunkach.

Plan na wtorkowy wieczór wydaje się zatem oczywisty: zagrać dobry mecz, strzelić kilka bramek, rozjechać się do klubów (w przypadku piłkarek z lig zagranicznych: na krótki odpoczynek) i lipcowe zgrupowanie rozpocząć w zdecydowanie bardziej pozytywnej atmosferze niż to czerwcowe. Proste? Przekonamy się już za kilkadziesiąt godzin.

Gra lepsza niż wynik

Fot. GP

Historia szwedzko-amerykańskich potyczek jest niezwykle długa i bogata, ale trzeba przyznać, że w takich okolicznościach obie reprezentacje nie miały jeszcze okazji się spotkać. O sytuacji w drużynie prowadzonej przez Pię Sundhage powiedziano i napisano już chyba wszystko, ale Jill Ellis również nie mogła przygotowywać się do europejskiego tournee w atmosferze spokoju i harmonii. Przeciętny występ na turnieju SheBelieves Cup, kontuzje kilku kluczowych zawodniczek i wreszcie afera z Jaelene Hinkle w roli głównej sprawiły, że w USA mecz przeciwko Szwecji urósł do rangi spotkania, które przy dobrym układzie pozwoliłoby powrócić USWNT na właściwe tory. Oczekiwania te były dodatkowo potęgowane faktem, że od Orlando do Seattle wciąż żywe są wspomnienia przegranego w niezwykle dramatycznych okolicznościach ćwierćfinału Igrzysk Olimpijskich w sierpniu 2016. Co ciekawe, temat ewentualnego, amerykańskiego rewanżu nie był aż tak chętnie podejmowany w szwedzkim obozie, choć oczywiście wszyscy mieli nadzieję na podtrzymanie fenomenalnej passy w rywalizacji z trzykrotnymi mistrzyniami świata.

Przed rozpoczęciem meczu piłkarki obu drużyn uczciły wspólnie z licznie zebranymi na trybunach Gamla Ullevi kibicami trwający właśnie Pride Month, ale wraz z pierwszym gwizdkiem prowadzącej to spotkanie Czeszki Olgi Zadinovej skończyła się celebracja, a zaczęła rywalizacja. Zamiast spodziewanych ataków gości, w początkowej fazie meczu oglądaliśmy jednak przede wszystkim walkę w środku pola, a jeśli ktoś dochodził już do sytuacji strzeleckiej, to najczęściej były to gospodynie. Szwedzkie piłkarki, które jeszcze nie tak dawno, bo w meczach z Chinami, Holandią i Kanadą, raziły apatycznością i całkowitym brakiem kreatywności, na tle mistrzyń świata prezentowały się nadzwyczaj solidnie. Lotta Schelin raz po raz udowadniała, że jeśli zdaniem kapituły FIFA jej ubiegłoroczna forma była na poziomie czołowej dziesiątki na świecie, to w tym roku już trzeba powoli wysyłać główną nagrodę na adres w Malmö, a reszta drużyny wcale nie zamierzała być gorsza od swojej kapitanki. Nie będzie zatem wielkiego przekłamania w stwierdzeniu, że pochwały za grę w pierwszej połowie należały się całej jedenastce, choć na specjalne wyróżnienia zapracowały sobie niezmordowana rekonwalescentka Jessica Samuelsson oraz rozgrywająca swój najlepszy mecz w kadrze (nie licząc “połówki” z Iranem) Olivia Schough. Ci, którzy obawiali się nieco o występ Hildy Carlén, mogli o tyle odetchnąć, że golkiperka Piteå przez całą pierwszą połowę zaledwie raz została zmuszona do interwencji. Jeden błąd – na szczęście bez poważniejszych konsekwencji – przytrafił się także całkiem dobrze zorganizowanej formacji defensywnej, ale niepilnowana przez nikogo na dwunastym metrze Lloyd nie sięgnęła trochę zbyt mocno zagranej w jej kierunku piłki. Znacznie więcej działo się za to pod bramką Alyssy Naeher, ale zawodniczka Chicago Red Stars – pomimo niebezpiecznych strzałów z dystansu Dahlkvist oraz Schough – także zachowywała czyste konto. Tuż przed końcem pierwszej połowy wydatnie pomogła jej w tym Allie Long, naprawiając swój własny błąd sprzed kilkunastu sekund i w ostatniej chwili wygarniając zmierzającą do amerykańskiej siatki futbolówkę.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie, ale tym razem jeden moment nieuwagi wystarczył do nieszczęścia. Dunn posłała prostopadłą piłkę pomiędzy Sembrant i Andersson, a wybiegająca zza ich pleców Lavelle uderzyła po długim rogu na tyle precyzyjnie, że Carlén nie miała żadnych szans na skuteczną interwencję. Dla będącej odkryciem pierwszej połowy tegorocznego sezonu NWSL pomocniczki Boston Breakers był to drugi gol w reprezentacji, ale z perspektywy Jill Ellis najistotniejsza była informacja, że dawał on jej podopiecznym prowadzenie, na które z przebiegu gry żadnym sposobem nie zasługiwały. Kolejne minuty to dalszy ciąg bardzo przyzwoitej gry Szwedek, które jednak wciąż nie potrafiły przekuć swojej przewagi na jakąkolwiek zdobycz bramkową. Sytuacji strzeleckich nie brakowało, ale albo w ostatniej chwili równowagę straciła Larsson, albo amerykańskie defensorki wyłuskały piłkę spod nóg szarżującej Schelin, albo po dobrze wykonanym przez Dahlkvist rzucie wolnym nieznacznie pomyliła się Seger. W 86. minucie zdecydowanie najbliżej powodzenia była rozgrywająca swój setny mecz w koszulce reprezentacji Szwecji Kosovare Asllani, ale po strzale piłkarki Manchesteru Naeher instynktownie odbiła futbolówkę na poprzeczkę. Wielka szkoda, gdyż tak efektowny gol byłby z pewnością najlepszym sposobem na podkreślenie tak pięknego jubileuszu.

Porażka 0-1 oznacza, że Pia Sundhage po raz pierwszy w karierze przegrała z USA w roli selekcjonerki szwedzkiej kadry. Jak na ironię, stało się to po chyba najlepszym występie prowadzonej przez nią drużyny w starciu z mistrzyniami świata. Czy wczorajszy mecz pozwala nam patrzeć w najbliższą przyszłość przynajmniej z umiarkowanym optymizmem? Cóż, wyciąganie daleko idących wniosków na podstawie dziewięćdziesięciu minut gry byłoby zdecydowanie zbyt odważne, ale chyba nikt nie miałby wielkich pretensji, gdyby na holenderskich boiskach przyszło nam oglądać tak ambitną i waleczną grę naszych piłkarek, jak kilkanaście godzin temu na murawie Gamla Ullevi w Göteborgu. Pamiętajmy jednak, że pozytywy (świetnie, że się w końcu pojawiły) w żaden sposób nie mogą przesłonić nam realnego obrazu reprezentacji, a ten przedstawia się tak, że w dziewięciu ostatnich spotkaniach (nie licząc Iranu i Rosji) Szwedki strzeliły w sumie … dwa gole, z czego jeden padł po indywidualnym rajdzie Lotty Schelin! Z której strony nie spojrzymy, jest to statystyka absolutnie zatrważająca, gdyż nie da się rywalizować na wysokim poziomie, trafiając do siatki rywalek średnio raz na siedem godzin. Całkiem sporo można również poprawić w aspekcie wymienności pozycji oraz płynności akcji wyprowadzonych środkiem, bez lub z minimalnym udziałem jednej z wahadłowych obrończyń. Cieszy natomiast coraz większa efektywność ofensywnych stałych fragmentów gry, które wprawdzie znów nie przyniosły nam gola, ale w końcu przypominały coś, z czego szwedzka piłka słynęła przez dekady. Warto w tym miejscu przypomnieć, że przed startem EURO 2017 czekają nas jeszcze dwa mecze towarzyskie z niżej notowanymi rywalami i kto wie, czy taki dobór przeciwników nie okaże się ostatecznie najlepszym możliwym zestawieniem. Aby tak się stało, kluczowe będzie jednak spełnienie jednego, podstawowego warunku, którym szerzej zajmiemy się podczas zapowiedzi meczu ze Szkocją. A póki co – bardzo dziękujemy za USA i prosimy o więcej we wtorek.

Podsumowanie 8. kolejki

Przez mniej więcej czterdzieści minut rywalizacji na Stadionie Olimpijskim w Sztokholmie, zdecydowanie bardziej efektownie niż piłkarki United prezentowały się białe stroje zawodniczek z Eskilstuny i w zasadzie jedynym zaskoczeniem było to, że gospodynie nie potrafiły przekuć swojej przewagi na jakąkolwiek zdobycz bramkową. Podopieczne Joela Riddeza najbliżej powodzenia były po strzale Hanny Lundqvist, ale uderzona przez skrzydłową Djurgården futbolówka najpierw odbiła się od słupka, a następnie zamiast pod nogi sposobiącej się do dobitki Katrin Schmidt poszybowała w ręce Emelie Lundberg. Nie była to jednak ostatnia bramkowa okazja zawodniczek ze stolicy, które na tle liderek Damallsvenskan absolutnie nie przypominały drużyny z przegranego zaledwie kilka dni temu w fatalnym stylu meczu w Vittsjö. W końcowych fragmentach pierwszej połowy wreszcie obudziły się przyjezdne i trzeba oddać, że w zaledwie pięć minut wypracowały sobie tyle bramkowych sytuacji, co gospodynie w czterdzieści. Gol nie padł jednak ani po indywidualnym rajdzie Larsson (poradziła sobie nawet z Gunnarsdottir, ale sprzed linii bramkowej piłkę wygarnęła ofiarnie interweniująca Ekroth), ani po strzale z dystansu Malin Diaz, ani po żadnej z licznych akcji napędzanych przez niezwykle aktywny duet Schjelderup – Andersson. Do szatni obie ekipy udały się więc przy bezbramkowym remisie, ale jeśli czegoś mogliśmy być pewnym, to tego, że w drugiej połowie gole na Stadionie Olimpijskim w końcu padną. Obu ekipom nie udało się jednak utrzymać niesamowicie wysokiego tempa gry i choć tuż po przerwie obejrzeliśmy między innymi doskonałe sytuacje Brown i Jalkerud, to boiskowa rywalizacja straciła nieco na dynamice. W 67. minucie znów zrobiło się jednak ciekawie, gdyż gospodynie przypomniały sobie, że przecież nie na darmo przez pół okresu przygotowawczego w nieskończoność szlifowały ofensywne stałe fragmenty gry. Dośrodkowała Gisladottir, a Norlin kompletnie zgubiła krycie Viggosdottir i strzałem głową pokonała Lundberg, dając swojej drużynie prowadzenie. Niepokonane w dotychczasowych siedmiu meczach ligowych piłkarki United próbowały oczywiście natychmiast odpowiedzieć, ale dwójkowa akcja Larsson i Schough zakończyła się niecelnym podaniem, a mająca na nodze piłkę na remis Hanna Glas uznała, że z siedmiu metrów trzeba uderzać na siłę i tym sposobem nastrzeliła … Sheilę van den Bulk. Pomimo narastającego zmęczenia, zawodniczki ze stolicy broniły się w końcowych minutach niesamowicie mądrze i pokonując Eskilstunę udowodniły, że tegoroczna Damallsvenskan to liga, której po prostu nie da się nie lubić.

01

Beniaminek z Malmö już kilka razy tej wiosny potrafił pozytywnie zaskoczyć swoich kibiców, ale w Borlänge podopieczne Svena Sjunnessona dobrze prezentowały się jedynie w pierwszych pięciu minutach. W tym okresie miały nawet jedną stuprocentową okazję na zdobycie gola, ale pojedynek z Anną Welin wygrała osiemnastoletnia bramkarka Kvarnsveden Jenny Wahlén i od tego momentu na Ljungbergsplanen w piłkę grała już tylko jedna drużyna. Co równie istotne, po raz pierwszy w sezonie zespół z Dalarny pokazał, że nie musi być w stu procentach zależny od dyspozycji Tabithy Chawingi. Po 30 minutach gospodynie prowadziły bowiem 2-0, a napastniczka z Malawi nie wzięła bezpośredniego udziału w żadnej z bramkowych akcji. Sporych rozmiarów cegiełkę do obu trafień dołożyła za to Agnes Dahlström, która najpierw zabawiła się z defensorkami Limhamn Bunkeflo i dograła idealną piłkę Lovie Lundin, a następnie sama wpisała się na listę strzelczyń, efektowną główką zamykając centrę Julii Roddar spod linii końcowej. Chawinga oczywiście nie mogła pozwolić sobie na to, aby tak dobre spotkanie w wykonaniu całego zespołu zakończyć bez zdobyczy indywidualnej i choć pierwszą dogodną sytuację zmarnowała, posyłając futbolówkę wysoko nad poprzeczką, to w 35. minucie rozpoczęła swoje cotygodniowe show. Jeszcze przed przerwą, po prostopadłej piłce od Elizabeth Addo, podwyższyła na 3-0, a po wznowieniu gry potrzebowała zaledwie szesnastu sekund, aby pozbawić rywalki resztek złudzeń na to, że na Ljungbergsplanen da się jeszcze podjąć walkę. Piłkarki z Malmö nie były w stanie pokusić się choćby o honorowego gola, dzięki czemu Kvarnsveden po raz pierwszy w historii swoich występów w najwyższej klasie rozgrywkowej zagrał na zero z tyłu, a historyczny dla ekipy z Dalarny dzień w najlepszy możliwy sposób spuentowała Chawinga, w doliczonym czasie gry kompletując hat-tricka i ustalając wynik spotkania na 5-0 dla gospodyń.

02

O pierwszej połowie rywalizacji pomiędzy Örebro i Vittsjö można napisać tyle, że się odbyła, nikt nie doznał podczas niej poważnej kontuzji, a gwizdek Laury Rapp oznajmiający przerwę wszyscy neutralni widzowie powitali jak długo wyczekiwanego gościa. Towarzystwo na Behrn Arenie momentami próbowała nieco rozruszać Julia Spetsmark, ale od razu zaznaczmy, że nie były to akcje, które wybralibyśmy do kompilacji mającej przekonać zagranicznych kibiców do szwedzkiej ekstraklasy. Utrzymujący się bezbramkowy remis, który nijak nie mógł satysfakcjonować znajdującej się w strefie spadkowej drużyny Martina Skogmana, dawał nadzieję na nieco bardziej żwawe tempo w drugiej połowie, ale boiskowa rzeczywistość stosunkowo szybko zweryfikowała te przewidywania. Piłkarskiej jakości w grze Örebro wciąż było stosunkowo niewiele, a najlepszą okazję na otwarcie wyniku zmarnowały piłkarki ze Skanii, gdy jeden z ich kontrataków strzałem w poprzeczkę wykończyła Hannah Wilkinson. Przewaga miejscowych uwidoczniła się dopiero w ostatniej fazie meczu, ale z uderzeniami Terry oraz Spetsmark bezbłędnie poradziła sobie Szkotka Shannon Lynn, a w doliczonym czasie gry futbolówki do siatki Vittsjö nie potrafiła wepchnąć De Jongh. Podział punktów na Behrn Arenie oznacza, że gospodynie przedłużyły serię ligowych meczów bez wygranej już do sześciu spotkań, ale tym razem – w przeciwieństwie do niedawnej potyczki w Malmö – pretensje o taki stan rzeczy mogą mieć tylko i wyłącznie do siebie.

03

Jeśli ktoś chciał w niedzielne popołudnie obejrzeć mecz, który rozpoczął się od naprawdę mocnego uderzenia, to warto było wybrać się na LF Arenę. Sympatycy Piteå jeszcze nie zdążyli dobrze zająć swoich miejsc na trybunach, a ich piłkarki już przegrywały 0-1. Całe nieszczęście drużyny z Norrbotten rozpoczęło się od rzutu rożnego dla gości, a dalej wszystko potoczyło się już błyskawicznie. Neto przytomnie wycofała futbolówkę do Eriksson, Lövgren zgubiła krycie, a Arnth przymierzyła idealnie tuż przy słupku. Jak się miało później okazać, był to jedyny tego dnia strzał piłkarek z Linköping na bramkę Carlén, ale – co chyba jeszcze bardziej zaskakujące – wystarczył on do wywiezienia z LF Areny kompletu punktów. W kolejnych minutach inicjatywa należała w zasadzie wyłącznie do gospodyń, lecz pomimo wielu prób nie udało im się nawet wyrównać stanu rywalizacji. Podopieczne Stellana Carlssona starały się urozmaicać grę, atakowały zarówno środkiem, jak i skrzydłami, grały wysokim pressingiem, dzięki czemu długimi fragmentami nie schodziliśmy w zasadzie z połowy mistrzyń Szwecji, ale skala dominacji zawodniczek z Piteå widoczna była we wszystkich meczowych statystykach poza tą najważniejszą. Co więcej, tylko jeden raz – po centrostrzale Lotty Ökvist w poprzeczkę – gościom z Linköping wyraźnie pomogło szczęście; w pozostałych sytuacjach na wysokości zadania stawała dyrygowana przez świetnie dysponowaną Magdalenę Eriksson defensywa LFC. Spowalnianie tempa meczu i nieustanne wybijanie rywalek z uderzenia (Lina Hurtig robiła to chyba nawet aż za bardzo gorliwie) nie było być może najpiękniejszą taktyką, jaką kiedykolwiek mieliśmy okazję obserwować na szwedzkich boiskach, ale entuzjastyczna reakcja sektora gości po ostatnim gwizdku każe przypuszczać, że najprawdopodobniej nie o styl tu chodziło, a długa podróż powrotna do Östergötland upłynie nowym liderkom Damallsvenskan w całkiem przyjemnej atmosferze.

04

Niedzielne derby Skanii anonsowano jako potencjalnie jednostronne widowisko, ale najwyraźniej ktoś zapomniał poinformować o tym zawodniczki z Kristianstad, które nie przyjechały do Malmö jedynie po najmniejszy wymiar kary. W toczącym się niemal bez przerwy w strugach deszczu meczu, podopieczne Elisabet Gunnarsdottir postawiły faworyzowanym rywalkom niesamowicie trudne warunki i naprawdę niewiele brakowało, aby po raz pierwszy w historii udało im się wywieźć ze stadionu FC Rosengård ligowe punkty. Zwycięstwo dziesięciokrotnym mistrzyniom Szwecji w 84. minucie uratował jednak błysk dwóch rozgrywających do tamtego momentu bardzo przeciętne spotkanie gwiazd; Lieke Martens popisała się prostopadłym podaniem między dwójkę stoperek Kristianstad, a w powstałą lukę natychmiast wbiegła Anja Mittag i zrobiła to, co każda klasowa napastniczka powinna w takiej sytuacji zrobić. Warto jednak podkreślić, że wcześniej dwie najlepsze okazje do zdobycia gola stworzyły sobie przyjezdne, a tuż przed końcem pierwszej połowy byliśmy świadkami niemałej kontrowersji, gdy zmierzającą niechybnie do siatki Rosengård futbolówkę z linii bramkowej wybiła Lina Nilsson. Czy zrobiła to zgodnie z przepisami? Powtórki nie dały nam jednoznacznej odpowiedzi, ale prowadząca zawody na Malmö IP Pernilla Larsson nie zdecydowała się sięgnąć po gwizdek. Po przerwie, równie ofiarną interwencją uratowała swój zespół Emma Berglund, a Zecira Musovic musiała pokazać próbkę swych bramkarskich umiejętności po uderzeniu z dystansu Rebecki Edwards. Swoje okazje miały rzecz jasna również gospodynie, które z kolei ruszyły z uzasadnionymi skądinąd pretensjami do pani arbiter, gdy ta jeszcze przy wyniku 0-0 nie zauważyła faulu na wychodzącej na czystą pozycję Elli Masar. Wyrównany bój w derbach Skanii z pewnością nie był jednak czymś, co zaspokajałoby ambicje fanów FCR, których oprócz wyniku cieszyć mogły jedynie kolejny udany występ Lotty Schelin oraz … perspektywa dwutygodniowej przerwy reprezentacyjnej, podczas której będzie można przemyśleć kilka istotnych kwestii przed decydującą fazą rundy wiosennej.

05

Sześć goli, dwadzieścia jeden celnych strzałów, mnóstwo zwrotów akcji i zero boiskowej kalkulacji – tak w liczbach wyglądało starcie dwóch najmłodszych ekip tegorocznej Damallsvenskan. Szalony, piłkarski spektakl na Valhalli ostatecznie zakończył się w pełni sprawiedliwym remisem i choć obie drużyny miały prawo odczuwać w związku z tym delikatny niedosyt, to podniesiony z przesiąkniętej deszczem murawy punkt z całą pewnością bardziej zadowolił gości ze Sztokholmu. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, wszak nie codziennie w piłce nożnej udaje się odrobić trzybramkową stratę, szczególnie jeśli trzeba dokonać tego na boisku wyżej notowanego rywala. Zanim jednak podopieczne Olofa Unogårda rozpoczęły swój niezwykle efektowny powrót, w roli głównej wystąpiła Adelina Engman. Dynamiczna, fińska skrzydłowa miała spory udział przy dwóch golach zdobytych przed przerwą przez drużynę z Göteborga, a ponieważ trzecią (choć patrząc chronologicznie – pierwszą) bramkę dołożyła jeszcze po chytrze rozegranym rzucie wolnym Beata Kollmats wydawało się, że w drugiej połowie nic złego piłkarkom z Västergötland stać się po prostu nie może. Nadzieję głośno dopingującym ekipę ze Sztokholmu kibicom szybko przywróciła jednak Filippa Angeldahl, która urządziła sobie zakończony celnym strzałem rajd między obrończyniami KGFC i od tej chwili oglądaliśmy już prawdziwą jazdę bez trzymanki w wykonaniu zawodniczek beniaminka. Kontaktowe trafienie Sadiku było efektem ogromnego zamieszania w szesnastce Fanny Lund po rzucie rożnym, zaś wyrównujący gol Julii Zigiotti Olme padł po fatalnym błędzie Catrine Johansson przy wyprowadzaniu piłki z własnej połowy. Odrobienie strat najwidoczniej nie do końca satysfakcjonowało ekipę z Södermalm, ale po kolejnym strzale Zigiotti Olme doskonale swoją bramkarkę asekurowała stojąca na linii bramkowej Savannah Levin. Z walki o komplet punktów nie rezygnowały rzecz jasna także gospodynie, którym szczególnie w ostatnich minutach udało się przenieść ciężar gry w pobliże bramki Emmy Holmgren, ale siódmego gola w szalonym widowisku na Valhalli nie zdobył ostatecznie nikt. I chyba całe szczęście, gdyż żadna z drużyn nie zasłużyła na to, aby po takim meczu opuszczać boisko z pustymi rękoma.

06

07

08

09

Przygotowania w cieniu Diazgate

1d0ee529-11f3-4bf8-9349-ddf956b638f4

Fot. Bildbyrån

Na cztery dni przez meczem z mistrzyniami świata na Stadionie Narodowym i jednocześnie na miesiąc przed najważniejszym piłkarskim turniejem roku zdecydowanie najwięcej uwagi powinniśmy poświęcać kwestiom czysto sportowym. Niestety, możemy być pewni, że na rozpoczynającym się za kilkanaście godzin zgrupowaniu w Göteborgu, równie wiele, co o futbolu, rozmawiać będziemy na tematy, które szczególnie na tym etapie przygotowań do imprezy docelowej absolutnie nie powinny nas rozpraszać. Tego, że atmosfera wokół kadry jest prawdopodobnie najgorsza w historii, nikt nie próbuje już nawet ukrywać. Selekcjonerski duet Sundhage – Persson, przedstawiciele federacji, kluby i EFD po raz pierwszy od niepamiętnych czasów mówią jednym głosem; wszyscy są zgodni co do tego, że czas na poszukiwanie porozumień i kompromisów już minął, a jedyne, co nam pozostało, to przeczekać najbliższe dwa miesiące, raz na zawsze zamknąć obecny rozdział i rozpocząć nową – oby lepszą – erę szwedzkiej piłki reprezentacyjnej. Ów plan byłby nawet całkiem sensowny, gdyby nie jeden mały szczegół – podczas wspomnianych dwóch miesięcy przyjdzie nam zagrać w finałach EURO 2017, a patrząc na turniejową drabinkę, taka szansa na awans do strefy medalowej (a nawet finału) wielkiej, piłkarskiej imprezy może się szybko nie powtórzyć.

Ani Pia Sundhage, ani Lilie Persson (nawiasem mówiąc, chyba spokojnie można zacząć traktować je jako równorzędne selekcjonerki), nie wysyłają jednak żadnych sygnałów świadczących o tym, że któraś z nich ma pomysł na wyjście z obecnego kryzysu. Co więcej, obie wydają się być całkowicie pogodzone z zaistniałą sytuacją i zamiast prób scementowania rozbitej jak nigdy wcześniej grupy, formułują opinie, które raczej nie wpłyną na poprawę atmosfery w szwedzkim obozie, a już na pewno nie spowodują, że zawodniczki przystąpią do najważniejszych meczów roku z wiarą we własne umiejętności. Krytyka obu trenerek nie ominęła nawet Caroline Seger i choć ani Sundhage, ani Persson nie potrafiły choćby w przybliżeniu podać liczby minut rozegranych w minionym sezonie przez kapitankę szwedzkiej kadry w barwach Olympique Lyon, to obie stwierdziły, że w jej przypadku brak rytmu meczowego będzie olbrzymim problemem. Oczywiście, nie da się ukryć, że szczególnie w decydującej fazie rozgrywek Seger nie była podstawową zawodniczką w układance Gerarda Precheura, ale zastanawiający jest fakt, że tak dosadne słowa padają na oficjalnej konferencji, która na dodatek ma miejsce jeszcze przed rozpoczęciem zgrupowania, a więc zanim ktokolwiek ze sztabu miał w ogóle okazję przyjrzeć się z bliska aktualnej dyspozycji zawodniczki. Przypadek Sary Thunebro przyjeżdżającej na kadrę z frankfurckich trybun i osiągającej ponadprzeciętne wyniki na testach jest chyba wystarczającym dowodem na to, że – abstrahując na moment od pozostałych, nie mniej istotnych powodów – wypowiedź w takim tonie była zdecydowanie przedwczesna (pomijając, że całkowicie niepotrzebna).

Zostawmy jednak Seger, bowiem od dnia, w którym ogłoszona została kadra na USA i Szkocję, w centrum uwagi nieprzerwanie znajduje się zupełnie inna piłkarka. Pominięcie Malin Diaz odbiło się szerokim echem w ogólnokrajowych mediach, czemu nawet trudno się jakoś szczególnie dziwić, gdyż gdyby brać pod uwagę jedynie aspekt sportowy, filigranowa pomocniczka Eskilstuny na znalezienie się w kadrze zasługiwała jak mało kto. Szybko okazało się jednak, że cała sprawa ma drugie dno; selekcjonerki zgodnie twierdziły, że zawodniczka postanowiła nie skorzystać z powołania, czemu zresztą nie zaprzeczyła również sama Diaz, zaznaczając jednak przy tym, aby nie odbierać tego jako definitywną rezygnację z gry w reprezentacji. Oficjalnym powodem absencji piłkarki Eskilstuny są problemy zdrowotne i ogólne przemęczenie, ale czynniki te nie przeszkadzają jej w rozgrywaniu rekordowej liczby minut w klubie, gdzie tydzień w tydzień należy do najbardziej wyróżniających się zawodniczek United. Co więcej, pamiętamy, że w nie tak odległej przeszłości Diaz potrafiła przyjeżdżać na zgrupowania nawet pomimo poważnych problemów z plecami, a była to “zaledwie” kadra młodzieżowa. O co zatem w tym wszystkim chodzi? Pewną wskazówkę może stanowić deklaracja samej piłkarki, która podkreśla, że w sprzyjających okolicznościach jej powrót do reprezentacji jest możliwy jeszcze w tym roku. Przypomnijmy, że wcześniej z gry dla Sundhage w podobny sposób wypisały się Lina Nilsson oraz Hanne Gråhns, a wciąż niejasny pozostaje status Mariji Banusic, choć akurat ona rzeczywiście wciąż dochodzi do pełni formy po serii mikrourazów. Nieobecność którejkolwiek z wymienionych zawodniczek w kadrze na EURO 2017 byłaby o tyle niefortunna, że do gry na dziesiątce nie mamy na chwilę obecną właściwie nikogo, a żadna z bocznych defensorek nie ma wartościowej dublerki. Wszystko wskazuje jednak na to, że niektóre piłkarki są gotowe poświęcić nawet perspektywę występu na wielkim turnieju, skoro wcześniej dano im do zrozumienia, że nie pasują do koncepcji szwedzkich selekcjonerek.

Sporo wątpliwości wzbudza również niedawna wypowiedź Pii Sundhage, w której selekcjonerka przypuściła kolejny frontalny atak na trenerów klubowych. Tym razem poszło o wystawianie piłkarek na niewłaściwych pozycjach, co – zdaniem Sundhage – może w sposób bardzo negatywny odbić się na lipcowej postawie reprezentacji. Nie ważne, że bezpośrednio przed turniejem wszystkie zawodniczki będą do dyspozycji sztabu szkoleniowego kadry – już dziś wiadomo, że złe nawyki wyniesione wiosną z ligowych boisk będą stanowić podstawową przyczynę ewentualnej słabszej postawy w Holandii. Przyznacie, że już sama teoria jest mocno wątpliwa, ale jeszcze bardziej interesująco robi się, gdy przejdziemy do konkretów. Otóż, według Sundhage, Lisa Dahlkvist regularnie występuje w Örebro na środku defensywy, choć w rzeczywistości nie zagrała na tej pozycji ani minuty (!), a parę stoperek niezmiennie tworzą na Berhn Arenie Svensson oraz Pettersson Engström. W roli obrończyni nasza selekcjonerka widziała również Elin Rubensson, która także nie miała jeszcze w tym roku okazji, aby choć raz sprawdzić się w tej roli. Trochę bardziej trafione były przykłady Berglund oraz Samuelsson, gdyż faktycznie obie rozegrały w tej rundzie po cztery mecze odpowiednio na boku obrony i pomocy, ale jeśli Sundhage twierdzi, że w przypadku tak doświadczonych piłkarek owe 360 minut stanowić będzie aż tak olbrzymi problem, to trudno spoglądać w najbliższą przyszłość z optymizmem. Najzabawniejsze w tej całej historii jest jednak chyba to, że selekcjonerka całkowicie pominęła w swojej wyliczance Kosovare Asllani, która w Manchesterze rzucana była po różnych sektorach boiska, a raz zdarzyło jej się nawet wystąpić w roli wysuniętej napastniczki. Spośród wszystkich kadrowiczek to właśnie Kosse zdecydowanie najlepiej wpisywała się więc w profil nakreślony przez Sundhage. Inna sprawa, że chyba każdy, kto pamięta chociażby niedawne fiasko kompaktowej ofensywy, doskonale zdaje sobie sprawę, że żaden szkoleniowiec w Damallsvenskan nie ma takiego doświadczenia w eksperymentowaniu z wystawianiem piłkarek na nienaturalnych dla nich pozycjach, jak opiekunka najważniejszej drużyny w kraju.

Za cztery dni gramy z USA, za dziewięć dni ze Szkocją, za szesnaście dni poznamy ostateczny kształt kadry na EURO, za trzydzieści siedem dni wylatujemy do bazy w Arnhem. Za ile dni nastąpi wyczekiwane już chyba przez wszystkich nowe otwarcie? Skoro i tak mamy się jeszcze trochę pomęczyć, to chyba nikt nie miałby nic przeciwko temu, żeby stało się to dzień po finale. W obecnej sytuacji brzmi to wprawdzie jak wyjątkowo marnej jakości żart, ale ostatecznie Rio też teoretycznie nie miało prawa się wydarzyć.