Sąd nad Rosengård

Żaden inny szwedzki klub nie wzbudza tak bardzo skrajnych emocji jak FC Rosengård. W tym względzie akurat nie różnimy się specjalnie od reszty piłkarskiego świata, gdyż wszędzie najwięcej i najbardziej kontrowersyjnie mówi się o najlepszych. W przeddzień ligowego klasyka postanowiliśmy sprawdzić, czy liczne zarzuty kierowane pod adresem mistrza kraju mają w ogóle racjonalne uzasadnienie.

Zarzut 1: Dominacja Rosengård zmniejsza atrakcyjność ligi

Brzmi to trochę, jakby ktoś zgłaszał pretensje, że Shelly-Ann Fraser czy Dafne Schippers biegają zbyt szybko, przez co zmniejsza się atrakcyjność biegów sprinterskich. Pomijając jednak absurdalne założenie, przyjrzyjmy się faktom, gdyż i one są w tym przypadku dość jednoznaczne. W trzech spośród pięciu ostatnich sezonów walka o mistrzostwo rozstrzygnęła się dopiero w ostatniej kolejce, nie zawsze zresztą na korzyść FC Rosengård. Co więcej, w tym tylko okresie na ligowym podium oprócz hegemona z Malmö stało aż siedem (!) innych klubów (Göteborg, Umeå, Tyresö, Linköping, Örebro, Eskilstuna oraz Piteå). Pomijając angielską WSL, trudno byłoby znaleźć w Europie inną czołową ligę, w której w rywalizację o najwyższe laury zamieszanych byłoby aż tyle ekip.

Nie da się ukryć, że pod względem ekonomicznym Rosengård znajduje się obecnie o kilka długości przed większością ligowych rywali. Należy jednak zadać pytanie, czy aby na pewno ów fakt ma negatywny wpływ na pozycję Damallsvenskan. Osobiście jestem przeciwnikiem teorii, że rozgrywki ligowe są silne siłą najsłabszej drużyny i zawsze kibicowałem projektom podobnym do tego, który realizowany jest aktualnie w Malmö, upatrując w nich szansy także dla … pozostałych klubów. Czy tego chcemy, czy nie, to Rosengård jest na ten moment wizytówką i najlepszą reklamą szwedzkiej piłki w Europie i na świecie. Mozliwość gry w tej samej lidze, co chociażby Marta może stanowić magnes dla niejednej adeptki futbolu. Na tej samej zasadzie, wiele młodych Afrykanek z pewnością zechciałoby zmierzyć się na boisku z Gaelle Enganamouit. Nie zapominajmy, że obecność Marty w kadrze Umeå IK była jednym z głównych powodów, dla których na przyjazd do Szwecji zdecydowała się szesnastoletnia wówczas Ramona Bachmann.

Zarzut 2: Rosengård to tak naprawdę reprezentacja “reszty świata”

Oj, ten temat rzeczywiście rozgrzał i spolaryzował wczesną wiosną szwedzkie środowisko piłkarskie. Podczas jednego z przedsezonowych sparingów w pewnym momencie w koszulkach Rosengård biegały po boisku zawodniczki pochodzące z … jedenastu różnych krajów, przy okazji reprezentujące pięć różnych kontynentów! Był to oczywiście pierwszy taki przypadek w historii szwedzkiej, a wcale niewykluczone, że i światowej piłki nożnej. W inaugurującym sezon meczu o Superpuchar sytuacja wyglądała bardzo podobnie (dwie Szwedki w wyjściowej jedenastce, dziesięć reprezentowanych nacji), co jedynie podgrzało atmosferę i rozpoczęło ogólnonarodową dyskusję, w której głos zabrały najważniejsze osoby w szwedzkiej piłce.

Zaczęło się od komentarza Pii Sundhage, która w dość ostrych słowach skrytykowała kosmopolityzm Rosengård, zarzucając drużynie ze Skanii dbanie jedynie o własne interesy. Na odpowiedź z Malmö nie musieliśmy czekać długo. Przedstawiciele mistrza kraju jednoznacznie podkreślili, że w klubowej piłce chodzi o to, aby na boisku występowały zawodniczki “najlepsze, a nie najbardziej szwedzkie” i od tej zasady żadnego odstępstwa nie będzie. Ciąg dalszy tej historii mogliśmy oglądać w Popradzie, gdzie żadna z piłkarek Rosengård nie zagrała choćby minuty w eliminacyjnym spotkaniu przeciwko Słowacji. Wydaje się jednak, że dla dobra wszystkich zainteresowanych sprawą stron, chwilowy na szczęście konflikt na linii reprezentacja – mistrz kraju został już definitywnie zażegnany.

Wróćmy jednak do głównej osi problemu: czy rzeczywiście powinniśmy mieć klubowi z Malmö ze złe, że ten szuka potencjalnych wzmocnień w najodleglejszych zakątkach globu? Niestety, czasy w których Jitex stworzył ligową potęgę dysponując jedynie zaowdniczkami pochodzącymi z Möldnal i z Göteborga stanowią już bardzo odległą przeszłość. Taki model mógł przynieść efekty czterdzieści lat temu, ale dziś rywalizacja o piłkarski prymat toczy się przede wszystkim na polu ekonomicznym. Nie sposób zaprzeczyć, że w głównym stopniu względy finansowe decydują, iż obecnie to największe metropolie na kontynencie i mające w nich siedziby kluby-przedsiębiorstwa zaczynają odgrywać dominującą rolę w światowej piłce nożnej. To właśnie do takich ośrodków jak Paryż, Lyon, Londyn czy Monachium należy przyszłość i to one mogą na długie lata wyznaczyć granicę, której żaden klub nieposiadający potężnego zaplecza finansowego nie będzie mógł przeskoczyć. Nie szukając specjalnie daleko, dwudziestopięciotysięczne, położone tuż pod północnym kołem podbiegunowym miasteczko Umeå, niestety zupełnie nie wpisuje się w ten nowopowstający piłkarsko-ekonomiczny krajobraz. Wpisać w niego próbuje się za to Rosengård i w Malmö doskonale zdają sobie sprawę, że bez głośnych transferów (także, a może przede wszystkim tych zagranicznych) nie da się podjąć rywalizacji z najpotężniejszymi piłkarskimi przedsiębiorstwami na kontynencie.

Zarzut 3: W Rosengård nie szkoli się młodzieży

Prawdą jest, że o sile wyjściowej jedenastki drużyny z Malmö rzeczywiście nie stanowią wychowanki. Jedyną zawodniczką wyszkoloną w klubie, która może liczyć na mniej lub bardziej regularne występy w lidze jest Ebba Wieder. Prawdą jest również, że w tym względzie Rosengård niczym nie różni się od czołowych ekip z Anglii oraz kontynentalnej Europy, z którymi ma ambicje rywalizować. Piłkarscy romantycy z pewnością tęsknią za epoką, w której mistrzowską drużynę dało się wychować, a pozycja w ligowej tabeli nie zależała od wielkości klubowego budżetu, ale niestety, co podkreślono już powyżej, czasy te przeszły do historii w okolicach lat osiemdziesiątych minionego stulecia. W dzisiejszym futbolu silniejszy i bogatszy może po prostu więcej, czego dowodem był chociażby pamiętny transfer Lindsey Horan do francuskiego PSG i każdy klub chcący być częścią wielkiej gry, musi zaakceptować jej zasady i według nich postępować.

To, że wychowanek Rosengård próżno szukać wśród największych gwiazd ekipy z Malmö nie oznacza jednak, że praca z młodzieżą nie jest traktowana w klubie priorytetowo. Co więcej, można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby od jutra wszystkie szwedzkie kluby zmuszone były korzystać wyłącznie z wyszkolonych przez siebie piłkarek, Rosengård cały czas zachowałby status czołowej drużyny w kraju. Jeśli spojrzymy na kadry Damallsvenskan i Elitettan na rundę wiosenną sezonu 2016 to okaże się, że tylko Umeå może równać się z drużyną ze Skanii pod względem liczby występujących obecnie na szczeblu centralnym wychowanek. Sposród dwudziestu sześciu klubów zaledwie jeden (!) dostarczył do dwóch najwyższych klas rozgrywkowych podobną liczbę piłkarek, co krytykowany bez większej refleksji Rosengård. Żeby było ciekawiej, główny konkurent w tegorocznej walce o mistrzowski tytuł znajduje się na przeciwnym biegunie tej listy, a za systemowe szkolenie młodzieży na poważnie wzięto się w Linköping stosunkowo niedawno.

Zarzut 4: Rosengård nie jest symbolem Malmö

Opinie, że Rosengård nie wykorzystuje wizerunkowej szansy, aby stać się symbolem miasta i regionu podnoszone są z niezwykłą regularnością. Oprócz zbyt mało odważnego zdaniem ekspertów stawiania na lokalną młodzież, klubowi zarzuca się między innymi częstą zmianę nazwy oraz niespójność w budowaniu wizerunku. Rzeczywiście, w swojej niemal pięćdziesięcioletniej historii drużyna z Malmö dwukrotnie zmieniała nazwę, ale podobne zabiegi mogliśmy obserwować także w Linköping (dawniej Kenty DFF) oraz Göteborgu, gdzie przenieniono nawet siedzibę klubu (z wysepki Landvetter do ścisłego centrum miasta, w okolice hali Scandinavium). Nie możemy zatem mówić, że w tym aspekcie Rosengård jakoś znacząco odbiega od średniej krajowej.

Zdecydowanie trudniej o jednoznaczną ocenę działań klubu w zakresie public relations. Z jednej strony naprawdę widać, że Rosengård powoli buduje swoją markę i pierwsze efekty tych działań widoczne są gołym okiem. Frekwencja ustabilizowała się na przyzwoitym jak na szwedzkie wielkomiejskie warunki poziomie, pojawiła się także niezbyt jeszcze liczna, ale bardzo aktywna grupa kibiców identyfikujących się z klubem. Nie można pominąć również faktu, iż Rosengård zaczął być wreszcie widoczny w mediach społecznościowych, a także w eventach promujących drużynę wśród najmłodszych mieszkanek i mieszkańców Malmö i okolic. Zdecydowanie pochwalić należy ponadto społeczne inicjatywy, jak chociażby podchwycona przez resztę ligi akcja Rosengård przeciw homofobii czy Zielona kartka, które ocieplają wizerunek klubu. Być może rację mają ci, którzy twierdzą, że na polu PR potencjał do wykorzystania jest jeszcze większy, ale z pewnością nadejdzie czas, że i te rezerwy zostaną w odpowiedni sposób spożytkowane.

Wnioski z powyższej analizy każdy musi wyciągnąć samodzielnie. Na kilkanaście godzin przed pierwszym gwizdkiem najważniejszego meczu pierwszego półrocza 2016 roku trzeba jednak jednoznacznie podkreślić, że nasza liga, a co za tym idzie cała szwedzka piłka, potrzebuje silnego Rosengård. Tak samo zresztą, jak potrzebuje silnego Linköping. A o tym, kto na chwilę obecną bardziej zasługuje na to, aby zasiąść w fotelu lidera, niech zdecyduje boisko.

Sezon inny niż wszystkie?

Francuzi mają mecze Lyonu z PSG, Niemcy emocjonują się pojedynkami Poczdamu z Frankfurtem i Bayernu z Wolfsburgiem, a Duńczycy starciami Brøndby z Fortuną Hjørring. W ten weekend oczy piłkarskich kibiców zwrócone będą jednak przede wszystkim na Malmö, gdyż wydarzeniem numer jeden jest bez wątpienia ligowy klasyk w Damallsvenskan. W stolicy Skanii Rosengård podejmie Linköping.

Od wielu lat sezon ligowy w wykonaniu drużyny z Linköping przebiegał według tego samego schematu. Apetyty przed inauguracyjną kolejką zawsze były ogromne, zapowiadano walkę o najwyższe cele, a tymczasem już w okolicach połowy maja ambitne plany trzeba było poddawać weryfikacji. Trudno bowiem znaleźć w Europie inną drużynę, która z aż taką regularnością potrafiłaby gubić punkty w spotkaniach, których teoretycznie przegrać po prostu nie miała prawa. Poniesionych w ten sposób strat nie udawało się zniwelować nawet pokonując najgroźniejszego rywala w walce o mistrzowski laur, co przecież piłkarkom LFC zdarzało się w ostatnich latach bardzo często.

W obecnych rozgrywkach podopieczne Martina Sjögrena potrafiły zerwać z mało chlubną tradycją, w efekcie czego ekipa z Östergötland pierwszy raz od niepamiętnych czasów przystępuje do bezpośredniego meczu z mistrzem kraju bez jakichkolwiek strat punktowych. Nowością jest jednak nie tylko sama pozycja wyjściowa, ale i dyspozycja zawodniczek Linköping, które tym razem nie potrzebowały dwóch miesięcy, aby wejść w sezon i złapać odpowiednią formę. O ile postawa formacji obronnej może momentami wzdbudzać delikatny niepokój, o tyle rozpędzony niczym sztorm na otwartym morzu ofensywny kwartet Blackstenius – Harder – Minde – Rolfö byłby postrachem każdej defensywy świata. Wspomniane zawodniczki w ośmiu rozegranych wiosną meczach zdobyły łącznie 27 goli. Nie trzeba skomplikowanych działań matematycznych, aby przekonać się, jak imponujący jest ich dorobek.

Oprócz znajdującej się w fenomenalnej formie napastniczek, atutem Linköping ma być także historia. W mieście nad rzeką Stångån coraz częściej wraca się bowiem pamięcią do sezonu 2009, kiedy to piłkarki LFC wywalczyły swój jedyny jak do tej pory tytuł, kończąc w ten sposób trzyletnią dominację Umeå. Teraz podobną serią może się pochwalić Rosengård i z pewnością nikt nie miałby nic przeciwko, aby zawodniczki z Linköping i tym razem przerwały mistrzowska passę najgroźniejszego rywala. Pierwszy krok w tym kierunku będzie można wykonać już w niedzielę na murawie Malmö IP.

Zapiski z Reggio Emilia

Nie w Londynie, nie w Berlinie, a w znacznie mniejszym mieście na północy Włoch rozegrano mecz wieńczący sezon 2015/16 w klubowej piłce. Po czterech latach przerwy piłkarską stolicą Europy ponownie został Lyon, choć podopieczne Gerarda Precheura zwycięstwo zapewniły sobie dopiero w rzutach karnych. Decydującą o tytule dla mistrzyń Francji jedenastkę, nie po raz pierwszy zresztą w swojej karierze, pewnie wykonała Saki Kumagai.

Zanim jednak Japonka otrzymała szansę, aby kolejny raz skutecznie wyegzekwować najważniejszy rzut karny, obejrzeliśmy w Reggio Emilia całkiem ciekawe widowisko. Owszem, długimi minutami tempo spotkania nie zachwycało, ale podobny zarzut można sformułować wobec niemal wszystkich finałów wielkich imprez. Nie zapominajmy także, że większość z biegających dziś po murawie Citta del Tricolore piłkarek miało już w nogach kilkadziesiąt rozegranych w obecnym sezonie meczów, co w sposób naturalny musiało odbić się na ich dyspozycji. Trudno ganić także postawę Wolfsburga, który pomimo utrzymującego się długo niekorzystnego wyniku nie decydował się na frontalny atak. Wiele klubów zdążyło się już przekonać, w jaki sposób najczęściej kończy się pójście z Lyonem na wymianę ciosów i Wilczyce najwyraźniej nie zamierzały dopisywać się do tej listy. Wicemistrzynie Niemiec postanowiły cierpliwie grać swoje i wyczekiwać na swoją szansę, a gdy ta się nadarzyła, z zimną krwią ją wykorzystały. Brakowało bardzo niewiele, aby to krytykowany z pewnością do 88. minuty w wielu niemieckich domach Ralf Kellermann miał dziś powody do świętowania.

Nad Wolfsburgiem w bieżącym sezonie ewidentnie ciąży poczdamska klątwa. W rozgrywkach ligowych Turbine dwukrotnie (4-0, 5-2) upokarzała ekipę z Saksonii, a dziś gol dający prowadzenie mistrzyniom Francji był efektem wspaniałej współpracy duetu składającego się z dwóch byłych piłkarek Poczdamu. Asystowała rozgrywająca świetne zawody na prawej flance defensywy Bremer, a akcję wykończyła jak zwykle bezbłędna w takich sytuacjach Hegerberg. Choć mamy dopiero końcówkę maja, to młoda napastniczka z Molde wydaje się być główną faworytką w wyścigu o Złota Piłkę. Nie zapominajmy jednak, że reprezentacji Norwegii zabraknie podczas turnieju olimpijskiego w Rio de Janeiro, co w sposób znaczący potrafi ograniczyć szanse w tego typu plebiscytach. Wystarczy przywołać chociażby skandaliczny werdykt z roku 2012, ale to już temat na całkiem inne opowiadanie.

Oceniając finał Ligi Mistrzyń ze szwedkiej perspektywy, cieszyć może postawa Nilli Fischer, która rozegrała bardzo solidne sto dwadzieścia minut. Kapitanka Wolfsburga fatalnie wykonała wprawdzie jedenastkę, ale dziś to ona była najpewniejszym punktem niemieckiej defensywy, co w ostatnich miesiącach wcale nie było regułą. Szwedzką bohaterką dnia bez wątpienia została jednak Lotta Schelin. Kilka dni temu pisałem, że niezwykle bogata lista wygranych przez nią trofeów może dziś wymagać uaktualnienia i rzeczywiście tak właśnie się stało. Niezwykle emocjonalna reakcja Schelin na końcowy sukces najdobitniej pokazuje, jak bardzo zależało jej na tym, aby pożegnać się z Lyonem zwycięstwem. Cel udało się zrealizować i nie jest wcale wykluczone, że to właśnie ten szesnasty i zarazem ostatni zdobyty w barwach mistrzyń Francji tytuł okaże się tym, który po zakończeniu kariery będzie się wspominać najmilej. Inna sprawa, że mówimy o piłkarce, która każdy finał rozgrywa, jakby był jej pierwszym i ostatnim.

Czy 26. maja 2016 przejdzie do historii europejskiego futbolu jako data narodzin absolutnego hegemona w klubowej piłce? W Lyonie nawet nie staraja się ukrywać mocarstwowych planów i taki właśnie scenariusz nie byłby dla nikogo zaskoczeniem. Pamiętajmy jednak, że piłka nożna, jak żaden inny sport drużynowy, bardzo lubi serwować nam niespodzianki. Oby zatem w przyszłym sezonie największą z nich sprawił jeden ze szwedzkich klubów.

7. kolejka – zapowiedź

Wydarzeniem siódmej kolejki Damallsvenskan jest bez wątpienia starcie Rosengård i Linköping. Pojedynkowi ligowych tytanów poświęcimy jeszcze jednak sporo uwagi, a dziś skupimy się na tym, co czeka nas na innych boiskach. Weekend ze szwedzką piłką zapowiada się bowiem interesująco nie tylko ze względu na klasyk w Malmö.

Emocji nie zabraknie na przykład w Borlänge. Na Ljungbergsplanen przyjeżdża rozpędzone Djurgården, a podopieczne Yvonne Ekroth z pewnością zechcą kontynuować passę meczów bez porażki. Jeszcze większe wrażenie robią jednak statystyki Tabithy Chawingi, która najwyraźniej ma sposób na drużynę z centralnej części Sztokholmu. W dwóch ostatnich pojedynkach przeciwko Djurgården piłkarka z Malawi wpisywała się na listę strzelczyń aż … siedem razy i trudno przypuszczać, aby zamierzała na tym poprzestać. Tym bardziej, że przyjazd klubu ze stolicy do Dalarny to zawsze gwarancja świetnego i pełnego zwrotów akcji widowiska.

Mallbacken nie lubi i nie umie grać przeciwko Göteborgowi, a na ligowe zwycięstwo nad najbliższym rywalem czeka już od jedenastu lat. Czy w najbliższą sobotę piłkarkom z Sunne uda się wyzerować ten już zbyt długo tykający licznik? Największym atutem miejscowych wydaje się być murawa na Strandvallen, gdyż nie jest tajemnicą, że podopieczne Stefana Rehna jak nikt inny męczą się na naturalnej trawie. Siłą gospodyń jest także coraz lepiej rozumiejący się w środku pola duet z Antypodów Yallop – Butt oraz Antonia Göransson, która zaliczyła powrót marzeń do szwedzkiej piłki. Trudno jednak oszacować, czy zawodniczkom z Värmland wystarczy argumentów, aby zatrzymać Hammarlund i spółkę.

Walkę o pozostanie w ekstraklasie Kristianstad już niemal tradycyjnie toczyć musi na dwóch frontach. Paradoksalnie, choć tabela teoretycznie mówi nam co innego, póki co drużyna ze Skanii znacznie korzystniej prezentuje się na boisku. Wprawdzie Elisabet Gunnarsdottir cały czas szuka sposobu na to, by maksymalnie wykorzystać potencjał Guehai, ale zarówno Iworyjka, jak i jej koleżanki już nie raz swoją grą udowodniły, że lokata pod kreską w najmniejszym stopniu nie zaspokaja ich ambicji. Zwycięstwo nad Piteå pozwoliłoby w końcu odbić się od dna, ale czy pozwolą na to “cudotwórca” Carlsson i jego ekipa?

W Umeå ewidentnie nie dzieje się dobrze, a na powrót Glas, Folkesson i Hurtig do pełnej sprawności czeka się jak na zbawienie. Swoje kłopoty ma jednak także Vittsjö, w związku z czym w stolicy Västerbotten czeka nas starcie dwóch mocno sponiewieranych rywali. Na papierze nieco lepiej prezentują się goście, ale drużyna ze Skanii w tym sezonie na obcych boiskach spisuje się wyjątkowo mizernie. Czyżby więc przed Umeå otwierała się szansa na pierwsze ligowe zwycięstwo? Jeśli koleżanki z zespołu dostroją się poziomem do Rity Chikwelu, to taki scenariusz nie jest zupełnie nieprawdopodobny.

W ostatnich latach pojedynki Eskilstuny z Örebro niemal za każdym razem były gwarancją piłkarskiej jakości i możemy się spodziewać, że również niedzielne starcie tych ekip nie zawiedzie oczekiwań. W nieco lepszej dyspozycji wydają się być piłkarki Viktora Erikssona, ale w derbach zawsze możliwe jest absolutnie każde rozstrzygnięcie. W sezonie 2015 bohaterką dwumeczu Eskilstuna – Örebro była Gaelle Enganamouit, ale gwiazdy reprezentacji Kamerunu w niedzielę na Behrn Arenie nie ujrzymy. Czyje nazwisko w tym roku będzie więc na ustach kibiców po obu stronach jeziora Hjälmaren?

Taniec na Tunavallen

Kończący szóstą serię spotkań mecz Eskilstuny z Kristianstad rozegrano w poniedziałek, gdyż w weekend całe miasto żyło przede wszystkim paradą Springpride. Wśród świętujących nie mogło zabraknąć także piłkarek United, które w kulminacyjnym punkcie festiwalu zaprezentowały na Fristadstorget efektowny układ taneczny. Dzisiaj tańczyć trzeba było już z piłką na murawie Tunavallen, a w popisach, jak tylko mogła, starała się przeszkadzać gospodyniom szukająca pierwszego zwycięstwa w sezonie drużyna ze Skanii.

Drużyna z Eskilstuny już przed tą kolejką zajmowała trzecią pozycję w ligowej tabeli, a ewentualne zwycięstwo nad Kristianstad pozwoliłoby podopiecznym Viktora Erikssona wygodnie rozsiąść się w fotelu przeznaczonym dla liderek grupy pościgowej. Tyle tylko, że teoretycznie znacznie niżej notowany rywal raz jeszcze udowodnił, że w najmniejszym stopniu nie zasługuje na miano czerwonej latarni Damallsvenskan. Ani na moment nie uwidoczniła się różnica dziewięciu lokat dzielących w tabeli oba kluby, a kibice na Tunavallen przez pełne dziewięćdziesiąt minut byli świadkami wyrównanego pojedynku, który na swoją stronę mogła rozstrzygnąć każda ze stron.

Ostatecznie udało się to gospodyniom, a gol na wagę trzech punktów padł już w 13. minucie gry. W szesnastkę Kristianstad dośrodkowała Viggosdottir, w podbramkowym zamieszaniu najlepiej zachowała się Quinn i źle w tej sytuacji ustawiona Olsson musiała wyciągnąć futbolówkę z siatki. Islandzko – irlandzka współpraca dobrze wyglądała nie tylko w ofensywie, ale także – a może przede wszystkim – w poczynaniach defensywnych. Obrończynie United wcale nie mogły bowiem narzekać dziś na brak zajęć, szczególnie po pojawieniu się na boisku dysponującej fantastycznym przyspieszeniem Guehai, która natychmiast zdynamizowała grę Kristianstad. Zawodniczki ze Skanii były w stanie stworzyć sobie kilka całkiem dogodnych sytuacji strzeleckich (zgodnie z tradycją najlepsza miała miejsce w doliczonym czasie gry), ale na gola nie zamieniły żdanej z nich, w efekcie czego przyjdzie im opuścić Eskilstunę bez jakiejkolwiek zdobyczy punktowej. Szkoda, bo tak ambitna postawa zasługiwała przynajmniej na remis.

Pojedynek na Tunavallen nie był być może meczem, do którego będziemy wracać latami, ale obie ekipy sprawiły, że oglądało się go bardzo przyjemnie. Niestety, czwarta w sezonie porażka oznacza, że Kristianstad przynajmniej do najbliższej niedzieli pozostanie w strefie spadkowej. Jeśli jednak podopieczne Elisabet Gunnarsdottir w starciu z Piteå zaprezentują się tak, jak w dwóch ostatnich meczach, to opuszczenie przez nie ostatniej lokaty wydaje się być wyłącznie kwestią czasu. Znacznie łatwiej znaleźć powody do optymizmu w Eskilstunie, która umocniła się dziś na ligowym podium. Chwaląc Kristianstad, nie możemy bowiem zapominać, że to piłkarki United sięgnęły po trzy punkty, a sama Mimmi Larsson przynajmniej dwukrotnie mogła sprawić, żeby rozmiary ich zwycięstwa były jeszcze bardziej okazałe. Z meczu na mecz coraz lepiej prezentuje się defensywa Eskilstuny, co jest o tyle ważne, że to właśnie postawa tej formacji ma być kluczem do powtórzenia ubiegłorocznego sukcesu. Póki co, Viktor Eriksson i jego zawodniczki koncentrują się jednak na czekających nas za kilka dni derbach z Örebro, które jak zawsze zapowiadają się arcyciekawie.