Zagrać, zwyciężyć, zapomnieć

bigOriginal

W pierwszym meczu z Węgrami Nilla Fischer zadedykowała gola swojej ciężarnej żonie (Fot. DN)

Choć Peter Gerhardsson już kilka razy podkreślał, że wiosenne starcie z Węgierkami w niczym nie będzie przypominać październikowej potyczki, nastroje przed pierwszym w tym roku meczem w ramach eliminacji do francuskiego mundialu są w Szwecji niesamowicie spokojne. Wciąż niepokonana za kadencji obecnego selekcjonera kadra nie jest jeszcze oczywiście produktem kompletnym, ale prezentowany przez nią styl jak najbardziej pozwala podchodzić do starcia z najsłabszym grupowym rywalem bez niepotrzebnego strachu i lęku przed tym, co może wydarzyć się w najbliższy czwartek na boisku w Szombathely. W słowa szkoleniowca warto jednak się wsłuchać, gdyż przypominają nam one o starej, piłkarskiej prawdzie, że jakiekolwiek punkty będziemy mogli dopisać sobie dopiero po ostatnim gwizdku. Nawet jeśli faworyta teoretycznie wskazać nietrudno, swoją wartość i tak trzeba będzie na koniec udowodnić na zielonej murawie, a węgierskiej kadry przynajmniej z kilku powodów lekceważyć nie można.

Pierwszą trudnością, z którą nawiasem mówiąc szwedzkie piłkarki muszą radzić sobie podczas każdych eliminacji, jest dość niefortunny termin spotkania. Dotyczy to przede wszystkim zawodniczek występujących na co dzień w klubach Damallsvenskan, które dopiero za dwa tygodnie zainaugurują ligowe zmagania. Wprawdzie na Pucharze Algarve szwedzka druga linia (jedyna obecnie formacja oparta na piłkarkach grających w rodzimej lidze) prezentowała się więcej niż poprawnie, ale nie zapominajmy, że w Portugalii mierzyliśmy się wyłącznie z rywalami również grającymi w systemie wiosna-jesień.

Kolejną kwestią jest siłą rażenia węgierskiej kadry, która w Szombathely będzie zdecydowanie większa niż kilka miesięcy temu w Borås. W październiku, z różnych powodów, do Szwecji nie przyjechało kilka kluczowych piłkarek z kraju naszych najbliższych rywalek, ale już na marcowym Pucharze Cypru znów oglądaliśmy zdecydowanie lepsze oblicze Madziarek. Nie spodziewajmy się absolutnie tego, że Węgierki nagle postanowią przez dziewięćdziesiąt minut prowadzić grę, ale chociażby ich mecz z Koreą Północną pokazał w jak mądry i zdyscyplinowany sposób potrafią przeciwstawić się zdecydowanie wyżej notowanemu rywalowi. Indywidualności w ich kadrze także zresztą nie brakuje, a jeśli ta zdecydowanie największa będzie akurat miała swój dzień, to szwedzka defensywa musi się mieć mocno na baczności. Nie tak dawno bardzo boleśnie przekonali się o tym zresztą w Eskilstunie.

Pomimo tych wszystkich środków ostrożności, trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że w czwartek każdy inny wynik jak pewne zwycięstwo (najlepiej poparte do tego dobrą grą) byłoby dla nas ogromnym rozczarowaniem. Nawet jeśli w szwedzkiej kadrze znajdują się piłkarki, które właśnie szukają rytmu meczowego, w czwartkowy wieczór po prostu muszą go odnaleźć i solidnie wykonać swoje zadanie. Dwanaście punktów na półmetku eliminacji może być fenomenalnym punktem wyjścia przed najważniejszymi w tym roku potyczkami, ale ani na moment nie zapominajmy, że do pełni szczęścia potrzebujemy jeszcze zwycięstwa w Szombathely. Terminarz ułożył się tak, że podczas kwietniowego, reprezentacyjnego maratonu swój jedyny mecz gramy pierwszego dnia, a więc plan na najbliższy tydzień przedstawia się następująco: zagrać swoje, zwyciężyć, a następnie w spokoju czekać na wieści z Viborga. Niech tym razem martwią się inni. Ci, którzy muszą gonić.

Almqvist ratuje twarz Linköping

LFC_MCI

Fot. Bildbyrån

Można wyeliminować Apollon grając dobrze przez 45 minut dwumeczu, można wyeliminować Spartę Praga grając dobrze przez 60 minut dwumeczu, ale jeśli ktoś ma nadzieję, że 45 minut dobrej gry wystarczy do wyeliminowania Manchesteru, to może się delikatnie rozczarować. Mistrzynie Anglii przyjechały na Arenę Linköping jak po swoje i nawet przez sekundę nie pozostawiły swoim rywalkom złudzeń co do tego, która z grających w tej parze drużyn może na tę chwilę aspirować do najlepszej czwórki w Europie. Oczywiście, należy docenić pogoń, którą podopieczne Marcusa Walfridssona podjęły po przerwie, gdyż w pewnym momencie wydawało się, że sympatycy LFC będą musieli przeżywać powtórkę ze wstydliwego, jesiennego 0-6 z Eskilstuną, ale z drugiej strony nie zapominajmy, że nawet w tej całkiem niezłej przecież z naszej perspektywy drugiej połowie, Angielki pokazały olbrzymią dojrzałość, dokładając w kluczowym momencie jeszcze jednego gola, który definitywnie rozstrzygnął także kwestię zwycięstwa w meczu rewanżowym.

Wszystko, co najgorsze wydarzyło się jednak przed przerwą, gdyż to właśnie wtedy zespół Nicka Cushinga w zasadzie przypieczętował awans do półfinału. Linköping rozpoczął odważnie, starając się jak najszybciej odrobić przynajmniej część poniesionych w pierwszym meczu strat, ale próby ataków w wykonaniu mistrzyń Szwecji były najczęściej tak skuteczne, jak słynna już kompaktowa ofensywa autorstwa Pii Sundhage. Co gorsza, równie słabo wyglądała postawa defensywy i drugiej linii Linköping, co raz po raz wykorzystywały zawodniczki z Manchesteru, które zarówno w strefie środkowej, jak i na skrzydłach, miały zdecydowanie zbyt wiele swobody. Na efekty takiego obrazu gry nie trzeba było długo czekać i już po niespełna kwadransie doskonale obsłużona przez Stokes Jane Ross wyprowadziła zespół z Anglii na prowadzenie. Kolejne minuty przyniosły nam one-woman-show w wykonaniu Melissy Lawley, która najpierw dwukrotnie asystowała przy trafieniach Georgii Stanway, a następnie dośrodkowała z rzutu rożnego wprost na głowę Beattie. 4-0 dla gości, a przecież mogło być jeszcze wyżej, gdyby nie jedna fenomenalna interwencja Carlén oraz podniesiona chorągiewka sędzi liniowej przy trzecim golu Stanway. Po przeciwnej stronie boiska, Linköping tak naprawdę tylko raz – za sprawą Mariji Banusic – był bliski pokonania Ellie Roebuck.

Po przerwie na placu gry pojawiła się jednak Tove Almqvist i już pierwszy jej rajd dał nadzieję, że mistrzyniom Szwecji uda się jeszcze wyjść z tego dwumeczu z twarzą. 21-letnia pomocniczka zbiegła do linii końcowej, dograła w tempo do nabiegającej na bliższy słupek Banusic, a reprezentacyjna pomocniczka strzałem bez przyjęcia umieściła futbolówkę w siatce Manchesteru. Osiem minut później było już 2-4 i ponownie to Almqvist była tą, która skutecznie napędziła zakończony golem atak. Tym razem, superrezerwowa Linköping w stylu Pernille Harder wdarła się w szesnastkę gości, gdzie została sfaulowana przez Christiansen, a podyktowaną za to przewinienie jedenastkę na bramkę raz jeszcze zamieniła Banusic. W tym momencie wydawało się, że gospodynie spróbują dziś powalczyć choćby o remis, ale piąty gol dla Manchesteru natychmiast ponownie sprowadził nas na ziemię. Elin Landström pozostawiła Nikicie Parris tyle wolnej przestrzeni, że ta mogła spokojnie przygotować sobie centrę do Christiansen, a liderka klasyfikacji strzelczyń angielskiej WSL takich prezentów nie zwykła marnować. W ostatnim kwadransie, po zamieszaniu w polu karnym i strzale z bardzo ostrego kąta rozmiary porażki zmniejszyła jeszcze Almqvist, ale na więcej piłkarkom Marcusa Walfridsona zabrakło już czasu, sił i umiejętności.

Z jednej strony możemy się cieszyć, że dzisiejszy pojedynek na Arenie Linköping nie zakończył się po 45 minutach, z drugiej – żałować, że tak ambitnej postawy mistrzyń Szwecji nie oglądaliśmy od początku tego dwumeczu. Czy przyniosłaby ona awans? Trudno powiedzieć, ale jednak nie sposób pozbyć się myśli, że do rywalizacji z Manchesterem można było podejść zupełnie inaczej. I to właśnie tej bezpowrotnie straconej szansy z perspektywy czasu żal zdecydowanie bardziej niż dwóch przegranych meczów.

O dwa numery za małe

Bez tytułu

Fot. Bildbyrån

Choć dzisiejszy mecz w Manchesterze z wiadomych względów najbardziej ekscytował sympatyków Linköping, tak naprawdę była to niezwykle ważna potyczka dla całej szwedzkiej piłki klubowej. Wyłączając stanowiący kompletnie osobny rozdział eksperyment o nazwie Tyresö, żaden z przedstawicieli Damallsvenskan nie potrafił w ostatnich latach pokonać w europejskich pucharach wyżej notowanego rywala, a podopieczne Marcusa Walfridsona stanęły przed całkiem realną szansą, aby ten niekorzystny trend przełamać. Jasne, mistrzynie Szwecji niewątpliwie przystępowały do tego dwumeczu z pozycji underdoga, ale przeżywające w ostatnich tygodniach drobny kryzys nawet w rodzimej lidze piłkarki z Manchesteru też miały swoje problemy i wcale nie sprawiały wrażenia drużyny, z którą nie będzie można podjąć walki.

Niestety, o ile w chwili, w której Stéphanie Frappart dawała gwizdkiem sygnał do rozpoczęcia spotkania, nastroje szwedzkich kibiców mogły być jeszcze bojowe, o tyle z każdą minutą nadzieje na sprawienie na Wyspach Brytyjskich niespodzianki coraz bardziej przygasały. Do pewnego momentu mogliśmy jeszcze łudzić się, że może uda się zaskoczyć rywalki jedną, skuteczną kontrą lub jakimś niekonwencjonalnym, indywidualnym zagraniem, ale było to myślenie bardziej życzeniowe niż poparte jakimikolwiek racjonalnymi przesłankami. Bolesna prawda jest bowiem taka, że Ellie Roebuck ani razu nie została dziś zmuszona do zaprezentowania swoich nieprzeciętnych skądinąd umiejętności bramkarskich. Przez ponad dziewięćdziesiąt minut ton grze niezmiennie nadawały zawodniczki z Manchesteru, a Linköping stać było jedynie na dwa niecelne strzały, które nijak nie mogły odwrócić losów meczu.

Niesprawiedliwe byłoby również obarczanie winą za dzisiejszą porażkę Lisy Lantz, która w odstępie kilkudziesięciu sekund otrzymała dwie żółte kartki, po drodze “zarabiając” jeszcze karnego dla Manchesteru. Oczywiście, rozgrywająca swego czasu fenomenalny sezon w barwach Umeå stoperka po przyjściu do Linköping ewidentnie nie może złapać właściwego rytmu, a dzisiejszy mecz na pewno jej do tego nie przybliżył, ale pamiętajmy, że mistrzynie Anglii niepodzielnie rządziły na murawie także wtedy, gdy obie ekipy grały jeszcze w pełnych składach. To właśnie wtedy rajdami lewym skrzydłem raz po raz męczyły szwedzką defensywę Lawley i Stokes, a Keira Walsh – gdyby na drodze nie stanął jej słupek – strzeliłaby jednego z piękniejszych goli tej edycji Ligi Mistrzyń. Już przy stanie 1-0 pojedynek sam na sam z Carlén przegrała natomiast Parris, a po przerwie dogodnych okazji na podwyższenie wyniku nie wykorzystały między innymi Stanway i Ross. Gdyby tylko piłkarki z Manchesteru miały dziś lepiej nastawiony celownik, kwestia awansu do półfinału niechybnie zostałaby rozstrzygnięta już w pierwszym meczu. Wynik 2-0 pozostawia jednak mistrzyniom Szwecji jeszcze cień nadziei na odwrócenie losów rywalizacji, choć aby tak się stało, za tydzień musielibyśmy zobaczyć całkowicie odmieniony Linköping.

Czy zatem mamy przez najbliższe siedem dni łudzić się nadziejami na awans? Na pewno nie zaszkodzi, wszak futbol widział już niejedną sensację. Warto jednak pamiętać, że aby wyeliminować mistrzynie Anglii, trzeba będzie wznieść się przynajmniej o poziom wyżej w stosunku do meczów ze Spartą czy Apollonem, a dziś tej lepszej wersji Linköping po prostu nie zobaczyliśmy. Możemy rzecz jasna cieszyć się, że na swoim poziomie zagrała harująca przez dziewięćdziesiąt minut Asllani, że niezwykle wybiegana jest Oskarsson, a Arnth w znakomitej większości przypadków skutecznie czyściła przedpole bramki Carlén. Na tym poziomie do zwycięstwa to jednak zdecydowanie za mało i Manchester – podobnie jak niedawno Chelsea oraz Barcelona – właśnie nam o tym przypomniał. Skoro jednak piłka wciąż w grze, to może jednak poczekajmy na rewanż zanim oficjalnie ogłosimy koniec szwedzkiej przygody w Europie. A czekać, jak doskonale wiadomo, zawsze należy z wiarą w szczęśliwe zakończenie.

Kadra na Węgry

convert

Fot. Bildbyrån

Bądźmy szczerzy – ani przez moment nie spodziewaliśmy się, że ogłoszenie przez Petera Gerhardssona nazwisk 23 piłkarek powołanych na kwietniowy mecz z Węgrami wywoła w Szwecji trzęsienie ziemi. Do czwartego boju w eliminacjach francuskiego mundialu kadra przystąpi bowiem w bardzo zbliżonym składzie do tego, który niespełna dwa tygodnie temu okazał się najlepszy w Pucharze Algarve, a jedyną godną odnotowania zmianą jest powrót do reprezentacji zawodniczek, które nie pojechały na portugalskie zgrupowanie ze względu na kontuzje (Banusic, Hurtig) oraz sprawy rodzinne (Fischer). Delikatnym zaskoczeniem może być dla niektórych nieobecność na liście nazwisk Lorety Kullashi czy Filippy Angeldahl, ale był to akurat przemyślany ruch ze strony sztabu szkoleniowego. Obie wymienione zawodniczki mają bowiem swoje zadania w kadrach młodzieżowych, choć oczywiście nie możemy wykluczyć, że w przypadku wystąpienia ewentualnych urazów jedna z nich zostanie ostatecznie dowołana.

Póki co, Gerhardsson nie ma jednak takich dylematów, a możliwość rozegrania pierwszego po wielomiesięcznej przerwie meczu o punkty napawa go ogromną radością. Selekcjoner zdaje sobie sprawę, że kwietniowy mecz z Węgrami będzie różnić się od październikowego starcia z tym samym rywalem, ale ma nadzieję, że powołane przez niego piłkarki sprostają zadaniu i powrócą do Szwecji bogatsze o trzy punkty. Obecnie Węgry grają znacznie lepiej niż jesienią, zarówno w ofensywie, jak i w defensywie. Niedawno zagrały całkiem niezły mecz przeciwko Korei Północnej i nie możemy zapominać, że teraz będą mogły skorzystać z ważnych piłkarek, które wtedy nie mogły zagrać przeciwko nam. U nas też konkurencja jest jednak coraz większa i wierzę, że wyselekcjonowana przeze mnie grupa będzie w stanie zapewnić nam zwycięstwo nad Węgierkami – podsumował Gerhardsson. I doprawdy trudno w tym aspekcie z nim polemizować.


Kadra na Węgry:

Bramkarki: Hilda Carlén (Linköping), Hedvig Lindahl (Chelsea), Zecira Musovic (Rosengård)

Obrończynie: Jonna Andersson (Chelsea), Mia Carlsson (Kristianstad), Magdalena Eriksson (Chelsea), Nilla Fischer (Wolfsburg), Hanna Glas (Eskilstuna), Amanda Ilestedt (Turbine), Anna Oskarsson (Linköping), Linda Sembrant (Montpellier)

Pomocniczki: Kosovare Asllani (Linköping), Hanna Folkesson (Rosengård), Lina Hurtig (Linköping), Julia Roddar (Göteborg), Fridolina Rolfö (Bayern), Elin Rubensson (Göteborg), Olivia Schough (Göteborg), Caroline Seger (Rosengård)

Napastniczki: Marija Banusic (Linköping), Stina Blackstenius (Montpellier), Sofia Jakobsson (Montpellier), Mimmi Larsson (Eskilstuna)

Mecz eliminacyjny Węgry – Szwecja odbędzie się 5. kwietnia o godzinie 18:00 na obiektach otwartego w listopadzie minionego roku nowoczesnego kompleksu sportowego Haladas w Szombathely.

 

Natasha i Fiona na wagę finału

NatashaDowie

Doświadczona Natasha Dowie bardzo udanie zadebiutowała na szwedzkich boiskach (Fot. Bildbyrån)

Choć wokół płyty boiska na Tunavallen leżały śnieżne zaspy, piłkarki Eskilstuny i Linköping już od pierwszych minut zadbały o to, aby ich potyczka w półfinale Pucharu Szwecji miała odpowiednią temperaturę. Początek należał do przyjezdnych, które grały tak, jakby właśnie tym występem chciały zetrzeć złe wrażenie po meczu z Göteborgiem. Angeldahl i Asllani całkowicie podporządkowały sobie środek pola, a debiutująca w barwach klubu z Östergötland Natasha Dowie już po niespełna ośmiu minutach potwierdziła, że może być w tym sezonie niezwykle ważną postacią w kadrze Marcusa Walfridssona, pokonując Emelie Lundberg strzałem po ziemi. Szybko zdobyta bramka bardzo przybliżyła mistrzynie kraju do upragnionego awansu, ale była napastniczka Evertonu i Bostonu absolutnie nie zamierzała zadowolić się jednym fenomenalnym zagraniem i tuż przed przerwą to właśnie ona zainicjowała wykończoną przez Asllani akcję, która przyniosła gościom z Linköping drugiego gola. Po przerwie nieco śmielej zaatakowała nie mająca już wiele do stracenia Eskilstuna, ale pomimo optycznej przewagi i seryjnie bitych rzutów rożnych, piłkarki United długo nie potrafiły przełamać skutecznie grającej defensywy LFC. Sztuka ta udała się dopiero w 90. minucie, kiedy to Barsley skorzystała z niezbyt pewnej interwencji Carlén, ale na doprowadzenie do dogrywki ambitnym gospodyniom zabrakło już czasu. Na historyczny finał w Södermanland będą więc musieli poczekać przynajmniej jeszcze rok, a póki co po raz piąty z rzędu zagra w nim ekipa z Linköping, która pojedzie do Manchesteru z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku.

sf1

Ostatnimi czasy zdążyliśmy się już przyzwyczaić się, że każde starcie Rosengård z Djurgården kończy się stosunkowo wysokim wynikiem, ale dziś na pierwszego gola na Malmö IP przyszło nam czekać niemal godzinę. Wtedy właśnie Anja Mittag skutecznie wykonała podyktowany za faul na Ali Riley rzut karny, dzięki czemu piłkarki ze Skanii znalazły się zdecydowanie bliżej finału. Słynące z determinacji i gry do końca sztokholmianki nie zamierzały jednak szybko godzić się z porażką i podobnie jak w ostatniej kolejce fazy grupowej, swoją najważniejszą akcję przeprowadziły w 90. minucie. W wyniku olbrzymiego zamieszania w szesnastce gospodyń futbolówka znalazła się pod nogami Jenny Hellstrom, a kanadyjska skrzydłowa skierowała ją do bramki swego byłego klubu, wyrównując w ten sposób stan rywalizacji. Dogrywka? Nic z tych rzeczy! W trzeciej z pięciu doliczonych minut Mittag świetnie dostrzegła niepilnowaną Fionę Brown, a reprezentantka Szkocji ku rozpaczy kibiców gości pokonała rozgrywającą do tego momentu naprawdę świetny mecz Gudbjörg Gunnarsdottir, pieczętując awans Rosengård do finału. Awans jak najbardziej zasłużony, gdyż szczególnie w pierwszej połowie przewaga piłkarek ze Skanii nie podlegała dyskusji, ale okoliczności, w których padł zwycięski gol z pewnością sprawią, że w Sztokholmie jeszcze długo będą żałować straconej szansy. Suma szczęścia w futbolu często wychodzi jednak na zero – przed tygodniem to Djurgården cieszył się z awansu wywalczonego w trybie last minute, a dziś, w niemal bliźniaczej sytuacji przyszło podopiecznym Joela Riddeza przełknąć gorycz porażki.

sf2

Wyniki półfinałowych spotkań oznaczają, że po raz czwarty w historii w finale Pucharu Szwecji zmierzą się drużyny Linköping i Rosengård. Póki co bilans bezpośrednich potyczek jest korzystny dla piłkarek z Malmö, które na swoją korzyść rozstrzygnęły dwa z trzech finałów (w tym ten ubiegłoroczny, wygrany w stosunku 1-0 po bramce Sanne Troelsgaard). Czy i w tym roku również uda im się sięgnąć po trofeum? O tym przekonamy się już 13. maja, ale bez względu na końcowe rozstrzygnięcie już dziś możemy zapewnić, że jeśli ktoś postanowi spędzić ten dzień na Malmö IP, to będzie to z pewnością całkiem dobry wybór.

Gra o finał

CUPEN

Finał Pucharu Szwecji na horyzoncie, ale szansę gry o trofeum będą miały co najwyżej dwie z tych piłkarek.

Przed nami jeszcze jeden weekend z Pucharem Szwecji, ale tym razem nie będzie już podczas niego miejsca na jakąkolwiek, choćby najdrobniejszą pomyłkę. Zwyciężczynie sobotnio-niedzielnych batalii już 13. maja zagrają o trofeum, natomiast pokonane na swoją kolejną szansę będą musiały poczekać przynajmniej rok. Do wygrania jest więc sporo, do stracenia równie wiele, ale taka już u nas specyfika półfinałów.

Jako pierwsze szansę na napisanie jednego z najpiękniejszych rozdziałów w historii klubu będą miały piłkarki Eskilstuny, które już jutro o godzinie 13:00 podejmą na własnym boisku Linköping. Ostatnie starcie tych ekip zakończyło się absolutną demolką mistrzyń kraju i chyba nikt na Tunavallen nie pogniewałby się, gdyby i tym razem Loreta Kullashi zapisała na swoim koncie hat-tricka, a całe spotkanie zakończyło się wynikiem 6-0 dla United. Problem jednak w tym, że przyjezdne z pewnością nie będą ułatwiać gospodyniom zadania, a Asllani, Angeldahl i Banusic zrobią wszystko, aby pierwszy finał dla Eskilstuny jednak nie stał się faktem. Choć w Linköping zapewniają, że krajowy puchar znajduje się bardzo wysoko na liście klubowych priorytetów (i nie ma powodów, aby w te zapewnienia nie wierzyć), to wcale nie zdziwilibyśmy się, gdyby wymarzony scenariusz Marcusa Walfridssona zakładał awans bez konieczności grania na Tunavallen dogrywki i rzutów karnych. Już w środę mistrzynie Szwecji czeka bowiem niezwykle ważny mecz w Manchesterze, a trzydzieści dodatkowych minut tuż przed kluczowym meczem w Lidze Mistrzyń niekoniecznie musi być dobrym pomysłem.

W niedzielę o 14:00 na Malmö IP zetrą się przedstawicielki dwóch wielkich aglomeracji. Sztokholmski Djurgården przyjeżdża do stolicy Skanii w celu wywalczenia pierwszego po ośmioletniej przerwie finału i choć nie jest w tym starciu faworytem, to ma po swojej stronie całkiem poważne argumenty. Jednym z nich jest bez wątpienia Gudbjörg Gunnarsdottir, gdyż to właśnie postawa islandzkiej golkiperki może za kilkadziesiąt godzin stanowić różnicę między sprawieniem sporej niespodzianki, a nieco bardziej spodziewanym odpadnięciem z rozgrywek. Niewykluczone także, że do zwycięstwa stołeczne piłkarki będą jednak potrzebować goli, a o nie zadbać ma przede wszystkim niezwykle solidna Mia Jalkerud. W końcowym rozrachunku kluczowa może okazać się jednak postawa sztokholmskich obrończyń, gdyż Rosengård u progu wiosny już kilka razy udowodnił, że z przodu naprawdę ma kim straszyć. Anja Mittag przypomniała sobie, że kiedyś była przecież królową strzelczyń tej ligi, Sanne Troelsgaard ma chrapkę przejąć schedę po Martens i Chawindze, zostając jej najbardziej wartościową piłkarką, a zdrowa Simone Boye stanowi nieustanne zagrożenie przy stałych fragmentach gry. Dla nie zawsze przypominającej monolit defensywy Djurgården, starcie z rozpędzającą się coraz bardziej maszyną z Malmö będzie niewątpliwie nie lada wyzwaniem.