Najwyższy czas trochę postrzelać!

Fot. Nir Keidar

Naprawdę nie trzeba zaliczać się do grona piłkarskich ekspertów, aby wskazać jeden z podstawowych problemów szwedzkiej kadry za kadencji duetu Sundhage – Persson. Skuteczność – a mówiąc bardziej dokładnie jej brak – to kwestia obok której trudno przejść obojętnie, jeśli oczywiście rzeczywiście poważnie myślimy o wykorzystaniu sprzyjającej drabinki i zakończeniu lipcowo-sierpniowego EURO jakimś miłym akcentem. Niestety, wyłączając spotkania ze znacznie niżej notowanymi Rosją i Iranem, w ostatnich miesiącach reprezentacja Szwecji zdołała pobić chyba wszystkie możliwe rekordy strzeleckiej niemocy, a wiara w to, że drugi raz z rzędu dwa gole wystarczą do tego, aby doczłapać do finału wielkiej imprezy, oparta jest na wyjątkowo słabych fundamentach. Tymczasem, od września ubiegłego roku drużyna Pii Sundhage zdążyła rozegrać aż dziewięć meczów z wymagającymi rywalami, osiągając w nich następujące rezultaty:

– 0-2 z Danią

– 0-0 z Norwegią

– 1-2 z Norwegią

– 0-0 z Anglią

– 1-0 z Australią

– 0-0 z Chinami

– 0-1 z Holandią

– 0-1 z Kanadą

– 0-1 z USA

Dobrze widzicie, podczas ponad czternastu godzin spędzonych na boisku (wliczając w to czas doliczony), reprezentacja Szwecji zdołała strzelić swoim przeciwniczkom zaledwie dwa gole! Mało tego, jeden z nich był efektem indywidualnego rajdu Lotty Schelin, która w pojedynkę zabawiła się w skąpanej deszczem Albufeirze z australijską defensywą, zaś autorka drugiego od kilku miesięcy dochodzi do siebie po koszmarnej kontuzji więzadeł i w tym roku na murawie już jej raczej nie zobaczymy. Poza dwiema wspomnianymi sytuacjami, nie udało się jednak strzelić kompletnie nic, choć okazji ku temu – że wspomnimy tu chociażby potyczki z Anglią czy USA – naprawdę nie brakowało. Problem zauważyła i zdiagnozowała zresztą nawet sama selekcjonerka, która po pechowej porażce z Amerykankami otwarcie przyznała, że w tej chwili już nie pora na dyskusję o meandrach kompaktowej ofensywy i równego rozkładania akcentów pomiędzy skrzydła i środek; najważniejsze jest to, żeby w końcu zaczęło wpadać. Tutaj akurat trudno odmówić Sundhage racji, bo chyba nikt nie chciałby przekonać się, jakie byłyby konsekwencje, gdyby ze Szkocją lub Meksykiem znów przytrafił się nam mecz na zero z przodu. Mówiąc najbardziej łagodnie, taki scenariusz z pewnością nie wpłynąłby korzystnie na morale zespołu w przededniu najważniejszego w tym roku turnieju, który – na wypadek jeśli ktoś zapomniał – otwieramy starciem z obrończyniami mistrzowskiego tytułu i jednocześnie aktualnymi liderkami światowego rankingu.

Wracając jednak do najbliższych sparingów, taki, a nie inny układ meczów może – wbrew początkowym obawom – okazać się prawdziwym prezentem od losu. Jasne, możemy sobie powtarzać, że Szkotki zakwalifikowały się na holenderskie EURO, a Meksykanki to drużyna bardzo perspektywiczna, ale w niczym nie zmieni do faktu, że na koniec przygotowań dostajemy dwóch niżej notowanych przeciwników, a strzelenie im kilku goli będzie mimo wszystko zadaniem zdecydowanie łatwiejszym niż byłoby w starciu z którymkolwiek z zespołów z listy zamieszczonej powyżej. Meksykańską defensywę od monolitu dzieli mniej więcej tyle, co drużyny ze Sztokholmu od finału Ligi Mistrzyń, a szkockie bramkarki i stoperki zdecydowanie częściej niż w najlepszych interwencjach sezonu oglądamy w kompilacjach z najbardziej zabawnymi piłkarskimi kiksami. Bardziej wygodnego rywala na przełamanie naprawdę trudno było sobie wymarzyć (zakładamy, że rewanże z Mołdawią lub Iranem jednak nie wchodziły w grę) i przed wtorkowym meczem jak najbardziej zasadne wydaje się pytanie: Jak nie z nimi, to z kim? Jak nie teraz, to kiedy?

Kilkadziesiąt sekund temu wspomnieliśmy, że bramkowy impas szwedzkiej reprezentacji przerwać może nawet Hedvig Lindahl lub Hilda Carlén i nikt nie będzie z tego powodu przesadnie grymasił, ale jednak dwa nadchodzące mecze to najlepszy (a przy okazji również ostatni) moment, aby w grze kadry zafunkcjonowało kilka elementów, które w ostatnim czasie istniały wyłącznie w teorii. Po pierwsze, warto w końcu strzelić coś po stałym fragmencie. Ten element gry, który zresztą przez dekady stanowił niezwykle silną broń naszej kadry, bardzo intensywnie trenowany był zarówno przed kanadyjskim mundialem, jak i przed brazylijskimi Igrzyskami, ale w obu przypadkach nie przyniosło to spodziewanych efektów i gdyby nie samobójcze trafienia Nigeryjki Oparanozie oraz bramkarki RPA Barker, moglibyśmy mówić o całkowitym fiasku. Jeszcze gorzej przedstawia się bilans spotkań towarzyskich, w których wprawdzie udało się zdobyć po rzutach rożnych trzy gole, ale wszystkie one padły w rywalizacji z mającą bardzo ograniczoną wiedzę na temat gry defensywnej ekipą Iranu. Co ciekawe, zostały one zdobyte w odstępie zaledwie kilkudziesięciu minut, po kornerach rozegranych według identycznego schematu; z narożnika boiska dośrodkowała Schough, a na piłkę w ten sam sposób nabiegała Eriksson. Piłkarki z Persji oczywiście nie zorientowały się, że może warto byłoby zwrócić baczniejszą uwagę na defensorkę Linköping we własnej szesnastce, ale z prawdopodobieństwem bliskim pewności możemy przypuszczać, że Niemki i Włoszki nie wykażą się aż taką wspaniałomyślnością. Inna sprawa, że od drużyny mającej w swoich szeregach takie zawodniczki jak Fischer, Sembrant, Berglund, Dahlkvist czy Schelin po prostu wypada oczekiwać, że raz na jakiś czas strzeli coś po stałym fragmencie. I to raczej częściej niż rzadziej. Poza efektywnością przy stałych fragmentach nie zawadziłoby poprawić także liczb naszych napastniczek, bo o ile o wspomnianą Schelin jesteśmy tej wiosny względnie spokojni, o tyle jej koleżankom z formacji ofensywnej z pewnością przydałby się klasyczny mecz na przełamanie. Wiadomo, nawet ewentualny hat-trick ze Szkocją nie sprawi, że Stina Blackstenius nagle zacznie wykorzystywać chociaż połowę dogodnych okazji (bo gdyby to robiła, to co dwanaście miesięcy odbierałaby nagrodę dla królowej strzelczyń dowolnej ligi na świecie), ale mając w perspektywie ważny turniej, zawsze lepiej przystąpić do niego ze świadomością, że piłka po twoich strzałach ląduje tuż pod, a nie tuż nad poprzeczką. Skoro jesteśmy już przy meczach na przełamanie, to nie ukrywajmy, że takiego bardzo potrzebowałaby również Caroline Seger. Jej pozycja w kadrze wydaje się być rzecz jasna niepodważalna, ale znamienne jest, że zdecydowanie więcej miejsca poświęca się ostatnio liczeniem minut spędzonych przez współkapitankę szwedzkiej kadry na ławce Olympique Lyon, niż chociażby zdobyciu przez nią we Francji potrójnej korony. Udany występ przeciwko Szkocji z pewnością uspokoiłby atmosferę wokół Seger i pozwolił jej przygotowywać się do mistrzostw Europy w zdecydowanie bardziej komfortowych warunkach.

Plan na wtorkowy wieczór wydaje się zatem oczywisty: zagrać dobry mecz, strzelić kilka bramek, rozjechać się do klubów (w przypadku piłkarek z lig zagranicznych: na krótki odpoczynek) i lipcowe zgrupowanie rozpocząć w zdecydowanie bardziej pozytywnej atmosferze niż to czerwcowe. Proste? Przekonamy się już za kilkadziesiąt godzin.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s