Lotta strzela, Göteborg przegrywa

Już przed rozpoczęciem meczu na Malmö IP doskonale wiedzieliśmy, że niezależnie od końcowego wyniku będziemy dziś świadkami epokowego wydarzenia. Po raz pierwszy w swojej karierze Lotta Schelin zagrała bowiem przeciwko klubowi z Göteborga i – jak się miało później okazać – to właśnie jej gol, na dodatek zdobyty już w doliczonym czasie gry, w niezwykle dramatycznych okolicznościach zapewnił ekipie ze Skanii komplet punktów. Czy było to trafienie na wagę mistrzostwa? Za wcześnie prorokować, ale na pewno dzięki tej bramce piłkarki Rosengård w walce o tytuł wciąż zależne są wyłącznie od siebie samych.

Zanim jednak obejrzeliśmy niesamowitą końcówkę, obie drużyny stworzyły spektakl, który spokojnie mógłby stanowić świetną reklamę Damallsvenskan. Zgodnie z przedmeczowymi przewidywaniami, to piłkarki z Malmö były przez większą część spotkanie stroną aktywniejszą, ale i Zecira Musovic nie mogła w środowy wieczór narzekać na brak zajęć. Tak, czy inaczej, długo wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się bezbramkowym remisem, ale tuż przed jej zakończeniem Beata Kollmats postanowiła w sposób znany bardziej z hokejowych aren powalić we własnej szesnastce Martę. Zachowanie obrończyni gości było o tyle niezrozumiałe, że akurat w tym momencie trudno było doszukać się bezpośredniego zagrożenia pod bramką Falk. Pani Pernilla Larsson dostała jednak absolutnie wystarczający pretekst, aby wskazać na jedenasty metr i skwapliwie z niego skorzystała, a poszkodowana Brazylijka sama dokończyła dzieła i sprawiła, że to gospodynie schodziły na przerwę w lepszych humorach.

W drugiej połowie obraz gry nie uległ większej zmianie, ale znacznie groźniejsze stały się kontry Göteborga. Po jednej z nich wydawało się, że gol wyrównujący paść po prostu musi, ale Musovic efektowną robinsonadą odbiła piłkę po strzale Rubensson. Wicemistrzyni olimpijska z Rio sama na listę strzelczyń się nie wpisała, ale w 80. minucie i tak została – przynajmniej na chwilę – bohaterką Västergötland. To właśnie po dośrodkowaniu Rubensson, Elin Landström strzałem głową doprowadziła do remisu i sprawiła, że sensacja w Malmö stała się jak najbardziej realna. Podrażnione straconym golem mistrzynie kraju natychmiast rzuciły się do zmasowanych ataków, ale aż do 91. minuty efektu nie przynosiły ani próby rozklepania defensywy gości, ani indywidualne rajdy największych gwiazd Rosengård (robiąc jeden z nich Marta urządziła sobie slalom pomiędzy sześcioma piłkarkami z Göteborga!). Niestety dla podopiecznych Stefana Rehna, podobnie jak w poprzednim sezonie, do wywiezienia z Malmö korzystnego wyniku zabrakło zaledwie kilkudziesięciu sekund, choć stracony dziś gol sympatyków KGFC z pewnością, ze względu na jego autorkę, bolał po stokroć bardziej.

Inna sprawa, że nie mielibyśmy na Malmö IP emocjonującej końcówki gdyby nie fenomenalna postawa Jennifer Falk, która kolejny już raz potwierdziła, że na chwilę obecną zalicza się do absolutnego topu nie tylko szwedzkich, ale i europejskich bramkarek. Wprawdzie przy bramce Schelin najlepsza golkiperka Damallsvenskan w sezonie 2015 mogła zachować się nieco lepiej, ale nie możemy zapominać, że to wyłącznie jej interwencje utrzymały Göteborg w grze aż do 91. minuty. Może się wydawać, że w Szwecji obecnie tylko jedna osoba nie widzi dla Falk miejsca w reprezentacji narodowej, ale na nieszczęście dla samej zainteresowanej osoba ta nazywa się Pia Sundhage.

cnfatrpw8aa-vea

Fot. SVT

Znacznie mniej emocji przyniósł mecz drugiego z kandydatów do mistrzowskiego tytułu. Piłkarki Linköping bardzo pewnie pokonały outsidera z Umeå 4-0, a gdyby udało im się wykorzystać wszystkie sytuacje, to końcowy wynik byłby z pewnością jeszcze wyższy. Niestety, ze skutecznością na bakier była dziś szczególnie Stina Blackstenius, która pod tym względem wróciła (oby na krótko) do dyspozycji z końcówki rundy wiosennej. Napastniczka LFC swojego gola i tak jednak zdobyła, a pozostałe trafienia dołożyły niezawodna Pernille Harder (dwa) oraz Renee Slegers. Po stronie gospodyń najlepszą okazję po świetnym, prostopadłym podaniu Chikwelu miała Amanda Berglund, ale przegrała pojedynek sam na sam z Cajsą Andersson.

 

15. kolejka – zapowiedź

Niektórzy z was z pewnością niecierpliwie wyczekują już dnia, w którym ponownie będziemy mogli ujrzeć na boisku naszą reprezentację i szczerze mówiąc nawet trudno się temu jakoś specjalnie dziwić. Perspektywa świętowania awansu z pierwszego miejsca w grupie na Gamla Ullevi (czy ktoś w ogóle bierze pod uwagę inny scenariusz?) i rozpoczęcie planowania przyszłorocznej podróży do zawsze gościnnej Holandii wydają się być całkiem przyjemną opcją na jesienne wieczory. Zanim jednak na murawie Stadionu Narodowego ponownie rozbrzmi Du gamla, du fria, czekają nas jeszcze nie mniejsze emocje w wydaniu ligowym, których także nie radzimy nikomu przegapić. Przed przerwą na kadrę ekstraklasa rozegra bowiem jeszcze dwie pełne serie spotkań i choć na pewno nie poznamy w nich jeszcze ani mistrza, ani spadkowiczów, to niewykluczone, że sytuacja w tabeli odwróci się po nich o sto osiemdziesiąt stopni. Tegoroczne rozgrywki nie są wprawdzie tak szalone, jak te z lat 2013-2015, ale akurat nieoczekiwanych wyników i niespodziewanych zwrotów akcji w nich nie brakuje.

W środowy wieczów mamy do wyboru aż sześć ligowych spotkań i możemy być pewni, że każde z nich będzie miało swoją dramaturgię. Emocji na pewno nie zabraknie na Strandvallen, gdzie Mallbacken postara się przerwać fatalną serię pięciu kolejnych meczów bez zwycięstwa w starciu z beniaminkiem ze Sztokholmu. Dla drużyny z Sunne ewentualna strata punktów może okazać się początkiem końca ekstraklasowej przygody, gdyż w końcowej fazie sezonu czekają ją niemal wyłącznie pojedynki z ligową czołówką, w których ciężko będzie cokolwiek nadrobić. Biorąc pod uwagę aktualną dyspozycję obu klubów. także ekipa Yvonne Ekroth nie będzie z pewnością dla piłkarek z Värmland łatwym rywalem, choć absencja Emilii Appelqvist może im nieco ułatwić sprawę.

Sytuacji w Umeå poświęcaliśmy ostatnio sporo miejsca, gdyż naprawdę przykro patrzeć na to, co w ostatnich tygodniach wyprawiało się w Västerbotten. Głos w sprawie zabrała w końcu Maria Viksten, która w oficjalnym oświadczeniu zapewniła, że kwestie finansowe i personalne absolutnie nie mają wpływu na postawę drużyny na boisku, a każdej osobie w klubie zależy wyłącznie na tym, aby nie dopuścić do spadku tej niezwykle zasłużonej dla szwedzkiego futbolu marki w drugoligową otchłań. Delkaracja zaiste piękna, ale nawet jeśli wypowiedziana została w stu procentach szczerze, to i tak o przełamanie akurat w najbliższej kolejce może być piekielnie trudno, gdyż rywalem będzie mierzący w najwyższe cele Linköping. Rok temu w starciu tych ekip zdarzył się cud, czy historia może się powtórzyć?

Tak się dziwnie składa, że Göteborg jeszcze nigdy w historii nie pokonał Rosengård w meczu o ligowe punkty. Co ciekawe, zdecydowanie najbliżej tego celu podopieczne Stefana Rehna były wiosną 2015 w Malmö. Do pełni szczęścia zabrakło wówczas zaledwie kilkudziesięciu sekund, a na przeszkodzie stanął między innymi fakt, iż do stolicy Skanii ekipa z Västergötland … zapomniała zabrać bramkarki. Wygląda jednak na to, że w Göteborgu szybko wyciągają wnioski z własnych błędów, gdyż obecnie w kadrze klubu znajdują się dwie dobrej klasy golkiperki i niewykluczone, że to właśnie postawa defensywy może okazać się kluczem do sprawienia sensacji na Malmö IP.

Pozostałe mecze, przynajmniej na papierze, nie mają zdecydowanego faworyta i tak naprawdę jakiekolwiek rozstrzygnięcie trudno będzie postrzegać jako niespodziankę. Na Vilans IP zawsze groźne u siebie Kristianstad z powracającą do wyjściowej jedenastki Mią Carlsson podejmie wciąż szukające własnego charakteru Örebro. Zwycięstwo drużyny prowadzonej przez Elisabet Gunnarsdottir może oznaczać, że oba kluby zamienią się miejscami w tabeli, co jeszcze kilka tygodni temu wydawało się całkowitą abstrakcją. Szans na wyprzedzenie najbliższego rywala nie ma za to Vittsjö, ale akurat ta drużyna już nie raz udowadniała, że jako jedna z nielicznych w Piteå grać potrafi. Jeśli tylko Sällström i Markstedt rozpędzą się tak, jak w ostatniej kolejce, to zatrzymać mogą się dopiero w powrotnym samolocie do Skanii. Punktów w rywalizacji z Eskilstuną z pewnością poszuka także mocno poobijane po podróży do Linköping Kvarnsveden, a niezwykle efektowny tercet Chawinga – Addo – Weimer zrobi wszystko, aby nikt nie opuszczał Ljungbergsplanen w złym mniej dobrym* nastroju.

* – w szatni Kvarnsveden obowiązuje absolutny zakaz używania słów takich jak “zły”, “nieudany” itp.

Dokąd zmierza Umeå?

Niezależnie od indywidualnych sympatii i preferencji, obserwowanie upadku bardzo zasłużonego dla krajowej piłki klubu zawsze boli. Pomijając pewne skrajne postawy, którym nie warto poświęcać tu miejsca i czasu, nikt z nas raczej nie odczuwał satysfakcji patrząc na to, jak prezentowały się dziś na boisku w Vittsjö piłkarki Umeå. Oczywiście, wszyscy od kilku już lat doskonale zdajemy sobie sprawę, że z drużyny, w której swego czasu występowały tak znakomite zawodniczki jak chociażby Nordlund, Ljungberg, Marta czy Bachmann została już wyłącznie nazwa, ale mimo wszystko zdecydowanie nie tak miał wyglądać w Västerbotten obecny sezon. Na dokładnie dwa miesiące przed jego zakończeniem siedmiokrotne mistrzynie Szwecji z impetem uderzyły w dno ligowej tabeli, a zamiast zapowiadanej walki o każdy punkt, drużynę z Umeå charakteryzowały w ostatnich tygodniach finansowo-organizacyjny chaos, groźby zbiorowego strajku i prowadzące zupełnie donikąd próby przerzucania się odpowiedzialnością za obecny stan rzeczy.

Pomimo wspomnianych powyżej problemów, nic nie zapowiadało, że dzisiejszy pojedynek w północnej Skanii będzie dla piłkarek Daniela Doverlinda aż tak przykrym doświadczeniem. Co więcej, pozostające bez ligowego zwycięstwa od 29. maja Vittsjö jawiło się jako rywal, z którym przy odrobinie szczęście da się powalczyć nawet o pełną pulę. Niestety, defensywa Umeå zaprezentowała się w dniu dzisiejszym tak, że równie dobrze piłkarki grające w tej właśnie formacji mogłyby do Skanii w ogóle nie przyjeżdżać, a zamiast tego postawić na szesnastym metrze przed bramką Tove Enblom wielką tablicę z napisem Välkommen in. Końcowy wynik byłby z pewnością bardzo podobny, a przynajmniej kilka zawodniczek nie musiałoby w weekend odbywać męczącej podróży przez całą Szwecję. Nieco lepiej piłkarki z Umeå prezentowały się z przodu, ale jedynie do momentu, w którym przyszło im oddać strzał lub wykonać ostatnie podanie. Owszem, można gdybać, że mecz potoczyłby się zupełnie inaczej gdyby tylko Bäckström w pierwszej połowie wykorzystała swoją sytuację, ale powiedzmy sobie szczerze, że nawet najwięksi optymiści w całym Västerbotten gdybaliby bez większego przekonania. Tym bardziej, że w swoim najlepszym fragmencie meczu zawodniczki gości w ogóle uparły się, żeby strzelać z całą mocą wprost w Katie Fraine, jakby licząc, że futbolówka w końcu wpadnie do siatki razem z bramkarką Vittsjö. Jak łatwo przewidzieć – nie wpadła.

Osobny akapit poświęcić należy rzecz jasna zwycięskim piłkarkom Vittsjö, które w najlepszy możliwy sposób uskuteczniły dziś zasadę mówiącą o tym, że gra się tak, jak pozwala przeciwnik. A ponieważ ekipa z Umeå pozwalała na absolutnie wszystko, to chyba pierwszy raz w tym sezonie mogliśmy zobaczyć, jak dużą siłą rażenia dysponuje drużyna z północnej Skanii. Swój zdecydowanie największy atut w postaci szybkości mogły w końcu wykorzystać Sällström oraz Markstedt, które na tle mało ruchliwych rywalek wyglądały niczym sunące po obu flankach boiska pociągi ekspresowe najnowszej generacji, a równie świetną partię rozgrywała w środku pola wyznaczająca rytm, według którego biło dzisiaj serce Vittsjö Emmi Alanen. Ktoś może powiedzieć, że 5-0 to jednak zbyt surowy dla gości wymiar kary, ale prawda jest taka, iż końcowy wynik po prostu pokazuje, która z drużyn wyszła na murawę po to, aby rozegrać trwający dziewięćdziesiąt minut mecz piłki nożnej. Okazało się, że to w zupełności wystarczyło.

Czy zatem po dzisiejszym blamażu powinniśmy już powoli przygotowywać się na pożegnanie z Umeå? Zdecydowanie za wcześnie na tak jednoznaczne sądy (tym bardziej, że chociażby Mallbacken też zdaje się robić absolutnie wszystko, żeby w ekstraklasie jednak nie pozostać), ale trzeba jasno powiedzieć, że drużynie Daniela Doverlinda nie sprzyja ani terminarz, ani na pewno nie poprawiające morale w zespole problemy natury pozasportowej. Jeśli nie wydarzy się nie niespodziewanego, po przerwie reprezentacyjnej trener Umeå po raz pierwszy w sezonie będzie mógł wprawdzie skorzystać równocześnie ze wszystkich kluczowych zawodniczek (Glas, Folkesson, Hurtig, Chikwelu, Hjohlman), ale wcale nie musi to automatycznie gwarantować niezbędnej do utrzymania liczby punktów. Naturalnie, przedwczesne byłoby też rozpoczęcie przygotowań do pogrzebu, ale pewne jest, że po dzisiejszej porażce Umeå znalazło się na rozstaju dróg, z których przynajmniej jedna prowadzi prosto nad przepaść.

umea-jpg

Fot. Bildbyrån

Annahita stawia pieczęć

Przez pierwszych trzydzieści minut dzisiejszego meczu na Valhalla IP można jedynie było przecierać oczy ze zdumienia. Piłkarki Mallbacken w niczym nie przypominały bowiem drużyny, która w ostatnich tygodniach niezależnie od okoliczności prezentowała się żenująco słabo. Jeśli poprzednio zastanawialiśmy się, czy w Sunne jeszcze w ogóle komukolwiek zależy na próbie ratowania ekstraklasy, to dziś, przynajmniej w początkowej fazie meczu, mogliśmy analizować przyczyny nagłego odrodzenia ekipy z Dalarny, która w pierwszych pięciu minutach oddała więcej strzałów niż w całym pojedynku z Kristianstad. Gdyby nie fenomenalna postawa Jennifer Falk, to Göteborg najprawdopodobniej schodziłby do szatni przy wyniku – mówiąc delikatnie – mało sprzyjającym. Golkiperka, która nota bene w poprzednim sezonie walnie przyczyniła się do pozostania Mallbacken w Damallsvenskan, najpierw popisała się kapitalnym refleksem po strzale głową Zoe Ness, a następnie ratowała swoją ekipę po uderzeniach Green oraz Janogy.

Po wspomnianych dwóch kwadransach nastąpił jednak całkowity zwrot akcji, jakby obie drużyny niemal równocześnie przypomniały sobie, że przecież miały w tym spektaklu występować w dokładnie odwrotnych rolach. Zawodniczki z Sunne momentalnie wytraciły cały impet, a gra coraz częściej zaczęła przenosić się w okolice szesnastki Lee Alexander. Biorąc pod uwagę, że defensywa Mallbacken jest w obecnych rozgrywkach bardziej dziurawa niż swego czasu budżet Tyresö, nie mogło to zwiastować niczego dobrego i rzeczywiście gospodynie już pierwszą dogodną sytuację skutecznie zamieniły na gola. Jeśli w tym momencie ktoś w Värmland marzył jeszcze o wywiezieniu z Göteborga korzystnego rezultatu, to nadzieje te skutecznie zgasiła w 68. minucie Sara Lindén, wykorzystując prostopadłe podanie Filippy Curmark. Od tego momentu podopieczne Stefana Rehna mogły pozwolić sobie na znacznie bardziej swobodną grę, co zaowocowało jeszcze dwoma golami. Warto odnotować, że autorką ustalającego ostatecznie wynik meczu trafienia na 4-0 była Annahita Zamanian, która kolejny raz dała niezwykle udaną zmianę. Nazwisko młodzieżowej reprezentantki Francji z pewnością warto zapamiętać, gdyż niebawem to właśnie od niej w największym mieście zachodniej Szwecji mogą zaczynać ustalanie składu.

******

Vilans IP to teren, na którym przyjezdnym zawsze gra się trudno, ale sposobiącym się do europejskiego debiutu piłkarkom Eskilstuny bardzo szybko udało się odczarować tę zazwyczaj mało gościnną arenę. Zdecydowanie największy udział w bramkowej akcji miała Chloe Logarzo, która najpierw zabawiła się na lewym skrzydle z Ivarsson oraz Ekelund, a następnie idealnie zacentrowała na głowę Mariji Banusic. Byłej napastniczce Chelsea nie udało się wprawdzie do końca czysto trafić w piłkę, ale na dość nieporadnie interweniującą Petersen w pełni to wystarczyło. Po golu dla gości długimi minutami oglądaliśmy coś, co futbolowi koneserzy nazwaliby zapewne meczem walki i byłoby w tym nawet sporo prawdy, gdyż akurat ambitnej postawy żadnej z drużyn nie sposób odmówić. Bramkowych szans było jednak jak na lekarstwo, a gdy już takie się pojawiały, to piłkarki nie zawsze potrafiły się w nich odnaleźć. Dobrym tego przykładem może być chociażby Jenny Danielsson. Reprezentantka Finlandii dwukrotnie (w obu przypadkach po błędach piłkarek Eskilstuny) znalazła się w sytuacji sam na sam z Lundberg, ale … tak bardzo ją to zaskoczyło, że ani razu nie potrafiła choćby oddać strzału. Dobrą okazję na doprowadzenie do remisu zmarnowała ponadto grająca w końcowej fazie meczu jako środkowa napastniczka Atladottir, której z kolei do szczęścia zabrakło kilku dodatkowych centymetrów. W doliczonym czasie gry, po fatalnym kiksie Edgren, zwycięstwo United mogła jeszcze przypieczętować Schough, ale reprezentacyjna skrzydłowa także nie skorzystała z prezentu od byłej koleżanki klubowej z Göteborga. W niczym nie zmieniło to jednak faktu, że pomimo mało porywającej gry, Eskilstuna zapisała na swoim koncie trzecie kolejne zwycięstwo i nieco wygodniej usadowiła się na najniższym stopniu ligowego podium.

Koncert na Arenie Linköping

Piątkowy wieczór miał nam upłynąć przede wszystkim pod znakiem powrotu na ligowe boiska obu liderów. Niektórzy zastanawiali się, jak walczące o mistrzostwo kluby zaprezentują się na tle krajowych rywali, ale zarówno Linköping, jak i Rosengård szybko udowodniły, że wiosenno-letnia absolutna dominacja właśnie tych dwóch ekip w najmniejszym stopniu nie była dziełem przypadku. Co więcej, z obu boisk popłynął sygnał, że może ona potrwać przynajmniej do końca obecnego sezonu.

Jako pierwsze na murawie zaprezentowały się podopieczne Martina Sjögrena, które zmierzyły się z zawsze niewygodnym Kvarnsveden. Wiosną, gdy oba kluby spotkały się w Borlänge, o zwycięstwie faworytek przesądził zdobyty dopiero w 89. minucie gol Stiny Blackstenius. Tym razem piłkarki LFC nie zamierzały jednak wystawiać swoich kibiców na tak ciężką próbę i od początku przejęły kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Efekt? Po zaledwie 13. minutach było już 3-0 dla gospodyń, a sympatycy Linköping mogli skupić się na nasłuchiwaniu wieści z Behrn Areny, które zaskakująco długo były dla nich bardzo pozytywne. Trzeba jednak podkreślić, że pomimo szybko uzyskanego komfortowego wyniku, wiceliderki Damallsvenskan ani przez moment nie zamierzały zwalniać tempa i do końcowych sekund szukały okazji do zdobycia kolejnych goli. Bramkowy licznik po ich stronie zatrzymał się ostatecznie na cyfrze osiem, ale gdyby udało się wykorzystać wszystkie szanse, po raz pierwszy w obecnym sezonie bylibyśmy świadkami dwucyfrowego zwycięstwa.

Zawodniczki z Linköping od pierwszej do ostatniej minuty grały na wielkim luzie, co oczywiście było bezpośrednią konsekwencją świetnego wejścia w mecz. Już w 3. minucie udało się otworzyć wynik za sprawą Blackstenius, a zdobyty przez napastniczkę LFC gol do złudzenia przypominał jej trafienie z ćwierćfinałowego meczu Szwecja – USA. Co równie ważne, urodzona w Vadstenie piłkarka chyba na dobre odnalazła zagubioną gdzieś po świetnym początku sezonu skuteczność. Dzisiejszy mecz zakończyła z hat-trickiem na koncie, niezwykle precyzyjnie wykańczając trzy akcje swojego zespołu. Blackstenius nie była jednak jedyną zawodniczką Linköping, która zasłużyła dziś na pochwały. Już tradycyjnie, świetną partię rozegrała Pernille Harder (dwa gole, dwie asysty), przepięknym strzałem z dystansu popisała się Samuelsson, Ericsson pokazała, jak miały na Igrzyskach wyglądać szwedzkie stałe fragmenty gry (z czego skrzętnie skorzystała Arnth), a w ostatnich minutach swego pierwszego gola w seniorskiej piłce strzeliła Emilia Larsson.

Znacznie mniej efektownie zwyciężył dziś Rosengård, choć oczywiście trudno powiedzieć, aby mistrzynie Szwecji choć przez chwilę poczuły się na boisku w Örebro zagrożone. Osłabiona brakiem pauzującej za nadmiar żółtych kartek Marty drużyna Jacka Majgaarda rozkręcała się wprawdzie powoli, ale gdy juz to zrobiła, natychmiast stało się jasne, kto zgarnie tu komplet punktów. Pierwsze przyspieszenie piłkarek z Malmö miało miejsce w 37. minucie i już chwilę później zrobiło się 1-0 dla liderek ligowej tabeli. Z nieprzyjemnym strzałem Schelin poradziła sobie jeszcze Söberg, ale następstwem jej interwencji był rzut rożny, który przyniósł ekipie ze Skanii tak bardzo wyczekiwanego gola autorstwa Amandy Ilestedt, która w polu karnym bez większego trudu przestawiła dysponującą przecież doskonałymi warunkami fizycznymi Tancredi. Druga połowa przebiegała już całkowicie pod dyktando Rosengård, a piłkarki Örebro sprawiały wrażenie drużyny, która nie bardzo wierzy, że będzie dziś w stanie cokolwiek ugrać. Zdecydowaną przewagę udało się gościom udokumentować jeszcze jednym zdobytym golem; w 67. minucie Martens strąciła piłkę do siatki po świetnym odegraniu Schelin. Nowa snajperka klubu z Malmö w ostatniej fazie meczu miała jeszcze wyborną okazję na to, aby do dwóch efektownych asyst dołożyć jeszcze bramkę, ale fatalnie spudłowała w sytuacji sam na sam z Söberg.

Na koniec, warto poświęcić trochę miejsca drużynom, które w starciach z liderkami nie miały dziś zbyt wiele do powiedzenia. Örebro szczególnie w pierwszych dwóch kwadransach udowodniło, że dysponuje kadrą, która spokojnie mogłaby rywalizować o miejsce na najniższym stopniu podium Damallsvenskan. Pytanie jednak, czy poniesione wiosna straty nie okażą się zbyt duże, aby pogoń za brązowymi medalami mogła jeszcze okazać się skuteczna. Przebłyski dobrej gry (choć po porażce 0-8 może brzmieć to dość paradoksalnie) zaprezentowały dziś także zawodniczki Kvarnsveden i trzeba z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że beniaminek z Dalarny nie jest na ten moment ani pierwszym, ani drugim kandydatem do spadku. Podopieczne Jonasa Björkgrena pozostawiły po sobie znacznie bardziej korzystne wrażenie niż chociażby Vittsjö, które na Arenie Linköping przegrało w identycznym stosunku, ale w zdecydowanie gorszym stylu. Oczywiście, do tego, aby na dłuższym dystansie toczyć równorzędną walkę z ligowymi potentatami jeszcze trochę ekipie z Borlänge brakuje, ale nic póki co nie wskazuje na to, aby w Dalarnie trzeba było nastawiać się na smutną zimę.