Jak one (nie) strzelają?

Tuż po podpisaniu kontraktu z FC Rosengård, Lotta Schelin wyraziła zadowolenie z faktu, że po ośmiu latach znów będzie miała okazję sprawdzić się w nieco bardziej wyrównanej lidze. Wypowiedź naszej wybitnej napastniczki niewątpliwie wpasowuje się w narrację, która towarzyszyła transferom innych piłkarek opuszczających w przeszłości francuskie boiska. Lara Dickenmann, przenosząc się do niemieckiej Bundesligi, także cieszyła się, że w końcu będzie mogła rozgrywać interesujące mecze znacznie częściej niż trzy razy do roku.

Tego typu wypowiedzi jeszcze bardziej podsycają niekończącą się debatę na temat siły poszczególnych lig. Czy prawdziwą wartość danych rozgrywek poznajemy po tym jak na arenie międzynarodowej radzi sobie jej mistrz, czy może bliższa rzeczywistości jest teoria, że siłę ligi wyznacza poziom najsłabszej drużyny? A może warto zgodzić się na wariant kompromisowy i uznać, że to ekipy z środka stawki powinny stanowić centralny punkt takich rozważań? Istnieje wprawdzie coś takiego jak krajowy ranking UEFA, który przynajmniej w teorii powinien być tu jakimś drogowskazem, ale w realnej ocenie potencjału lig jest on pomocny mniej więcej w takim samym stopniu, jak dane dotyczące średniej temperatury powietrza w Santa Fe w drugiej połowie marca. Czyli – najkrócej mówiąc – przesadnie dużo się z niego nie dowiemy.

Czy wobec tego istnieje metoda, która byłaby w stanie choćby przybliżyć nas do odpowiedzi na postawione powyżej pytanie? W ostatnich latach coraz częściej podejmowane są wprawdzie próby rozwikłania tej piłkarskiej zagadki, ale z prawdopodobieństwem bliskim pewności można przyjąć, że całkowicie obiektywnego algorytmu wynaleźć się po prostu nie da. Piłka nożna, podobnie zresztą jak inne dyscypliny sportu, na każdym kroku wymyka się bowiem matematyce, a kolejne rankingi – choć niektóre z nich są rzeczywiście bardzo interesujące – zawsze będą zawierały w sobie mniejszy lub większy pierwiastek subiektywizmu.

W dalszej części artykułu spróbujemy jednak zestawić ze sobą najsilniejsze ligi świata, używając do tego wyłącznie konkretnych liczb. Żaden z poniższych wykresów nie powie nam wprawdzie, które rozgrywki są najmocniejsze, najciekawsze, czy najbardziej godne uwagi, ale zebrane w jednym miejscu statystyki na pewno pomogą nam w dokonaniu charakterystyki każdej z badanych lig. A mając do dyspozycji takie dane, jest już znacznie łatwiej dokonać (oczywiście i tak w pełni subiektywnego) wyboru. W zestawieniu braliśmy pod uwagę najwyższe klasy rozgrywkowe z pięciu krajów Europy (Niemcy, Francja, Anglia, Szwecja, Norwegia), a także rozgrywki o mistrzostwo USA, Japonii oraz Australii.

wyk1

Mówi się, że gole to sól piłki nożnej, ale nie od dziś wiemy, że większa ilość strzelonych bramek wcale nie musi czynić meczu lepszym. W końcu bezbramkowy przecież finał MŚ 1999 wspominamy z wielkimi emocjami od wielu lat, a o meczu Szwajcaria – Ekwador z kanadyjskiego mundialu pamiętają chyba jedynie Fabienne Humm oraz Angie Ponce. Podobnie wygląda sprawa z Francją, gdzie wprawdzie strzela się dużo, ale najczęściej wyłącznie do jednej bramki, a emocjonować można się jedynie rozmiarami zwycięstwa papierowego faworyta. Na przeciwnym biegunie znajduje się amerykańska NWSL, w której do siatki rywalek trafia się niemal dwukrotnie rzadziej niż na przykład w Division 1, ale za to nikomu nie można dopisywać trzech punktów na długo przed pierwszym gwizdkiem. Stosunkowo niska średnia goli w USA jest także konsekwencją tego, że to właśnie w tej lidze oglądamy zdecydowanie najmniej kuriozalnych pomyłek bramkarek/obrończyń, które to mocno windują strzelecką statystykę w innych krajach.

wyk2.jpg

Patrząc na ten wykres, chyba najszybciej można pojąć znaczenie przytaczanych wcześniej słów Lary Dickenmann. Drużyna z Lyonu to na krajowym podwórku absolutny hegemon, który w swojej lidze zwyczajnie nie ma z kim grać. Owszem, nawet w sytuacji absolutnej dominacji można stawiać sobie kolejne cele, ale pogoń za jeszcze jednym dwucyfrowym wynikiem, czy średnią sześciu goli na mecz nigdy nie zastąpi emocji przeżywanych po wydartym w ostatniej akcji meczu zwycięstwie. Przez chwilę mogło się wydawać, że przynajmniej PSG spróbuje rzucić wyzwanie ekipie z Lyonu, ale obecnie dystans między wspomnianymi drużynami znów zdaje się powiększać. W swojej lidze dużo i celnie strzelają ponadto piłkarki Lillestrøm, a najniższy stopień podium przypadł w naszym zestawieniu FC Rosengård. W tym miejscu trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, iż zawodniczki z Malmö w obecnym sezonie wykazują się ponadprzeciętną skutecznością; w latach 2013-2015 zdobywały bowiem mistrzowskie tytuły strzelając kolejno 2.50, 2.81 oraz 2.72 gola na mecz. Raz jeszcze od peletonu wyraźnie odstaje NWSL, a różnica dzieląca ligę amerykańską od pozostałych byłaby jeszcze większa gdyby mistrzem Niemiec został Wolfsburg (2.55), a w Anglii liderowała Chelsea (2.70).

wyk3.jpg

Na temat Lyonu powiedzieliśmy już sporo, ale nawet wyłączając mecze z udziałem krajowego potentata, Division 1 trudno nazwać dobrze zbilansowaną ligą, co doskonale ilustruje ten (a także następny) wykres. We Francji zdecydowana większość ligowych spotkań to pojedynki drużyn znacznie różniących się potencjałem, a ich scenariusz – podobnie zresztą jak układ tabeli na koniec sezonu – jest stosunkowo łatwy do przewidzenia. Nie inaczej przedstawia się sytuacja w Norwegii, a także w Niemczech, choć być może dla niektórych obecność Bundesligi w tym miejscu rankingu jest na pierwszy rzut oka delikatnym zaskoczeniem. Co ciekawe, najwięcej meczów zakończonych podziałem punktów odbyło się w ostatnich miesiącach nie w USA, lecz w Anglii oraz w Szwecji. W obu wspomnianych europejskich ligach mniej więcej w co czwartym spotkaniu byliśmy świadkami remisu, co wskazuje na wyrównany poziom występujących w nich zespołów.

wyk4.jpg

Ostatni wykres jest niejako dopenieniem poprzedniego i bierze pod lupę mecze zakończone zwycięstwem jednej z drużyn różnicą więcej niż trzech goli. Takich spotkań zdecydowanie najwięcej obejrzymy oczywiście we Francji, co tylko cementuje obraz Division 1 jako ligi, w której poza przyjęte ramy kluby wolą nie wychylać się nawet na milimetr. W pozostałych krajach stosunek jednostronnych widowisk do ogółu meczów kształtuje się na mniej więcej zbliżonym poziomie, ale znalazły się także trzy ligi, w których boiskowe pogromy trafiają się zdecydowanie rzadziej. Jedną z nich jest rzecz jasna NWSL, gdzie o poziom emocji dbają przede wszystkim władze, bardzo skutecznie uniemożliwiając którejkolwiek z drużyn zbudowanie klasycznej drużyny marzeń, a pozostałe to wciąż niedoceniana przez wielu ekstraklasa japońska, a także … Damallsvenskan. Nietrudno więc zauważyć, że spośród wszystkich czołowych lig europejskich, to właśnie w Szwecji oglądamy zdecydowanie najmniej meczów granych wyłącznie do jednej bramki. Ten trend utrzymuje się skądinąd już od trzech sezonów i to pomimo faktu, że dotychczas co roku mieliśmy w Damallsvenskan jednego zdecydowanego outsidera. Wyjątkowość i nieprzewidywalność szwedzkiej piłki najlepiej obrazują zresztą ubiegłoroczny skład ligowego podium, a mówiąc bardziej dokładnie – obecność na nim Piteå oraz Eskilstuny. To trochę tak, jakby w Niemczech medalowym łupem podzielili się Hoffenheim z Freiburgiem, a we Francji … nie, to już jednak zbyt duża abstrakcja.

* w przypadku lig grających systemem wiosna-jesień, do statystyk wliczono wszystkie mecze rozegrane do 24. lipca 2016 włącznie.

Letni raport transferowy (1)

Wprawdzie w Szwecji świadkami najbardziej spektakularnych transferów jesteśmy najczęściej zimą, ale w tym roku otwarte 15. lipca letnie okienko zapowiada się przynajmniej równie ciekawie. Kluby Damallsvenskan i Elitettan ruszyły bowiem na zakupy z nie mniejszym zapałem jak Brytyjczycy podczas długo wyczekiwanego Boxing Day. Pora zatem na podsumowanie pierwszych dni transferowego szaleństwa.

Przez wiele tygodni cała Szwecja żyła przede wszystkim przenosinami Lotty Schelin do Rosengård i nie ma wątpliwości, że pozyskanie zawodniczki o takim nazwisku jest wielkim marketingowym (a miejmy nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku także i sportowym) zwycięstwem klubu z Malmö. Jeszcze trudniejszym zadaniem może okazać się jednak załatanie dziury powstałej po odejściu do Wolfsburga Sary Björk Gunnarsdottir. W kadrze mistrza Szwecji znajduje się wiele piłkarek mogących z powodzeniem grać w środku pola (Asante, Salmi, Pedersen, Wieder i przede wszystkim Masar), ale nie ma wątpliwości, że to właśnie Islandka była centralnym punktem tej układanki. Kandydatkami do tego, aby zastąpić Gunnarsdottir były już między innymi Seger, Boye oraz Landeka, ale z różnych powodów transakcje te nie doszły do skutku.

Zgodnie z tradycją, znacznie spokojniej przebiega póki co lato w Linköping i jest to chyba najlepsza możliwa informacja dla Martina Sjögrena. Z klubem pożegnała się jak dotychczas jedynie bohaterka ubiegłorocznego finału Pucharu Szwecji Wiera Diateł. Reprezentantkę Ukrainy jesienią oglądać będziemy w barwach hiszpańskiego Sportingu Huelva. Nową zawodniczką LFC została za to Chandra Bednar. Kanadyjska golkiperka ma pod nieobecność kontuzjowanej Matildy Haglund stanowić alternatywę dla Cajsy Andersson.

Bardzo rozsądny (przynajmniej na papierze) ruch zrobiła także Eskilstuna United. Klub, który jesienią po raz pierwszy w historii będzie reprezentował Szwecję w europejskich pucharach pozyskał grającą dotychczas w Newcastle Jets Chloe Logarzo. Filigranowa Australijka szykująca się właśnie do występu na Igrzyskach Olimpijskich w Rio wydaje się być idealnym dopełnieniem składającej się dotychczas głównie z nieco bardziej defensywnie usposobionych zawodniczek (Diaz, Andersson, Schjelderup) drugiej linii Eskilstuny.

W Göteborgu nie otrząsnęli się jeszcze całkowicie po przegranej walce o Lottę Schelin, choć Peter Bronsman zapowiada, że klub z Västergötland będzie na rynku transferowym aktywnym graczem, a potencjalnych wzmocnień szukać będzie nawet w Rosengård. Póki co jedyną nową piłkarką KGFC została (a będąc bardziej precyzyjnym – niebawem zostanie) niezwykle utalentowana Sarah Mellouk (co ciekawe, faktycznie będąca wychowanką FCR), w związku z czym największym letnim zwycięstwem klubu z Göteborga cały czas pozostaje przedłużenie kończących się za kilka miesięcy umów z kluczowymi zawodniczkami z kapitanką Elin Rubensson na czele.

Kto wie, czy największym wygranym letniego okienka nie okaże się jednak KIF Örebro. Z klubem z Behrn Areny półroczną umową (z opcją przedłużenia) związała się bowiem grająca dotychczas we francuskim PSG Lisa Dahlkvist i nie jest wykluczone, że ze 110-krotną reprezentantką Szwecji w składzie to właśnie Örebro stanie się jednym z faworytów niezwykle wyrównanego wyścigu o trzecie miejsce. Tym bardziej, że jesienią trener Papachristou będzie mógł skorzystać także z Nigeryjki Sary Michael, która wraz z Melissą Tancredi może stworzyć niezwykle bramkostrzelny duet.

Zdecydowanie mniej powodów do optymizmu mają za to w Umeå, gdzie od prawie tygodnia trwa klasyczne przeciąganie liny. Wprawdzie jedyną piłkarką, która oficjalnie opuściła klub jest póki co Lotta Ökvist (powrót do Piteå, bez związku z ostatnimi wydarzeniami), ale przyszłość wielu innych zawodniczek (wśród nich chociażby Hurtig oraz Chikwelu) cały czas stoi pod dużym znakiem zapytania. O przyczynach i ewentualnych konsekwencjach chaosu organizacyjnego w Umeå bardziej szczegółowo wspominaliśmy w ostatnich dniach.

Nie próżnują także pozostałe kluby: z Djurgården pożegnała się bramkarka reprezentacji Serbii Susanne Nilsson, Mallbacken pozyskało Erikę Stolpe, a Östersund w poszukiwaniu wzmocnień przeczesuje przede wszystkim północnoamerykańskie bezdroża (i wyższe uczelnie). Adresy zamieszkania zmieniają także Szwedki grające za granicą: o przeprowadzce Caroline Seger (PSG -> Lyon) napisano już chyba wszystko, ale równie ciekawy wydaje się transfer Stephanie Öhrström, która we Florencji budować będzie potęgę poważnie myślącej o wywalczeniu mistrzostwa Włoch Fiorentiny. Możemy być jednak pewni, że na tym nie koniec letnich transferów, więc już dziś zapraszamy na kolejny raport, który ukaże się 12. sierpnia (dzień po zamknięciu szwedzkiego okienka i jednocześnie na kilka godzin przed ćwierćfinałami IO). Wyczekując na awans reprezentacji do strefy medalowej, z pewnością będzie co analizować.

Efektowna próba generalna

Warunki pogodowe w Kalmar zdecydowanie nie sprzyjały grze na wysokiej intensywności, w związku z czym obie drużyny momenty bardzo dobrej gry przeplatały długimi przestojami. Ku radości ponad pięciotysięcznej widowni na Guldfågeln Arenie, decydujące słowo należało dziś do reprezentacji Szwecji, która w ostatnim kwadransie pozbawiła rywalki z Azji jakichkolwiek złudzeń na wywiezienie ze Skanii korzysntego rezultatu. Jeśli postawa naszych piłkarek w tych piętnastu minutach miała być zapowiedzią tego, co czeka nas niebawem w Rio, to niewykluczone, że olimpijska przygoda może przedłużyć się aż do 19. sierpnia.

Oczywiście, w tym całym pomeczowym uniesieniu nie możemy zapominać, że dzisiejsze spotkanie wcale nie musiało zakończyć się aż tak spektakularnym zwycięstwem. Do 76. minuty utrzymywał się bowiem wynik bezbramkowy i tak naprawdę żadnej z drużyn do tego momentu nie udało się uzyskać wyraźnej przewagi. Ze strony Szwecji najbardziej dogodne okazje na pokonanie Yamashity zmarnowały kolejno Jakobsson oraz Seger, ale największy aplauz publiczności i tak wzbudziło nietypowe rozegranie rzutu rożnego przez reprezentację Japonii w 32. minucie gry. Gdyby w tamtej sytuacji podopiecznym Asako Takakury udało się umieścić piłkę w siatce, obejrzelibyśmy być może najpiękniejszego gola roku 2016 na świecie. Inna sprawa, że pewien udział miałaby w nim także szwedzka defensywa, która minimalnie zbyt późno zareagowała na niekonwencjonalne zagranie rywalek. Trochę szczęścia nasze piłkarki miały również w sytuacji, gdy po błedzie Jonny Andersson na bramkę Lindahl mogła popędzić nieatakowana przez nikogo Masuya, ale Japonka przyjmując piłkę pomogła sobie ręką.

Wszystko, co najlepsze, czekało nas jednak dopiero w ostatnim kwadransie, a o to, by kibice opuszczali Guldfågeln Arenę w pełni usatysfakcjonowani, zadbała przede wszystkim Kosovare Asllani. Pomocniczka Manchesteru, podobnie jak trzy inne piłkarki, pojawiła się na placu gry od początku drugiej połowy i to właśnie jej zagranie zapoczątkowało akcję, która przyniosła Szwecji pierwszego gola. Oczywiście, swoją robotę świetnie wykonała także Schelin, wykańczając całą akcję na tyle precyzyjnie, że Yamashicie pozostało jedynie wyjąć futbolówkę z siatki. Nowa napastniczka mistrza Szwecji raz jeszcze pokazała, że nawet dopiero dochodząc do optymalnej dyspozycji fizycznej (czego zresztą sama nie ukrywa) w każdej chwili jest w stanie błysnąć zagraniem, które może okazać się decydujące dla dalszego przebiegu spotkania. Duet Schelin – Asllani chwilę później raz jeszcze pokazał, że potrafi kilkoma zagraniami całkowicie rozklepać japońską defensywę, ale tym razem zawodniczce Manchesteru w kluczowym momencie zabrakło nieco precyzji. Kolejne gole dla Szwecji i tak jednak w końcu padły – w 87. minucie Asllani dojrzała dobrze nabiegającą z głębi pola Rolfö, a ta w swoim stylu przymierzyła przy dalszym słupku, natomiast już w doliczonym czasie gry to piłkarka Linköping wystapiła w roli asystentki, a do protokołu meczowego wpisała się Schough.

Próby generalne, nie tylko w piłce nożnej, są rzecz jasna niezwykle istotne, ale – paradoksalnie – po spektakularnym zwycięstwie nad mocnym rywalem sztab szkoleniowy czeka w najbliższych dwóch tygodniach, jakie dzielą nas od otwierającego Igrzyska Olimpijskie meczu z RPA, bardzo trudne i odpowiedzialne zadanie. Trzeba będzie bowiem dopilnować, aby świetna końcówka pojedynku z Japonią nie stała się wyłącznie pretekstem do tego, aby popaść w samozadowolenie. Jeśli jednak dzisiejsze zwycięstwo uda się wykorzystać jako solidny fundament pod czekające nas w najbliższej przyszłości wyzwania, to może się okazać, że mecz z wicemistrzyniami świata rzeczywiście trafił nam się w najlepszym możliwym momencie.

fridolina_rolfo1topp_1

Fot. Bildbyrån

Rozsądek w Kalmar, chaos w Umeå

Jeśli w najbliższych godzinach nie wydarzy się nic nieprzewidywanego, to wyjściowa jedenastka reprezentacji Szwecji na dzisiejszy mecz z Japonią prezentować się będzie następująco: Lindahl – Samuelsson, Fischer, Sembrant, Andersson – Seger, Dahlkvist, Rubensson – Jakobsson, Rolfö – Blackstenius. Czy wybór Pii Sundhage można nazwać zaskakującym? Bardziej trafne byłoby chyba stwierdzenie, że jest on wynikiem dokonanej podczas kilkudniowego zgrupowania analizy aktualnej dyspozycji niektórych zawodniczek.

Umieszczając Pauline Hammarlund zaledwie na liście rezerwowej, Sundhage wysłała jasny sygnał, że rola klasycznej dziewiątki przypadnie komuś z dwójki Schelin – Blackstenius. O tym, że najlepsza snajperka w historii szwedzkiej kadry nie znajduje się obecnie w najwyższej dyspozycji głośno mówiła nawet Therese Sjögran, więc fakt, iż to napastniczka Linköping otrzyma szansę od pierwszej minuty, nie powinien nikogo specjalnie dziwić. Blackstenius, która zanotowała fenomenalny początek sezonu (w szczytowej formie znajdowała się chyba w meczu przeciwko Słowacji) w ostatnich tygodniach miała spore problemy ze skutecznością, ale na szczęście nie odbiły się one na kondycji psychicznej zawodniczki, która niezmiennie wyraża nadzieję, iż turniej w Rio będzie dla niej tym przełomowym. Dobry występ przeciwko Japonii mógłby z pewnością jedynie utwierdzić ją w takim przekonaniu.

Podczas zgrupowania mogło się wydawać, że do gry w wyjściowej jedenastce szykowana jest Kosovare Asllani, ale na ostatniej prostej jej miejsce zajęła Elin Rubensson. Taki wybór niesie za sobą dwie dość istotne informacje. Po pierwsze, ze zdrowiem piłkarki Göteborga, która jeszcze kilka dni temu trenowała indywidualnie, jest już wszystko w porządku. Po drugie, przeciwko Japonii Sundhage zdecydowała się na wariant nieco bardziej ostrożny niż pierwotnie zakładano. Możemy być jednak pewni, że niezależnie od wyniku zawodniczka Manchesteru i tak pojawi się na boisku, niewykluczone, że zmieniając właśnie jedną z środkowych pomocniczek o nieco bardziej defensywnych inklinacjach. Obok Asllani miejsce na ławce rezerwowych zajmie także między innymi Magdalena Ericsson, która podczas zgrupowania była bezwzględnie jedną z najbardziej zapracowanych piłkarek. Sztab szkoleniowy najwyraźniej wyszedł jednak z założenia, że niektóre zagrania szerszej publiczności lepiej będzie zaprezentować dopiero w sierpniu.

******

W ostatnich latach letnia przerwa w rozgrywkach przebiega w Umeå pod znakiem chaosu. Nie inaczej jest także i w tym roku, choć wyjątkowo nie chodzi akurat o utratę finansowej płynności i groźbę postawienia klubu w stan likwidacji. Tym razem zamieszanie dotyczy niespodziewanej i zdaniem wielu nieuzasadnionej roszady na stanowisku trenerki zespołu. Oficjalnym powodem pożegnania się z Marią Bergkvist jest słaba postawa drużyny w rundzie wiosennej, ale sama zainteresowana w liście otwartym w dość ostrych słowach skrytykowała sposób przekazania wspomnianej informacji (za pomocą mediów), a także ujawniła treść toczonych niemal od początku obecnego sezonu zakulisowych rozmów, które – delikatnie mówiąc – nie przedstawiają Anderza Anderssona w pozytywnym świetle. Co ciekawe, oficjalne stanowisko zajęło w tej sprawie również osiem piłkarek Umeå, które jednomyślnie stanęły po stronie Bergkvist, a swoją przyszłość w klubie uzależniły od dalszego rozwoju wypadków. Niestety, wszystko wskazuje na to, że na finał całej sprawy przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale kto wie, czy o ekstraklasowej przyszłości niezwykle zasłużonego klubu z Västerbotten zadecydują nie jesienne mecze, a najbliższe tygodnie.

Nasz rywal – Japonia

Reprezentacja Japonii chyba już na zawsze kojarzyć się będzie przede wszystkim z rozegranym pięć lat temu w Niemczech mundialem. To właśnie podczas tego turnieju prowadzona wówczas przez Norio Sasakiego kadra zszokowała piłkarski świat, stając się najbardziej sensacyjnym mistrzem globu w historii. Drużyna, która wcześniej zaledwie jeden raz potrafiła na tego typu imprezie wyjść z grupy, na niemieckich boiskach była po prostu nie do zatrzymania, a odpowiedzi na stanowiący perfekcyjną kombinację finezji, techniki i wytrzymałości japoński futbol bezskutecznie szukały piłkarki z Nowej Zelandii, Meksyku, Niemec, Szwecji oraz USA. Niezły zestaw, prawda?

Skala sukcesu, a także tempo, w którym udało się go osiągnąć, zaskoczyły nawet samych Japończyków, którzy przygotowywali się raczej na powolną wspinaczkę w światowej hierarchii. Kolejne lata pokazały jednak, że niemiecki triumf nie był dziełem przypadku, lecz zapowiedzią narodzin nowej, futbolowej potęgi. Reprezentacja trenera Sasakiego najpierw zagrała w finale Igrzysk Olimpijskich w Londynie, w którym to w niezwykle kontrowersyjnych okolicznościach minimalnie uległa USA, następnie po raz pierwszy w historii wywalczyła tytuł najlepszej drużyny w Azji (pokonując w decydującym meczu Australię), a na zakończenie czteroletniego cyklu do wydłużającej się niezwykle szybko listy sukcesów dopisała jeszcze srebrny medal z Mistrzostw Świata w Kanadzie. Po tym ostatnim turnieju nikt nie miał już wątpliwości, że z Nadeshiko trzeba się liczyć niezależnie od okoliczności.

Nieudane kwalifikacje do Igrzysk w Rio sprawiły, że kadrę, która w niemal niezmienionym składzie personalnym osiągnęła wszystkie wymienione powyżej sukcesy, czekała nieuchronna zmiana pokoleniowa. Misję prowadzenia pierwszej reprezentacji powierzono Asako Takakurze, która natychmiast rozpoczęła proces budowania autorskiej drużyny. Słynąca dotychczas z wyśmienitej pracy z młodzieżą selekcjonerka (jej największym trenerskim osiągnięciem pozostaje wywalczone na boiskach Kostaryki mistrzostwo świata do lat 17) już przy pierwszych powołaniach zrezygnowała z wielu doświadczonych piłkarek, w ich miejsce desygnując do gry przede wszystkim zawodniczki wyróżniające się w lidze japońskiej. Decyzje Takakury jednoznacznie pokazały, że – bez względu na to, jak ostatecznie zakończy się jej przygoda z dorosłą kadrą – jest ona trenerką, która w swojej pracy nie uznaje kompromisów. W selekcjonerskim debiucie, kompletnie nie zważając na to, że przypadł on na wyjazdowy mecz przeciwko USA, nie bała się postawić na zawodniczki bez międzynarodowego czy nawet ekstraklasowego doświadczenia. Co ciekawe, wiara w to, że piłkarki takich klubów jak Harima Albion zatrzymają najlepszą ofensywę świata, okazała się być całkowicie uzasadniona. Japonki, choć grały w liczebnym osłabieniu, potrafiły w ostatniej minucie doprowadzić do remisu 3-3, pozostawiając po sobie świetne wrażenie. W rozegranym kilka dni później rewanżu gra Nadeshiko nie wyglądała już tak efektownie, a spotkanie przerwała ostatecznie nawałnica nad Cleveland.

O ile dla naszych piłkarek jutrzejszy pojedynek na Guldfågeln Arenie jest próbą generalną przed Rio, o tyle dla Japonek ma on wartość przede wszystkim szkoleniową. Mistrzynie Azji najbliższy mecz o stawkę z poważnym rywalem rozegrają dopiero za dwa lata, w związku z czym w Kalmar najpewniej będziemy świadkami kolejnego etapu kształtowania się reprezentacji według pomysłu Asako Takakury. To, że do Szwecji z różnych względów nie przyjechały Miyama, Iwabuchi, Kawasumi, Sameshima, Iwashimizu czy Nakajima absolutnie nie oznacza jednak, że opór ze strony rywalek będzie jutro choć trochę mniejszy. Dobry występ w najbliższym  meczu może okazać się dla każdej z powołanych przez Takakurę piłkarek doskonałą szansą na to, aby ugruntować swą pozycję w kadrze, a pamiętajmy, że akurat Japonki z nadarzających się szans potrafią korzystać jak mało kto.


Bilans meczów z Japonią: 12 meczów; 4 zwycięstwa, 3 remisy, 5 porażek; bramki 22-13

Ostatnie mecze Japonii: USA [w] 3-3, Korea Północna [d] 1-0, Wietnam [d] 6-1, Chiny [d] 1-2, Korea Południowa [d] 1-1

Ciekawostka: Pia Sundhage oraz Asako Takakura dwukrotnie miały okazję zagrać przeciwko sobie w fazie grupowej mistrzostw świata. Oba spotkania zakończyły się pewnymi zwycięstwami reprezentacji Szwecji: w 1991 roku w Foshan było 8-0 (jeden gol Sundhage), zaś cztery lata później w Västerås 2-0.

Tunezyjska kompromitacja UEFA

Nie od dziś wiemy, że UEFA to organizacja, która swoimi decyzjami jak nikt inny potrafi zadbać o właściwy poziom absurdu w świecie europejskiej piłki nożnej. Wielu z nas, szczególnie tym, którzy futbolem zajmują się nie od wczoraj, mogło się wydawać, że przez te wszystkie lata na nawet najbardziej oryginalne pomysły centrali zdążyliśmy się już uodpornić. Niestety, zawsze akurat wtedy, gdy nabieramy takiej pewności, z Nyonu idzie jasny komunikat: Nie ma takiej sytuacji, w której UEFA nie potrafiłaby nas zaskoczyć, przy okazji dość mocno podważając własne kompetencje.

Od kilku lat UEFA bawi się w plebiscyt mający na celu wyłonić najlepszą piłkarkę Europy na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy. Wczoraj nadszedł dzień, w którym przyszło ogłosić nominowaną dziesiątkę za sezon 2015/16 i … okazało się, że nawet opublikowanie listy składającej się z kilku nazwisk przerosło możliwości tych, którzy stoją za sterami europejskiej piłki. Zdaniem UEFA, mająca za sobą faktycznie bardzo udany sezon w barwach Olympique Lyon Amel Majri, w rozgrywkach międzynarodowych reprezentuje Tunezję. Miejmy nadzieję, że czujne oko Unii Europejskich Związków Piłkarskich poinformowało już o tym fakcie Phillippe’a Bergeroo, który – najwyraźniej omyłkowo – powołał Majri do francuskiej kadry na Igrzyska Olimpijskie. Być może uda się jeszcze uniknąć wstydliwej dyskwalifikacji.

Jasne, Majri rzeczywiście przyszła na świat w Tunezji, ale idąc tym tropem Dzsenifer Marozsan można byłoby klasyfikować jako Węgierkę, a Karen Bardsley jako Amerykankę. W przypadku Marozsan też nie obyło się zresztą bez zgrzytu, gdyż przypisywanie jej do Lyonu, czyli klubu, który będzie reprezentować dopiero jesienią, wygląda równie groteskowo. Tym bardziej, że nominacja obejmuje okres, w którym wspomniana piłkarka grała wyłącznie dla Frankfurtu.

Oprócz ewidentnych błędów merytorycznych, wątpliwości wzbudza tradycyjnie skład finałowej dziesiątki. Być może ci, którzy zamierzali zagłosować na Pernille Harder, doszli do wniosku, że biorąc pod uwagę losy dotychczasowych triumfatorek, tego plebiscytu bezpieczniej po prostu nie wygrywać, ale niesmak związany z pominięciem Dunki tak czy inaczej pozostał. Nieobecność Harder i tak nie jest jednak w stanie przebić ubiegłorocznego głosowania, w którym to w okolicach dwudziestego miejsca uplasowała się Nadine Kessler. Legendarna pomocniczka Wolfsburga była oczywiście klasą samą w sobie, ale akurat sezon 2014/15 spędziła na walce z kontuzją, która zresztą ostatecznie zmusiła ją do przedwczesnego zakończenia kariery. Inną, nie mniej dyskusyjną kwestią, pozostaje regulamin plebiscytu UEFA, który dopuszcza oddawanie głosów na piłkarki grające poza granicami Europy. W wyniku tego zapisu o finałową dziesiątkę otarła się Kim Little, która rzeczywiście w barwach Seattle Reign znacznie częściej oczarowuje niż rozczarowuje, ale jednak rozgrywki NWSL o ile mi wiadomo nie są jeszcze sankcjonowane przez UEFA, a biorąc pod uwagę jedynie ostatnie występy w reprezentacji, trudno znaleźć racjonalne argumenty przemawiające za kandydaturą Szkotki.

Plebiscyty na szczęście zawsze pozostaną wyłącznie plebiscytami, a ich wyniki nie są w stanie zmienić rozstrzygnięć, które zapadają na boisku. O ile jednak w przypadku Złotej Piłki pewną okolicznością łagodzącą jest fakt, iż wśród głosujących znajdują się same piłkarki, od których trudno wymagać szczegółowej znajomości lig zagranicznych, z uwzględnieniem tych z przeciwnego końca świata (gdybym nazywał się Carli Lloyd, to też prawdopodobnie jakoś szczególnie nie interesowałby mnie przebieg derbów Skanii), o tyle w przypadku głosowania “ekspertów” można chyba oczekiwać minumum profesjonalizmu. Oczywiście, nie ma sensu udawać, że oglądanie potyczek Sand – Freiburg czy Liverpool – Sunderland to najbardziej pasjonujący sposób na spędzenie popołudnia/nocy, ale jeśli ktoś z własnej, nieprzymuszonej woli zdecydował się na taką ścieżkę kariery, to może jednak warto pochylić się nad czymś więcej niż tylko finał Ligi Mistrzyń, trzydziestosekundowa migawka z mistrzowskiej fety w Bilbao i kompilacja najlepszych zagrań Ady Hegerberg.

images

Fot. UEFA