Porażka jest, dramatu nie ma

p5elrizjbylujxuyzlxp

Sofia Jakobsson była bardzo aktywna na prawym skrzydle (Fot. Getty Images)

To wszystko wydarzyło się zdecydowanie zbyt szybko. Megan Rapinoe dośrodkowała z narożnika boiska, Zigiotti i Sembrant nie zdołały wybić lecącej wzdłuż bramki futbolówki, a sytuację ogólnego zamieszania w szwedzkiej szesnastce skutecznie wykorzystała Lindsey Horan, bez litości pakując piłkę do siatki Lindahl. Zegar na stadionie przy Bulwarze Leningradzkim w Hawrze wskazywał wówczas dopiero trzecią minutę gry, a my już wiedzieliśmy, że w starciu z obrończyniami tytułu o żadnej taryfie ulgowej nie będzie dziś mowy.

Z początkowego szoku udało się nam jednak otrząsnąć na tyle szybko, że podopieczne Jill Ellis nie zdołały od razu pójść za ciosem. Co więcej, dzięki aktywnej postawie przede wszystkim Kosovare Asllani oraz Sofii Jakobsson, ciężar gry zaczął powoli przesuwać się w kierunku pola karnego Alyssy Naeher i choć klarownych okazji pod bramką golkiperki Chocago Red Stars wciąż było jak na lekarstwo, to defensywa USA cały czas musiała mieć się na baczności. Tym bardziej, że na jej błędy czyhała również wykonująca naprawdę ogromną pracę na rzecz zespołu Stina Blackstenius, ustawiona dziś nieco niżej niż zazwyczaj. Na dobrą sprawę, w desygnowanym do gry od pierwszej minuty przez Petera Gerhardssona ofensywnym kwartecie prawidłowo nie funkcjonowało tylko obsadzone przez Olivię Schough lewe skrzydło, ale do rozczarowujących występów piłkarki Djurgården w reprezentacyjnej koszulce niestety zdążyliśmy się ostatnimi czasy nieco przyzwyczaić. Bez błysku zaprezentował się nam także zestawiony w dość eksperymentalny sposób duet środkowych pomocniczek Zigiotti – Seger, choć młoda zawodniczka Göteborga z każdą upływającą minutą czuła się na murawie w Hawrze coraz pewniej, a kapitanka Rosengård kolejny raz zakończyła mecz na bardzo wysokim procencie udanych podań. Szkoda tylko, że wśród nich znów niewiele było zagrań, które otwierałyby koleżankom z przednich formacji drogę do amerykańskiej bramki.

Zmiany personalne nie ominęły także szwedzkiej defensywy, choć Gerhardsson nie zdecydował się ostatecznie na powrót do ustawienia z trójką stoperek oraz dwójką wahadłowych, który bezbłędnie sprawdził się na przykład w Viborgu. Największym plusem tej decyzji może być fakt, że nie dostarczyliśmy kanadyjskim obserwatorom zbyt wiele materiału do analizy przed kluczowym starciem w poniedziałek, ale w tym miejscu pozytywy w zasadzie się kończą. O ile Amanda Ilestedt, pomimo kilku błędów w ustawieniu i jednego poważnego kiksa, pokazała się mniej więcej na poziomie Nilli Fischer z ostatnich miesięcy, o tyle z Jonny Andersson grająca na nią Tobin Heath robiła przez większą część meczu wiatrak. Drugi gol dla USA, który nawiasem mówiąc nigdy nie powinien zostać uznany, padł właśnie po akcji skrzydłowej Portland Thorns i rykoszecie od próbującej ratować sytuację defensorki Chelsea. Pewnym usprawiedliwieniem postawy Andersson w dzisiejszym spotkaniu może być fakt, że zarówno w klubie, jak i w reprezentacji niemal zawsze przychodzi jej grać w nieco innej roli, ale z drugiej strony w nie tak przecież odległej przeszłości regularnie oglądaliśmy jej udane występy na lewej stronie klasycznego, czteroosobowego bloku defensywnego Linköping. A skoro zawędrowaliśmy już na boki obrony, to malutki plusik możemy postawić też przy nazwisku Nathalie Björn, która w końcowej fazie meczu z powodzeniem radziła sobie także na szóstce. Zawodniczka Rosengård była ponadto bliska tego, aby wywalczyć dla Szwecji rzut karny, ale pomimo ewidentnego przewinienia jednej z Amerykanek, rosyjska sędzia nie zdecydowała się nawet obejrzeć zapisu wideo kontrowersyjnej sytuacji. A szkoda, bo na tym mundialu widzieliśmy już zdecydowanie bardziej dyskusyjne jedenastki.

Porażka z USA oznacza drugie miejsce w grupie, a to z kolei nie jest powodem do przesadnego dramatyzowania. Kanada czy Niemcy to rzecz jasna ścisła, światowa czołówka, ale wystarczy jeden rzut oka na lewą połówkę drabinki, aby docenić nasze aktualne położenie. O sukces na tym turnieju łatwo nie będzie, ale awans do strefy medalowej wciąż jest jak najbardziej w zasięgu kadry Petera Gerhardssona i Magnusa Wikmana. Problem w tym, że miejsca na kolejne potknięcia zwyczajnie już nie będzie. Pierwsza poważna próba już w najbliższy poniedziałek. A kiedy kolejna? Podobnie jak piętnaście innych pozostałych w turnieju nacji gorąco wierzymy, że zdecydowanie wcześniej niż za cztery lata.

Jak co mundial: Szwecja – USA

svff

Awans już jest, teraz pora zapolować na prestiżowe zwycięstwo (Fot. SvFF)

20. czerwca, Hawr, mecz Szwecja – USA. Trzecia kolejka fazy grupowej francuskiego mundialu. Stawka? Pierwsze miejsce w grupie F. Nagroda? Zwycięzca zmierzy się w 1/8 finału z potencjalnie mniej wygodnym, a do tego wypoczętym rywalem, dostając się jednocześnie do zdecydowanie trudniejszej połówki pucharowej drabinki. Czy zatem prawdziwe będzie twierdzenie, że dzisiaj najbardziej opłaca się … nie wygrywać? Z logicznego punktu widzenia być może tak, ale piłka nożna to nie matematyka, a na boisko wychodzi się po to, aby grać, a nie kalkulować. Nic więc dziwnego, że piłkarki obu ekip w cokolwiek wymowny sposób ucinały wszelkie spekulacje dotyczące mniejszego niż zazwyczaj zaangażowania, zgodnie zapewniając o chęci wywalczenia kolejnych trzech punktów i naprawdę trzeba mnóstwo złej woli, aby w te zapewnienia nie wierzyć. Co ciekawe, z niewygodnymi pytaniami zdecydowanie częściej musiały się przed dzisiejszym meczem mierzyć Amerykanki, co jest o tyle groteskowe, że mówimy przecież o nacji, która przeświadczenie o byciu numerem jeden ma zapisane niemal w kodzie genetycznym. Trudno więc spodziewać się, aby obrończynie tytułu przesadnie bały się na przykład przedwczesnej konfrontacji z Francją, skoro sportowcy z USA z definicji nadmiernego lęku przez rywalami odczuwać nie zwykli.

Dla Amerykanek dzisiejsze starcie będzie także szansą do rewanżu za pamiętny ćwierćfinał Igrzysk Olimpijskich, po którym to w niesławie zakończyła się kariera reprezentacyjna Hope Solo. Była golkiperka między innymi Göteborga i reprezentacji USA w dość niewybredny sposób skomentowała wówczas styl gry szwedzkiej kadry, który jednak ostatecznie okazał się na tyle skuteczny, że brutalnie przerwał marsz USWNT po jeszcze jedno złoto na wielkiej imprezie. Tym razem nawet porażka nikogo z turnieju absolutnie nie wyeliminuje, ale szansa odegrania się za tamto niepowodzenie w meczu o punkty z pewnością jest okazją, obok której podopieczne Jill Ellis nie zamierzają przejść obojętnie. Do potyczki z brazylijskich Igrzysk w zgrabny sposób nawiązała zresztą podczas jednej z konferencji także Hedvig Lindahl, żartując, że żądne rewanżu Amerykanki na pewno dadzą jej sporo okazji do wykazania się bramkarskimi umiejętnościami, a to z kolei może zapewnić jej lepszy kontrakt w następnym klubie, który przyjdzie jej reprezentować. Jaki to będzie zespół? Tego na ten moment nie wie jeszcze nawet sama zainteresowana.

W przypadku rywalizacji szwedzko-amerykańskiej trudno rzecz jasna mówić o jakimkolwiek elemencie zaskoczenia. Nie dość, że nasze piłkarskie losy przeplatają się w sposób niewyobrażalny, to jeszcze w fazie grupowej mistrzostw świata spotykamy się regularnie od szesnastu lat. Obie nacje łączą także osoby selekcjonerów: Pia Sundhage prowadziła reprezentację USA na mundialu w Niemczech, a odpowiedzialny w sztabie Jill Ellis za kwestie taktyczne Tony Gustavsson to człowiek, który swego czasu doprowadził Tyresö do finału Ligi Mistrzyń. To wszystko oznacza tyle, że wszelkie próby oszukania przeciwnika jakimś nieszablonowym rozwiązaniem będą oczywiście trudne do zrealizowania, choć Peter Gerhardsson przekonuje, że i na Amerykanki znajdzie się w rękawie jakiś as. W dwóch pierwszych meczach droga do zwycięstwa wiodła przez doprowadzone niemal do perfekcji schematy rozegrania ofensywnych stałych fragmentów gry, a także liczne dośrodkowania z bocznych sektorów boiska, ale dziś możemy spodziewać się nieco innego oblicza szwedzkiej kadry. Oczywiście, gdy tylko nadarzy się okazja zamienienia na gola na przykład rzutu wolnego, to na pewno postaramy się ją wykorzystać, ale już samo ustawienie wyjściowej jedenastki będzie nieco inne niż w potyczkach z Chile czy Tajlandią. Czy oznacza to powrót do gry trójką stoperek? Pytany o to wprost selekcjoner jedynie uśmiecha się tajemniczo, podobnie zresztą jak Amanda Ilestedt oraz Jonna Andersson, które w takim układzie stanęłyby przed szansą rozegrania pierwszych minut na francuskim mundialu. Pewne jest jedynie to, że dziś na murawie Stade Océane nie zobaczymy narzekającej na problemy z mięśniem uda Madelen Janogy. Lekarz kadry jednoznacznie wykluczył udział skrzydłowej Piteå w trzecim meczu fazy grupowej, choć – jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidywanego – nasza jokerka powinna być w pełni sił na 1/8 finału. Inną zawodniczką, której występ w dzisiejszym spotkaniu jest mocno wątpliwy jest zagrożona absencją za nadmiar żółtych kartek Magdalena Eriksson, choć gdyby jednak defensorka Chelsea miała w Hawrze zagrać, to o jej motywację możemy być spokojni. To właśnie ona odniosła się bowiem w sposób bezpośredni do słów Ali Krieger, która stwierdziła, że na chwilę obecną dwie najlepsze reprezentacje świata to USA i … druga jedenastka USA. To było absolutnie nie na miejscu, ale dzięki temu będziemy jeszcze bardziej naładowane. Amerykanki to świetna drużyna, ale my potrafimy z nimi grać i nie boimy się tego meczu. A tak w ogóle to powiedziała to ich rezerwowa, tak? – odparła w swoim stylu Eriksson. Zdecydowanie oszczędniejsza w dawkowaniu emocji była natomiast Hedvig Lindahl: Amerykanki mogą prowadzić sobie gierki na spotkaniach z mediami, a my zagramy na boisku – skomentowała całe zamieszanie doświadczona golkiperka. I słusznie, zagrajcie tak, aby dzisiejszy mecz przyniósł przynajmniej taki sam efekt, jak ten sprzed ośmiu lat, rozgrywany zresztą w dokładnie takich samych okolicznościach. A jeśli – podobnie jak wtedy w Niemczech – cały mundial także zakończy się medalami dla obu zespołów, to też protestować z tego powodu nie będziemy.

Zwycięstwo w stylu lagom

contentlarge

Dwa mecze i już – Szwecja w 1/8 finału (Fot. Getty Images)

Słowa lagom nie da się niestety dosłownie przetłumaczyć na żaden inny język, a szkoda, gdyż to właśnie ono najlepiej opisałoby styl, w którym kadra Petera Gerhardssona zapewniła sobie drugie zwycięstwo na francuskim mundialu. Szwedzkie piłkarki zrobiły dziś dokładnie tyle, ile trzeba było, aby już po dwóch rozegranych meczach zapewnić sobie awans do 1/8 finału. Nawet prażące z minuty na minutę coraz mocniej śródziemnomorskie słońce nie przeszkodziło naszym reprezentantkom w pokazaniu kilku zagrań, które skutecznie napędzały do jeszcze głośniejszego dopingu będącą na nicejskim stadionie w zdecydowanej większości niebiesko-żółtą część publiczności. I trochę szkoda tylko tego czystego konta Hedvig Lindahl, choć z drugiej strony ekspresyjna radość Tajek po zdobyciu honorowego gola wynagrodziła chwilowy smutek nawet szwedzkim kibicom, którzy w komplecie nagrodzili wysiłek rywalek z Azji gromkimi oklaskami.

Sam mecz nie był widowiskiem, które stanie się za kilkadziesiąt lat symbolem trwającego właśnie turnieju, ale przecież nie takie były nasze ambicje i plany. Analizując jednak boiskowe wydarzenia że szwedzkiej perspektywy, nie sposób nie zauważyć jak wiele spośród nakreślonych przez Gerhardssona zadań, zostało przez jego podopieczne zrealizowanych. Miał być gol po stałym fragmencie? Nie ma sprawy; już w 6. minucie Elin Rubensson dośrodkowała z rzutu wolnego, a Linda Sembrant wbiegła pomiędzy mające ogromne problemy z kryciem tajskie defensorki i strzałem głową otworzyła wynik spotkania. Gol po wrzutce z bocznego sektora? Odhaczone; tym razem asystowała Magdalena Eriksson, a akcję wykańczała Lina Hurtig. Swoją drugą bramkę na finałach we Francji zapisała na swoim koncie także Kosovare Asllani, choć trzeba oddać, że akurat przy tym trafieniu spory udział miała tajska golkiperka Waraporn Boomseng, która interweniowała tak nieszczęśliwie, że w wyniku jej parady futbolówka znalazła się pod nogami pomocniczki Linköping. Do tego wszystkiego dodajmy jeszcze strzał-marzenie Fridoliny Rolfö i już tych powodów do radości zebrało się całkiem sporo. Gdyby szukać po dwóch meczach mundialu jakichś minusów, to na pewno martwić może fakt, że w starciach z dwójką teoretycznie najsłabszych rywalek nie przełamała się żadna ze szwedzkich środkowych napastniczek. Blackstenius, Anvegård i Larsson w komplecie zaprezentowały się już kibicom na francuskich boiskach (w różnym wymiarze czasowym), ale żadna z nich nie znalazła jeszcze sposobu na skierowanie piłki do siatki. Dopóki regularnie strzelają inne, nie jest to podstawowym powodem do zmartwień, ale jednak trzeba podkreślić, że akurat tego elementu planu na fazę grupową nie udało się jak dotąd wykonać. Może w Hawrze klimat będzie nieco bardziej sprzyjał naszym snajperkom?

A Tajki? Cóż, one najpewniej zakończą swój mundial czwartkowym meczem przeciwko Chile, ale nie będą bynajmniej wspominać go jedynie przez pryzmat rekordowej porażki z USA. Akcja z pierwszej minuty doliczonego czasu gry, gdy Kanjana Sungngoen najpierw idealnie wyszła w tempo do prostopadłej piłki zagranej przez koleżankę, a następnie wygrała pojedynek biegowy z Lindą Sembrant i sfinalizowała kontrę swojego zespołu celnym strzałem w krótki róg bramki Hedvig Lindahl, nieprzypadkowo wzbudziła w tajskim obozie aż tak emocjonalną reakcję. Nie był to przecież pierwszy w historii gol czwartej ekipy poprzedniej edycji Pucharu Azji w finałach MŚ, ale był on z pewnością najbardziej spektakularny i na dodatek strzelony rywalowi, który jak dotąd nie opuścił żadnego mundialu. Mająca ewidentnie instynkt snajperski Sungngoen, czy też przerywająca często w brawurowym stylu szwedzkie ataki Natthakarn Chinwong z pewnością zasługują na to, aby jeszcze kiedyś zagrać na tak wielkiej imprezie, ale o tym, czy tak się stanie, zadecyduje najpewniej tajska federacja i jej podejście do reprezentacji, która naprawdę ma potencjał, aby rzucać kolejne wyzwania silniejszym od siebie. Teraz jedynie chodzi o to, aby dostrzegli to nie tylko szwedzcy kibice.

Wygrać awans … i spokój

jubel_lattnad

We wtorek długo czekaliśmy na gola otwierającego wynik (Fot. Getty Images)

Jak trudno przygotować się do meczu z rywalem, który przed kilkoma dniami poniósł najbardziej dotkliwą porażkę w historii? Czego możemy spodziewać się po rozbitych, lecz bardzo chcących odzyskać radość z turnieju Tajkach? Te pytania tak bardzo siedzą nam w głowach, że trochę zapominamy o tym, iż jedna przegrana – nawet taka różnicą trzynastu goli – z mundialu jeszcze nie eliminuje. Czwarty zespół ubiegłorocznego Pucharu Azji cały czas ma pełne prawo marzyć o awansie do 1/8 finału, a naszym zadaniem będzie to, aby szanse na zrealizowanie tych planów ograniczyć do absolutnego minimum. Zgadzając się całkowicie ze słowami Petera Gerhardssona, że roli faworytek w tym starciu nie należy się bać, musimy jutro potraktować reprezentację Tajlandii jako pełnoprawnego uczestnika francuskiej imprezy. Jeśli bowiem zbyt mocno utrwalą się nam obrazki z Reims przedstawiające Azjatki jako zupełnie rozbitą ekipę, to na nicejskiej ziemi czeka nas kolejna tego lata próba nerwów.

Jutro spodziewamy się raczej podobnego obrazu meczu, co w miniony wtorek w Rennes, a jedyna różnica polegać ma na tym, że rozmontowanie defensywnych zasieków rywala zajmie szwedzkim piłkarkom nieco mniej czasu. Jedną z dróg prowadzącą do osiągnięcia tego celu ma być wykorzystanie chyba najbardziej oczywistej przewagi, jaką niewątpliwie stanowią warunki fizyczne. Zarówno przy dośrodkowaniach z bocznych sektorów boiska (nie powinno ich jutro zabraknąć), jak i przy stałych fragmentach gry, wzrost naszych zawodniczek będzie przecież nie lada atutem. Czy ćwiczone bez wytchnienia podczas obozu przygotowawczego w Skanii rzuty wolne i rożne przełożą się wreszcie na bramkową zdobycz? Z Chilijkami się nie udało, choć w jednym przypadku wystarczyło, aby Nilla Fischer ruszyła w tempo do futbolówki zgranej przez Sembrant i obejrzelibyśmy prawdopodobnie najbardziej efektownego gola na tegorocznym mundialu. Ale nic to, może wszystko zagra właściwie już przy następnej okazji, która najpewniej nadarzy się jutro. Przed kilkoma dniami Amerykanki pokazały nam, że grając przeciwko Tajkom kluczem do sukcesu jest między innymi precyzja, więc warto zadbać o to, aby szczególnie piątce naszych pomocniczek w żadnym momencie meczu jej nie zabrakło. I to bez względu na widniejący akurat na tablicy wyników rezultat. Jeśli bowiem nie pozwolimy przeciwniczkom na nawet chwilowe przejęcie kontroli nad meczem, to żadna przykra niespodzianka nie powinna się nam przytrafić. Ale, jak to zwykle bywa, koncentracja musi zostać utrzymana na najwyższym możliwym poziomie.

Zdobycie trzech punktów na Tajlandii ważne jest z przynajmniej kilku powodów. Najważniejszym z nich jest zdecydowanie przyklepanie awansu do 1/8 finału, co oznaczać będzie zrealizowanie absolutnego planu minimum na ten turniej już po dwóch meczach. Kończące zmagania w grupie F starcie z Amerykankami na stadionie w Hawrze byłoby w takim układzie batalią jedynie o pierwsze miejsce, a taki scenariusz jest nam jak najbardziej na rękę. W meczu w Nicei szwedzki selekcjoner szukać będzie jednak nie tylko zwycięstwa, ale także przełamania kilku piłkarek, które przeżywają obecnie nieco gorszy czas w swojej reprezentacyjnej karierze. Gdyby i ten cel został zrealizowany, a dodatkowo uda się uniknąć niepotrzebnych kartek i kontuzji, będzie można mówić o pełnym szczęściu. Zadaniem numer jeden niezmiennie pozostaje jednak to, aby za kilkanaście godzin można było już oficjalnie ogłosić, że reprezentacja Szwecji jest jedną z szesnastu najlepszych drużyn tych mistrzostw. I żeby awans ten został wywalczony w stylu, z którego będziemy przynajmniej w znacznym stopniu zadowoleni.

 

Late, late show

RH_Y5203_2019061162357336

Kosovare Asllani pokonuje chilijską bramkarkę (Fot. FIFA)

0-0 do przerwy? Nic nie szkodzi! Kadra Petera Gerhardssona kolejny raz udowodniła nam, że – zgodnie z maksymą naszego selekcjonera – ważniejsze jest kto kończy, a nie kto zaczyna mecz. W deszczowej Bretanii szwedzkie piłkarki przez ponad dwie godziny (wliczając w to nieplanowaną przerwę pogodową) nieustannie biły głową w chilijski mur, ale w decydującym momencie potrafiły go skruszyć. I ponownie spory udział w wydartym w ostatnim kwadransie zwycięstwie miały zawodniczki, które rozpoczęły mecz na ławce rezerwowych. Tak, tym razem nie ma najmniejszych wątpliwości, że na mundial zabraliśmy 23 osoby do gry.

Zanim jednak odetchnęliśmy z ulgą za sprawą Kosovare Asllani oraz Madelen Janogy, szwedzkie piłkarki wystawiły swoich kibiców na swoistą próbę nerwów. A można było jej uniknąć, gdyby tylko Christiane Endler nie popisała się kapitalnym refleksem, broniąc strzał Lindy Sembrant. Była już kapitanka Montpellier zrobiła absolutnie wszystko jak należy, ale golkiperka PSG bezbłędnie odczytała tor lotu futbolówki i sytuacyjną interwencją zapobiegła utracie gola. Chilijską bramkarkę przed przerwą przetestować chciała jeszcze Stina Blackstenius, ale po akcji duetu Rubensson – Rolfö, snajperka Linköping przeniosła piłkę wysoko nad poprzeczką. Debiutujące w finałach mistrzostw świata zawodniczki z Ameryki Południowej w pierwszej połowie ograniczały się głównie do defensywy, ale strzał z dystansu Karen Arayi sprawił, że obecni na stadionie w Rennes szwedzcy fani na moment wstrzymali oddech. Na szczęście skończyło się na strachu.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie, w przeciwieństwie do warunków atmosferycznych na Roazhon Park. Przy akompaniamencie coraz mocniej padającego deszczu i rozświetlających bretońskie niebo błyskawic, podopieczne Petera Gerhardssona wciąż prowadziły grę, ale chwalić w ich poczynaniach mogliśmy głównie wysoki procent celnych podań w środkowej strefie boiska oraz mnogość proponowanych wariantów rozegrania akcji ofensywnych. Niezmiennie brakowało natomiast tego ostatniego, otwierającego drogę do bramki zagrania, które zaskoczyłoby zdyscyplinowaną chilijską defensywę. Gdy w 72. minucie gry meksykańska sędzia zaordynowała około 40-minutową przerwę ze względu na niebezpieczne warunki pogodowe, nastroje w szwedzkim obozie były dalekie od idealnych, ale podczas kadencji obecnego selekcjonera nauczyliśmy się, że z wyciąganiem jakichkolwiek wniosków zawsze warto zaczekać do końcowego gwizdka. I rzeczywiście – tuż po wznowieniu gry wyraźny sygnał do ataku dała Sofia Jakobsson. Z jej strzałem poradziła sobie jeszcze Endler, ale niespełna dziesięć minut później wreszcie udało się otworzyć wynik. Bramkową akcję napędziła nasza super-jokerka Madelen Janogy, następnie przebitkę w polu karnym wygrała inna rezerwowa Anvegård, a gdy w wyniku klasycznego bilarda futbolówka znalazła się pod nogami Kosovare Asllani, można było spokojnie unieść ręce do góry. Pomocniczka Linköping takich okazji marnować bowiem po prostu nie zwykła. W doliczonym czasie gry nie mające do stracenia nic oprócz kolejnych goli Chilijki spróbowały ruszyć nieco odważniej do przodu, Francisca Lara oddała nawet sytuacyjny strzał na bramkę Lindahl, ale to do Janogy należało dziś ostatnie słowo. Skrzydłowa Piteå – podobnie jak tydzień temu przeciwko Korei – zdecydowała się na rajd na bramkę rywalek i po slalomie między zawodniczkami z Ameryki Południowej uderzyła tak, że Endler nie miała prawa tego odbić.

Trzy punkty na otwarcie wielkiej imprezy muszą cieszyć, podobnie zresztą jak postawa trójki rezerwowych. Jasne, możemy czepiać się zbyt małej liczby wykreowanych sytuacji lub przedłużających się fragmentów monotonnej gry, ale nie zapominajmy, że na przykład inauguracja brazylijskich Igrzysk wcale nie była w naszym wykonaniu bardziej efektowna. Na mundialu na koniec zwycięża ten, kto będąc świadomym własnych ograniczeń, potrafi zrobić najlepszy użytek ze swoich atutów. A to ostatnie dziś reprezentantkom Szwecji się udało. Nie każdy jest w stanie pokonywać rywalki różnicą trzynastu goli, jak w zakończonym właśnie meczu zrobiły to piłkarki z USA, ale na koniec dnia dziesięć zwycięstw w stosunku 1-0 jest warte więcej niż jedno 10-0. Dlatego, doceniając oczywiście boiskowy wyczyn Alex Morgan i jej koleżanek, potrafmy cieszyć się z naszych małych sukcesów. Dziś, zgodnie z planem, wykonaliśmy pierwszy krok w kierunku fazy pucharowej, a Tajlandii też zdążymy trochę postrzelać. Ile? Ważne, aby przynajmniej o gola więcej niż one nam.

Zaczynamy!

contentlarge

Kadra Petera Gerhardssona rozpoczyna dziś swój mundial (Fot. SvFF)

Z jednej strony urokliwa podmiejska uliczka o niewątpliwie piłkarskim klimacie, z drugiej – płynąca leniwym rytmem w kierunku Atlantyku rzeczka La Vilaine, a w środku górujący nad całą scenerią stadion Roazhon Park. W takich okolicznościach przyrody reprezentacja Szwecji jako jedna z ostatnich ekip zainauguruje dziś swój mundial. Czy równie późno uda się nam go zakończyć? Na chwilę obecną po prostu nie wypada analizować innych scenariuszy, a wykonanie za kilka godzin pierwszego zwycięskiego kroku jest zwyczajnie obowiązkiem. O następnym, zgodnie z filozofią naszego selekcjonera, myśleć zaczniemy dopiero wtedy, gdy trzy punkty będą już bezpiecznie zaksięgowane na naszym koncie. Póki co w najlepsze trwa bowiem operacja Chile.

Nie odkryjemy wielkiej tajemnicy mówiąc, że jeszcze pół roku temu o wicemistrzyniach Ameryki Południowej wiedzieliśmy stosunkowo niewiele. Od tamtego czasu wiele się w tej kwestii oczywiście zmieniło, ale jak przekonują zgodnie Peter Gerhardsson i Magnus Wikman, kluczem do zwycięstwa będzie przede wszystkim metodyczna realizacja własnego planu. A ta może okazać się o tyle prostsza, że w tym roku na etapie przygotowań udało się nam uniknąć zarówno poważniejszych kontuzji, jak i pozaboiskowych niesnasek, które w przeszłości potrafiły skutecznie rozbijać atmosferę wokół kadry. Tym razem największy cios wyprowadziła w kierunku ekipy Gerhardssona FIFA, uniemożliwiając przeprowadzenie na murawie Roazhon Park preferowanej liczby treningów, ale nie zburzyło nam to bynajmniej harmonogramu. W zasadzie moglibyśmy nawet powiedzieć, że biorąc pod uwagę rangę rozpoczynającej się imprezy, to jest nawet jakoś zbyt spokojnie, ale chyba nikt z nas nie będzie narzekać, jeśli w niezmienionych nastrojach wytrwamy przynajmniej do Nicei. Bo nerwowo na tym mundialu i tak jeszcze się zdąży zrobić; to jest akurat jedna z niewielu rzeczy, których możemy być absolutnie pewni.

Podczas wszystkich konferencji oraz nieoficjalnych spotkań Peter Gerhardsson niezmiennie stał na stanowisku, że w prowadzonej przez niego kadrze nie ma piłkarek numer 1 i 23. O ile miejsc w wyjściowym składzie wciąż toczy się rywalizacja? O jedenaście! Czy mamy już podstawową parę (względnie trójkę) stoperek? Ależ skąd! Do takich odpowiedzi zdążyliśmy już przywyknąć i nawet je polubiliśmy, choć nie mówią nam one wiele. Zdecydowanie więcej możemy wywnioskować z obserwacji treningów, podczas których przez większość czasu ćwiczyliśmy ustawienie z czwórką z tyłu, a wariantom rozegrania ofensywnych stałych fragmentów gry poświęcaliśmy więcej uwagi niż kiedykolwiek wcześniej. Szwedzki selekcjoner nie boi się jednak również perspektywy gry atakiem pozycyjnym i gorąco wierzy, że i w taki sposób uda się nam postraszyć defensywę niejednego rywala. Bo skoro w nieoficjalnym starciu z Koreą Południową udało się to aż trzy razy, to czemu teraz miałoby być inaczej? Tym bardziej, że to właśnie Azjatki były w założeniu ekipą najbardziej zbliżoną stylem gry do Chile.

Wszyscy zastanawiacie się, w jakim składzie rozpoczniemy mecz. I dobrze. Ja będę w tym czasie myślał w jakim składzie go zakończymy – tymi słowami szwedzki selekcjoner zgrabnie nawiązał do tego, że w ostatnich meczach drugie połowy spotkań wychodziły nam zdecydowanie lepiej niż pierwsze, nierzadko przy sporym udziale rezerwowych. Czy dziś będzie podobnie? Szybki gol na pewno mocno ułatwiłby sprawę, ale jeśli nie ułożymy sobie meczu w początkowym kwadransie, to w cenie niewątpliwie będą takie cechy jak cierpliwość i konsekwencja. Istotna będzie też koncentracja, gdyż nawet Australijki przekonały się niedawno jak groźna potrafi być chilijska ofensywa, gdy pozwoli się jej na zbyt wiele. W pełni szanując rywala, musimy jednak pamiętać, że zdecydowana większość piłkarskich atutów znajduje się dziś po stronie reprezentacji Szwecji. Teraz trzeba po prostu pokazać je na murawie, nawet jeśli warunki do gry okażą się (zgodnie z prognozą) mocno niesprzyjające. I tyle – widzimy się po meczu, bogatsi o trzy punkty!