Dwadzieścia lat z mundialami

Mercy-Akide

Nigeryjki były absolutną rewelacją MŚ 1999

Był czerwiec 1999 roku. Nie znałem wtedy na pamięć kadr zespołów uczestniczących w finałach mistrzostw świata, nie miałem pojęcia, która piłkarka cechuje się ponadprzeciętną szybkością, a która jest najlepsza technicznie. Właśnie wtedy miała jednak miejsce moja mundialowa inicjacja i z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że gdyby nie tamten, rozgrywany na boiskach USA turniej, moja miłość do kobiecego futbolu nie rozwinęłaby się aż tak gwałtownie. Będące prawdziwą rewelacją imprezy sprzed dwudziestu lat Nigeryjki, z fenomenalną Mercy Akide na czele, nie pozostawiły mi jednak wyboru. Do dziś doskonale pamiętam kończący grupowe zmagania mecz Afrykanek z Danią, a także przenikliwy smutek, gdy kapitalną pogoń w ćwierćfinale przeciwko Brazylii w jednej chwili przerwała Sissi, wykonując TEN rzut wolny. Później był jeszcze finał, filigranowa Kristine Lilly wybijająca piłkę z linii bramkowej i seria rzutów karnych, z której najbardziej zapamiętałem nie ikoniczną już radość Brandi Chastain, a złość na Brianę Scurry oraz Nicole Petignat. Amerykańskiej bramkarce nie mogłem wybaczyć, że za nic miała sobie zasady gry w piłkę i postawę fair play, natomiast szwajcarskiej sędzi – że na takie zachowanie ostentacyjnie pozwalała. Wypełniony do ostatniego miejsca Rose Bowl w Pasadenie eksplodował ze szczęścia, ale mi jakoś w ogóle nie było wówczas do śmiechu. To ostatnie stało się zresztą moją prywatną, mundialową tradycją, z jednym miłym wyjątkiem, jakim okazał się turniej w Niemczech.

Rok 2003 to turniej przeniesiony z Azji do Ameryki w trybie last minute. Reprezentacji Szwecji kibicować mogłem aż do finału, w którym to przez nieco ponad kwadrans podopieczne Mariki Domanski mogły czuć się wirtualnymi mistrzyniami świata. Później przyszło jednak błyskawiczne wyrównanie tuż po przerwie (jak ja nie lubię takich goli prosto z szatni!) i rozstrzygnięta złotym golem dogrywka. Z pucharu cieszyły się Niemki, a srebrnym medalistkom na osłodę pozostało iście królewskie powitanie po powrocie do kraju. Inne obrazki, które automatycznie kojarzą mi się z turniejem roku 2003, to na pewno trzy asysty kończącej niezwykle bogatą, reprezentacyjną karierę Mii Hamm w starciu ze Szwecją i techniczne Japonki, które swoim stylem gry rozkochały mnie w sobie tak skutecznie, że uczucie nie osłabło po dziś dzień. Pamiętacie akcję zakończoną golem Homare Sawy w meczu z Argentynkami? To była dopiero przepyszna delicja, prawda? Aha, australijska kapitanka Cheryl Salisbury po tamtym mundialu stała się oficjalnie moją ulubioną piłkarką. Kto widział, ten pewnie wie dlaczego.

Chiny 2007, choć właściwie powinienem napisać Marta 2007. 21-letnia Brazylijka, na co dzień kopiąca futbolówkę w Umeå, w kilka tygodni wzięła szturmem cały piłkarski świat. Nowozelandkom odebrała resztki nadziei w pierwszym meczu grupowym, chińską defensywę ośmieszyła jak nikt nigdy wcześniej (i później), z Amerykankami zatańczyła sambę, którą przez kolejną dekadę podziwiali na każdej długości i szerokości geograficznej i dopiero w wielkim finale jej triumfalny taniec zatrzymała Nadine Angerer, na tamtym turnieju zatrzymująca zresztą … wszystkie lecące w jej bramkę strzały. Nie ma jednak wątpliwości, że był to zdecydowanie najbardziej spektakularny występ pojedynczej zawodniczki w całej historii MŚ i moment, w którym narodziła się nieśmiertelna legenda Marty. A Szwedki? Niestety, wskutek niemożności przebicia nigeryjskiego muru zakończyły swoje zmagania już na fazie grupowej. Choć na pocieszenie i jednocześnie pożegnanie z mundialem, Lotta Schelin z Göteborga dwukrotnie ukłuła jeszcze Koreanki. Inne mecze, które nierozerwalnie przypominają mi o tamtym turnieju to remisowa wymiana ciosów pomiędzy Japonią i Anglią (ach, ta Miyama!) i pełna zwrotów akcji batalia chińsko-duńska, która ostatecznie przesądziła o awansie jednej z tych ekip do fazy pucharowej. Ja mocno ściskałem kciuki za sąsiadki zza Kattegatu, więc pewnie domyślacie się, kto wyszedł z niej zwycięsko.

Sommermärchen 2011 dla nas zaczęła się wcześniej niż dla innych, a dyskusja o braku powołań dla Asllani oraz Liljegärd skutecznie skróciła nam czas oczekiwania na mecz otwarcia Niemek z Kanadyjkami, w którym Christine Sinclair zagrała ze złamanym nosem. Dwa pierwsze mecze w wykonaniu szwedzkiej kadry, pomimo korzystnych w sumie wyników, raczej nie napawały optymizmem, ale drużyna Thomasa Dennerby’ego na niemieckiej ziemi rozkręcała się dosłownie z dnia na dzień. Końcowy efekt był taki, że przywieziony do kadry z szatni Lyonu przez Lottę Schelin słynny, zwycięski taniec podziwialiśmy aż do przedostatniego dnia mistrzostw, a później nasze bohaterki, z brązowymi medalami na szyjach, wykonały go raz jeszcze podczas powitania na Götaplatsen. Z nie mniejszym podziwem niż kapitalny strzał Marie Hammarström w okienko francuskiej bramki, podziwiałem jednak ekipę Nadeshiko, która przyjechała na turniej w zaledwie kilka miesięcy po ogromnej tragedii, jaką niewątpliwie było trzęsienie ziemi u wybrzeży Japonii. Kadra Norio Sasakiego przybyła do Europy w jednym celu: aby przywrócić rodakom uśmiech i – wbrew wszelkim przewidywaniom ekspertów – sięgnęła po mistrzowski laur, odprawiając po drodze gigantki z Niemiec i USA. Jak już wspomniałem, był to jedyny jak dotąd turniej, po którym cieszyłem się z rozstrzygnięcia meczu finałowego, a w swojej radości nie byłem bynajmniej odosobniony, gdyż podobnie swoje sympatie ulokowała na przykład zazwyczaj powściągliwa w reakcjach kanclerka Niemiec Angela Merkel.

Turniej w Kanadzie w pamięci mamy jeszcze całkiem świeżo, więc ograniczę się tylko do kilku wspomnień. Pierwszym była gęstniejąca powoli atmosfera wokół szwedzkiej kadry, która sprawiała, że na mundial za Atlantyk wyruszaliśmy bez przesadnie wygórowanych nadziei. Tym bardziej, że sytuację mocno skomplikowała nam FIFA, w ostatniej chwili zmieniając koszyki podczas losowania finałów MŚ. Brak optymizmu okazał się w jakimś stopniu uzasadniony, gdyż szwedzka kadra po raz pierwszy w historii pożegnała się z turniejem bez choćby jednego zwycięstwa. Co więcej, remis z Nigerią uratowały nam bramkarka i dwie stoperki i w zasadzie tylko w rywalizacji z USA trzy punkty były na wyciągnięcie ręki, ale na stadionie w Winnipeg działała goal-line technology, w efekcie czego skończyło się na bezbramkowym remisie. Nawet trochę szkoda, bo pokonać kroczące po trzecie złoto Amerykanki, to byłoby coś! Pozostałe obrazki, które tworzą w mojej głowie pejzaż kanadyjskiego mundialu, to czysta, dziecięca (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa) radość Kolumbijek po zwycięstwie nad Francją, bolesna strata piłki przez Lauren Sesselmann w ćwierćfinale z Anglią i nieco zapomniany przez wszystkich Kamerun, który zarówno na boisku, jak i na trybunach jako żywo przypominał mi Nigerię 1999.

Francja 2019 – jeszcze nie wiemy, co przyniesie nam ten turniej. Dla wielu z nas będzie on kolejnym przeżywanym świadomie mundialem, ale myślę, że są wśród nas i tacy, którzy po raz pierwszy przeżywać będą najpiękniejsze futbolowe święto czterolecia. To właśnie do nich chciałbym na zakończenie skierować kilka słów. Po pierwsze, dzięki że wytrwaliście i doczytaliście ten tekst do tego miejsca. Po drugie, podczas najbliższych tygodni postarajcie się chłonąć każdą chwilę tak bardzo, jak tylko się da i cieszyć się każdą minutą turnieju. Dlaczego? Cóż, w tej chwili nie zdajecie sobie jeszcze z tego sprawy (i słusznie!), ale uwierzcie mi, że za kilkadziesiąt lat to właśnie czerwiec i lipiec 2019 będziecie wspominać jako najpiękniejszy mundial wszech czasów. Mając nadzieję, że finały we Francji przyniosą mnóstwo satysfakcji zarówno tym najmłodszym, jak i tym nieco bardziej doświadczonym życiowo sympatykom futbolu, życzę każdemu z was wielu pozytywnych, piłkarskich emocji. Mistrzem świata może zostać tylko jedna reprezentacja, ale nie zapominajmy, że bez względu na boiskowe rozstrzygnięcia, nas wszystkich łączy wspólna miłość i pasja. Francjo, Koreo, rozpoczynajcie ten turniej i niech się dzieje!

Gra o tron – sezon ósmy

bmtsuqqjgnfipjw8uzgb

O ten piękny puchar zagrają we Francji 24 reprezentacje (Fot. FIFA)

24 drużyny, 552 zawodniczki, 52 mecze, 31 dni, 9 stadionów, 1 puchar – tak przedstawiają się te zdecydowanie najważniejsze liczby francuskiego mundialu. Na kilkadziesiąt godzin przed jego rozpoczęciem chrapkę na sięgnięcie po najcenniejsze trofeum w światowym futbolu wciąż mają wszyscy uczestnicy turnieju finałowego. Za około miesiąc cieszyć będzie się tylko jeden zwycięzca, ale póki co wiara i nadzieja na triumf towarzyszy sympatykom piłki nożnej od Vancouver do Wellington i od Gamviku po Kapsztad. I słusznie, bo mówimy przecież o chyba najbardziej nieprzewidywalnej dyscyplinie sportu, w której niemożliwe faktycznie nie istnieje. Skoro Piteå mogło przed kilkoma miesiącami sięgnąć po mistrzostwo Szwecji, to niewykluczone, że za chwilę świętować będą w Bangkoku, Kingston lub Buenos Aires. Tym bardziej, że tutaj wystarczy zaledwie siedem meczów, aby sięgnąć gwiazd. A zatem – kto okaże się najlepszy? Najwyższy czas, aby poznać odpowiedź na najważniejsze pytanie roku 2019 w piłkarskim świecie.

Wygra Francja, ponieważ … mając taki potencjał kadrowy nie da się wiecznie przegrywać, szczególnie jeśli gra się u siebie.

Wygra Korea Południowa, ponieważ … nieprzypadkowo każdy klub świata chciałby mieć u siebie So-Youn Ji. A Koreanki ją mają.

Wygra Norwegia, ponieważ … Caroline Hansen to prawdopodobnie najlepsza asystentka na świecie, a w tej kadrze naprawdę jest komu piłkę podawać.

Wygra Nigeria, ponieważ … srebrne pokolenie Super Falcons nareszcie dorosło do sukcesów, a na dodatek tym razem jedzie na wielki turniej z trenerem na ławce.

Wygrają Niemcy, ponieważ … podobno w piłce nożnej zawsze wygrywają.

Wygrają Chiny, ponieważ … duet Wang – Wang udowodni, że prawdziwa ojczyzna futbolu nie tylko w latach 80. i 90. potrafi rzucić wyzwanie najlepszym.

Wygra Hiszpania, ponieważ … ogromne sukcesy w piłce młodzieżowej muszą wreszcie przekuć się na pierwszy, wielki sukces seniorskiej reprezentacji.

Wygra RPA, ponieważ … zatrzymać Thembi Kgatlanę naprawdę nie jest łatwo. Próbowało wielu, udało się nielicznym.

Wygra Australia, ponieważ … Samantha Kerr przegrywać ewidentnie nie lubi.

Wygrają Włochy, ponieważ … dwadzieścia lat wyczekiwania to zdecydowanie za dużo, a na energii i entuzjazmie da się zajechać naprawdę daleko.

Wygra Brazylia, ponieważ … po raz pierwszy nikt na nią nie liczy, a doskonale zdajemy sobie sprawę, co to może oznaczać.

Wygra Jamajka, ponieważ … Nicole McClure potrafi bronić rzuty karne, a Khadija Shaw (jeśli tylko będzie zdrowa) nie boi się żadnej defensywy.

Wygra Anglia, ponieważ … #ItsComingHome. I w zasadzie tyle.

Wygra Szkocja, ponieważ … po raz pierwszy w historii w najważniejszym momencie może skorzystać ze wszystkich kluczowych piłkarek.

Wygra Argentyna, ponieważ … porażka jest najlepszym nauczycielem, jeśli potrafi się wyciągnąć z niej właściwe wnioski.

Wygra Japonia, ponieważ … efektem programu Nadeshiko Vision jest pokolenie, które zwyciężanie ma w swoim kodzie genetycznym.

Wygra Kanada, ponieważ … strzelić im choćby jednego gola nie jest łatwo. A gdy się nie traci goli, to zazwyczaj się nie przegrywa.

Wygra Kamerun, ponieważ … rewelacji poprzedniego turnieju przedwcześnie skreślać nie wolno. A wielu już to zrobiło.

Wygra Nowa Zelandia, ponieważ … najmocniejszą formacją Football Ferns jest defensywa, a to ona najczęściej wygrywa turnieje.

Wygra Holandia, ponieważ … na takich skrzydłach da się wzbić niezwykle wysoko, a Miedema i van de Donk zadbają o resztę.

Wygra USA, ponieważ … na każdej pozycji ma piłkarkę, która biłaby się o wyjściową jedenastkę w dowolnej reprezentacji. Tour de Four jest całkowicie realne.

Wygra Tajlandia, ponieważ … futbol nierzadko potrafi wymknąć się logice i zdroworozsądkowemu myśleniu.

Wygra Chile, ponieważ … Christiane Endler przypomni sobie o swoich warunkach fizycznych i postawi przed bramką mur nie do przejścia.

Wygra Szwecja, ponieważ … przez ostatnie dwa lata ta kadra wiele razy udowodniła nam, że jeśli ma swój dzień, to potrafi wygrać z każdym.

Szwedzka kadra na mundial

Zgodnie z wcześniejszą obietnicą: oto graficzne przedstawienie szwedzkiej kadry na MŚ 2019 z uaktualnionymi po meczu z Koreą statystykami. Jeśli w najbliższym tygodniu nie wydarzy się nic niespodziewanego (a wszyscy mamy nadzieję, że tak właśnie będzie), to właśnie te 23 zawodniczki znajdą się w składzie reprezentacji prowadzonej przez Petera Gerhardssona i Magnusa Wikmana na turniej we Francji. Całej ekipie pozostaje zatem życzyć zdrowia i … jak najpóźniejszego powrotu do domu, najlepiej z medalami na szyjach!

Kadra Szwecji na MŚ 2019:

01. lindahl

02. andersson

03. sembrant

04. glas

05. fischer

06. eriksson

07. janogy

08. hurtig

09. asllani

10. jakobsson

11. blackstenius

12. falk

13. ilestedt

14. roddar

15. bjorn

16. zigiotti

17. seger

18. rolfo

19. anvegard

20. larsson

21. musovic

22. schough

23. rubensson

Frido i Madde dały dziś radę

sverige-sydkorea-bild

Szwecja gra do końca – 1-0 po golu w 91. minucie (Fot. SvFF)

Miało być trudniej niż trzy dni temu – i było. Koniec końców na boisku pojawiły się jednak Fridolina Rolfö oraz Madelen Janogy i to właśnie ich akcja w doliczonym czasie gry przesądziła o skromnym zwycięstwie podopiecznych Petera Gerhardssona w przedmundialowej próbie generalnej. Piłkarka monachijskiego Bayernu zdecydowała się na indywidualny rajd środkiem boiska i po przedryblowaniu kilku Koreanek obsłużyła świetnym podaniem skrzydłową Piteå, a ta – choć mogła jeszcze odgrywać do Anny Anvegård – sama skutecznie wykończyła atak szwedzkiego zespołu. I dobrze, gdyż publiczność na Gamla Ullevi naprawdę zasłużyła dziś na tę chwilę radości, a nasz selekcjoner – na kolejnego gola z akcji, których na pewnym etapie przygotowań tak bardzo nam brakowało.

Inna sprawa, że dzisiejszego wieczora na stadionie narodowym w Göteborgu futbolówka jeszcze dwa razy wpadała do siatki, ale prowadząca to spotkanie Francuzka Florence Guillemin z sobie tylko znanych powodów zdecydowała się oba gole anulować. Przed przerwą z bramki przez kilkanaście sekund mogła cieszyć się Stina Blackstenius, ale pani sędzia dopatrzyła się faulu napastniczki Linköping, choć ta w zasadzie nie miała bezpośredniego kontaktu z żadną z rywalek, natomiast na samym początku drugiej połowy przy trafieniu dla gości odgwizdano rzekomego spalonego, choć w rzeczywistości linię złamała zarówno Hanna Glas, jak i Linda Sembrant. Na szczęście, podczas francuskich finałów w analogicznych sytuacjach działać będzie system wideoweryfikacji, a zadaniem obsługujących go arbitrów ma być natychmiastowa korekta błędnych decyzji sędziowskich. W jakim stopniu ta nowinka faktycznie ograniczy rolę tak nielubianych przez nas pomyłek pań z gwizdkiem? Poczekamy do 7. lipca i wtedy pokusimy się o pierwsze oceny.

Wróćmy jednak do tego, co za nami, choć analiza meczu z Koreą – także przez wzgląd na jego rangę – przesadnie długa być nie może. Pozytywem jest z pewnością fakt, że znów dobrze zafunkcjonowała nasza ławka, a zawodniczki wchodzące po przerwie potrafiły zrobić różnicę, ale pamiętajmy, że na mundialu Peter Gerhardsson nie będzie miał komfortu dokonania sześciu zmian. Skuteczność w wyborach zarówno taktycznych, jak i personalnych będzie zatem musiała oscylować w granicach stu procent, choć oczywiście cieszymy się, że tych wyborów będzie w ogóle z kogo dokonywać. Wszak w przeszłości zdarzały się nam imprezy, na które jechaliśmy z czternastoma piłkarkami do gry, a wątpliwości co do stanu jakościowego zawodniczek z miejsc 17-23 stały się niemal szwedzkim sportem narodowym. Starcia z Austrią i Koreą pokazały jednak, że tym razem rezerwowe nie wybierają się na turniej wyłącznie w celach turystycznych, a sztab szkoleniowy w dowolnym momencie będzie mógł z umiarkowanym spokojem zwrócić się w kierunku ławki. Wyjątek stanowią tu być może dwie pozycje: środek pomocy oraz bramka, gdyż akurat tam ewentualne zaplecze jest albo mocno ograniczone, albo kompletnie niesprawdzone w bojach o punkty.

Z zawodniczek wyjściowej jedenastki mały plus na pewno zapisaliśmy dziś przy nazwisku Liny Hurtig, która udowodniła, że nieprzypadkowo była tej wiosny najlepszą szwedzką piłkarką Linköping (co przy takim zatrzęsieniu kadrowiczek w klubie z Östergötland jest pewnym osiągnięciem). Swoje zrobiła też fenomenalna Elin Rubensson, która imponowała zarówno wydolnością, jak i skutecznością odbioru, o świetnych, granych przez nią prostopadłych piłkach nie wspominając. Gdyby nie zawodniczka Göteborga, Rolfö i Janogy nie miałyby szansy przeprowadzić zwycięskiej akcji w 91. minucie i trochę szkoda, że dopiero Marcus Lantz wpadł na to, że Rubensson jako klasyczna ósemka będzie w stanie pokazać więcej niż w którejkolwiek z wcześniej przypisywanych jej boiskowych ról. Serię wzlotów i upadków notowały natomiast piłkarki formacji defensywnej, wśród których na plus najbardziej wyróżniła się chyba Amanda Ilestedt. Glas i Eriksson, a także zastępująca tę ostatnią Jonna Andersson, zgodnie z instrukcjami selekcjonera dawały pomocniczkom więcej opcji w rozgrywaniu ataków pozycyjnych, ale każdej z nich przytrafił się przynajmniej jeden poważny błąd w grze obronnej. Ten największy skutkował nawet golem dla technicznych Koreanek, które dwoma podaniami rozmontowały niezorganizowaną na tamten moment szwedzką defensywę, ale – jak już wiemy – w sukurs przyszła nam wówczas francuska sędzia. O szybsze bicie serca dwukrotnie przyprawiła nas także Hedvig Lindahl, nonszalancko wprowadzając piłkę do gry, ale na szczęście w obu przypadkach skończyło się tylko na strachu. Na mundialu trzeba będzie jednak zachować zdecydowanie większą koncentrację.

Mało piszemy o Koreankach, ale przecież nie będzie wielkim odkryciem, że w ich szeregach popis gry dały występujące na co dzień na Wyspach Brytyjskich So-Youn Ji oraz So-Hyun Cho. Wiele kłopotów sprawiła nam także Geum-Min Lee z rodzimego Gyeongju, autorka nieuznanego gola dla gości. Problemem zespołu prowadzonego przez Deok-Yeo Yoona jest jednak obsada bramki, do czego przyczyniły się urazy dwóch teoretycznie najlepszych koreańskich golkiperek. Pewności na tej pozycji nie daje niestety ani Kang, ani Kim, ani Jung, co może stanowić naprawdę poważny problem w konfrontacji z francuską, norweską, czy nigeryjską ofensywą. Wydaje się bowiem, iż w pierwszej linii każda z trzech wymienionych przed chwilą reprezentacji dysponuje obecnie większym potencjałem niż Szwecja.

Problemy Koreańczyków tym razem musimy niestety pozostawić do rozwiązania im samym, a nas czeka teraz kilka dni oddechu i wylot do Rennes. Próba generalna udała się w stopniu zadowalającym, oby premiera 11. czerwca okazała się przynajmniej tak samo efektywna.

Przez Båstad do Göteborga

contentmedium

Mimmi Larsson strzeliła jednego z goli w nieoficjalnym meczu z Koreą (Fot. SvFF)

Obóz w Båstad miał być tą zdecydowanie bardziej intensywną częścią przygotowań kadry Petera Gerhardssona na ostatniej prostej przed mundialem, ale ci, którzy mieli okazję towarzyszyć reprezentantkom Szwecji podczas kilkudniowego pobytu w Skanii zgodnie twierdzą, że morale w ekipie dawno nie prezentowało się lepiej. Nawet Nilla Fischer i Fridolina Rolfö, które z powodu drobnych urazów przez pewien czas musiały trenować indywidualnie, nie załamywały z tego powodu rąk i wszystko wskazuje na to, że obie będą do dyspozycji selekcjonera w dzisiejszym meczu z Koreą Południową. Na murawie Gamla Ullevi nie zobaczymy natomiast Olivii Schough oraz Caroline Seger, ale sztab medyczny podkreśla, że ich absencja to wyłącznie element daleko posuniętej profilaktyki a nie zapowiedź personalnych roszad w kadrze na ostatniej prostej.

Szwedki i Koreanki w tym tygodniu już raz miały okazję zagrać przeciwko sobie i mecz ten zakończył się pewnym zwycięstwem ekipy Petera Gerhardssona, która w starciu na nieco hokejowych zasadach (trzy tercje, nielimitowane zmiany) czuła się zdecydowanie lepiej. Łupem bramkowym w wygranym 4-0 nieoficjalnym meczu podzieliły się Julia Zigiotti, Stina Blackstenius, Mimmi Larsson oraz Magdalena Eriksson i chyba nikt, kto dziś wieczorem wybiera się do Göteborga, nie obraziłby się na powtórkę. Zdecydowanie ważniejsze od suchego wyniku będzie jednak tym razem to, aby zakończyć boiskową rywalizację bez kontuzji i innych przykrych incydentów, które mogłyby zakłócić przygotowania do najważniejszego turnieju czterolecia. Choć – rzecz jasna – przyjemnie byłoby pożegnać się z własnymi kibicami miłym akcentem. Gdyby jednak koniecznie trzeba było wybierać, to od efektownego pożegnania wszyscy pewnie wolelibyśmy efektowne powitanie; przynajmniej takie na miarę imprezy sprzed ośmiu lat na Götaplatsen.

******

W ostatnich dniach maja nie próżnuje także szwedzka młodzieżówka, która zmierzyła się w meczu towarzyskim z reprezentacją Holandii. Pojedynek na Sporthälla IP okazał się wyrównanym widowiskiem, ale to rywalkom z Królestwa Niderlandów udało się rozstrzygnąć go na swoją korzyść. Jedyny gol padł na początku drugiej połowy, gdy Katja Snoeijs wykorzystała całkowicie niepotrzebną stratę Seliny Henriksson, a dosłownie kilkadziesiąt sekund wcześniej – w niemal analogicznej sytuacji – stuprocentowej okazji nie wykorzystała Cheyenne van der Goorbergh. W pozostałej części meczu to młode Szwedki miały więcej z gry, ale zbyt rzadko przekładało się to na dogodne sytuacje bramkowe w szesnastce Jennifer Vreugenhill. Pochwalić za bardzo waleczną postawę na pewno możemy będący tej wiosny w uderzeniu duet z Vittsjö (Almqvist – De Jongh), a także dochodzącą do swojej optymalnej dyspozycji po koszmarnej kontuzji Johannę Kaneryd. Żadnej z nich nie udało się jednak znaleźć sposobu na rozmontowanie holenderskiej defensywy, ale na szczęście szansa na rehabilitację nadarzy się wyjątkowo szybko. Już w najbliższą sobotę kadrę Ulfa Kristianssona czeka bowiem starcie z rówieśniczkami z Chin.

Podsumowanie ligowej wiosny

convert

Rosengård od wielu lat słynie z dobrego szkolenia (Fot Bildbyrån)

W Båstad rozpoczyna się właśnie ta bardziej intensywna część przygotowań kadry Petera Gerhardssona do francuskiego mundialu, ale zanim na dobre zajmiemy się reprezentacją, pora podsumować to, co podczas krótszej niż zazwyczaj rundy wiosennej wydarzyło się na ligowych boiskach. A działo się naprawdę sporo: fani Limhamn Bunkeflo na zawsze zapamiętają historyczne zwycięstwo w derbach Malmö, kibice z Behrn Areny będą długo wspominać efektowny powrót klubu z Örebro do najwyższej klasy rozgrywkowej, a w Piteå mają nadzieję, że przynajmniej do końca października nie doczekamy się kolejnego ogólnokrajowego strajku pilotów, gdyż – jak się okazało – takie pozaboiskowe turbulencje potrafią mocno storpedować nam terminarz. Czas zatem na subiektywne podsumowanie wiosennego grania w Damallsvenskan w postaci siedmiu (gdyż właśnie tyle rozegraliśmy póki co kolejek) starannie wyselekcjonowanych, ligowych NAJ:

Najlepszy mecz: Rosengård 2-2 Göteborg. Starcie dwóch zdecydowanie najlepiej operujących piłką drużyn w tej części Europy w najmniejszym stopniu nie zawiodło mocno wygórowanych oczekiwań. Pierwsze dwa kwadranse upłynęły nam przy całkowitej dominacji gospodyń, które między innymi dzięki fenomenalnej postawie szesnastoletniej Hanny Bennison prowadziły z rywalkami z Västergötland 2-0. Później nastąpił jednak nieoczekiwany zwrot akcji i po trafieniach Zigiotti oraz Blomqvist obie ekipy schodziły do szatni przy wyniku remisowym. Po przerwie oglądaliśmy dalszą część piłkarskiego rollercoastera, z tą jednak różnicą, że kolejne gole już nie padły, choć okazji na zmianę rezultatu nie brakowało pod obiema bramkami. Najlepszą z nich zmarnowała w samej końcówce reprezentantka Norwegii Vilde Bøe Risa, która stanęła przed niepowtarzalną szansą zapewnienia drużynie z Göteborga historycznego zwycięstwa na Malmö IP. Jej strzał z jedenastu metrów obroniła jednak Zecira Musovic, ratując swojej drużynie jeden punkt.

Największa sensacja: Limhamn Bunkeflo 3-2 Rosengård. Tak, Damallsvenskan to liga w której częściej niż gdziekolwiek indziej dzieją się cuda, ale jednak w derbach Malmö faworyt mógł być tylko jeden. Nawet absencje piłkarek pokroju Björn czy Seger w drużynie gości nie sprawiały, że ktokolwiek wierzył, iż pozostająca bez jakiejkolwiek zdobyczy punktowej drużyna Renée Slegers będzie w stanie rzucić wyzwanie coraz pewniej kroczącemu po odzyskanie mistrzowskiego tytułu lokalnemu rywalowi. Zdroworozsądkowe myślenie raz jeszcze okazało się jednak niewiele warte, gdyż ambitny underdog udowodnił, że w futbolu niemożliwe naprawdę nie istnieje. A strzelony w trzeciej minucie doliczonego czasu gry zwycięski gol Andrei Thorisson, która na murawie pojawiła się kilkadziesiąt sekund wcześniej w wyniku … zmiany taktycznej, był prawdziwą kwintesencją tego, za co wszyscy tak bardzo pokochaliśmy akurat tę dyscyplinę sportu.

Największe pozytywne zaskoczenie: defensywa Vittsjö. Na specjalne wyróżnienie w tej kategorii zasłużył sobie także beniaminek z Örebro, ale to jednak postawą defensywy z północnej Skanii zachwycaliśmy się tej wiosny zdecydowanie najczęściej. Zaledwie trzy stracone gole w siedmiu ligowych występach to wynik, którego zazdrościć podopiecznym Thomasa Mårtenssona mogą wszyscy od Piteå do Malmö, a warto dodać, że w tym osiągnięciu nie ma ani grama przypadku. Kwartet Klinga – Benediktsson – Adolfsson – Bott stał się najbardziej stabilną defensywną formacją w lidze i jeśli tylko w Vittsjö utrzymają przez lato ten zestaw obrończyń, to jesienią możemy szykować się na powtórkę z rozrywki.

Największe rozczarowanie: bałagan w Växjö. Rok temu nierzadko zdarzało nam się zachwycać postawą beniaminka ze Småland, ale klątwa drugiego sezonu w najwyższej klasie rozgrywkowej najwyraźniej nie ominęła i Växjö. Kontuzje obu podstawowych bramkarek (Fraine oraz McLeod), niezdolna do gry jedna z liderek formacji defensywnej (Nellie Karlsson), roszady na ławce trenerskiej i wreszcie niekończąca się saga z Jeleną Cankovic – tak wyglądała pierwsza połowa roku w klubie, który jeszcze kilka miesięcy temu nie ukrywał wysokich ambicji. Bałagan w Växjö dotyczy w równym stopniu kwestii sportowych i pozasportowych i jeśli w Småland nie chcą nieoczekiwanie dla wszystkich zaplątać się w walkę o utrzymanie, to letnią przerwę w rozgrywkach trzeba będzie wykorzystać na uporządkowanie pewnych spraw. Nawet jeśli oznaczałoby to pożegnanie z niektórymi nazwiskami.

Najlepsza piłkarka: Michelle De Jongh. Konkurencja była naprawdę duża, ale jeśli rozgrywa się siedem takich meczów, to nie trzeba obawiać się Liny Hurtig, czy Rebecki Blomqvist. Pomocniczka Vittsjö pretensje do siebie może mieć tylko o skuteczność, bo gdyby ta była choć trochę większa, to i tak imponujący dorobek strzelecki stałby się jeszcze bardziej okazały. Przed kompletną i wszechstronną 22-latką z Vittsjö jednak naprawdę świetlana przyszłość i mocno zdziwimy się, jeśli nazwiska De Jongh nie usłyszymy wśród powołanych na pierwsze zgrupowanie szwedzkiej kadry po francuskim mundialu.

Najbardziej niedoceniana: Catherine Bott. W tym miejscu równie dobrze mogłaby pojawić się Mia Jalkerud, Nathalie Persson lub inna piłkarka Vittsjö Lisa Klinga, ale jednak to po zagraniach lewej obrończyni rodem z Nowej Zelandii ręce najczęściej składały nam się do oklasków. W niezwykle istotnych meczach przeciwko Linköping oraz Eskilstunie pokazała się niemal perfekcyjnie, a we wszystkich pozostałych nie schodziła poniżej bardzo solidnego, pierwszoligowego poziomu. O tym, że reprezentantki Football Ferns potrafią błyszczeć na lewej flance defensywy w barwach klubów ze Skanii, przez lata przekonywała nas Ali Riley, a Catherine Bott ewidentnie przejęła pałeczkę od swojej nieco bardziej doświadczonej koleżanki.

Największe odkrycie: Hanna Bennison. Szwedzkie reprezentacje młodzieżowe nie dostarczały nam w ostatnich latach wielu powodów do radości, więc niejako naturalne staje się, że pojawienie się potencjalnie wielkiego talentu w którymkolwiek z roczników skutkuje niemal natychmiastową ekscytacją. Dokładnie tak było tej wiosny w przypadku wychowanej piłkarsko w Rosengård Hanny Bennison, która szturmem przedarła się do wyjściowej jedenastki w zespole Jonasa Eidevalla i wraz z Caroline Seger stworzyła w niej bardzo interesujący duet środkowych pomocniczek. Szkoleniowiec zespołu z Malmö otwartym tekstem sugerował nawet, że Peter Gerhardsson powinien mocno zastanowić się nad włączeniem szesnastolatki do kadry na francuski mundial, ale pomimo tego, że na debiut w seniorskiej reprezentacji młodej piłkarce ze Skanii przyjdzie ostatecznie poczekać nieco dłużej, warto mieć oko na jej rozwój, bo tak dobrze zapowiadające się kariery nie trafiają się nam przecież codziennie.