Surowa lekcja mistrza

W poprzednim starciu z mistrzem kraju, beniaminek z Borlänge nie potrafił zachować czystego konta nawet przez dwadzieścia sekund. Dziś to podopieczne Jonasa Björkgrena spróbowały zaskoczyć rywalki szturmem od pierwszej minuty, ale … kwardans później i tak to Rosengård prowadził już 3-0 i w Malmö mogli powoli dopisywać sobie trzy kolejne punkty i szykować się na oficjalne powitanie Lotty Schelin w najbliższą sobotę. Pomimo ambitnej jak zwykle postawy, piłkarki Kvarnsveden długimi minutami wyglądały przy zawodniczkach Rosengård jak nieco zagubione uczennice pierwszej klasy przy paniach profesorkach, a porównanie to ma o tyle sens, że nie zapominajmy, iż klub z Dalarny zaledwie trzy miesiące temu zadebiutował w ekstraklasie.

Wystawianie indywidualnych cenzurek piłkarkom Jacka Majgaarda o tyle mija się z celem, że szczególnie w pierwszej fazie meczu, gdy wynik nie był jeszcze rozstrzygnięty, wszystkie spisały się na miarę oczekiwań. Ali Riley oraz Lina Nilsson pokazały, jak we współczesnym futbolu powinny grać boczne obrończynie, gdyż to właśnie ich rajdy odpowiednio lewą i prawa flanką zapoczątkowały akcje, po których padły dwa pierwsze gole (inna sprawa, że na przykład Hermansson specjalnie im w tych popisach przeszkadzać nie próbowała). Ella Masar znów udowodniła, że z zawodniczki widzianej początkowo w roli zmienniczki stała się poważną kandydatką do jedenastki sezonu, w której może znaleźć się również miejsce dla Lieke Martens (dziś gol i wywalczony rzut karny). O Marcie, która jak chyba nikt na świecie potrafi łączyć harówkę na całej długości boiska z niezwykle efektownymi zagraniami, nawet nie ma co wspominać. Po dobrym występie w poprzedniej kolejce zgasła nieco Natasza Andonowa, ale mając na uwadze wyczekiwany debiut Schelin, a także powrót do pełnej sprawności Enganamouit, dyspozycja Macedonki nie jest chyba dla ekipy z Malmö przesadnie wielkim problemem.

Osobny akapit warto poświęcić Linie Nilsson, która bez dwóch zdań była najlepszą prawą obrończynią rundy wiosennej obecnego sezonu. Niestety, świetna forma piłkarki Rosengård nie wystarczyła, aby znaleźć się na liście Sundhage (choćby wśród rezerwowych) i zobaczymy, czy selekcjonerka za niewiele ponad miesiąc nie będzie musiała się tłumaczyć z dokonanych przez siebie wyborów. Sytuacja z 94. minuty, kiedy to Nilsson pomimo bardzo bezpiecznego wyniku do końca poszła za Chawingą i ofiarnym wślizgiem naprawiła błąd Pennsäter, przekonała chyba nawet największych sceptyków, że akurat ta piłkarka w tym momencie kariery na powołanie po prostu zasłużyła. Inna sprawa, że w drużynie mistrza kraju wiele zawodniczek wydaje się odczuwać pozytywnie rozumiany głód gry i widać, że nawet wyraźne zwycięstwa nie do końca zaspokajają ich ambicje. W perspektywie walki o najwyższe cele, takie podejście może wyłącznie cieszyć.

Po czerwcowo-lipcowej serii porażek znacznie mniej powodów do radości mają z pewnością w Borlänge. Klub, który bez jakichkolwiek kompleksów wjechał do ekstraklasy, z miejsca stając się ulubieńcem większości neutralnych kibiców, ostatnio ewidentnie wyhamował, w związku z czym rundę jesienną przywita w bezpośrednim sąsiedztwie strefy spadkowej. Nie zapominajmy jednak, że celem ekipy z Dalarny na obecny sezon było utrzymanie i cały czas jego skuteczna realizacja jest wyłącznie w nogach Chawingi, Toohey i reszty tej naprawdę dającej się lubić drużyny. Tyle tylko, że w letniej przerwie trener Björkgren raz jeszcze będzie musiał rozbudzić w swoich zawodniczkach wiarę i entuzjazm, gdyż właśnie tych cech w pewnym momencie jakby zaczęło im brakować. Równie ważne może być podjęcie właściwych decyzji personalnych, dotyczących na przykład obsady bramki. W dzisiejszym meczu między słupkami Kvarnsveden stanęła Lina Lundqvist i pomimo czterech puszczonych goli absolutnie nie dała pretekstu, aby dokonywać tu kolejnych roszad.

12. kolejka – zapowiedź

Ostatnia pełna kolejka przed letnia przerwą, a zarazem formalnie pierwsza w rundzie rewanżowej, przyniesie nam aż trzy rewanże za pojedynki sprzed kilku dni. Zanim więc na dobre zaczniemy żyć reprezentacją i jej brazylijską misją, przyjrzyjmy się, co czeka nas w najbliższy weekend.

Na początek mistrz i stary-nowy lider Damallsvenskan raz jeszcze sprawdzi formę beniaminka z Borlänge. Tydzień temu Rosengård pewnie zwyciężył 6-1, nie pozostawiając rywalkom jakichkolwiek złudzeń, kto w tym zestawie jest bardziej kompletną drużyną. Jeśli na Ljungbergsplanen czeka nas powtórka z niedawnej historii, to niewykluczone, że Kvarnsveden po raz pierwszy w sezonie znajdzie się w strefie spadkowej. Podopieczne Jonasa Björkgrena zapewniają, że zrobią wszystko, aby przerwać passę trzech kolejnych porażek, ale zdobycie przez Chawingę i spółkę choćby punktu w konfrontacji z hegemonem z Malmö należałoby traktować w kategoriach wielkiej niespodzianki.

W sobotę zagrają również drużyny, które punktów potrzebują tak bardzo, jak aplinista tlenu, a Francja medalu przywiezionego w końcu z wielkiej imprezy. Zarówno Kristianstad, jak i Djurgården, trochę na własne życzenie skomplikowały sobie sytuację w tabeli, między innymi solidarnie przegrywając z Umeå. W bezpośrednim starciu na Vilans IP trudno jednoznacznie wskazać faworyta. Wydaje się, że szczególnie po powrocie Emilii Appelqvist, mocniejszą kadrą dysponuje ekipa ze stolicy, ale z drugiej strony Kristianstad na własnym boisku to całkowicie inna drużyna. Pewni możemy być tylko jednego – remisem nikt się tu nie zadowoli.

Nie tak dawno Pernille Harder wchodząc z ławki odmieniła losy meczu w Piteå, a już pojutrze ponownie przyjdzie jej zmierzyć się z ekipą prowadzoną przez Stellana Carlssona. Faworytkami starcia na Arenie Linköping bedą oczywiście gospodynie, które zrobią wszystko, aby nie potknąć się na ostatnim płotku. Atutem gości będize natomiast gra bez najmniejszej choćby presji wyniku. Drużyna z Piteå z delikatną nawiązką wykonała już swój plan na rundę wiosenną, a wszystko, co ewentualnie uda się ugrać w starciu z LFC, byłoby jedynie przyjemnym bonusem.

W Örebro wszyscy z pewnością chcieliby, aby ta pełna rozczarowań runda dobiegła wreszcie końca. Zanim jednak tak się stanie, trzeba jeszcze rozegrać mecz z Mallbacken i bezwarunkowo dopisać do swojego konta trzy kolejne punkty. W niedzielę, trener George Papachristou będzie mógł już skorzystać z usług Ogonny Ckukwudi i niewykluczone, że to właśnie głodna gry lewoskrzydłowa z Nigerii osłodzi nielicznie odwiedzającym Behrn Arenę kibicom początek lata. Tak, czy inaczej, w klubie czekają przede wszystkim na jesień i gorąco liczą, że przy tak wyrównanej stawce, drużyna wzmocniona Lisą Dahlkvist oraz Sarą Michael przypuści jeszcze atak nawet na ligowe podium.

Skoro na Valhalii zobaczyliśmy odmienione Vittsjö, to wydawać by się mogło, że na własnym boisku, w starciu z tym samym rywalem, powinno być już tylko lepiej. Minimalnym faworytem cały czas pozostaje jednak drużyna prowadzona przez Stefana Rehna, która w przypadku przywiezienia z północnej Skanii kompletu punktów najprawdopodobniej spędzi letnią przerwę jako trzeci najlepszy zespół ligi. Promykiem nadziei dla Vittsjö może za to być zwyżkująca forma tercetu Adolfsson – Alanen – Sällström, który w minioną sobotę dał się defensywie z Göteborga mocno we znaki.

Choć jeszcze przed miesiącem w podobny scenariusz nie uwierzyłby pewnie nikt, do bezpośredniego pojedynku Eskilstuny z Umeå gospodynie przystępują z zamiarem przerwania serii czterech kolejnych porażek, zaś goście z chęcią przedłużenia do trzech spotkań swej zwycięskiej passy. Pomimo tego, więcej szans i tak przyznajemy drużynie Viktora Erikssona, która jakościowo zdecydowanie przewyższa zdziesiątkowaną kontuzjami ekipę Marii Bergkvist. Jeśli jednak Rita Chikwelu dojdzie do wniosku, że w sumie można byłoby spróbować opuścić strefę spadkową jeszcze w lipcu, na Tunavallen może zrobić się naprawdę ciekawie.

Liga bramkarskich pomyłek

Lee Alexander, Adelaide Gay, Katie Fraine – co łączy te trzy bramkarki? W zakończonej właśnie kolejce każda z nich bardzo wydatnie przyczyniła się do wyniku osiągniętego przez swój zespół. Ich wkład nie polegał jednak na fantastycznych interwencjach, ale na kuriozalnych błędach, które ostatecznie kosztowały kolejno Mallbacken, Kvarnsveden oraz Vittsjö szansę na korzystny rezultat. W ostatnim meczu rundy całą trójkę spróbowała jeszcze przebić Cajsa Andersson, ale puszczona przez nią między nogami po delikatnym strąceniu Hanny Lundqvist piłka ostatecznie zatrzymała się na słupku. Liczba bramkarskich kiksów i pomyłek w jedenastej serii spotkań nie jest niestety wyjątkiem od reguły, gdyż podobne obrazki od przynajmniej trzech sezonów oglądamy w Damallsvenskan niemal co tydzień. O Elitettan w tym kontekście nie ma sensu nawet wspominać, gdyż stężenie absurdalnych goli jest na zapleczu ekstraklasy nie mniejsze niż we wstępnych fazach turnieju Gothia Cup.

Jasne jest, że błędy przytrafiają się wszystkim piłkarkom (a uogólniając jeszcze bardziej – wszytkim ludziom, którzy nie boją się robić czegokolwiek). Równie jasne jest, że to właśnie pomyłki golkiperek są często najbardziej kosztowne, gdyż niosą za sobą bezpośrednie ryzyko utraty gola. Nikt zatem nie oczekuje od bramkarek grających w szwedzkich klubach bezbłędnej gry, gdyż byłoby to całkowicie niewykonalne. Z drugiej jednak strony, od zawodniczek aspirujących do gry w trzeciej najlepszej lidze Europy pewnego poziomu oczekiwać po prostu wypada. Szczególnie, że mówimy o piłkarkach sprowadzanych nierzadko z przeciwnego końca świata, które w zamierzeniu mają ligę uatrakcyjnić. Nie ma sensu powtarzać za Pią Sundhage, że Damallsvenskan powinna niezwłocznie stać się bardziej szwedzka, bo przecież kompletnie nie o to tu chodzi, ale fakty są takie, że spośród jedenastu aktualnie zakontraktowanych zagranicznych golkiperek (nie wliczamy Kramer czy Bernier, które ze Szwecji już się zawinęły), jedynie o dwóch (ostatecznie trzech, jeśli dodamy do tego leczącą się McLeod) można powiedzieć, że dzięki nim poziom ligi się podniósł. Skoro mamy ambicje, aby w finalnej fazie uczynić z Damallsvenskan dobrze opakowany produkt eksportowy, to oprócz fantastycznej pracy czyniącego sporo w tym kierunku EFD, potrzebujemy jeszcze odpowiedniej jakości piłkarskiej. Owszem, raz na kilka lat możemy pokazać światu najbardziej spektakularny gol samobójczy w historii (to też swego rodzaju osiągnięcie), ale na dłuższą metę raczej nie chcielibyśmy, aby szwedzki futbol kojarzył się poza granicami kraju z takimi właśnie zagraniami. Niestety, runda wiosenna sezonu 2016 przyniosła nam zbyt wiele kiksów, o których wszyscy chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć, a znaczna część z nich była udziałem bramkarek. O ile Amerykanie co tydzień wybierają w NWSL interwencję kolejki, o tyle u nas zdecydowanie bardziej na miejscu byłby plebiscyt na najbardziej nieudane zagranie rundy, gdyż te – w odróżnieniu od wybitnych parad – oglądamy nader często.

Problem ligi przekłada się pośrednio na reprezentację, która w chwili obecnej jest całkowicie zależna od dyspozycji Hedvig Lindahl. Golkiperka Chelsea swego czasu także niejednokrotnie przyprawiała nas o szybsze bicie serc swoją odważną i niekonwencjonalną grą (szczególnie, gdy grając kolejno w Linköping, Göteborgu oraz Kristianstad na siłę starała się zostać pierwszą na świecie bramkarką grającą w roli sweeper keeper, co kilka razy bezbłędnie wykorzystały rywalki), ale trzeba przyznać, że w ostatnich latach jej forma ustabilizowała się na stałym, wysokim poziomie zarówno w klubie, jak i w kadrze. Na kanadyjskim mundialu Lindahl była jedną z nielicznych piłkarek, która absolutnie nie musiały mieć do siebie pretensji za kompletnie nieudany start w mistrzostwach. Wprawdzie wiosna 2016 to – patrząc obiektywnie – najsłabsza runda bramkarki Chelsea od momentu przeprowadzki do Wielkiej Brytanii, ale i tak mając Lindahl między słupkami raczej nie będziemy za miesiąc drżeć przy każdym strzale Chinek, Brazylijek, czy reprezentantek RPA. Duży problem zrobi się dopiero wtedy, gdy z jakichś względów Pia Sundhage nie będzie mogła skorzystać z usług swojej najlepszej bramkarki. Hilda Carlén (podobnie zresztą jak Emelie Lundberg) to solidna zawodniczka na warunki ligowe, ale równocześnie bardzo nierówna, przeplatająca doskonałe występy tymi znacznie słabszymi. Prawdą jest, że ten turniej mógłby równie dobrze zbudować Carlén dla reprezentacji i niewykluczone, że tak by się właśnie stało, ale z drugiej strony chyba nie bez powodu nie ma zbyt wielu takich, którzy bez obaw podchodziliby do ewentualnego ćwierćfinału z Kanadą, czy półfinału z USA lub Francją, gdyby dostępu do naszej bramki miała bronić golkiperka Piteå.

Słynne, piłkarskie powiedzenie mówi, że atak wygrywa mecze, a obrona tytuły. Analizując historię futbolu rzeczywiście można dojść do wniosku, że nawet najbardziej efektownie grająca drużyna do odniesienia sukcesu potrzebowała odpowiedniego zabezpieczenia tyłów. Szwecja od zawsze była, całkiem zresztą słusznie, uważana za największą obok USA i Niemiec kuźnię bramkarskich talentów. Następczyń Inger Arnesson, Elisabeth Leidinge, Caroline Jönsson i Hedvig Lindahl póki co specjalnie jednak nie widać. Media ze Skanii uparcie lansują mit Zeciry Musovic, przypominając, że ta została w sezonie 2014/15 wybrana do najlepszej drużyny Ligi Mistrzyń, ale zapominają przy tym dodać, że w rzeczonej kampanii wystąpiła w zaledwie dwóch spotkaniach, na dodatek rozgrywanych w odstępie sześciu dni. Eksperci UEFA nie od dziś znani są jednak z tego, że błyskawicznie są w stanie dostrzec i docenić prawdziwy, piłkarski kunszt. Tylko oni potrafią przecież w gronie dwudziestu najlepszych zawodniczek kontynentu umieścić piłkarkę, która przez cały rok leczyła kontuzję, a na boisku pojawiła się na … kilkanaście minut (casus Nadine Kessler). Wracając do Musovic – pozostaje mieć nadzieję, że to właśnie za sprawą takich zawodniczek jak ona i o rok młodsza od niej Emma Holmgren, za kilka lat znów będziemy mogli rozmawiać jedynie o kłopotach bogactwa w szwedzkiej bramce. Krokiem we właściwym kierunku z pewnością byłoby bardziej rozważne dokonywanie zakupów w Glasgow, Detroit czy Adelajdzie.

2409280

Fot. Bengt Krönström

Zwycięstwo last minute

Za każdym razem, gdy wydaje się, że sytuacja w dolnej połówce tabeli Damallsvenskan nie może stać się jeszcze bardziej interesująca, piłkarki udowadniają nam, że dla nich nie ma rzeczy niemożliwych. Zwycięstwo Umeå nad Kristianstad oznacza bowiem, że dokładnie na półmetku rozgrywek kluby z miejsc szóstego i dwunastego dzieli zaledwie pięć punktów. Jesień w szwedzkiej piłce zapowiada się więc arcyciekawie i kto wie, czy podobnie jak w poprzednim sezonie, na najważniejsze rozstrzygnięcia nie poczekamy aż do ostatniej serii spotkań.

Dzisiejszy mecz miał kolosalne znaczenie szczególnie dla drużyny prowadzonej przez Marię Bergkvist. O ile Kristianstad grał o to, aby wyrobić sobie choćby minimalną przewagę nad strefą spadkową, o tyle ekipa z Umeå walczyła o zachowanie kontaktu z ligowym peletonem. Ewentualny brak zwycięstwa oznaczał, że piłkarki z Västerbotten bardzo skomplikowałyby swoją sytuację prze rundą rewanżową. Siedmiokrotnym mistrzyniom Szwecji najgorszego scenariusza udało się ostatecznie uniknąć, ale do 79. minuty wydawało się, że to prezentująca niezwykle zdyscyplinowany futbol drużyna ze Skanii wywiezie z Energi Areny komplet punktów. W 21. minucie Hellström zachowała się bardzo nieodpowiedzialnie we własnej szesnastce, a z nieoczekiwanego prezentu postanowiła skorzystać Danielsson, nie dając Enblom najmniejszych szans na skuteczną interwencję. Po zdobytym golu piłkarki z Kristianstad oddały wprawdzie gospodyniom inicjatywę, ale trzeba podkreślić, że nie była to w ich wykonaniu rozpaczliwa obrona korzystnego wyniku. Świetną robotę wykonywały Nilsson i Edgren, dwie defensywne pomocniczki gości, które nie pozwalały zawodniczkom Umeå na swobodne rozgrywanie piłki. O to, aby niebezpieczeństwo nie nadciągnęło ze skrzydła, równie skutecznie dbały van de Putte oraz Ivarsson, choć ta ostatnia zupełnie niepotrzebnie sfaulowała szarżującą Linę Hurtig (na jej szczęście Alicia Westman nie dopatrzyła się w tej sytuacji przewinienia). Tak, czy inaczej, bardzo długo zanosiło się, że tę niezwykle istotną dla układu tabeli partię piłkarskich szachów na swoją korzyść rozstrzygną podopieczne Elisabet Gunnarsdottir. Wtedy jednak piąty bieg włączyła Rita Chikwelu, raz jeszcze udowadniając, że do jedenastki sezonu Damallsvenskan wybierano ją absolutnie nieprzypadkowo.

Swojej szansy na urwanie się defensorkom Kristianstad Nigeryjka szukała już znacznie wcześniej, ale niezwykle pieczołowicie opiekowały się nią Edgren oraz Nilsson, w razie potrzeby wspomagane jeszcze przez Sif Atladottir. Upilnować zawodniczkę tej klasy przez pełne dziewięćdziesiąt minut jest jednak niezwykle trudno, o czym zawodniczki ze Skanii przekonały się dobitnie w ostatnim kwadransie. Najpierw Chikwelu w tempo wyszła do centry Fanny Hjelm z głębi pola i na raty pokonała Brett Maron, a zaledwie trzy minuty później sama wystąpiła w roli asystentki, zagrywając idealną piłkę na głowę Hanny Sandström. Urodzona w Asabie pomocniczka potrzebowała zaledwie 180 sekund, aby nie tylko zapewnić swojej drużynie trzy niezwykle ważne punkty, ale przy okazji tak mocno potrząsnąć tabelą Damallsvenskan, że sytuacja przynajmniej kilku klubów zmieniła się diametralnie. Gościom nie udało się bowiem wyszarpać nawet remisu, choć Iworyjka Guehai miała jeszcze w ostatnich sekundach szansę, aby zapewnić Kristianstad jeden, gwarantujący pozostanie nad strefą spadkową punkt.

Skoro w głównych rolach na Energi Arenie wystąpiły dziś piłkarki z Afryki, to odnotować musimy jeszcze debiut na ekstraklasowych boiskach Zabibu Nduwimany. Obdarzona nieprzeciętnym talentem siedemnastolatka, która dwa lata temu odrzuciła powołanie do szwedzkiej kadry U-15, stała się tym samym pierwszą w historii obywatelką Burundi grającą w Damallsvenskan. Nduwimana dostała od Marii Bergkvist nieco ponad dziesięć minut na zaprezentowanie swych umiejętności i w tym czasie zdążyła zaimponować szybkością i bardzo dobrym startem do piłki. Dzisiejszy mecz zarówno jej, jak i pozostałym piłkarkom Umeå, i tak kojarzyć się będzie przede wszystkim ze zwycięstwem, które niewątpliwie dało żółto-czarnym drugie, piłkarskie życie.

******

Na Stadionie Olimpijskim w Sztokholmie Linköping wypełnił zasadniczą część planu, która zakładała odniesienie wyjazdowego zwycięstwa nad Djurgården. O tym, aby powalczyć z Rosengård o tytuł mistrza półmetka, przy tak mizernej skuteczności piłkarek LFC, nie mogło jednak być mowy. Pomimo licznie stwarzanych sytuacji, drużyna prowadzona przez Martina Sjögrena trzeci raz z rzędu (wliczając półfinał Pucharu Szwecji z Eskilstuną) musiała zadowolić się skromnym 1-0.

Gola, jak się później okazało na wagę trzech punktów, zdobyła w 27. minucie Fridolina Rolfö, pokonując Gudbjörg Gunnarsdottir mierzonym strzałem zza linii pola karnego. Powołana przez Pię Sundhage do wąskiej kadry na Igrzyska Olimpijskie zawodniczka miała jeszcze przynajmniej dwie okazje, aby zapewnić kibicom z Linköping znacznie mniej nerwową końcówkę spotkania. W obu sytuacjach górą była jednak stanowiąca niezwykle mocny punkt zespołu ze Sztokholmu golkiperka z Islandii. Największą przewagę piłkarkom Martina Sjögrena udało się uzyskać w pierwszym kwadransie po przerwie, ale skuteczne interwencje Gunnarsdottir (a także bardzo ofiarna postawa defensywy) pozwoliły utrzymać Djurgården w grze do ostatniej minuty. Indolencja strzelecka LFC mogła zostać skarcona na niewiele ponad kwadrans przed końcem spotkania, kiedy to Cajsa Andersson postanowiła dołączyć do zdecydowanie zbyt długiej listy bramkarek, które popełniły w zakończonej właśnie kolejce kardynalne błędy i przepuściła między nogami piłkę strąconą delikatnie przez Hannę Lundqvist (fenomenalna asysta Johanny Rytting Kaneryd). Drużynie z Linköping tym razem dopisało jednak szczęście, gdyż futbolówka, nad którą Andersson nie miała absolutnie żadnej kontroli, zatrzymała się ostatecznie na słupku, niwecząc w ten sposób plany beniaminka na sprawienie sporej niespodzianki.

Spadek na własne życzenie?

Na własne żądanie wypisać się można z imprezy, ze szpitala, czy nawet (w niektórych krajach) ze świata żywych. Przypadki, w których sportowcy dobrowolnie rezygnują z walki o mistrzostwo kraju, chcąc rywalizować w niższej klasie rozgrywkowej, cały czas należą jednak do rzadkości. Od każdej reguły trafia się jednak wyjątek i w tym przypadku znaleźliśmy go w niewielkiej miejscowości leżącej pośrodku Värmland. Poznajcie Mallbackens IF Sunne.

Tydzień temu piłkarki z Värmland nie podjęły walki z Kristianstad, choć rywal absolutnie nie znajdował się poza ich zasięgiem. Dziś postawę Mallbacken trudniej ocenić aż tak jednoznacznie. Z jednej strony nie sposób nie zauważyć wyszarpanego niemal w ostatnich sekundach remisu, czy skutecznej pogoni od stanu 1-3. Z drugiej – warto zastanowić się, czy aby na pewno jeden punkt jest wszystkim, co w starciu z osłabionym brakiem Chukwudi oraz Tancredi przeciwnikiem z Örebro, podopieczne odesłanego w ostatnich minutach na trybuny Davida Umeclira mogły dzisiaj osiągnąć.

Wszyscy, nie wyłączając chyba nawet George’a Papachristou, wiedzą, że na Strandvallen jedenastka z Sunne jest groźna dla wszystkich. Jeśli więc Mallbacken marzy o utrzymaniu, punktów szukać musi przede wszystkim w meczach rozgrywanych na własnym boisku, ze szczególnym uwzględnieniem tych, które już od pierwszej minuty wydają się układać po myśli drużyny z Värmland. Dziś na gola dającego prowadzenie kibice Mallbacken czekać musieli zaledwie 42 sekundy. Z rzutu rożnego dośrodkowała Frida Broström, a Julia Karlernäs strzałem głową pokonała Carolę Söberg. Trudno było wymarzyć sobie lepszy początek, ale zamiast pójść za ciosem, gospodynie cofnęły się głęboko na własną połowę, jakby chciały w ten sposób zaprosić piłkarki Örebro do prowadzenia gry. Z zaproszenia jako pierwsza skorzystała rozgrywająca swój zdecydowanie najlepszy mecz w sezonie Veronica Perez. Meksykanka wykorzystała fakt, że żadna z zawodniczek Mallbacken nie zdecydowała się do niej doskoczyć i, mając dużo miejsca, pocelowała idealnie, tuż przy prawym słupku. Po niespełna ośmiu minutach było więc 1-1, ale dopiero w drugiej połowie rozkręcił się prawdziwy rollercoaster.

W 53. minucie wynik brzmiał już 3-1 dla Örebro, ale nie był on bynajmniej efektem piorunującej nawałnicy ze strony gości, a przede wszystkim postawy Lee Alexander. Szkocka bramkarka Mallbacken bez większych wyrzutów może bowiem zapisać na swoje konto asysty przy obu bramkach dla gości. W pierwszej sytuacji Alexander wrzuciła sobie piłkę do bramki po całkowicie niegroźnym strzale Marie-Eve Nault (ewentualnie dośrodkowaniu lub wybiciu, gdyż trudno odgadnąć, jaki właściwie był zamiar Kanadyjki), a po niespełna pięciu minutach chaotyczną i pozbawioną jakiejkolwiek kontroli interwencją na przedpolu spowodowała, że futbolówka znalazła się pod nogami Perez, która akurat dziś doskonale wiedziała, jaki zrobić z niej użytek. Gospodyniom trzeba oddać, że tym razem stracone w kuriozalnych okolicznościach gole nie poskutkowały przedwczesnym wywieszeniem białej flagi, w efekcie czego później nastapił wspomniany na początku, zwieńczony golem wyrównującym w doliczonym czasie gry, powrót Mallbacken. Warto w tym miejscu zauważyć, iż autorką trafienia na 3-3 była poddawana regularnej krytyce Zoe Ness. Napastniczka ze Szkocji rzeczywiście nie zawsze dokonuje dobrych wyborów, często irytuje oddawanymi seryjnie strzałami z kompletnie nieprzygotowanych pozycji, ale nie zapominajmy, że to właśnie ona – wspólnie z Mimmi Larsson – zdobywała w poprzednim sezonie gole decydujące o pozostaniu Mallbacken w krajowej elicie.

W Sunne powinni zdawać sobie sprawę, że dysponują kadrą o znacznie mniejszym potencjale niż chociażby w Vittsjö, Örebro czy Sztokholmie. W przypadku Mallbacken każdy błąd, każdy niepotrzebnie stracony gol, sprokurowany rzut karny, czy przegrany mecz, może mieć ostatecznie bardzo przykre konsekwencje. W minionym roku, ekstraklasę w Sunne udało się uratować przede wszystkim dlatego, że piłkarki z Värmland w przekroju całego sezonu popełniły zdecydowanie mniej błędów niż zawodniczki Hammarby, z którymi przecież przegrały oba bezpośrednie starcia. Jeśli w Sunne nie chcą w tym roku znaleźć się po drugiej stronie tej opowieści, trzeba z dzisiejszej i ubiegłotygodniowej lekcji jak najszybciej wyciągnąć konstruktywne wnioski.