W sobotę gramy o medal

hurtig

Desiree van Lunteren (nie) fauluje we własnym polu karnym (Fot. CMore)

Było blisko. Bardzo blisko. Ale w dziewiątej minucie dogrywki Jackie Groenen wyszedł TEN strzał, a na równie skuteczną odpowiedź zabrakło przede wszystkim energii. Takie minimalne, poniesione w niezwykle dramatycznych okolicznościach porażki zawsze bolą najbardziej, ale nie zapominajmy, że ten turniej wciąż się jeszcze dla nas nie skończył. Na pierwszy od 2003 roku finał mundialu będziemy musieli jeszcze trochę poczekać, ale gdyby miesiąc temu ktoś powiedział, że kadra Petera Gerhardssona zagra w ostatni weekend mistrzostw na Lazurowym Wybrzeżu o brązowy medal, to prawie wszyscy wzięlibyśmy taki scenariusz w ciemno. A gdyby ktoś jeszcze dodał, że w fazie pucharowej zagramy trzy mecze z wyżej notowanymi rywalami i w żadnym z nich nie damy się pokonać w regulaminowym czasie gry, będąc do tego równorzędnym przeciwnikiem, to bylibyśmy już całkowicie ukontentowani. A tymczasem, brakowało naprawdę niewiele, aby osiągnąć jeszcze więcej. I za to należą się tej drużynie ogromne podziękowania.

Dzisiejszy półfinał raczej na pewno nie zachwycił tych, którzy oglądają futbol wyłącznie dla goli, ale zwolennicy teorii, że perfekcyjny mecz piłkarski to taki, który kończy się bezbramkowym remisem, z pewnością będą do tego meczu wracać wiele razy. Oba zespoły postawiły bowiem na solidność, a defensorki obu ekip raz po raz neutralizowały ofensywne zapędy przeciwniczek. Odcięte od gry były holenderskie skrzydła, Nilla Fischer z pomocą Lindy Sembrant skutecznie zaopiekowały się Vivianne Miedemą, a po drugiej stronie boiska świetną partię rozgrywała Dominique Bloodworth. Swoich szans na lewej flance co pewien czas szukała tradycyjnie robiąca sporo wiatru Lina Hurtig, ale choć raz udało jej się wedrzeć w szesnastkę rywalek, to odpowiadająca za nią Desiree van Lunteren także z reguły poprawnie wywiązywała się ze swoich obowiązków. Okazje bramkowe oglądaliśmy więc przede wszystkim po stałych fragmentach gry, a tych zdecydowanie więcej miały przed przerwą podopieczne Petera Gerhardssona. Niestety, prowadząca to spotkanie Kanadyjka Marie-Soleil Beaudoin przynajmniej w dwóch przypadkach dopatrzyła się rzekomych fauli szwedzkich piłkarek w polu bramkowym, odbierając im w ten sposób szansę na stworzenie zagrożenia pod bramką van Veenendaal.

Największy błąd pani arbiter miała jednak popełnić dopiero w drugiej połowie. Zanim to nastąpiło, od straty gola instynktowną interwencją uratowała Holandię van Veenendaal, odbijając na słupek piłkę uderzoną przez Fischer. Na nasze nieszczęście, czyhająca na dobitkę Stina Blackstenius tym razem nie ustawiła się tak idealnie, jak w sobotę w Rennes i na tablicy wyników wciąż utrzymywał się rezultat bezbramkowy. Nie zmienił się on także po główce Miedemy, która próbowała zamienić na gola kolejne na tym turnieju świetne dośrodkowanie Spitse. Na posterunku była jednak Hedvig Lindahl i to za jej sprawą strzał napastniczki Arsenalu zatrzymał się dla odmiany na poprzeczce. Sytuacja, która być może miała ostatecznie największy wpływ na przebieg meczu, miała jednak miejsce w holenderskim polu karnym. To właśnie w nie wbiegła w 67. minucie Lina Hurtig i po chwili została w bezceremonialny sposób wycięta przez van Lunteren. Rzut karny? Gwizdek kanadyjskiej sędzi milczał. Co więcej, na interwencję nie zdecydował się także Włoch odpowiedzialny za system wideoweryfikacji. Na turnieju, na którym podyktowano przynajmniej dziesięć mocno kontrowersyjnych jedenastek, a system VAR mnóstwo razy długimi minutami oceniał kąt i położenie rąk w stosunku do tułowia, nie zdecydowano się nawet pochylić się nad oczywistym faulem w szesnastce. Gdyby się pochylono, to karnego trzeba by podyktować, gdyż dzień wcześniej przewinieniem okazało się zdecydowanie bardziej delikatne zahaczenie Ellen White przez Becky Sauerbrunn. Szwedzkie piłkarki przy okazji wielu turniejów podkreślały, że symulowanie i dodawanie od siebie w stykowych sytuacjach nie leży w ich DNA, gdyż to sędziowie są od tego, aby wtedy reagować. Wiele razy obracało się to zresztą przeciwko nim, ale na tych mistrzostwach działa przecież system, który miał takie błędy wyłapywać. Brytyjscy i amerykańscy eksperci byli zdania, że jedenastka po faulu na Hurtig była ewidentna, ale pani Beaudoin oraz pan Irrati byli najwyraźniej innego zdania.

A później przyszła dogrywka, w którą zdecydowanie lepiej weszły Holenderki. Pomarańczowe Lwice coraz częściej i coraz dłużej przebywały z piłką na szwedzkiej połowie, a to – mając na uwadze narastające zmęczenie – wiązało się niezmiennie ze sporym ryzykiem. Strzał Groenen, jak się okazało na wagę awansu, był więc naturalną konsekwencją przewagi, jaką podopieczne Saginy Wiegmann osiągnęły w tej fazie meczu. Trzeba oddać szwedzkim piłkarkom, że pomimo ogromnego ubytku sił do samego końca próbowały stworzyć pod bramką van Veenendaal okazję na miarę wyrównującego gola, ale na kolejne odwrócenie meczu nie było już ich stać. Tym bardziej, że Holenderki groźnie kontrowały i tylko kapitalnemu przechwytowi Zigiotti oraz rozregulowanemu celownikowi van de Sanden możemy zawdzięczać, że nadzieją na finał żyliśmy do ostatnich sekund dogrywki.

Mecz o brązowy medal już za niespełna trzy dni. Na ten moment trudno powiedzieć jaką jedenastkę pośle w Nicei do boju Peter Gerhardsson, gdyż nie da się ukryć, że faza pucharowa kosztowała nasze piłkarki mnóstwo zdrowia. Bez względu na wszystko, warto jednak potraktować ten mecz jako nagrodę za wspaniały turniej i pamiętać, że wciąż do wygrania jest bardzo wiele. A nawet jeśli się nie uda wrócić z mundialu z medalami (choć takiej opcji oczywiście póki co nie zakładamy), to i tak możemy być z tej kadry po prostu dumni. I to jest być może największa wartość, jaką wyciągniemy z turnieju we Francji.

Z radością po finał

contentmedium

Peter Gerhardsson chce, aby szwedzkie piłkarki cieszyły się grą (Fot. SvFF)

Jak zatrzymać Holandię? Na francuskim mundialu tego zadania podjęło się już pięć ekip, ale żadnej z nich nie udało się urwać aktualnym mistrzyniom Europy choćby remisu. Najbliżej powodzenia były … Nowozelandki, które nie dość, że przez 90 minut utrzymywały bezbramkowy remis, to jeszcze same – za sprawą Gregorius oraz White – były zdecydowanie bliższe otwarcia wyniku. Wystarczył jednak zaledwie jeden moment zawahania w doliczonym czasie gry, a rezerwowe Beerensteyn i Roord uszczęśliwiły kilkanaście tysięcy niderlandzkich fanów na trybunach stadionu w Hawrze. Prawda, Holenderki podczas tegorocznego turnieju nie grają aż tak efektownie, jak chociażby dwa lata wcześniej na domowym EURO ’17. Skoro jednak taka postawa wystarczyła póki co do odniesienia pięciu kolejnych zwycięstw, to aż strach pomyśleć co będzie, gdy Martens, van de Sanden i spółka zaprezentują wreszcie pełnię swoich aktualnych możliwości. Pytanie tylko, czy akurat jutro będą w stanie to zrobić.

O półfinałach piłkarskich mistrzostw świata z pewnością możemy powiedzieć, że ułożyły się one sprawiedliwie. W pierwszym z nich zmierzą się zespoły dysponujące bardzo szerokimi kadrami, które zapewniały obojgu selekcjonerom komfort ciągłych rotacji personalnych w początkowej fazie turnieju. W drugiej parze mamy natomiast drużyny, w których – z wiadomych względów – podział na pierwszą jedenastkę i ławkę jest nieco bardziej klarowny. Oczywiście, narzekanie na szwedzki lub holenderski stan posiadania byłoby sporym nietaktem w stosunku do kadrowiczek obu reprezentacji, ale faktem jest, że ani Peter Gerhardsson, ani Sarina Wiegmann nie mogą pozwolić sobie na luksus wprowadzenia na ostatni kwadrans meczu zawodniczki pokroju Horan, Lloyd, czy Stanway. Pamiętać musimy również o tym, że wiele kluczowych piłkarek w obu ekipach ma za sobą niezwykle intensywny sezon w drużynach klubowych. Czy zatem w upalnym Lyonie możemy spodziewać się kumulacji zmęczenia? Oba sztaby medyczne robią absolutnie wszystko, aby do takiej sytuacji nie doszło, ale wiadomo, że każdy organizm ma swój limit. W starciu z Niemkami przekonała się o tym chociażby Nilla Fischer, choć na szczęście występ byłej już kapitanki Wolfsburga w jutrzejszym spotkaniu nie stoi pod znakiem zapytania.

Nie trzeba posiąść wiedzy tajemnej, aby dojść do wniosku, że im bliżej bramki przeciwnika, tym bardziej niebezpieczna staje się reprezentacja Holandii. Postawa naszej defensywy może zatem stanowić klucz do ewentualnego zwycięstwa, gdyż jedynie poprzez właściwe zbilansowanie tej formacji, jesteśmy w stanie wytrącić podopiecznym Sariny Wiegmann ich największy atut. Jeśli ustawimy się zbyt wysoko, Martens oraz van de Sanden będą mogły zrobić użytek ze swej szybkości i – szczególnie w przypadku zawodniczki Barcelony – techniki użytkowej. Była zawodniczka Göteborga i Rosengård jak dotąd ani razu nie pokazała na francuskim mundialu zagrania, które w czasach występów na boiskach Damallsvenskan było niemal jej znakiem firmowym i zadaniem między innymi Hanny Glas będzie dopilnować, aby nie zrobiła tego także jutro. O ile w przypadku wysuniętej linii obrony narażamy się na zagrożenie ze strony holenderskich skrzydeł, o tyle wycofując stoperki zbyt głęboko, w zasadzie zapraszamy Vivnanne Miedemę w nasze pole karne. I znów – nie trzeba być fachowcem od angielskiej FA WSL, aby wiedzieć, co to oznacza. Młoda gwiazda Pomarańczowych Lwic nie jest być może najbardziej efektowną dziewiątką na świecie, ale efektywności mogłaby się od niej uczyć każda napastniczka. Tak, z Christen Press włącznie.

Czego jeszcze musimy jutro unikać? Oczywiście, stałych fragmentów gry z pozycji, które najbardziej lubi Sherida Spitse (a takich miejsc jest na placu gry niestety bardzo wiele). Cztery asysty w pięciu meczach holenderskiej kapitanki muszą robić wrażenie, a podziw tylko wzrasta, gdy obejrzymy sobie na spokojnie każde z jej dośrodkowań. Peter Gerhardsson jest jednak przekonany, że szwedzkie kadrowiczki jako pierwsze na turnieju poradzą sobie i z tym wyzwaniem. ale wcale nie dlatego, że dzień i noc ćwiczyły kolejne warianty obrony rzutów wolnych. Nasz selekcjoner wychodzi bowiem z założenia, że jedyną właściwą odpowiedzią na kreatywną ofensywę jest kreatywna defensywa i to właśnie taką postawę boiskową postaramy się jutro uskuteczniać. Na najbardziej klasyczne, holenderskie szablony gry będziemy rzecz jasna przygotowani, ale równie ważne jest, aby nie dać się zaskoczyć w momencie, gdy rywalki zagrają coś niekonwencjonalnego. A zarówno Spitse, jak i Groenen, choć nie są należą do wąskiego grona wirtuozek drugiej linii, potrafią przecież jednym podaniem rozbić przeciwnikowi cały, meczowy plan.

Holenderska, pomarańczowa maszyna, choć krocząca od zwycięstwa do zwycięstwa, ma jednak również swoje słabości. Gdzie ich szukać? No jasne, że przede wszystkim na bokach defensywy! Prawa obrończyni Desiree van Lunteren to solidna zawodniczka, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że delikatnie zbyt ofensywna na czteroosobowy, ustawiony klasycznie blok. Zastępująca zawieszoną za kartki Fridolinę Rolfö Lina Hurtig będzie więc miała wiele okazji, aby wykazać się pojedynkami jedna na jedną na lewej flance. I bardzo prawdopodobne, że przynajmniej część z nich wygra, a to z kolei może być już bezpośrednim zagrożeniem dla bramki van Veenendaal. Także po drugiej stronie boiska podopieczne pani Wiegmann mają spory ból głowy, bo o ile Kika van Es na wielkich turniejach zazwyczaj nie zawodziła, o tyle grająca w jej miejsce Merel van Dongen to prawdziwa, tykająca bomba. Może zagrać wybitnie, ale równie dobrze może w dowolnym momencie meczu zaliczyć asystę do Jakobsson lub Asllani. Szczególnie, jeśli dwie ostatnie będą tak dynamiczne i ruchliwe w grze bez piłki, jak w starciach z Kanadą i Niemcami. Swoje zadania do wykonania będzie miała także szwedzka dziewiątka (w tej roli najprawdopodobniej Stina Blackstenius, jeśli tylko będzie gotowa do gry), która oprócz czyhania na kiksy silnej fizycznie, lecz mało zwrotnej van der Gragt, będzie schodziła nieco głębiej, zyskując w ten sposób więcej przestrzeni dla jednej spośród trzech ofensywnych pomocniczek.

Tyle teorii, które za paręnaście godzin zapewne zweryfikuje boisko. Nie zapominajmy jednak, że na poziomie półfinału mistrzostw świata, równie ważne jak przechwyty, strzały i dośrodkowania jest przygotowanie mentalne. To właśnie ono nierzadko stanowi podstawową różnicę między sukcesem i porażką. Peter Gerhardsson podkreślał, że niezwykle istotne dla zachowania harmonii w grupie jest indywidualne podejście do każdej z zawodniczek, a także podtrzymywanie radości z gry w piłkę, bez względu na stawkę meczu. Wiem, że gdzieś w środku każdej z tych piłkarek jest pięciolatka, która kiedyś pierwszy raz kopnęła piłkę tylko dlatego, że bardzo chciała to robić – podkreślił szwedzki selekcjoner. Czyli co, z uśmiechem i radością na Holandię? Pewnie, że tak. I cieszmy się każdą sekundą, bo do przegrania nie mamy już nic, a do wygrania wszystko.

Gramy do końca!

MAJA4553_2019062945418172

Sofia Jakobsson i Peter Gerhardsson znów mogli się wspólnie cieszyć (Fot. Getty Images)

Tworzymy historię – taki właśnie napis widniał na jednej ze szwedzkich flag na Roazhon Park w Rennes. I piłkarki Petera Gerhardssona rzeczywiście zagrały tak, jakby w każdej minucie dzisiejszego spotkania były w pełni świadome tego, jak wiele jest do wygrania. Nie przeszkodził lejący się z nieba skwar, nie przeszkodziły bolesne wspomnienia poprzednich potyczek z Niemkami, nie przeszkodził stosunkowo szybko stracony gol, nie przeszkodził nawet powrót na boisko Dzsenifer Marozsan – reprezentantki Szwecji były dziś skupione przede wszystkim na sobie i na szansie, którą same sobie mogły stworzyć. I którą – uprzedźmy fakty – w mistrzowski sposób sobie ostatecznie stworzyły! Dobrze zaczęło dziać się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, gdy Caroline Seger wygrała przedmeczowe losowanie, dzięki czemu to zespół Martiny Voss-Tecklenburg do przerwy musiał grać pod słońce. Czy ten fakt miał znaczący wpływ na końcowy rezultat? Nie ma oczywiście większego sensu go przeceniać, ale jak mawiał były już selekcjoner kadry Włoch Antonio Cabrini, na tym etapie liczy się absolutnie każdy detal. O te zdecydowanie najważniejsze zadbały już jednak same piłkarki, skutecznie i metodycznie realizując plan nakreślony przez Gerhardssona i Wikmana. A przecież nie brakowało momentów, w których można było zacząć wątpić w powodzenie misji półfinał.

Pierwszy z nich pojawił się po upływie kwadransa, kiedy to w zupełnie niegroźnej sytuacji niedokładne podanie przytrafiło się Magdalenie Eriksson. Nieszczęściu próbowała jeszcze w ostatniej chwili zapobiec Fischer, ale zagranie Däbritz dotarło ostatecznie do celu, a Lina Magull złapała Lindahl na wykroku, otwierając wynik spotkania. Fakt ten nie załamał jednak szwedzkich kadrowiczek, które stosunkowo szybko odpowiedziały na straconego gola w najlepszy możliwy sposób. Sembrant zagrała długą piłkę w kierunku schodzącej z prawego skrzydła Jakobsson, Hegering źle obliczyła trajektorię lotu futbolówki, a rozgrywająca swój 105. mecz w narodowych barwach zawodniczka samotnie popędziła na bramkę rywalek i wykończyła rajd w niemal identyczny sposób, jak chociażby w Viborgu. 1-1 po akcji dwójki z Montpellier i znów wróciliśmy w zasadzie do punktu wyjścia. Wynik remisowy utrzymał się ostatecznie do przerwy, choć obie ekipy miały ewidentnie chrapkę, aby jeszcze w pierwszej połowie dopisać do swego dorobku przynajmniej jednego gola. Na chęciach się jednak skończyło, ale trzeba przyznać, że szwedzkie stałe fragmenty potrafiły stworzyć w szesnastce Almuth Schult niemały popłoch.

Od początku drugiej połowy na placu gry pojawiła się wspomniana Marozsan, ale jeśli niemieccy kibice oczekiwali, że pomocniczka Lyonu na własnych barkach wniesie ich do najlepszej czwórki tego turnieju, to mocno się w swoich szacunkach pomylili. Co więcej, to Szwedki jako pierwsze stworzyły sobie po przerwie dogodną sytuację i zrobiły to na tyle konkretnie, że zdominowane przez kolor żółty sektory na Roazhon Park po raz drugi tego popołudnia miały okazję do celebracji. Całe zamieszanie rozpoczęło się od rozgrywającej jeszcze jeden bardzo dobry mecz Asllani, która przytomnie rozciągnęła grę na prawą flankę do niezwykle aktywnej Jakobsson. Skrzydłowa Montpellier stosunkowo prostym, lecz skutecznym zwodem poradziła sobie z Gwinn i dośrodkowała w kierunku Rolfö, a przenosząca się niebawem do Wolfsburga pomocniczka Bayernu bez namysłu uderzyła na bramkę Schult. Tym razem, w przeciwieństwie do wiosennego meczu ligowego, reprezentantce Szwecji nie udało się pokonać niemieckiej golkiperki, ale brak asekuracji w defensywie rywalek sprawił, że stojąca na piątym metrze Stina Blackstenius nie miała najmniejszych problemów z dobitką. Choć do końca meczu pozostawało jeszcze mnóstwo czasu, w tym właśnie momencie po raz pierwszy pojawiła się myśl, że trwającą od blisko ćwierć wieku serię porażek z Niemkami właśnie dziś uda się przełamać.

Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że Niemki będą bardzo niebezpieczne do samego końca, choć to właśnie im (ze szczególnym uwzględnieniem najmłodszych kadrowiczek Martiny Voss-Tecklenburg) nieco bardziej dawały się we znaki piekielne, bretońskie upały. Dośrodkowania Marozsan, gra w powietrzu Popp, czy niekonwencjonalność i wszechstronność Däbritz nie wymagają jednak specjalnej reklamy, wobec czego doskonale wiedzieliśmy, że potencjalne zagrożenie może przyjść w każdej chwili. Uspokoić mecz mógł jedynie gol na 3-1, ale pomimo wzorcowo wyprowadzonych kontr, ani Rolfö, ani Blackstenius nie były w stanie postawić pieczęci na ćwierćfinałowym zwycięstwie. A Niemki, pomimo coraz wyraźniejszego ubytku sił, nie ustawały w atakach i naprawdę niewiele brakowało, aby ich trud został ostatecznie wynagrodzony. Od niezwykle groźnej sytuacji uratowało nas jednak … kilka centymetrów, które przesądziło o tym, że Lina Magull była na spalonym. Gdyby nie one, to doskonale nam znany hiszpański sędzia siedzący w pokoju VAR, już zacząłby szykować się do analizy kontaktu w polu karnym. O żadnym przewinieniu ze strony Lindahl rzecz jasna nie mogło być mowy, ale jedenastka podyktowana pięć dni temu po sugestii pana Sancheza Martineza była przecież równie kontrowersyjna. Tym razem skończyło się jednak na chwili strachu, podobnie zresztą jak w 88. minucie, kiedy to bliska zostania bohaterką Niemiec była rezerwowa Oberdorf. A chwilę później … była już tylko czysta euforia. Bo na tym turnieju reprezentacja Szwecji grać będzie do samego końca!

Wygrać awans i miejsce w historii

sweger

Tak smakuje zwycięski gol! Szwecja – Niemcy 3-2!

Był czerwiec 1995. Piłkarska reprezentacja Szwecji rozpoczęła rozgrywany we własnym kraju mundial od sporego falstartu. Choć Brazylijki nie były anonimowym zespołem znikąd, absolutnie nikt nie zakładał, że mecz otwarcia przeciwko Canarinhas zakończy się porażką drużyny prowadzonej przez Bengta Simonssona. Zwycięski gol autorstwa Roseli sprawił jednak, że już na drugi mecz gospodynie mistrzostw wychodziły z przysłowiowym nożem na gardłach. A rywal był w nim najtrudniejszy z możliwych – Niemki, które nie zamierzały ani przez moment ukrywać, że przyjechały na tamten turniej po złoto. Kadra Gero Bisanza furorę robiła nie tylko na boisku, ale i poza nim; wszak nikt inny nie mógł wówczas pozwolić sobie na luksus poruszania się po Szwecji … własnym samolotem. Przez całą pierwszą połowę wydawało się, że niemiecka perfekcja i tym razem weźmie górę, a gdy tuż przed jej zakończeniem pozostawiona zupełnie bez opieki tuż przed linią pola karnego Ursula Lohn niesygnalizowanym strzałem pokonała Elisabeth Leidinge, zrobiło się zupełnie nieciekawie. Gospodynie przegrywały już 0-2 i tylko cud mógł sprawić, że losy tego meczu da się jeszcze odwrócić. Na nasze szczęście, futbol to taka gra, w której najzwyczajniej w świecie nie ma rzeczy niemożliwych, dzięki czemu po przerwie byliśmy świadkami prawdopodobnie najbardziej szalonych 45 minut w historii szwedzkiej piłki nożnej. Sygnał do pogoni za marzeniami dała Malin Andersson, pewnie wykonując podyktowany za ewidentny faul w niemieckiej szesnastce rzut karny. Na wyrównującego gola kibice w Helsingborgu musieli jednak czekać aż do 80. minuty, kiedy to w ogromnym zamieszeniu podbramkowym najwięcej zimnej krwi zachowała Pia Sundhage, wpychając futbolówkę do siatki Manueli Goller. Wynik 2-2 przedłużał już nadzieję na awans, ale będące ewidentnie w uderzeniu Szwedki wcale nie zamierzały tego dnia dzielić się punktami. W samej końcówce na niemiecką bramkę sunął atak za atakiem, a nasze rywalki sprawiały wrażenie drużyny, która akurat na taki scenariusz była całkowicie nieprzygotowana. I wreszcie … udało się! Dośrodkowanie z narożnika boiska, niepewne piąstkowanie Goller, bilard w szesnastce i Malin Andersson uderzająca na wślizgu w opuszczony przez golkiperkę róg bramki. Wpadło!! 3-2!! Słynna, charakterystyczna dla tamtej kadry cieszynka po zdobytym golu nigdy wcześniej i nigdy później nie wydawała się nam tak piękna. Oba zespoły zdawały sobie sprawę, że Niemki już się w tym meczu nie podniosą. Turniej, który o mało co nie zakończył się zanim na dobre zdążył się rozpocząć, na powrót nabrał wspaniałych barw.

Choć wspomniane powyżej wydarzenia miały miejsce już ćwierć wieku temu, nieprzypadkowo wracamy dziś właśnie do nich. Od niezapomnianego wieczoru w Helsingborgu, szwedzkim piłkarkom ani razu nie udało się bowiem pokonać niemieckich rywalek w meczu o punkty. A warto wspomnieć, że los przecinał nasze drogi wyjątkowo często, wobec czego okazji, aby napisać jeszcze jeden radosny rozdział tej sagi, było aż jedenaście. Za każdym razem czegoś jednak ostatecznie brakowało, choć kolejne porażki mocno się od siebie różniły. Ot, weźmy na przykład tę z 2013. Gamla Ullevi w Göteborgu, najlepsza piłkarsko kadra w tym wieku i poczucie, że szczęście było tak blisko. Gdyby nie słupek, gdyby piłka wkręciła się do bramki po strzale Hammarström, gdyby uznany został wyrównujący gol Schelin … wyliczać można było długo, ale to Niemki miały pełne prawo cieszyć się po końcowym gwizdku, gdyż gola trochę z niczego (choć po bardzo mądrze wyprowadzonej akcji) wcisnęła Marozsan. A 2003? Zgadza się, wtedy akurat z przebiegu gry szwedzkie piłkarki na zwycięstwo nijak nie zasługiwały, ale jednak przez te kilkadziesiąt minut (doliczmy sobie przerwę, bo w sumie dlaczego by nie) można było wizualizować sobie reprezentacyjną koszulkę z jedną gwiazdką i huczne powitanie niedoszłych jak się okazało mistrzyń świata na Götaplatsen. EURO 2001? Na tamtym turnieju szanse były nawet dwie, ale zarówno w fazie grupowej, jak i w finale, w bardzo podobny sposób złudzeń pozbawiła nas Claudia Müller. I tak upływały lata, zmieniały się nazwiska, ale niezmienne pozostawało jedno – reprezentacja Niemiec wciąż pozostawała przeszkodą nie do przejścia w meczu o punkty.

Roazhon Park w Rennes, dziś zdecydowanie bardziej słoneczne niż przed trzema tygodniami. To właśnie tutaj i Szwedki i Niemki z wielkimi nadziejami rozpoczynały francuski mundial. Za kilkanaście godzin jedna z tych ekip w dokładnie tym samym miejscu definitywnie go zakończy, zabierając w powrotną podróż do domu mnóstwo wspaniałych wspomnień, ale i żal, bo przecież awans do strefy medalowej był o krok. Jasne, na żadnym etapie nie jest przyjemnie odpadać z turnieju, ale porażka w ćwierćfinale często boli podwójnie. Zarówno historia, jak i teraźniejszość wyraźnie pokazują kto będzie w tym starciu faworytem, ale Peter Gerhardsson podkreśla, że dla niego liczy się przede wszystkim to, co przed nami. Choć po chwili namysłu dodaje, że rzeczywiście byłoby miło, gdyby to właśnie tej kadrze udało się przełamać niemiecki kompleks. Selekcjoner werbalizuje w ten sposób pragnienie kilku milionów sympatyków futbolu, gdyż już za chwilę wszystkie szwedzkie miasta, a wśród nich między innymi Sztokholm, Malmö, Umeå, Västerås i … Minneapolis jednym głosem wspierać będą jedenaście zawodniczek biegających po murawie stadionu w Bretanii. Czy mamy jakiś tajny plan na sukces? Rozpracowując Kanadę słuchałem dużo Neila Younga i udało się awansować, więc teraz postawiłem na Rammstein, bo ostatnio wypuścili nową muzykę. Ciężkie brzmienia, ale w końcu czeka nas ciężki mecz, więc wszystko się zgadza – w swoim stylu podsumowuje swoją strategię meloman Gerhardsson. Cóż, skoro tak, to jesteśmy już uspokojeni i cierpliwie czekamy na pierwszy gwizdek. Dobrego meczu, niech zwycięży lepszy.

Hedvig księżniczką Paryża

1CIV0957_2019062482803528

Hedvig Lindahl potrafi bronić rzuty karne (Fot. Getty Images)

Pierwsza połowa tego meczu nie była wielkim widowiskiem. Ale – umówmy się – nikt chyba nie spodziewał się, że nim będzie. Potyczka Szwecji z Kanadą, szczególnie w fazie pucharowej wielkiego turnieju, najzwyczajniej w świecie musiała rozpocząć się właśnie w takim stylu, a że przed przerwą nikomu nie udało się otworzyć wyniku, to żadna ze stron nie zdecydowała się na diametralną zmianę taktyki. Do stracenia było bowiem zbyt wiele, a obie strony aż za bardzo zdawały sobie sprawę, jak kosztowny może okazać się nawet pojedynczy błąd. Ten na szczęście nie przytrafił się ani Hannie Glas, ani Magdalenie Eriksson, które w niemal podręcznikowy sposób udaremniały ofensywne zakusy kanadyjskich skrzydłowych w osobach Prince oraz Beckie. Od swojej gry odcięta była także Christine Sinclair, o co z kolei doskonale zadbała Nilla Fischer do spółki z Lindą Sembrant. Zgodnie z oczekiwaniami, walki o każdy fragment murawy nie brakowało także w środku pola i choć sędziowie sportów walki najpewniej wypunktowaliby pierwsze 45 minut gry w tej części boiska minimalnie na korzyść Kanadyjek, to warto podkreślić, że pomimo delikatnej, optycznej przewagi naszych rywalek, nie udało im się stworzyć choćby jednej dogodnej sytuacji strzeleckiej pod bramką Hedvig Lindahl. Do szatni obie ekipy udały się więc przy bezbramkowym remisie i w sumie nawet trudno się dziwić, że w przerwie zaczęliśmy żartować, iż właśnie teraz nadszedł najwyższy czas, aby zastanowić się nad wyborem piątki strzelczyń do konkursu rzutów karnych.

Tak naprawdę wyczekiwaliśmy jednak nie jedenastek, a tej jednej, złotej okazji, o której tak wiele rozmawiano przed pierwszym gwizdkiem. I po niespełna dziesięciu minutach gry po przerwie doczekaliśmy się, a do jej wykreowania potrzebowaliśmy zaledwie dwóch podań. Pierwsze z nich wykonała Elin Rubensson, zagrywając idealnie w tempo do Kosovare Asllani, a najlepsza szwedzka piłkarka na francuskim mundialu świetnie dojrzała wychodzącą na pozycję Stinę Blackstenius. Utracie gola próbowała jeszcze rozpaczliwą interwencją zapobiec Stephanie Labbé, ale napastniczka Linköping po ponad dwunastu miesiącach posuchy wreszcie doczekała się jedenastego trafienia w narodowych barwach. Stara zasada, że przełamywać się należy wyłącznie w najważniejszych meczach, najwidoczniej cały czas obowiązuje i ma się dobrze. Choć wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, że był to gol na wagę awansu do ćwierćfinału mistrzostw świata.

Do końca spotkania wciąż pozostawało bowiem jeszcze sporo czasu, a Kanadyjki nigdy nie były zespołem, który podłamywał się po utracie pierwszej bramki. Tym razem oczywiście również tak nie było, ale szwedzka defensywa prezentowała się dziś nadzwyczaj solidnie. Podopieczne trenera Heinera-Møllera próbowały środkiem, próbowały skrzydłami, ale żadna z tych metod nie okazała się na tyle skuteczna, aby w szesnastce Lindahl zrobiło się naprawdę gorąco. O dodatkowe emocje, nie po raz pierwszy zresztą na tym turnieju, postarał się zatem system wideoweryfikacji VAR, a konkretnie sprawujący nad nim pieczę Hiszpan Jose Maria Sanchez Martinez, dopatrując się przewinienia Kosovare Asllani we własnym polu karnym. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że piłka w spornej sytuacji faktycznie odbiła się od ręki pomocniczki Linköping, ale bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy mogła ona zrobić cokolwiek, aby zapobiec temu kontaktowi. Tym wszystkim nie zamierzała się jednak przejmować Lindahl, która najpierw spokojnie wysłuchała krótkiego wykładu australijskiej sędzi Kate Jacewicz na temat właściwego ustawiania się przy próbie obrony rzutów karnych, a następnie rzuciła się w prawy róg swojej bramki i w kapitalnym stylu odbiła uderzoną przez Janine Beckie futbolówkę. Dlaczego do piłki ustawionej na dwunastym jardzie nie podeszła Sinclair? Możemy jedynie domyślać się, że w wielu kanadyjskich domach zadawano sobie takie właśnie pytanie.

W okolicach 80. minuty szwedzkie sektory na paryskim stadionie raz jeszcze wystrzeliły do góry, gdy w kanadyjskiej szesnastce w nieprawidłowy sposób powstrzymywana była Fridolina Rolfö. Pani Jacewicz bez wahania wskazała na wapno, ale po konsultacji z arbitrem VAR słusznie wycofała się z tej decyzji, gdyż chwilę wcześniej na spalonym znajdowała się biorąca udział w tej akcji Blackstenius. O żadnym ofsajdzie nie było już jednak mowy kilka chwil później, gdy po sprytnie rozegranym rzucie wolnym, przed utratą drugiego gola uratowała Kanadę wybijająca piłkę z linii bramkowej Desiree Scott. Jednobramkowe prowadzenie wciąż nie dawało pewności awansu, rywalki nie ustawały w kolejnych próbach doprowadzenia przynajmniej do remisu, ale nawet obecność Labbé w szwedzkiej szesnastce nie przyniosła im tym razem upragnionego celu. Dwie hokejowe nacje zagrały iście hokejową końcówkę, w której to futbolówka kilka razy przeleciała niebezpiecznie wzdłuż pola karnego, ale na szczęście żadnej z Kanadyjek nie udało się ostatecznie wepchnąć jej do siatki (ewentualnie na rękę jednej z naszych piłkarek). Ćwierćfinał francuskiego mundialu stał się zatem faktem, a magiczny wieczór na Parc des Princes na zawsze zapisał się w naszej pamięci. A Niemki? O nich zaczniemy myśleć od jutra!

Gotowe na wszystko

smmmmmmttg

Szwedzka kadra w pełni gotowa na bój o ćwierćfinał (Fot. Getty Images)

To, że kwestie klimatyczne były wiodącym tematem zakończonej nie tak dawno kampanii przed wyborami do parlamentu europejskiego, jest całkowicie zrozumiałe, ale mało kto spodziewał się, że dokładnie takie same dyskusje prowadzić będziemy przy okazji meczu piłkarskiej reprezentacji Szwecji w 1/8 finału mistrzostw świata. Nadciągająca nad Francję fala gorącego, zwrotnikowego powietrza znad Afryki na tyle skutecznie narzuciła nam jednak narrację, że w sprawie upałów wypowiadały się zawodniczki, sztab medyczny i selekcjoner. I wydaje się, że wszyscy byli w swoich stanowiskach zgodni: warunki do gry nawet późnym wieczorem idealne nie będą, ale nie ma mowy o zrzucaniu na nie winy za ewentualne niepowodzenie. Dobrze, że cieplej robiło się już od kilku dni, dzięki temu mogłyśmy się do tych temperatur trochę przyzwyczaić i podczas meczu unikniemy szoku – nie bez racji zauważała Elin Rubensson. Trochę bardziej ostrożna była w wyciąganiu optymistycznych wniosków Fridolina Rolfö, zwracając uwagę na zdecydowanie większy ubytek sił z każdą upływającą minutą gry w ekstremalnym upale: Na pewno będziemy starały się grać naszą piłkę, ale zmęczenie może przyjść nieco szybciej. Namiastkę takich warunków poznałyśmy już podczas meczu z Tajlandią, gdzie na dodatek grałyśmy w środku dnia. Teraz nasz mecz będzie wieczorem, a więc temperatura może zacząć nieco spadać – stwierdziła z nadzieją piłkarka, która tego lata zamieni Monachium na Wolfsburg. A nam pozostaje wierzyć, że przynajmniej w drugiej połowie aura rzeczywiście choć trochę się nad nami zlituje i przyniesie nam nieco wytchnienia.

Trwając w nadziei, że marzenia o ćwierćfinale nie roztopią się w skwarze francuskiej stolicy, wróćmy jednak do kwestii czysto piłkarskich, gdyż to właśnie one na koniec dnia powinny mieć dziś decydujące znaczenie. Nie jest przesadnie wielką tajemnicą, że na paryskim stadionie spotkają się dwie ekipy preferujące dość podobny styl. Najbardziej logicznym wnioskiem byłoby więc stwierdzenie, że zwycięsko z tej batalii wyjdzie ten, kto jako pierwszy przejmie i utrzyma kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Do tego z kolei niezbędne może okazać się wygranie walki o środek pola, więc deklaracje Caroline Seger, Elin Rubensson i Kosovare Asllani o pełnej gotowości do gry mogą nas tylko cieszyć. Tym bardziej, że kapitanka Rosengård jeszcze nie tak dawno narzekała na problemy z plecami, ale – jeśli wierzyć jej zapewnieniom – na dzień dzisiejszy o żadnym urazie nie ma mowy. I dobrze, gdyż spodziewamy się, że z Kanadyjkami przyjdzie się naszym zawodniczkom trochę poobijać. Niezwykle istotna będzie również postawa szwedzkich defensorek, których zadaniem będzie między innymi powstrzymanie kroczącej po kolejne indywidualne rekordy strzeleckie Christine Sinclair. Ważne jednak, aby skupiając się na doświadczonej snajperce nie stracić z oczu innych zagrożeń, które w kanadyjskim zespole czyhają chociażby na skrzydłach. Pamiętacie jak wielkie problemy sprawiała nam nie dalej jak trzy miesiące temu dynamiczna i nieobliczalna Nichelle Prince? No właśnie, a dziś łatwiej nie będzie na pewno.

Marcowy mecz na turnieju towarzyskim o Puchar Algarve był zresztą w ostatnich dniach jednym z głównych punktów odniesienia dla Gerhardssona, Wikmana i całego sztabu szkoleniowego. To właśnie tę potyczkę oglądano i analizowano na wszelkie możliwe sposoby, aby jeszcze lepiej przygotować się do największego jak dotąd wyzwania na tegorocznym mundialu. Wtedy, na stadionie w Faro, szwedzko-kanadyjskie starcie zakończyło się bezbramkowym remisem, a w rozegranej po jego zakończeniu serii rzutów karnych minimalnie lepsze okazały się Kanadyjki. Jeśli jednak za kilka godzin znów miałoby dojść do konkursu jedenastek, to akurat w tym kierunku z marcowych wydarzeń wyjątkowo nie warto wyciągać jakichkolwiek wniosków. Dlaczego? Cóż, wystarczy powiedzieć, że już wówczas w Portugalii mieliśmy pełną świadomość, że za kilka miesięcy może dojść do powtórki w meczu o zdecydowanie większą stawkę. Z pewnością nikt nie obraziłby się jednak na to, aby kwestię awansu do najlepszej ósemki rozstrzygnąć już w regulaminowym czasie gry. Aby tak się stało, trzeba będzie oczywiście być niezwykle uważnym, gdyż w rywalizacji Szwecji z Kanadą ostatnimi czasy zazwyczaj nie pada przesadnie wiele goli. Jeśli więc dziś wieczorem pojawi się jakaś bramkowa szansa, to trzeba będzie ją po prostu wykorzystać. Peter Gerhardsson gorąco wierzy, że jego podopieczne są w stanie to zrobić, a Caroline Seger zapewnia, że ta kadra na wyżyny potrafi wzbić się dokładnie wtedy, gdy najbardziej tego potrzeba. Nie ma wątpliwości, że nadszedł właśnie taki dzień, oby zatem nasza kapitanka tym razem nie pomyliła się w ocenie.