Gra lepsza niż wynik

Fot. GP

Historia szwedzko-amerykańskich potyczek jest niezwykle długa i bogata, ale trzeba przyznać, że w takich okolicznościach obie reprezentacje nie miały jeszcze okazji się spotkać. O sytuacji w drużynie prowadzonej przez Pię Sundhage powiedziano i napisano już chyba wszystko, ale Jill Ellis również nie mogła przygotowywać się do europejskiego tournee w atmosferze spokoju i harmonii. Przeciętny występ na turnieju SheBelieves Cup, kontuzje kilku kluczowych zawodniczek i wreszcie afera z Jaelene Hinkle w roli głównej sprawiły, że w USA mecz przeciwko Szwecji urósł do rangi spotkania, które przy dobrym układzie pozwoliłoby powrócić USWNT na właściwe tory. Oczekiwania te były dodatkowo potęgowane faktem, że od Orlando do Seattle wciąż żywe są wspomnienia przegranego w niezwykle dramatycznych okolicznościach ćwierćfinału Igrzysk Olimpijskich w sierpniu 2016. Co ciekawe, temat ewentualnego, amerykańskiego rewanżu nie był aż tak chętnie podejmowany w szwedzkim obozie, choć oczywiście wszyscy mieli nadzieję na podtrzymanie fenomenalnej passy w rywalizacji z trzykrotnymi mistrzyniami świata.

Przed rozpoczęciem meczu piłkarki obu drużyn uczciły wspólnie z licznie zebranymi na trybunach Gamla Ullevi kibicami trwający właśnie Pride Month, ale wraz z pierwszym gwizdkiem prowadzącej to spotkanie Czeszki Olgi Zadinovej skończyła się celebracja, a zaczęła rywalizacja. Zamiast spodziewanych ataków gości, w początkowej fazie meczu oglądaliśmy jednak przede wszystkim walkę w środku pola, a jeśli ktoś dochodził już do sytuacji strzeleckiej, to najczęściej były to gospodynie. Szwedzkie piłkarki, które jeszcze nie tak dawno, bo w meczach z Chinami, Holandią i Kanadą, raziły apatycznością i całkowitym brakiem kreatywności, na tle mistrzyń świata prezentowały się nadzwyczaj solidnie. Lotta Schelin raz po raz udowadniała, że jeśli zdaniem kapituły FIFA jej ubiegłoroczna forma była na poziomie czołowej dziesiątki na świecie, to w tym roku już trzeba powoli wysyłać główną nagrodę na adres w Malmö, a reszta drużyny wcale nie zamierzała być gorsza od swojej kapitanki. Nie będzie zatem wielkiego przekłamania w stwierdzeniu, że pochwały za grę w pierwszej połowie należały się całej jedenastce, choć na specjalne wyróżnienia zapracowały sobie niezmordowana rekonwalescentka Jessica Samuelsson oraz rozgrywająca swój najlepszy mecz w kadrze (nie licząc „połówki” z Iranem) Olivia Schough. Ci, którzy obawiali się nieco o występ Hildy Carlén, mogli o tyle odetchnąć, że golkiperka Piteå przez całą pierwszą połowę zaledwie raz została zmuszona do interwencji. Jeden błąd – na szczęście bez poważniejszych konsekwencji – przytrafił się także całkiem dobrze zorganizowanej formacji defensywnej, ale niepilnowana przez nikogo na dwunastym metrze Lloyd nie sięgnęła trochę zbyt mocno zagranej w jej kierunku piłki. Znacznie więcej działo się za to pod bramką Alyssy Naeher, ale zawodniczka Chicago Red Stars – pomimo niebezpiecznych strzałów z dystansu Dahlkvist oraz Schough – także zachowywała czyste konto. Tuż przed końcem pierwszej połowy wydatnie pomogła jej w tym Allie Long, naprawiając swój własny błąd sprzed kilkunastu sekund i w ostatniej chwili wygarniając zmierzającą do amerykańskiej siatki futbolówkę.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie, ale tym razem jeden moment nieuwagi wystarczył do nieszczęścia. Dunn posłała prostopadłą piłkę pomiędzy Sembrant i Andersson, a wybiegająca zza ich pleców Lavelle uderzyła po długim rogu na tyle precyzyjnie, że Carlén nie miała żadnych szans na skuteczną interwencję. Dla będącej odkryciem pierwszej połowy tegorocznego sezonu NWSL pomocniczki Boston Breakers był to drugi gol w reprezentacji, ale z perspektywy Jill Ellis najistotniejsza była informacja, że dawał on jej podopiecznym prowadzenie, na które z przebiegu gry żadnym sposobem nie zasługiwały. Kolejne minuty to dalszy ciąg bardzo przyzwoitej gry Szwedek, które jednak wciąż nie potrafiły przekuć swojej przewagi na jakąkolwiek zdobycz bramkową. Sytuacji strzeleckich nie brakowało, ale albo w ostatniej chwili równowagę straciła Larsson, albo amerykańskie defensorki wyłuskały piłkę spod nóg szarżującej Schelin, albo po dobrze wykonanym przez Dahlkvist rzucie wolnym nieznacznie pomyliła się Seger. W 86. minucie zdecydowanie najbliżej powodzenia była rozgrywająca swój setny mecz w koszulce reprezentacji Szwecji Kosovare Asllani, ale po strzale piłkarki Manchesteru Naeher instynktownie odbiła futbolówkę na poprzeczkę. Wielka szkoda, gdyż tak efektowny gol byłby z pewnością najlepszym sposobem na podkreślenie tak pięknego jubileuszu.

Porażka 0-1 oznacza, że Pia Sundhage po raz pierwszy w karierze przegrała z USA w roli selekcjonerki szwedzkiej kadry. Jak na ironię, stało się to po chyba najlepszym występie prowadzonej przez nią drużyny w starciu z mistrzyniami świata. Czy wczorajszy mecz pozwala nam patrzeć w najbliższą przyszłość przynajmniej z umiarkowanym optymizmem? Cóż, wyciąganie daleko idących wniosków na podstawie dziewięćdziesięciu minut gry byłoby zdecydowanie zbyt odważne, ale chyba nikt nie miałby wielkich pretensji, gdyby na holenderskich boiskach przyszło nam oglądać tak ambitną i waleczną grę naszych piłkarek, jak kilkanaście godzin temu na murawie Gamla Ullevi w Göteborgu. Pamiętajmy jednak, że pozytywy (świetnie, że się w końcu pojawiły) w żaden sposób nie mogą przesłonić nam realnego obrazu reprezentacji, a ten przedstawia się tak, że w dziewięciu ostatnich spotkaniach (nie licząc Iranu i Rosji) Szwedki strzeliły w sumie … dwa gole, z czego jeden padł po indywidualnym rajdzie Lotty Schelin! Z której strony nie spojrzymy, jest to statystyka absolutnie zatrważająca, gdyż nie da się rywalizować na wysokim poziomie, trafiając do siatki rywalek średnio raz na siedem godzin. Całkiem sporo można również poprawić w aspekcie wymienności pozycji oraz płynności akcji wyprowadzonych środkiem, bez lub z minimalnym udziałem jednej z wahadłowych obrończyń. Cieszy natomiast coraz większa efektywność ofensywnych stałych fragmentów gry, które wprawdzie znów nie przyniosły nam gola, ale w końcu przypominały coś, z czego szwedzka piłka słynęła przez dekady. Warto w tym miejscu przypomnieć, że przed startem EURO 2017 czekają nas jeszcze dwa mecze towarzyskie z niżej notowanymi rywalami i kto wie, czy taki dobór przeciwników nie okaże się ostatecznie najlepszym możliwym zestawieniem. Aby tak się stało, kluczowe będzie jednak spełnienie jednego, podstawowego warunku, którym szerzej zajmiemy się podczas zapowiedzi meczu ze Szkocją. A póki co – bardzo dziękujemy za USA i prosimy o więcej we wtorek.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s