Czas decyzji

Fot. Bildbyrån

Już tylko godziny dzielą nas od chwili, w której poznamy ostateczny kształt szwedzkiej kadry na finały EURO 2017. Wtorkowe show z Pią Sundhage w roli głównej będzie z pewnością niezwykle interesujące, co gwarantuje nam już sama osoba pierwszoplanowej bohaterki, ale nasza uwaga tym razem skupiona będzie przede wszystkim na nazwiskach 23 piłkarek, które za niespełna cztery tygodnie wsiądą na pokład samolotu udającego się w kierunku holenderskiego Arnhem. Już teraz wiemy, że z różnych powodów na finalnej liście zabraknie przynajmniej kilku wartościowych piłkarek, ale sztab szkoleniowy zapewnia, że jak najbardziej jest w kim wybierać, a zażarta rywalizacja o kilka miejsc toczy się właściwie do ostatnich dni. Czy tak jest w istocie? Pora na ostatnią z serii analiz przeprowadzonych pod kątem składu reprezentacji na najważniejszą imprezę roku.

Bramkarki: tutaj hierarchia wydaje się być aż nadzwyczaj klarowna. Numerem jeden jest bez wątpienia mająca za sobą dwa najlepsze sezony w karierze Hedvig Lindahl i jeśli tylko golkiperka Chelsea będzie w na przełomie lipca i sierpnia w pełni sił, to możemy być pewni, że na holenderskim turnieju rozegra wszystkie mecze od pierwszej do ostatniej minuty. Jej zmienniczką będzie czująca się coraz pewniej w tej roli Hilda Carlén, a jedyna rywalizacja toczyć się będzie o miano bramkarki numer trzy, bez jakichkolwiek szans na występ na holenderskich boiskach. Kto wyjdzie z niej zwycięsko? Na tę chwilę faworytką wydaje się być Emelie Lundberg z Eskilstuny.

Obrończynie: sześć z prawdopodobnie siedmiu miejsc, które przypadną w udziale defensorkom, także zostało już chyba rozdzielonych. Nilla Fischer, Linda Sembrant oraz Magdalena Eriksson są pewniaczkami wśród stoperek, natomiast Jonna Andersson, Jessica Samuelsson oraz Hanna Glas wygrały rywalizację wśród bocznych obrończyń. Jeśli spełnią się te prognozy i do obsadzenia rzeczywiście pozostanie jedno miejsce, to Sundhage i Persson najpewniej zdecydują się zabrać do Holandii Emmę Berglund. Atutem defensorki Rosengård jest bowiem nie tylko gra głową, ale także … dbanie o utrzymanie dobrej atmosfery w szatni, co akurat w tym roku może mieć niebagatelne znaczenie. Taki wybór oznaczałby, że między innymi Nathalie Björn i Amandzie Ilestedt przypadłaby podczas EURO 2017 rola widzów.

Pomocniczki: tutaj faktycznie wydarzyć może się najwięcej, choć pewniaczek oczywiście również nie brakuje. Do tego grona zaliczyć możemy Caroline Seger, Lisę Dahlkvist, Kosovare Asllani, Elin Rubensson oraz Olivię Schough (piłkarka Eskilstuny to jednocześnie druga z zawodniczek dbających o utrzymanie pozytywnego klimatu wewnątrz grupy). Zostają zatem trzy miejsca, z których – choć rozsądek podpowiadałby coś dokładnie odwrotnego – aż dwa mogą przypaść klasycznym środkowym pomocniczkom. Gdyby faktycznie nasze selekcjonerki zdecydowały się na taki manewr, decydująca rozgrywka toczyć się będzie pomiędzy Hanną Folkesson, Josefin Johansson, Tove Almqvist oraz Petrą Andersson, przy czym dwie pierwsze wydają się być faworytkami w tej batalii. Takie rozwiązanie w naturalny sposób sprawiłoby również, że miejsca w kadrze zabrakłoby dla przynajmniej jednej nominalnej skrzydłowej, co zmusiłoby Sundhage i Persson do dokonania wyboru pomiędzy Julią Spetsmark oraz Liną Hurtig. Logika wskazywałaby tu na piłkarkę Örebro, w związku z czym możemy założyć, że większe szanse na usłyszenie swojego nazwiska będzie miała zawodniczka Linköping.

Napastniczki: krótko, jasno i dobitnie: Lotta Schelin, Stina Blackstenius, Fridolina Rolfö, Pauline Hammarlund, Mimmi Larsson. Szanse na to, że którakolwiek ofensywna piłkarka spoza tej piątki załapie się do kadry (wykluczamy wypadki losowe) są mniej więcej takie, jak … cóż, nie ma sensu bawić się w porównania, gdyż wynoszą one naprawdę mały ułamek procenta. Tej hierarchii zachwiać się po prostu nie da.

Nie mamy wątpliwości, że we wtorek usłyszymy kilka ciekawych zdań, błyskotliwych porównań, a przy odrobinie szczęścia może załapiemy się nawet na mały występ artystyczny. Wiemy jednak również, że w tym momencie kończy się zabawa, a zaczyna decydujący etap przygotowań do turnieju, który zdefiniuje pięcioletnią kadencję duetu Sundhage – Persson. Po ogłoszeniu kadry czekają nas jeszcze dwie kolejki ligowe (oby obyło się bez urazów), krótkie zgrupowanie w Göteborgu, sparing z reprezentacją Meksyku i zanim zdążymy się obejrzeć, usłyszymy pierwszy gwizdek podczas inaugurującego nasz udział w EURO 2017 meczu z Niemcami. Selekcjonerkom, a także ich 23 wybrankom, należy więc życzyć, aby ten ostatni wspólny taniec – jak zgrabnie nazwała to sama Sundhage – nie odbywał się w rytm jakiejś przygnębiającej melodii.

Reklamy

9. kolejka – zapowiedź

Choć niektórzy żyją już przede wszystkim nadchodzącymi finałami mistrzostw Europy, w najbliższych tygodniach czeka nas jeszcze wiele rozstrzygnięć na ligowych boiskach. Zanim więc na dobre zwrócimy się w kierunku Holandii, dowiemy się kto spędzi lato w wygodnym fotelu lidera Damallsvenskan, a kto będzie w tym samym czasie szukał sposobu na wydostanie się ze strefy spadkowej. Tej wiosny liga jest tak wyrównana, że olbrzymiego znaczenia nabiera dosłownie każdy punkt, w związku z czym możemy mieć pewność, że podczas trzech czerwcowych kolejek czeka nas potężna dawka piłkarskich emocji. W każdym z dwunastu klubów doskonale zdają sobie bowiem sprawę, o jak wielką stawkę toczy się gra.

Pojedynek Limhamn Bunkeflo z Örebro nie jest jeszcze meczem o pierwszoligowe być albo nie być dla którejkolwiek z drużyn, ale ewentualna porażka mocno skomplikowałaby sytuację obu klubów. Beniaminek z Malmö już kilka razy w tej rundzie potrafił zaskoczyć bardziej doświadczonego rywala, ale czy tym razem presja nie okaże się zbyt wysoka dla ekstraklasowego debiutanta? Odpowiedź na to pytanie da nam już najprawdopodobniej pierwszy kwadrans dzisiejszej potyczki, bo jeśli podopiecznym Svena Sjunnessona uda się przetrwać go bez strat, to ich szanse na korzystny wynik będą rosnąć z każdą minutą.

Niezwykle istotne w kontekście walki w dolnych rejonach tabeli spotkanie odbędzie się również w Kristianstad. Na Vilans IP przyjeżdża mocno rozbity Göteborg, który na wywiezienie kompletu punktów ze wschodniej Skanii czeka już ponad osiem lat. Przełamanie tej passy właśnie teraz byłoby z pewnością najlepszą informacją dla Stefana Rehna, ale wydaje się, że to gospodynie – pomimo wciąż nierozwiązanych problemów ze skutecznością – przystąpią do rywalizacji w roli nieznacznych faworytek. Warto jednak pamiętać, że goście przywiozą do Kristianstad talizman w postaci Adeliny Engman. Fińska skrzydłowa aż pięć spośród siedmiu goli na szwedzkich boiskach strzeliła właśnie drużynie prowadzonej przez Elisabet Gunnarsdottir i w niedzielę z pewnością spróbuje jeszcze bardziej poprawić tę statystykę.

Derby Sztokholmu to mecz, który w zasadzie reklamuje się sam, czemu zresztą trudno się dziwić. Jeśli jednak jakimś cudem znajdzie się ktoś, kto nie jest do końca przekonany, że jutro w godzinach popołudniowych adresem numer jeden w szwedzkiej stolicy będzie Zinkendamms IP, to warto przypomnieć kilka faktów. Skazywane na pożarcie Hammarby jest prawdziwą rewelacją rundy wiosennej, o czym boleśnie przekonało się już kilku papierowych faworytów. Mierzące znacznie wyżej Djurgården wraca na właściwe tory po rozczarowującym początku sezonu, czego najlepszym dowodem jest zwycięstwo nad Eskilstuną. Jutrzejsza rywalizacja toczyć będzie się nie tylko o nieoficjalny prymat w mieście, ale również o to, który ze stołecznych klubów będzie po dziewięciu seriach spotkań zajmować wyższą lokatę w ligowej tabeli. Zgodzicie się chyba, że zapowiada się to wszystko całkiem interesująco, prawda?

O ile w dolnej części tabeli czekają nas tradycyjne przetasowania, o tyle głównych faworytów rozgrywek czeka w ten weekend teoretycznie łatwiejsze zadanie. Zarówno Rosengård, jak i Linköping zmierzą się bowiem z rywalami, których najsłabszą stroną jest defensywa. Oczywiście, nie ma mowy o dopisywaniu jakichkolwiek punktów przed pierwszym gwizdkiem, ale biorąc pod uwagę ofensywny potencjał FCR oraz LFC, niespodzianki wydają się zdecydowanie mniej prawdopodobne niż chociażby w poprzedniej kolejce. Poważniejsza przeszkoda stanie za to na drodze Eskilstuny, gdyż nazywane (zresztą nie bez przyczyny) drużyną własnego boiska Piteå, na wyjazdach także potrafi postawić się rywalom, co w ostatnich latach najmocniej odczuli właśnie na Tunavallen.

omg9_01

omg9_02

omg9_03

omg9_04

omg9_05

omg9_06

Seger wyzerowała licznik

Fot. SvFF

Osiemdziesiąt cztery minuty. Tak długo musieliśmy czekać na to, aż szwedzkim piłkarkom po raz pierwszy – i zarazem ostatni – uda się we wtorkowy wieczór sforsować szkocką defensywę. Pięć dni po bardzo obiecującym występie przeciwko USA znów obejrzeliśmy zdecydowanie mniej atrakcyjne oblicze reprezentacji i choć Pia Sundhage po golu Caroline Seger cieszyła się tak, jakby właśnie wygrała co najmniej mistrzostwo świata, to w całej Szwecji jej euforię podzielały jeszcze tylko dwie osoby. Jedną – co nie jest absolutnie żadnym zaskoczeniem – była oczywiście Lilie Persson, natomiast drugą – co już jest zdecydowanie mniej oczywiste – Viktor Eriksson. Inna sprawa, że akurat radość opiekuna Eskilstuny była jak najbardziej uzasadniona, gdyż wyróżniającymi się postaciami obu zespołów były dziś zawodniczki grające na co dzień właśnie na Tunavallen.

W rywalizacji z niżej notowanymi Szkotkami mieliśmy pełne prawo spodziewać się, że to Szwedki będą stroną prowadzącą grę i tak rzeczywiście było. Pozostawiona na desancie w drużynie gości Jane Ross starała się wprawdzie niemal bez przerwy absorbować uwagę naszych defensorek, ale jej wysiłki nie przyniosły tym razem żadnych konkretnych efektów. Fischer, Sembrant i Eriksson skutecznie zneutralizowały zagrożenie czyhające ze strony byłej napastniczki Vittsjö, a także wspierającej ją od czasu do czasu Lisy Evans, która zarówno stylem gry, jak i ponadprzeciętną szybkością niemal do złudzenia przypomina inną piłkarkę z północnej Skanii Lindę Sällström. Jedyne zagrożenie pod szwedzką bramką piłkarkom z Wysp Brytyjskich udało się stworzyć po rzucie wolnym i główce Vaili Barsley, ale można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby zamiast rekonwalescentki Hedvig Lindahl Pia Sundhage posłała dziś między słupki na przykład Fanny Lund, Szkotki również zakończyłyby to spotkanie z zerem z przodu.

Niestety, nie dzieliło nas wcale aż tak wiele od tego, aby bez jakiejkolwiek zdobyczy bramkowej zostały także dominujące w zasadzie od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty Szwedki. Co z tego, że znów nie brakowało dogodnych okazji, skoro zdecydowanie zbyt długo żadnej z nich nie udawało się zamienić na jakąkolwiek wymierną korzyść. W pierwszej połowie zdecydowanie najwięcej zamieszania w szkockiej szesnastce mogliśmy zaobserwować po bitych przez Olivię Schough rzutach rożnych. Ustawione na wprost bramki Gemmy Fay Szwedki postanowiły wrócić do dobrze znanego chociażby z finałów EURO 2013 „wagonika” i taktyka ta – podobnie jak przed czterema laty – znów sprawiała nastawionym na krycie strefowe rywalkom niemało problemów. Aż dwukrotnie w takich właśnie okolicznościach na listę strzelczyń wpisać mogła się Lotta Schelin, ale za pierwszym razem wszystko skończyło się nieporozumieniem z Caroline Seger, a za drugim swoją drużynę od utraty gola ofiarną interwencją uratowała Barsley.

Jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa drugiej połowy Pia Sundhage dokonała pięciu zmian, wprowadzając na boisko kolejne ofensywnie usposobione piłkarki, ale – podobnie jak w niedawnym starciu młodzieżówki z Norwegią – akcję na wagę zwycięstwa zrobiła nam rezerwowa obrończyni. Hanna Glas, która tej wiosny ma olbrzymie problemy z regularną grą w Eskilstunie, natychmiast rozruszała szwedzką lewą flankę, a ponieważ próby przedarcia się środkiem najczęściej kończyły się w okolicach trzydziestego metra przed bramką Fay, dośrodkowania z bocznych sektorów boiska okazały się najpewniejszym (obok konsekwentnie wykonywanych rzutów rożnych) pomysłem na rozmontowanie szkockiej defensywy. Na szczęście, Glas była dziś w tym elemencie gry wyjątkowo precyzyjna i choć po jej centrach dwa razy w dogodnych sytuacjach myliła się Hammarlund, a Blackstenius wykonała … klasyczną Blackstenius, to grająca dziś z opaską kapitańską na ramieniu Caroline Seger zadbała o to, aby obecni na Myresjöhus Arenie w liczbie pięciu tysięcy szwedzcy kibice opuszczali stadion choć trochę usatysfakcjonowani. Pomocniczka Olympique Lyon bliska pokonania Gemmy Fay była już w 77. minucie, ale wtedy po jej strzale futbolówka zatrzymała się jeszcze na poprzeczce (dobitkę Blackstenius pomijamy milczeniem). Co nie udało się wtedy, powiodło się siedem minut później; Seger raz jeszcze świetnie wyszła do piłki dogranej przez Glas i tym razem uderzyła tak idealnie, że każda bramkarka na świecie miałaby spore problemy z obroną tego strzału.

Przypominający długimi fragmentami ubiegłoroczną batalię z RPA w fazie grupowej Igrzysk Olimpijskich mecz ze Szkocją z całą pewnością nie okazał się tym, czego oczekiwaliśmy, ale przynajmniej przyniósł nam odpowiedzi na dwa niezwykle istotne pytania. Po pierwsze, Caroline Seger bardzo udanym występem udowodniła, że formułowane przez Pię Sundhage na konferencjach prasowych obawy o jej aktualną dyspozycję były całkowicie niepotrzebne, a piłkarka mistrza Francji nawet bez rytmu meczowego stanowi niesamowicie ważne ogniwo tej reprezentacji. Po drugie, Hanna Glas właśnie wywalczyła sobie miejsce w samolocie do Arnhem i to ona za miesiąc będzie pierwszą alternatywą zarówno dla Andersson, jak i dla Samuelsson. Nie jest to może zbyt wiele, ale jak się nie ma, co się lubi, to trzeba cieszyć się z małych rzeczy.

Młodzieżowy raport z Värmland

Fot. Nir Keidar

Ostatnie miesiące to niewątpliwie niezwykle trudny okres dla szwedzkich reprezentacji młodzieżowych. Ogromne męczarnie, a nawet straty punktów z rywalkami pokroju Serbii, Grecji, czy Czarnogóry z pewnością nie były bowiem wynikami na miarę naszych oczekiwań. Nic więc dziwnego, że przed czerwcowym trójmeczem kadry U-23 oczekiwanie mieszało się z niepokojem przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze, nie da się ukryć, że drużyna prowadzona przez Callego Barrlinga oraz Anneli Andersén stanowi bezpośrednie zaplecze pierwszej reprezentacji. Po drugie, przeciwniczki należące do ścisłego światowego topu mogły dość brutalnie zweryfikować jej wartość. Po trzecie, turniej odbywał się w Szwecji, co w naturalny sposób sprawiało, że presja wyniku stawała się jeszcze większa. Jak z tak olbrzymim wyzwaniem poradziły sobie nasze młode zawodniczki, które już za chwilę stanowić mają o sile szwedzkiej piłki? Mówiąc najbardziej ogólnie – średnio. Na pewno uspokoić mogli się ci, którzy złowróżbnie wieszczyli, że już niebawem także w seniorskiej piłce będziemy toczyć ciężkie i wyrównane boje z Grecją i Czarnogórą, ale jeśli ktoś nastawiał się, że czerwcowe występy kadry U-23 przed własną publicznością będą stanowić zapowiedź nadchodzących, złotych czasów, to raczej opuszczał gościnne Värmland z poczuciem niedosytu.

Zacznijmy jednak chronologicznie, czyli od meczu z Anglią. Końcowy wynik (0-4) nie wygląda może zbyt okazale, ale i w tym spotkaniu mogliśmy doszukać się kilku pozytywów. Pierwszym z nich była bez wątpienia frekwencja, wszak nie codziennie bije się rekord jeśli chodzi o międzypaństwowe mecze młodzieżowe rozegrane na terytorium Szwecji. Do poziomu kibiców nie dostosowały się niestety piłkarki, choć po pierwszych dwudziestu minutach nic nie zapowiadało nadchodzącej klęski. Szansa Kullashi, a także niezły strzał z dystansu Lilji okazały się jednak jedynie miłym złego początkiem, a Beth England oraz Claudia Walker w dalszej fazie meczu wyraźnie pokazały, która drużyna była tego dnia lepsza właściwie w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Znacznie lepsze nastroje mogliśmy mieć za to po potyczce z Norwegią, choć trzeba podkreślić, że końcowe zwycięstwo mogło, a nawet powinno być zdecydowanie wyższe. Rywalki, które przysłały do Värmland bardzo odmłodzoną (jak na warunki U-23) kadrę w ostatnich dwóch kwadransach całkowicie opadły z sił, w związku z czym od pewnego momentu gra toczyła się niemal wyłącznie w okolicach szesnastki Ody Bogstad. Niestety, będąca piętą achillesową dorosłej kadry nieumiejętność wykańczania wykreowanych przez siebie sytuacji dała o sobie znać również w przypadku młodzieżówki, w efekcie czego musieliśmy zadowolić się skromnym 1-0 po nieco przypadkowym trafieniu Wännerdahl. Obrończyni Limhamn Bunkeflo sama przyznała po końcowym gwizdku, że absolutnie nie był to mierzony strzał, ale trzeba oddać, że wkręcił się przy słupku w sposób iście mistrzowski. Kończący sześciodniowe zmagania mecz przeciwko USA nie był wielkim widowiskiem, co po części uwarunkowane było fatalnymi warunkami, w jakich toczyła się gra. Błędy mnożyły się po obu stronach, ale jeśli ktoś wytrwał na stadionie w Sunne do końca, to miał okazję zobaczyć efektowny lob królowej strzelczyń Elitettan Anny Anvegård, który przyniósł nam honorowego gola, a także paradę tygodnia w wykonaniu Emmy Holmgren. W pierwszej połowie dwa gole zdobyły jednak Amerykanki i to one mogły ostatecznie cieszyć się ze zwycięstwa, które zresztą z przebiegu gry jak najbardziej im się należało.

Po zakończeniu trójmeczu spotkałem się z opinią, że roczniki 1996-2000 w szwedzkiej piłce są najsłabsze od wielu lat, ale nie do końca potrafię zgodzić się z tą opinią. Oczywiście, ja również na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie wyobrazić sobie scenariusza, według którego do mundialu 2023 lub 2027 przystępujemy w roli głównego faworyta, ale sensu nie widzę również w przechodzeniu ze skrajności w skrajność (ci sami ludzie jeszcze nie tak dawno nazywali rocznik 1996 najlepszym w historii). Nie zapominajmy, że Blackstenius, Almqvist, czy Björn już dziś coraz mocniej pukają do bram pierwszej reprezentacji, że mamy dwie ciekawie zapowiadające się młode bramkarki w osobach Holmgren oraz Musovic i wreszcie, że w samym tylko Sztokholmie gra dziś przynajmniej kilka dobrze rokujących talentów (Angeldahl, Oskarsson, Rytting Kaneryd, czy Kullashi, o którą nieprzypadkowo już teraz pytają w Manchesterze i Monachium). Wiadomo, że z przyczyn obiektywnych (demografia) trudno będzie kiedykolwiek powtórzyć passę z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy to z niemal każdej wielkiej imprezy nasze piłkarki wracały z medalem, ale Szwecji losowanej z czwartego koszyka też nie spodziewam się w najbliższych latach zobaczyć i czerwcowy, młodzieżowy trójmecz zdecydowanie mnie w tym przekonaniu utwierdził.

Najwyższy czas trochę postrzelać!

Fot. Nir Keidar

Naprawdę nie trzeba zaliczać się do grona piłkarskich ekspertów, aby wskazać jeden z podstawowych problemów szwedzkiej kadry za kadencji duetu Sundhage – Persson. Skuteczność – a mówiąc bardziej dokładnie jej brak – to kwestia obok której trudno przejść obojętnie, jeśli oczywiście rzeczywiście poważnie myślimy o wykorzystaniu sprzyjającej drabinki i zakończeniu lipcowo-sierpniowego EURO jakimś miłym akcentem. Niestety, wyłączając spotkania ze znacznie niżej notowanymi Rosją i Iranem, w ostatnich miesiącach reprezentacja Szwecji zdołała pobić chyba wszystkie możliwe rekordy strzeleckiej niemocy, a wiara w to, że drugi raz z rzędu dwa gole wystarczą do tego, aby doczłapać do finału wielkiej imprezy, oparta jest na wyjątkowo słabych fundamentach. Tymczasem, od września ubiegłego roku drużyna Pii Sundhage zdążyła rozegrać aż dziewięć meczów z wymagającymi rywalami, osiągając w nich następujące rezultaty:

– 0-2 z Danią

– 0-0 z Norwegią

– 1-2 z Norwegią

– 0-0 z Anglią

– 1-0 z Australią

– 0-0 z Chinami

– 0-1 z Holandią

– 0-1 z Kanadą

– 0-1 z USA

Dobrze widzicie, podczas ponad czternastu godzin spędzonych na boisku (wliczając w to czas doliczony), reprezentacja Szwecji zdołała strzelić swoim przeciwniczkom zaledwie dwa gole! Mało tego, jeden z nich był efektem indywidualnego rajdu Lotty Schelin, która w pojedynkę zabawiła się w skąpanej deszczem Albufeirze z australijską defensywą, zaś autorka drugiego od kilku miesięcy dochodzi do siebie po koszmarnej kontuzji więzadeł i w tym roku na murawie już jej raczej nie zobaczymy. Poza dwiema wspomnianymi sytuacjami, nie udało się jednak strzelić kompletnie nic, choć okazji ku temu – że wspomnimy tu chociażby potyczki z Anglią czy USA – naprawdę nie brakowało. Problem zauważyła i zdiagnozowała zresztą nawet sama selekcjonerka, która po pechowej porażce z Amerykankami otwarcie przyznała, że w tej chwili już nie pora na dyskusję o meandrach kompaktowej ofensywy i równego rozkładania akcentów pomiędzy skrzydła i środek; najważniejsze jest to, żeby w końcu zaczęło wpadać. Tutaj akurat trudno odmówić Sundhage racji, bo chyba nikt nie chciałby przekonać się, jakie byłyby konsekwencje, gdyby ze Szkocją lub Meksykiem znów przytrafił się nam mecz na zero z przodu. Mówiąc najbardziej łagodnie, taki scenariusz z pewnością nie wpłynąłby korzystnie na morale zespołu w przededniu najważniejszego w tym roku turnieju, który – na wypadek jeśli ktoś zapomniał – otwieramy starciem z obrończyniami mistrzowskiego tytułu i jednocześnie aktualnymi liderkami światowego rankingu.

Wracając jednak do najbliższych sparingów, taki, a nie inny układ meczów może – wbrew początkowym obawom – okazać się prawdziwym prezentem od losu. Jasne, możemy sobie powtarzać, że Szkotki zakwalifikowały się na holenderskie EURO, a Meksykanki to drużyna bardzo perspektywiczna, ale w niczym nie zmieni do faktu, że na koniec przygotowań dostajemy dwóch niżej notowanych przeciwników, a strzelenie im kilku goli będzie mimo wszystko zadaniem zdecydowanie łatwiejszym niż byłoby w starciu z którymkolwiek z zespołów z listy zamieszczonej powyżej. Meksykańską defensywę od monolitu dzieli mniej więcej tyle, co drużyny ze Sztokholmu od finału Ligi Mistrzyń, a szkockie bramkarki i stoperki zdecydowanie częściej niż w najlepszych interwencjach sezonu oglądamy w kompilacjach z najbardziej zabawnymi piłkarskimi kiksami. Bardziej wygodnego rywala na przełamanie naprawdę trudno było sobie wymarzyć (zakładamy, że rewanże z Mołdawią lub Iranem jednak nie wchodziły w grę) i przed wtorkowym meczem jak najbardziej zasadne wydaje się pytanie: Jak nie z nimi, to z kim? Jak nie teraz, to kiedy?

Kilkadziesiąt sekund temu wspomnieliśmy, że bramkowy impas szwedzkiej reprezentacji przerwać może nawet Hedvig Lindahl lub Hilda Carlén i nikt nie będzie z tego powodu przesadnie grymasił, ale jednak dwa nadchodzące mecze to najlepszy (a przy okazji również ostatni) moment, aby w grze kadry zafunkcjonowało kilka elementów, które w ostatnim czasie istniały wyłącznie w teorii. Po pierwsze, warto w końcu strzelić coś po stałym fragmencie. Ten element gry, który zresztą przez dekady stanowił niezwykle silną broń naszej kadry, bardzo intensywnie trenowany był zarówno przed kanadyjskim mundialem, jak i przed brazylijskimi Igrzyskami, ale w obu przypadkach nie przyniosło to spodziewanych efektów i gdyby nie samobójcze trafienia Nigeryjki Oparanozie oraz bramkarki RPA Barker, moglibyśmy mówić o całkowitym fiasku. Jeszcze gorzej przedstawia się bilans spotkań towarzyskich, w których wprawdzie udało się zdobyć po rzutach rożnych trzy gole, ale wszystkie one padły w rywalizacji z mającą bardzo ograniczoną wiedzę na temat gry defensywnej ekipą Iranu. Co ciekawe, zostały one zdobyte w odstępie zaledwie kilkudziesięciu minut, po kornerach rozegranych według identycznego schematu; z narożnika boiska dośrodkowała Schough, a na piłkę w ten sam sposób nabiegała Eriksson. Piłkarki z Persji oczywiście nie zorientowały się, że może warto byłoby zwrócić baczniejszą uwagę na defensorkę Linköping we własnej szesnastce, ale z prawdopodobieństwem bliskim pewności możemy przypuszczać, że Niemki i Włoszki nie wykażą się aż taką wspaniałomyślnością. Inna sprawa, że od drużyny mającej w swoich szeregach takie zawodniczki jak Fischer, Sembrant, Berglund, Dahlkvist czy Schelin po prostu wypada oczekiwać, że raz na jakiś czas strzeli coś po stałym fragmencie. I to raczej częściej niż rzadziej. Poza efektywnością przy stałych fragmentach nie zawadziłoby poprawić także liczb naszych napastniczek, bo o ile o wspomnianą Schelin jesteśmy tej wiosny względnie spokojni, o tyle jej koleżankom z formacji ofensywnej z pewnością przydałby się klasyczny mecz na przełamanie. Wiadomo, nawet ewentualny hat-trick ze Szkocją nie sprawi, że Stina Blackstenius nagle zacznie wykorzystywać chociaż połowę dogodnych okazji (bo gdyby to robiła, to co dwanaście miesięcy odbierałaby nagrodę dla królowej strzelczyń dowolnej ligi na świecie), ale mając w perspektywie ważny turniej, zawsze lepiej przystąpić do niego ze świadomością, że piłka po twoich strzałach ląduje tuż pod, a nie tuż nad poprzeczką. Skoro jesteśmy już przy meczach na przełamanie, to nie ukrywajmy, że takiego bardzo potrzebowałaby również Caroline Seger. Jej pozycja w kadrze wydaje się być rzecz jasna niepodważalna, ale znamienne jest, że zdecydowanie więcej miejsca poświęca się ostatnio liczeniem minut spędzonych przez współkapitankę szwedzkiej kadry na ławce Olympique Lyon, niż chociażby zdobyciu przez nią we Francji potrójnej korony. Udany występ przeciwko Szkocji z pewnością uspokoiłby atmosferę wokół Seger i pozwolił jej przygotowywać się do mistrzostw Europy w zdecydowanie bardziej komfortowych warunkach.

Plan na wtorkowy wieczór wydaje się zatem oczywisty: zagrać dobry mecz, strzelić kilka bramek, rozjechać się do klubów (w przypadku piłkarek z lig zagranicznych: na krótki odpoczynek) i lipcowe zgrupowanie rozpocząć w zdecydowanie bardziej pozytywnej atmosferze niż to czerwcowe. Proste? Przekonamy się już za kilkadziesiąt godzin.

Gra lepsza niż wynik

Fot. GP

Historia szwedzko-amerykańskich potyczek jest niezwykle długa i bogata, ale trzeba przyznać, że w takich okolicznościach obie reprezentacje nie miały jeszcze okazji się spotkać. O sytuacji w drużynie prowadzonej przez Pię Sundhage powiedziano i napisano już chyba wszystko, ale Jill Ellis również nie mogła przygotowywać się do europejskiego tournee w atmosferze spokoju i harmonii. Przeciętny występ na turnieju SheBelieves Cup, kontuzje kilku kluczowych zawodniczek i wreszcie afera z Jaelene Hinkle w roli głównej sprawiły, że w USA mecz przeciwko Szwecji urósł do rangi spotkania, które przy dobrym układzie pozwoliłoby powrócić USWNT na właściwe tory. Oczekiwania te były dodatkowo potęgowane faktem, że od Orlando do Seattle wciąż żywe są wspomnienia przegranego w niezwykle dramatycznych okolicznościach ćwierćfinału Igrzysk Olimpijskich w sierpniu 2016. Co ciekawe, temat ewentualnego, amerykańskiego rewanżu nie był aż tak chętnie podejmowany w szwedzkim obozie, choć oczywiście wszyscy mieli nadzieję na podtrzymanie fenomenalnej passy w rywalizacji z trzykrotnymi mistrzyniami świata.

Przed rozpoczęciem meczu piłkarki obu drużyn uczciły wspólnie z licznie zebranymi na trybunach Gamla Ullevi kibicami trwający właśnie Pride Month, ale wraz z pierwszym gwizdkiem prowadzącej to spotkanie Czeszki Olgi Zadinovej skończyła się celebracja, a zaczęła rywalizacja. Zamiast spodziewanych ataków gości, w początkowej fazie meczu oglądaliśmy jednak przede wszystkim walkę w środku pola, a jeśli ktoś dochodził już do sytuacji strzeleckiej, to najczęściej były to gospodynie. Szwedzkie piłkarki, które jeszcze nie tak dawno, bo w meczach z Chinami, Holandią i Kanadą, raziły apatycznością i całkowitym brakiem kreatywności, na tle mistrzyń świata prezentowały się nadzwyczaj solidnie. Lotta Schelin raz po raz udowadniała, że jeśli zdaniem kapituły FIFA jej ubiegłoroczna forma była na poziomie czołowej dziesiątki na świecie, to w tym roku już trzeba powoli wysyłać główną nagrodę na adres w Malmö, a reszta drużyny wcale nie zamierzała być gorsza od swojej kapitanki. Nie będzie zatem wielkiego przekłamania w stwierdzeniu, że pochwały za grę w pierwszej połowie należały się całej jedenastce, choć na specjalne wyróżnienia zapracowały sobie niezmordowana rekonwalescentka Jessica Samuelsson oraz rozgrywająca swój najlepszy mecz w kadrze (nie licząc „połówki” z Iranem) Olivia Schough. Ci, którzy obawiali się nieco o występ Hildy Carlén, mogli o tyle odetchnąć, że golkiperka Piteå przez całą pierwszą połowę zaledwie raz została zmuszona do interwencji. Jeden błąd – na szczęście bez poważniejszych konsekwencji – przytrafił się także całkiem dobrze zorganizowanej formacji defensywnej, ale niepilnowana przez nikogo na dwunastym metrze Lloyd nie sięgnęła trochę zbyt mocno zagranej w jej kierunku piłki. Znacznie więcej działo się za to pod bramką Alyssy Naeher, ale zawodniczka Chicago Red Stars – pomimo niebezpiecznych strzałów z dystansu Dahlkvist oraz Schough – także zachowywała czyste konto. Tuż przed końcem pierwszej połowy wydatnie pomogła jej w tym Allie Long, naprawiając swój własny błąd sprzed kilkunastu sekund i w ostatniej chwili wygarniając zmierzającą do amerykańskiej siatki futbolówkę.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie, ale tym razem jeden moment nieuwagi wystarczył do nieszczęścia. Dunn posłała prostopadłą piłkę pomiędzy Sembrant i Andersson, a wybiegająca zza ich pleców Lavelle uderzyła po długim rogu na tyle precyzyjnie, że Carlén nie miała żadnych szans na skuteczną interwencję. Dla będącej odkryciem pierwszej połowy tegorocznego sezonu NWSL pomocniczki Boston Breakers był to drugi gol w reprezentacji, ale z perspektywy Jill Ellis najistotniejsza była informacja, że dawał on jej podopiecznym prowadzenie, na które z przebiegu gry żadnym sposobem nie zasługiwały. Kolejne minuty to dalszy ciąg bardzo przyzwoitej gry Szwedek, które jednak wciąż nie potrafiły przekuć swojej przewagi na jakąkolwiek zdobycz bramkową. Sytuacji strzeleckich nie brakowało, ale albo w ostatniej chwili równowagę straciła Larsson, albo amerykańskie defensorki wyłuskały piłkę spod nóg szarżującej Schelin, albo po dobrze wykonanym przez Dahlkvist rzucie wolnym nieznacznie pomyliła się Seger. W 86. minucie zdecydowanie najbliżej powodzenia była rozgrywająca swój setny mecz w koszulce reprezentacji Szwecji Kosovare Asllani, ale po strzale piłkarki Manchesteru Naeher instynktownie odbiła futbolówkę na poprzeczkę. Wielka szkoda, gdyż tak efektowny gol byłby z pewnością najlepszym sposobem na podkreślenie tak pięknego jubileuszu.

Porażka 0-1 oznacza, że Pia Sundhage po raz pierwszy w karierze przegrała z USA w roli selekcjonerki szwedzkiej kadry. Jak na ironię, stało się to po chyba najlepszym występie prowadzonej przez nią drużyny w starciu z mistrzyniami świata. Czy wczorajszy mecz pozwala nam patrzeć w najbliższą przyszłość przynajmniej z umiarkowanym optymizmem? Cóż, wyciąganie daleko idących wniosków na podstawie dziewięćdziesięciu minut gry byłoby zdecydowanie zbyt odważne, ale chyba nikt nie miałby wielkich pretensji, gdyby na holenderskich boiskach przyszło nam oglądać tak ambitną i waleczną grę naszych piłkarek, jak kilkanaście godzin temu na murawie Gamla Ullevi w Göteborgu. Pamiętajmy jednak, że pozytywy (świetnie, że się w końcu pojawiły) w żaden sposób nie mogą przesłonić nam realnego obrazu reprezentacji, a ten przedstawia się tak, że w dziewięciu ostatnich spotkaniach (nie licząc Iranu i Rosji) Szwedki strzeliły w sumie … dwa gole, z czego jeden padł po indywidualnym rajdzie Lotty Schelin! Z której strony nie spojrzymy, jest to statystyka absolutnie zatrważająca, gdyż nie da się rywalizować na wysokim poziomie, trafiając do siatki rywalek średnio raz na siedem godzin. Całkiem sporo można również poprawić w aspekcie wymienności pozycji oraz płynności akcji wyprowadzonych środkiem, bez lub z minimalnym udziałem jednej z wahadłowych obrończyń. Cieszy natomiast coraz większa efektywność ofensywnych stałych fragmentów gry, które wprawdzie znów nie przyniosły nam gola, ale w końcu przypominały coś, z czego szwedzka piłka słynęła przez dekady. Warto w tym miejscu przypomnieć, że przed startem EURO 2017 czekają nas jeszcze dwa mecze towarzyskie z niżej notowanymi rywalami i kto wie, czy taki dobór przeciwników nie okaże się ostatecznie najlepszym możliwym zestawieniem. Aby tak się stało, kluczowe będzie jednak spełnienie jednego, podstawowego warunku, którym szerzej zajmiemy się podczas zapowiedzi meczu ze Szkocją. A póki co – bardzo dziękujemy za USA i prosimy o więcej we wtorek.