Siedem pytań o kadrę

Od zakończenia Igrzysk w Rio reprezentacja Pii Sundhage rozegrała już cztery mecze, a więc możemy przyjąć, że dysponujemy już materiałem, na podstawie którego można postarać się o rzetelną ocenę pierwszego etapu przygotowań do EURO 2017. Niestety, starcia ze Słowacją, Danią, Iranem oraz Norwegią nie przyniosły nam odpowiedzi na pytanie o aktualną tożsamość naszej kadry. Na konferencjach słyszeliśmy wprawdzie wiele pięknych wypowiedzi na temat nowego systemu gry i poszukiwania złotego środka między ofensywą i defensywą, ale w momencie, gdy rozbrzmiewał pierwszy gwizdek, to na boisku widzieliśmy przede wszystkim chaos, z którego (szczególnie na tle rywali prezentujących nieco niższą piłkarską jakość) od czasu do czasu udawało się stworzyć coś dobrego. Koncepcja? Nawet jeśli jakaś była, to momentami można było odnieść wrażenie, że każda z zawodniczek była na innej przedmeczowej odprawie. Zegar odliczający czas do rozpoczęcia holenderskiego turnieju bije niesamowicie szybko, czasu na eksperymenty pozostało już coraz mniej, a szwedzką reprezentację na chwilę obecną, nawet przy najbardziej optymistycznym podejściu do tematu, trudno nazwać drużyną gotową na podbój europejskich aren. Lista problemów, która teoretycznie powinna zacząć się skracać, niebezpiecznie się wydłużyła, a najważniejsze z nich przedstawiają się tak:

680

Fot. Petter Arvidson

O co w tym wszystkim chodzi? Kwestia absolutnie kluczowa, gdyż bez niej zwyczajnie nie ruszymy z miejsca. O ile na poziomie amatorskiego kopania piłki nie trzeba specjalnie przejmować się taktycznymi niuansami, o tyle od reprezentacji predendującej do światowej czołówki raczej oczekiwalibyśmy na boisku jakiegoś pomysłu na grę. W ostatnich tygodniach Sundhage przy każdej nadarzającej się okazji wspomina o magicznym nowym systemie, który w końcu pomoże znaleźć właściwy balans, ale póki co z nowości w pamięć zapadło jedynie bardzo nowatorskie krycie przy drugim golu dla Danii, kiedy to najpierw Harder wygrała główkę pomimo asysty czterech Szwedek, a następnie Nadim miała w polu karnym tyle wolnej przestrzeni, że przed oddaniem strzału zdążyłaby jeszcze wykonać telefon do Portland i poinformować wszystkich, żeby włączyli telewizory, bo za chwilę padnie gol.

Kombinować, ale jak? Wiele razy słyszeliśmy, iż jednym z filarów tajemniczego nowego systemu ma być gra kombinacyjna i częstsze utrzymywanie się w posiadaniu piłki. Aby jednak jakiś system zaczął funkcjonować w miarę poprawnie, zawsze warto mieć do tego odpowiednich wykonawców, a w tym konkretnym przypadku – odpowiednie wykonawczynie. Niestety, mimo najszczerszych chęci, efektowna i kreatywna gra nie jest pierwszą rzeczą, która przychodzi nam do głowy, gdy pomyślimy o tercecie Seger – Dahlkvist – Appelqvist. W tym zestawieniu jedynie piłkarka Lyonu ma bowiem jakiekolwiek predyspozycje, aby odnaleźć się w nowej taktyce Sundhage, choć i ona będzie zmuszona odejść od niektórych spośród preferowanych przez siebie zagrań. W ogóle, po dłuższym zastanowieniu dochodzimy do wniosku, że być może jedyną piłkarką, która bez większych problemów sprawdziłaby się w takiej grze (być może nawet u boku Seger) jest Katrin Schmidt, ale – paradoksalnie – debiut byłej młodzieżowej reprezentantki Niemiec w niebiesko-żółtych barwach jest dziś tematem znacznie bardziej odległym niż chociażby jeszcze rok temu.

Podcięte szwedzkie skrzydła. Tyle już napisaliśmy o enigmatycznym systemie, że chyba najwyższy czas nazwać go po imieniu. Nie jest to bowiem klasyczne ustawienie 4-3-3, lecz 4-3-2-1, momentami – w zależności od boiskowych wydarzeń – płynnie przechodzące w 4-3-1-2. Jak doskonale wiemy, każdy system na swoje ofiary, a w tym przypadku okazały się nimi klasyczne skrzydłowe, dla których zwyczajnie zabrakło miejsca w tej układance. Nie jest to oczywiście dobra wiadomość na przykład dla Julii Spetsmark, ale także i dla Kosovare Asllani, choć trzeba oddać, że akurat zawodniczka Manchesteru jest na tyle wszechstronna, że bez większego problemu odnajdzie się nawet w proponowanym przez Sundhage ustawieniu. Tak, czy inaczej, nie sposób nie zauważyć, że lansując taką formułę, już przed rozpoczęciem meczu na własne życzenie pozbawiamy się jednego argumentu, który w ofensywie bardzo mógłby się przydać.

In Hedvig we trust. Obecność w kadrze jednej z lepszych, a niewykluczone, że i najlepszej bramkarki na kontynencie to bezsprzecznie duży luksus, którego zazdroszczą nam w wielu krajach w Europie. Doświadczona Hedvig Lindahl mniej więcej dwa lata temu weszła na poziom nieosiągalny dla zdecydowanej większości golkiperek i od tej pory niezmiennie na nim pozostaje. Warto jednak zastanowić się, czy jesteśmy przygotowani na ewentualność, w której najlepszej szwedzkiej piłkarki na dwóch ostatnich wielkich turniejach miałoby w Holandii zabraknąć? Owszem, świetną i co najważniejsze równą formę w lidze prezentuje Jennifer Falk, przeciwko Iranowi i Norwegii z niezłej strony pokazała się Hilda Carlén, ale o żadnej z nich nie można powiedzieć, aby cieszyły się zaufaniem selekcjonerki. Bo jak inaczej można odczytywać fakt, że jeśli tylko Lindahl jest zdrowa, to w reprezentacji gra po prostu wszystko?

Dziura na lewej obronie. Przez większą część swojej selekcjonerskiej przygody Pia Sundhage obsadzała tę newralgiczną pozycję Magdaleną Eriksson lub Elin Rubensson, ale oba te rozwiązania okazały się ostatecznie mało trafione. Być może jakiś wpływ na to miał fakt, że żadna z wymienionych zawodniczek na co dzień z lewą obroną nie ma kompletnie nic wspólnego. Ba, żadna nie posiada nawet, wydawałoby się niezbędnego, doświadczenia z gry na boku formacji defensywnej! W ostatnich meczach mieliśmy już okazję oglądać nominalną lewą obrończynię Jonnę Andersson i choć sceptycy głośno zastanawiają się, czy aby na pewno prezentuje ona reprezentacyjny poziom, trzeba uczciwie przyznać, że obecnie także nie widzimy na horyzoncie wyraźnie lepszej alternatywy. Widzimy za to jedną równie dobrą, która na pewno – biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację – byłaby warta sprawdzenia. Nazywa się ona Elin Landström.

Sofia nie do poznania. W Montpellier ją uwielbiają i trudno się temu dziwić, gdyż naprawdę mają ku temu powody. Regularnie strzela, asystuje, a zdarza się, że i w pojedynkę potrafi zapewnić swojej klubowej drużynie bezcenne punkty. Niestety, cały czar pryska, gdy tylko przyjeżdża do kraju i przebiera się w koszulkę narodowej reprezentacji. Od marca 2015 i meczu na Algarve Cup przeciwko Niemkom, Sofia Jakobsson nie zagrała dla kadry meczu, w którym dałaby jej tyle, ile niemal co tydzień daje ekipie z Montpellier. Można byłoby tłumaczyć ten fakt specyfiką francuskiej ekstraklasy, gdyby nie to, że defensywy Iranu czy Mołdawii wcale nie prezentują się lepiej od tych z Metzu czy Marsylii. Ta trudna do zdefiniowana niemoc jest o tyle zadziwiająca, że akurat napastniczka o charakterystyce Jakobsson powinna świetnie odnaleźć się w trzyosobowej, na dodatek nie grającej w jednej linii formacji ofensywnej.

Czy mamy plan B? OK, wiem, że to będzie trudne, ale przez moment załóżmy, że system Sundhage zaczyna funkcjonować zgodnie z planem (jakkolwiek by on nie wyglądał), że znajdujemy w końcu ten upragniony i wyśniony balans, a problemy na newralgicznych pozycjach rozwiązują się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wciąż pozostaje jednak pytanie – i co dalej? Czy jeśli w 60. minucie meczu finałowego Francuzki/Niemki/Angielki przeczytają nas na tyle, że potrzebna będzie natychmiastowa korekta, to czy w naszych rękach będą znajdowały się jeszcze jakieś mocne karty? Wiosną, gdy w meczach przeciwko Szwajcarii i Holandii trzeba było w ostatnich minutach bronić satysfakcjonujących nas wyników, jedynym pomysłem było przejście na grę szóstką w defensywie i brakowało jedynie tego, aby między słupkami pojawiła się druga bramkarka. Czy latem 2017 będzie nas stać na jakąś bardziej sensowną, a zarazem mniej rozpaczliwą alternatywę? Bo są uzasadnione obawy, że ta, którą zastosowaliśmy w Rotterdamie, tym razem może się zakończyć co najwyżej powtórką z Ottawy.

Bezbramkowe derby Skandynawii

Bezbramkowy remis, niezła pierwsza połowa, nieco słabsza druga i wciąż więcej pytań niż odpowiedzi – tak w największym skrócie można streścić to, co wydarzyło się dziś wieczorem w Kristiansand. W starciu wicemistrzyń Europy z wicemistrzyniami olimpijskimi były momenty lepsze, gorsze, a na koniec nie zabrakło nawet scen rodem z kalifornijskich horrorów, gdy po zderzeniu głowami z Eriksson boisko opuszczała zakrwawiona Ada Hegerberg (na szczęście pierwsze informacje dotyczące stanu zdrowia snajperki Lyonu są optymistyczne). W 52. derbach Skandynawii zabrakło jednak goli, w związku z czym żadna z drużyn nie opuszczała murawy Sparebanken Sør Areny w stu procentach usatysfakcjonowana.

Dzisiejszy mecz był dwunastym w historii szwedzko-norweskim pojedynkiem, który zakończył się bez wyłonienia zwycięzcy i biorąc pod uwagę przebieg spotkania, rezultat ten należy uznać za w pełni sprawiedliwy. Przez większą część pierwszej połowy inicjatywa należała do podopiecznych Pii Sundhage i to właśnie nasze piłkarki były w tym okresie znacznie bliższe wyjścia na prowadzenie. Dwukrotnie w doskonałych sytuacjach znalazła się częściej niż zazwyczaj wspomagająca dziś ofensywny tercet Caroline Seger, ale w pierwszym przypadku jej intencje rewelacyjnie przeczytała doświadczona Hjelmseth, skracając kąt strzału, a w drugim futbolówka ostatecznie ugrzęzła w bocznej siatce norweskiej bramki. Jak można było przypuszczać, po stronie gospodyń najbardziej efektowna akcja w pierwszej części gry była efektem świetnej współpracy duetu Hansen – Ada Hegerberg, ale również im nie udało się wpisać wówczas do protokołu meczowego.

Im bliżej końcowego gwizdka, tym częściej to Norweżki starały się prowadzić grę, ale większość ich ataków pozycyjnych kończyła się w okolicach trzydziestego metra przed bramką Hildy Carlén. Szwedki, podobnie jak w fazie pucharowej Igrzysk Olimpijskich, nastawiły się przede wszystkim na szybkie kontrataki i niewiele brakowało, aby po jednym z nich w sytuacji sam na sam znalazła się Asllani. W ostatniej chwili spod nóg pomocniczki Manchesteru futbolówkę wygarnęła jednak wracająca Isaksen, zażegnując tym samym niebezpieczeństwo. Zawodniczka Stabæk pokazała się także pod szwedzką bramką, gdzie w 70. minucie mogła przesądzić o zwycięstwie swojej reprezentacji, ale ani ona, ani próbująca dobijać jej uderzenie Ada Hegerberg, nie potrafiły umieścić piłki w siatce gości. W ostatnich minutach pokonać Carlén próbowała jeszcze Haavi, ale skrzydłowa Lillestrøm źle podeszła pod piłkę, w efekcie czego futbolówka po jej strzale pofrunęła o dobrych kilka metrów zbyt wysoko.

Skoro jesteśmy już przy Hildzie Carlén, to jej występ zasługuje na osobny akapit chociażby z tego względu, iż po raz pierwszy w swojej reprezentacyjnej karierze miała ona okazję zagrać od pierwszej minuty w starciu z nieco bardziej wymagającym (a mówiąc bardziej otwarcie – po prostu poważnym) rywalem. Za dzisiejszy mecz przy jej nazwisku możemy z czystym sumieniem postawić mały plus, choć nie zapominamy o tym, że przytrafiły się jej także dwa niezbyt pewne wyjścia do górnych piłek; po jednym w każdej z połów. Poza tym, golkiperka Piteå ustrzegła się poważniejszych błędów, choć na początku drugiej części gry serca szwedzkich kibiców zadrżały, gdy Carlén postanowiła zabawić się w Hedvig Lindahl i interweniować daleko poza własną szesnastką. Na szczęście, tym razem z dryblingu z Emilie Haavi w okolicach linii bocznej udało się wyjść zwycięsko, ale na przyszłość radzilibyśmy jednak unikać tego typu decyzji w sytuacjach, gdy nie sa one absolutnie konieczne. Bramkarkę Piteå jednoznacznie możemy za to pochwalić za bardzo dobre czytanie gry, dobrą (a na pewno lepszą niż zwykle) grę nogami, a także niezłą współpracę z formacją defensywną, która przecież w takim ustawieniu nawet na gierkach treningowych nie grała ze sobą wielu minut.

Jednym z tematów na długie rozmyślania podczas zimowych wieczorów może być za to obsada pozycji środkowej napastniczki, która pełni niezwykle ważną rolę w preferowanym przez Sundhage ustawieniu. Dziś przez większą część meczu w tym sektorze boiska oglądaliśmy Sofię Jakobsson, ale kolejny już raz piłkarka Montpellier w koszulce szwedzkiej kadry okazała się być znacznie mniej produktywna niż w tej klubowej. W tych samych słowach moglibyśmy podsumować także występ Pauline Hammarlund, która wchodziła jako jokerka w obu październikowych sparingach, ale w żadnym nie potrafiła dać drużynie spodziewanego impulsu. Oczywiście, nie możemy zapominać, że w odwodzie pozostają jeszcze niedostępne tym razem z różnych względów Blackstenius oraz Schelin, a także zdobywająca powoli zaufanie selekcjonerki Larsson, ale jeśli założymy, że w wyjściowej jedenastce znajdzie się miejsce dla maksymalnie dwóch z nich, to rywalizacja zapowiada się niesamowicie pasjonująco. Równie ekscytująca walka toczyć będzie się także o miejsca w drugiej linii i trochę szkoda, że choćby przez minutę na tle nieźle dysponowanej Norwegii nie obejrzeliśmy dziś na przykład Julii Spetsmark, a zamiast niej na boisku pojawiła się nie znajdująca się jeszcze w optymalnej formie Hanna Folkesson.

Następny przystanek – Papua

Próba generalna przed wielką, piłkarską imprezą ma najczęściej na celu przede wszystkim poprawę morale w drużynie przed czekającymi ją najważniejszymi meczami. Doskonale wiedzą o tym selekcjonerzy, którzy nierzadko na tym etapie przygotowań wolą mierzyć się z teoretycznie słabszymi rywalami tylko po to, aby uniknąć negatywnych skutków ewentualnej porażki. Calle Barrling oraz Anneli Andersén najwyraźniej nie uznają jednak drogi na skróty, w związku z czym zaledwie kilka tygodni po niezwykle prestiżowym zwycięstwie nad rówieśniczkami z Niemiec, formę przygotowującej się do finałów Młodzieżowych Mistrzostw Świata reprezentacji Szwecji sprawdził kolejny wymagający przeciwnik. Trudny, norweski test udało się jednak zaliczyć w naprawdę dobrym stylu, a postawa naszych piłkarek na boisku w Hamar sprawia, że na niespełna miesiąc przed rozpoczęciem turnieju w Oceanii, możemy spoglądać w przyszłość z ostrożnym optymizmem.

W swoim ostatnim meczu przed wylotem na drugi koniec świata, podopieczne duetu Barrling – Andersén pokonały Norwegię 2-1, ale nie brakowało okazji, aby rozmiary szwedzkiej wiktorii były jeszcze bardziej okazałe. Sama Stina Blackstenius dwukrotnie obijała poprzeczkę bramki strzeżonej przez Josefine Ervik, a w dwóch innych sytuacjach norweskie defensorki ratowały się przed utratą gola wybiciem z linii bramkowej. Swoje szanse, choć w nieco mniejszej ilości, miały oczywiście również gospodynie, ale solidny występ zaliczyła golkiperka IK Sirius Emma Holmgren, która popisała się między innymi dwiema interwencjami po próbach z dystansu Reiten oraz Hansen. Bramkarka z Uppsali bezradna była jedynie wobec strzału Synne Jensen, ale piłkarka Wolfsburga (obecnie na wypożyczeniu w Stabæk) uderzała z naprawdę bliskiej odległości, skutecznie wykańczając ładną akcję całego zespołu. Warto jednak podkreślić, iż oba gole dla Szwecji również były efektem widowiskowych i kombinacyjnych zagrań. W 15. minucie efektowny rajd Blackstenius Norweżki powstrzymały dopiero przewinieniem w obrębie własnej szesnastki, a rzut karny pewnie wykonała Angeldahl, zaś po przerwie z kolejnej asysty napastniczki Linköping (tym razem w postaci niezwykle przytomnego wycofania piłki na dwunasty metr) skorzystała jej klubowa koleżanka Tove Almqvist.

O ile boiskowa dyspozycja naszych młodych piłkarek pozwala nam oczekiwać turnieju w Oceanii ze spokojem, o tyle znacznie bardziej dynamicznie przedstawiają się kwestie pozasportowe. Wciąż nie poznaliśmy bowiem oficjalnego składu szwedzkiej kadry na mistrzostwa i nie jest wielką tajemnicą, że jego kształt uzależniony jest przede wszystkim od efektów rozmów na linii Sztokholm – Malmö (a mówiąc nieco bardziej dokładnie: na linii SvFF – FC Rosengård). Czasu na podjęcie ostatecznych decyzji selekcjonerski duet ma jednak coraz mniej, gdyż już 6. listopada reprezentacja rocznika 1996 wyruszy w kierunku Papui-Nowej Gwinei, gdzie równo tydzień później – meczem przeciwko Korei Północnej – zainauguruje najważniejszy i jednocześnie ostatni turniej w historii swojego istnienia.

norswe

Fot. Thomas Brekke Sæteren

Jedyny taki mecz

Stadion Gamla Ullevi widział już naprawdę wiele, ale zakończony właśnie mecz – choć jedynie towarzyski – był pod wieloma względami absolutnie wyjątkowy. Niezwykle rzadko mamy bowiem do czynienia z wydarzeniem sportowym, które zdecydowanie największe emocje wzbudza przed jego rozpoczęciem, a dokładnie tak było w tym przypadku. Już w dniu, w którym w ogóle pojawił się pomysł zorganizowania takiego pojedynku, wielu nazywało tę ideę mocno kontrowersyjną, a potem nastąpił szereg zdarzeń, który szybko przeistoczył się w szwedzko-irańską, piłkarską telenowelę, a jej najważniejsze wątki prezentowały się tak:

Wątek społeczno-polityczny – o tym, że Iran nie jest krajem, który moglibyśmy stawiać za wzór w kwestii respektowania praw człowieka, wiemy nie od dziś. Jeszcze większą wiedzę mają na ten temat organizacje zajmujące się na co dzień problemami Bliskiego Wschodu oraz jego mieszkańców i to właśnie one wystąpiły z inicjatywą bojkotu spotkania na Gamla Ullevi. Końcowy efekt był taki, że w miejscu, w którym zaledwie trzy lata temu znajdowała się podczas EURO 2013 strefa kibica, miała miejsce pikieta mająca na celu między innymi zniechęcenie ludzi do przyjścia na stadion. Trudno jednoznacznie oszacować, w jakim stopniu wpłynęła ona na frekwencję, ale nawet jeśli jej rola była marginalna, to jednak zawsze wolelibyśmy być świadkami happeningów nakłaniających do wspierania reprezentacji.

Wątek wizowy – kadra Iranu jeszcze nigdy wcześniej nie grała oficjalnego meczu w Europie i długo wydawało się, że ten stan rzeczy może szybko nie ulec zmianie. Szwedzka ambasada w Teheranie jeszcze kilka dni temu donosiła bowiem, że nikt z federacji piłkarskiej nie wystąpił o wizę i dopiero kontakt ze strony SvFF sprawił, że w Iranie rozpoczęto – oczywiście w trybie last minute – przygotowania do europejskiej wyprawy, ale wszyscy chyba przyznamy, że nie brzmi to specjalnie profesjonalnie.

Wątek kalendarzowy – spotkanie pierwotnie miało odbyć się w czwartkowy wieczór, ale na niespełna 24 godziny przed planowanym rozpoczęciem przesunięto je na piątek, aby … dać rywalkom czas na dotarcie do Göteborga. Nie dość, że taka sytuacja trochę zaburzyła plan przygotowań do czekającego nas już w poniedziałek wyjazdowego meczu z Norwegią, to jeszcze niemal do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, kto tak właściwie wsiądzie na pokład samolotu lecącego w kierunku Szwecji. Strona irańska cały czas utrzymywała bowiem, że zamierza posłać w bój … kadrę do lat 19, a o tym, że jednak dostąpimy zaszczytu zmierzenia się z pierwszą nieco starszą wiekowo reprezentacją poinformowała nas ambasada.

Trudno się więc dziwić, że w tym wszystkim wątek sportowy zszedł na dalszy plan i – pomimo momentów niezwykle efektownej gry naszych piłkarek – już na nim pozostał. Trzeba oczywiście odnotować najlepszy występ Olivii Schough w jej reprezentacyjnej karierze, gdyż bez względu na wszystko, trzy gole i cztery asysty w zaledwie 45 minut to bilans, który zawsze budzi uznanie. Trzeba się cieszyć, że w końcu wymierne efekty przyniosły ćwiczone niemal do znudzenia stałe fragmenty gry, gdyż to wyłącznie dzięki nim Magdalena Eriksson zakończyła mecz z hat-trickiem na koncie. Ale za każdym razem gdzieś z tyłu głowy pojawia się wątpliwość, że przecież kadra Pii Sundhage mierzyła się z montowaną w pośpiechu reprezentacją Iranu, która na dodatek była wyczerpana 24-godzinną podróżą do Szwecji, a z murawą Gamla Ullevi zapoznała się dopiero na rozgrzewce. Ponadto, widać było, że chociażby pojęcie krycia przy rzutach rożnych jest dla naszych dzisiejszych rywalek czystą abstrakcją, gdyż w przeciwnym razie raczej nie dałyby się trzykrotnie zaskoczyć w identyczny sposób. Piłkarkom z Persji należą się za to pochwały za niesamowicie ambitną postawę po przerwie, dzięki której udało im się zachować w drugiej połowie czyste konto i po ostatnim gwizdku słowackiej sędzi zebrać zasłużone owacje od licznie przybyłej na stadion irańskiej diaspory. Inna sprawa, że gra Szwedek w ostatniej fazie meczu była daleka od oczekiwań, ale w perspektywie fatalnych warunków atmosferycznych, wysokiego prowadzenia i czekającego nas już za trzy dni meczu z Norwegią, także i z niej nie powinniśmy wysuwać zbyt daleko idących wniosków, wszak śrubowanie strzeleckich rekordów nie znajdowało się dziś na pierwszym miejscu listy priorytetów.

Podsumowując wydarzenia ostatnich tygodni, na pewno musimy oddać Håkanowi Sjöstrandowi, że udało mu się na stałe zapisać w historii irańskiej piłki nożnej. Od samego początku było wiadomo, że w tej całej historii zdecydowanie największym wyzwaniem będzie ściągnięcie Iranek na europejską ziemię i trzeba przyznać, że nasza federacja spisała się w tym aspekcie znacznie lepiej niż kilka lat temu Niemcy, którzy również mieli w głowach podobną inicjatywę. Oczywiście, nie możemy zapominać, że rozegranie historycznego meczu odbyło się kosztem utraty jednego terminu w przygotowaniach do EURO 2017, ale o tym, czy była to właściwa decyzja, w pełni przekonamy się dopiero za kilka, a może i kilkadziesiąt lat.

45snnj-felch9qp_ku6aek69smc

Fot. Thomas Johansson

Siedem lat z życia LFC

Jest 1. listopada 2009, godzina 15:50. Piłkarki Linköping, które dzień wcześniej w imponującym stylu pokonały w pojedynku na szczycie Damallsvenskan Umeå, na ekranie komputera należącego do Kosovare Asllani śledzą ostatnie minuty meczu w Sztokholmie. Do końca pozostały już tylko sekundy, a Djurgården wciąż sensacyjnie prowadzi z Göteborgiem 1-0. Nikomu z zainteresowanych tym spotkaniem nie trzeba tłumaczyć, co oznacza taki właśnie rezultat, ale zawodniczki ze stolicy muszą jeszcze utrzymać korzystny wynik do końcowego gwizdka, a ten – ku uciesze wszystkich zebranych – w końcu rozbrzmiewa. W tak nietypowych i w pewnym sensie niespodziewanych okolicznościach Linköpings FC po raz pierwszy w historii zdobywa tytuł mistrza Szwecji w piłce nożnej, który zawodniczkom LFC przyszło świętować nie na boisku, a w restauracji. Najbardziej wzruszony całą sytuacją wydaje się być dobry duch klubu z Linköping, Rolf Gustavsson, który ze łzami w oczach powtarza, że oto właśnie przeżył najpiękniejszą chwilę swojego życia. W tym momencie nie ma jeszcze pojęcia, że dokładnie siedem lat później wypowie niemal identyczne słowa, a stanie się to w równie niecodziennych okolicznościach.

Nie trzeba eksperckiej wiedzy, aby stwierdzić, że tytuł w 2016 roku wywalczyła całkiem inna drużyna od tej, która swój moment chwały przeżyła siedem lat wcześniej. Z pierwszej mistrzowskiej kadry w klubie z Linköping ostała się jedynie Jonna Andersson, a i jej wkład w sukces z roku 2009 był wyłącznie symboliczny i wynosił dokładnie 39 minut rozegranych w meczu przeciwko Piteå. Warto więc uruchomić machinę czasu i krok po kroku prześledzić losy drużyny znad Stångån od chwili, kiedy poprzednio udało jej się zdobyć piłkarski szczyt.

01-hector-alejo

Fot. Hector Alejo

 Rok pierwszy

Radosny nastrój w Linköping nie zdążył jeszcze dobrze opaść, a zarząd już musiał zmierzyć się z nową, pomistrzowską rzeczywistością, której realia okazały się nadzwyczaj brutalne. Wiadomo było, że dobra postawa w rozgrywkach ligowych przełoży się na zainteresowanie klubów z potężniejszych lig czołowymi zawodniczkami LFC, w związku z czym zachowanie trzonu kadry szybko stało się zadaniem z gatunku tych absolutnie niewykonalnych. W Linköping nigdy nie tworzono kominów płacowych, ani nie wydawano ponad stan, więc konkurowanie z największymi graczami na europejskim i amerykańskim rynku było po prostu niemożliwe. Z mistrzowskiej drużyny odeszły więc między innymi Seger, Larsson, Paaske oraz Landström, a kilka miesięcy później ich śladem podążyła także uważana za największy talent szwedzkiej piłki Asllani. Oczywiście, nie zabrakło także zimowych wzmocnień, chociażby w postaci Lindy Sällström (co ciekawe, to właśnie ona była autorką gola w meczu Djurgården – Göteborg, który to zapewnił LFC tytuł), ale w końcowym rozrachunku bilans zysków i strat z pewnością nie wyszedł na zero. Tym bardziej, że do roszady doszło także na stanowisku trenera, miejsce Magnusa Wikmana zajął Peter Johansson, który musiał bardzo szybko znaleźć sposób na drużynę przystępującą do obrony tytułu w kompletnie odmienionym składzie.

Sezon rozpoczął się dla LFC nawet całkiem obiecująco, bo od zwycięstwa nad mocnym i nieobliczalnym Göteborgiem. Niestety, wiosenna seria czterech meczów bez wygranej (w tym domowe porażki z beniaminkiem z Tyresö oraz Jitexem) stosunkowo szybko zweryfikowała mocarstwowe plany. Peter Johansson starał się wprawdzie zachowywać spokój i często powtarzał, że dziennikarze i eksperci skreślają jego drużynę zdecydowanie przedwcześnie, ale okazało się, że ci którzy przewidywali, że walka o tytuł odbędzie się bez udziału aktualnych mistrzyń kraju, tym razem mieli rację. Już na półmetku rozgrywek strata do liderek z Malmö wynosiła dwanaście punktów, a w drugiej części sezonu wciąż sukcesywnie rosła. Rozczarowujące wyniki przełożyły się także na wyraźny w porównaniu z poprzednim sezonem spadek frekwencji, a kibicom w Östergötland niezbyt radosną jesień osłodził nieco jedynie awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzyń, choć trzeba oddać, że rywalki w poprzednich rundach (słoweńska Krka i czeska Sparta) nie były przesadnie wymagające.

Rok drugi

Choć najważniejszy mecz w dotychczasowej historii klubu (ćwierćfinał LM z londyńskim Arsenalem) trzeba było zagrać w Åtvidabergu, wczesną wiosną w Linköping powiało delikatnym optymizmem. Po średnio udanej amerykańskiej przygodzie do klubu wróciła Asllani, spokój w drugiej linii zapewnić miała mająca już niemałe doświadczenie Gajhede, a na czołową defensorkę ligi zaczęła wyrastać Norweżka Nora Holstad Berge. Do dwumeczu z mistrzyniami Anglii przystępowano więc w Östergötland bez niepotrzebnego lęku, a gdy z Londynu udało się przywieźć całkiem niezły w perspektywie rewanżu remis 1-1, awans do najlepszej czwórki w Europie stał się nagle niespodziewanie realny. Niestety, choć ambitnie grające piłkarki z Linköping dwukrotnie obejmowały na Kopparvallen prowadzenie (gole Sällström oraz Asllani), trafienie Katie Chapman z 80. minuty sprawiło, że to piłkarki z Wysp Brytyjskich dzięki większej liczbie bramek strzelonych na wyjeździe wywalczyły sobie prawo do gry z Lyonem o finał piłkarskiej Ligi Mistrzyń.

Jeszcze gorzej miały się sprawy na krajowym podwórku, gdzie grająca bardzo nierówno i na dodatek bez własnego stylu drużyna zamiast bić się o puchary, znalazła się w bezpośrednim sąsiedztwie strefy spadkowej. Do rundy rewanżowej LFC przystępował z zaledwie czternastoma punktami na koncie, a słabsza dyspozycja niedawnych mistrzyń kraju nie uszła uwadze Thomasa Dennerby’ego, który w powołanej przez siebie kadrze na – jak się miało okazać – niezwykle udany dla reprezentacji Szwecji mundial nie znalazł miejsca między innymi dla Kosovare Asllani. Nieobecność napastniczki Linköping na najważniejszej piłkarskiej imprezie czterolecia była rzecz jasna szeroko komentowana, ale trzeba przyznać, iż wiosna 2011 była najprawdopodobniej najsłabszą rundą rozegraną przez tę zawodniczkę na boiskach Damallsvenskan. Jesień, podobnie jak w przypadku wielu innych piłkarek LFC, była już nieco lepsza, ale pomimo czterech kolejnych zwycięstw na zakończenie rozgrywek, tym razem trzeba było się zadowolić miejscem w środku ligowej stawki.

02

Fot. Johan Rydén

Rok trzeci

Nowy rok, nowe nadzieje. Z takim właśnie nastawieniem przywitano w Linköping nadejście roku 2012. Drużyna wzmocniona między innymi Nillą Fischer, Manon Melis i Lisą de Vanną (z kluczowych piłkarek odeszła jedynie Asllani) miała wymazać z pamięci kibiców dwa lata rozczarowań i przywrócić klubowi należne miejsce w krajowej hierarchii. Tyle tylko, że zanim cała zabawa zdążyła się na dobre rozkręcić, LFC już został z niej wyproszony. Zaledwie jedno zwycięstwo w pierwszych siedmiu kolejkach było wynikiem z pogranicza rozczarowania i kompromitacji i nawet poważne urazy Rohlin oraz Sällström w najmniejszym stopniu nie usprawiedliwiały tak fatalnej postawy ekipy z Östergötland. Nie najlepiej działo sie także w kwestiach pozasportowych. Wprawdzie nad Linköping nie zawisła wizja bankructwa klubu, ale wyglądający gorzej z sezonu na sezon bilans finansowy zmusił włodarzy LFC do wdrożenia nowej strategii polegającej na sprowadzaniu wyłącznie młodych, perspektywicznych piłkarek, które – jeśli oczywiście wypalą – będą w dłuższej perspektywie mogły dać drużynie wiele, nie drenując przy tym budżetu.

Rewolucja w zasadach funkcjonowania klubu nie byłaby pełna bez roszady na ławce trenerskiej, w związku z czym misję budowania nowego Linköping powierzono Martinowi Sjögrenowi, który wcześniej dwukrotnie doprowadził do mistrzostwa zespół z Malmö. Równocześnie z nowym szkoleniowcem w mieście nad Stångån pojawiła się Pernille Harder, niezwykle utalentowana nastolatka z Viborga, która miała być symbolem wspomnianej właśnie strategii. Pierwsza runda Sjögrena w nowym klubie nie rozpoczęła się wprawdzie spektakularnie, ale szalony, okraszony sześcioma kolejnymi zwycięstwami finisz sprawił, że Linköping dosłownie rzutem na taśmę załapał się na najniższy stopień podium, choć na półmetku rozgrywek strata LFC do medalowych pozycji wynosiła aż dziewięć punktów.

Rok czwarty

Eriksson, Lennartsson, Slegers, Beckmann, Hammarlund oraz nazywana przez wielu nową Asllani szesnastoletnia Stina Blackstenius – tak przedstawiał się zestaw nowych nabytków ekipy z Linköping przez rozpoczęciem kolejnego sezonu. Z klubem pożegnały się za to między innymi Melis i de Vanna, które wprawdzie sportowo prezentowały się bardzo solidnie, ale nijak nie wpisywały się w oszczędnościową strategię klubu. Na tym jednak nie koniec zmian, gdyż fanów w Östergötland czekała jeszcze jedna, niezwykle miła niespodzianka. Do użytku oddano bowiem budowaną z myślą o EURO 2013 Arenę Linköping, która od teraz stała się siedzibą i domem LFC. Debiut nowego stadionu wypadł jednak wyjątkowo blado (1-1 z najsłabszym w lidze Sunnanå), a kolejne mecze tylko potwierdziły, że na ten moment Sjögren absolutnie nie przezwyciężył wiosennej klątwy, z którą wcześniej nie potrafili sobie poradzić Johansson oraz Petersson. Marzenia o odzyskaniu tytułu (zakładając, że takowe w ogóle były) znów trzeba było odłożyć na kolejny sezon zanim jeszcze w kraju na dobre zdążyło się ocieplić.

Skoro mieliśmy mieć do czynienia z klasycznym deja vu, to jesień w wykonaniu LFC powinna być wyraźnie lepsza niż wiosna. I była! I to pomimo tego, że po niezwykle udanym dla siebie EURO z klubem pożegnała się Nilla Fischer. Piłkarki z Linköping raz jeszcze postanowiły nam jednak zaprezentować finisz, którego nie powstydziłaby się sama Shelly-Ann Fraser i wygrywając tym razem siedem (!) ostatnich spotkań obroniły wywalczone rok wcześniej brązowe medale. Niezwykle udany sezon zaliczyła Harder, która okazała się absolutnym strzałem w dziesiątkę, bardzo dobrze prezentowała się Samuelsson, a Blackstenius wysłała pierwsze sygnały, że być może stać ją nawet na większą karierę niż ta, która stała się udziałem jej wybitnej poprzedniczki w klubie z Östergötland.

03

Fot. Leo Sellén

Rok piąty

Ludzie, ile jeszcze tak można? – mniej więcej w ten sposób myśleli z pewnością sympatycy Linköping oglądający popisy swoich ulubienic wiosną 2014. Nowymi twarzami w klubie były perspektywiczne Minde, Nordin, Almqvist czy Rolfö, ale tym razem nie był to koniec przedsezonowych wzmocnień. Następczynią wieloletniej podstawowej golkiperki LFC Sofii Lundgren została Amerykanka Fraine, a w miejsce Fischer sprowadzono nie schodzącą poniżej pewnego poziomu Dunkę Arnth. Nie zabrakło nawet miejsca na szczyptę egzotyki w postaci Portugalek Neto oraz da Silvy, a także Japonki Noguchi. To wszystko nie zmieniło jednak faktu, że początek rozgrywek – zgodnie z tradycją – upłynął pod znakiem niepotrzebnie pogubionych punktów. Zaczęło się od pechowej i kompletnie niespodziewanej porażki z Piteå, następnie przyszły remisy z Kristianstad i Eskilstuną, a tuż po nich domowa klęska (0-4) z Örebro, które jako pierwszy w historii zespół potrafiło zwyciężyć na Arenie Linköping. Po takiej serii, walka o coś więcej niż lokata na najniższym stopniu podium znów stała się całkowicie wykluczona.

Tym razem ostatecznie nie udało się jednak sięgnąć nawet po brązowe medale, gdyż zamiast spodziewanego ataku na wyższe pozycje, oglądaliśmy ciąg dalszy gry w przysłowiową kratkę. Z mistrzem z Malmö udało się nawet wygrać (i to aż dwukrotnie!), ale wobec porażki z Kristianstad czy straty punktów z niemal każdym możliwym rywalem (nie wyłączając beznadziejnego AIK!), nie zdało się to na wiele. Kiepską postawę w lidze piłkarki z Linköping nieco powetowały sobie wygrywając w dobrym stylu Puchar Szwecji, a także pokazując się z niezłej strony w Europie. Podopieczne Martina Sjögrena w Lidze Mistrzyń zagrały w zastępstwie wykluczonego z pucharów Tyresö, ale nie przeszkodziło im to w awansie do ćwierćfinału kosztem angielskiego Liverpoolu oraz – po jednym z najdziwniejszych dwumeczów w historii – rosyjskiej Zwiezdy Perm. W rewanżowym meczu z drużyną z miasta Beatlesów hat-trickiem popisała się Fridolina Rolfö, co do dziś przy każdej możliwej sposobności wspominają komentatorzy z całego świata, więc w ciemno można założyć, iż wzmianka o tym wyczynie trafiła nawet do wikipedii.

Rok szósty

Los okazał się niezwykle łaskawy i o pierwszy w historii klubu półfinał Ligi Mistrzyń przyszło piłkarkom Linköping rywalizować z duńskim Brøndby. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że tym razem już na pewno musi się udać, ale sprawę najpierw skomplikował samobójczy gol Rohlin i wynikająca z niego domowa porażka 0-1, a następnie fatalna skuteczność w rewanżu, gdzie – pomimo przygniatającej przewagi – udało się ugrać jedynie niewiele dający remis. Choć jedyną nową twarzą w drużynie była Ukrainka Wiera Diateł, Martin Sjögren odważnie zapowiadał walkę o najwyższe cele, a przekaz idący z Linköping był jasny – każde miejsce poniżej drugiego z pewnością nie usatysfakcjonuje nikogo. Apetyty jeszcze bardziej rozbudził fakt, że tak nielubianą pierwszą część sezonu udało się w końcu przetrwać bez większych turbulencji, a letnią przerwę zespół z Östergötland spędził w wygodnym fotelu wicelidera, z pięciopunktową stratą do FC Rosengård.

Niestety, tym razem delikatne załamanie formy przyszło na przełomie sierpnia i września, a jego skutki okazały się niezwykle bolesne w skutkach. Wprawdzie walka w górnej połówce ligowej tabeli była bardziej wyrównana niż kiedykolwiek wcześniej, a Linköping szanse na mistrzostwo stracił dopiero w przedostatniej kolejce, ale koniec końców znów cieszyli się inni, a piłkarkom LFC pozostały łzy żalu i poczucie niewykorzystanej szansy. Jakimś pocieszeniem znów było zwycięstwo po niesamowitym finale w Pucharze Szwecji (jego bohaterką była Diateł, dla której był to … ostatni poważny mecz w barwach Linköping), ale jednak rozczarowanie zaledwie czwartą lokatą w lidze było znacznie silniejsze. Najbardziej szkoda było nam kończącej długą i pełną sukcesów karierę wychowanki LFC Charlotte Rohlin, która przez niemal trzydzieści lat gry w piłkę reprezentowała tylko jeden klub. Po definitywnie przekreślającym szanse bezbramkowym remisie z Eskilstuną doskonale widzieliśmy, jak bardzo tej doświadczonej zawodniczce zależało na tym, aby pożegnać się z murawą mistrzowskim tytułem.

04

Fot. Thomas Johansson

Rok siódmy

Pomimo braku sukcesu w poprzednich rozgrywkach, a także niepokojąco wąskiej kadry zdecydowano, że Linköping nie będzie aktywnym graczem podczas zimowego okienka transferowego. Po części wynikało to z czynników ekonomicznych, a po części z zaufania do własnych, podejmowanych w poprzednich latach wyborów. Sprowadzane na początku kadencji Sjögrena piłkarki wchodziły bowiem w wiek, w którym przeistaczały się z obiecujących talentów w zawodniczki potrafiące już w tym momencie wziąć na siebie odpowiedzialność za drużynę i wprowadzić ją na wyższy poziom. Już pierwsze mecze pokazały, że ten rok od poprzednich różnić będzie się przede wszystkim … osiąganymi wynikami. Owszem, poprawiła się także piłkarska jakość, ale zdecydowanie największy i być może najtrudniejszy skok dokonał się w sferze mentalnej. Prowadzone do boju przez niezmordowaną Pernille Harder piłkarki Linköping wykształciły w sobie bowiem gen zwycięstwa, a on pozwolił im rozstrzygnąć na swoją korzyść mecze, które we wcześniejszych sezonach skończyłyby się najpewniej stratą punktów. Nie będzie wielkiej przesady, jeśli powiemy, że sytuacja odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i teraz to drużyna Martina Sjögrena była tą, która zamiast gubić, nauczyła się wyszarpywać bezcenne punkty, o czym brutalnie przekonali się między innymi w Piteå oraz w Borlänge.

Kolejne wpadki zaliczały z kolei mistrzynie kraju z Malmö, w efekcie czego Linköping z tygodnia na tydzień stawał się coraz poważniejszym kandydatem do tytułu. Zakończony remisem w Örebro wrześniowo-październikowy maraton sprawił jednak, że kwestia mistrzostwa miała się ostatecznie rozstrzygnąć w bezpośrednim starciu z Rosengård. Przed pierwszym gwizdkiem trudno było wskazać faworyta, ale eksperci zgodnie twierdzili, że większe doświadczenie zespołu ze Skanii może okazać się czynnikiem decydującym. Akcja z 81. minuty – od przechwytu Rolfö, przez zwód i centrę Harder, aż do przesądzającej o zwycięstwie główki Minde – pokazała jednak, że ciągłe nazywanie Linköping drużyną niezdolną do wygrywania rzeczy wielkich nie ma już dziś większego sensu. Ta ekipa, która przez ostatnie cztery lata powstawała i dojrzewała na naszych oczach, jest już na ten moment produktem absolutnie kompletnym, co udowodniła zresztą także podczas niedzielnego meczu w Vittsjö, po którym Rolf Gustavsson mógł w końcu powtórzyć swoje słowa sprzed siedmiu lat. I trudno oprzeć się wrażeniu, że tym razem brzmiały one jeszcze bardziej dumnie.

05

Fot. Stefan Jerrevång

Niemiecko-czeska droga do ćwierćfinału

Jeszcze dobrze nie zdążyły opaść emocje po weekendowych rozstrzygnięciach w Damallsvenskan, a nowy tydzień już przyniósł nam kolejne, równie interesujące wieści. Tym razem nadeszły one ze Szwajcarii, gdzie odbyło się losowanie par 1/8 finału piłkarskiej Ligi Mistrzyń. Dla szwedzkich klubów okazało się ono średnio udane, bo o ile w Malmö na to, co przyniósł los nie powinni narzekać, o tyle w Eskilstunie mieli prawo liczyć na znacznie korzystniejszy rozwój wypadków. Tym bardziej, że pierwotnie ubiegłoroczne wicemistrzynie Szwecji miały zmierzyć się z Rossijanką, ale ze względu na obowiązujący na tym etapie rozgrywek klucz krajowy zagrają ostatecznie z niemieckim Wolfsburgiem i nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że wyeliminowanie dwukrotnych triumfatorek Ligi Mistrzyń z pewnością nie będzie łatwym zadaniem. Awans jest za to obowiązkiem w przypadku FC Rosengård, który zmierzy się ze Slavią Praga. Mistrzynie Czech rok temu doszły wprawdzie aż do ćwierćfinału, ale na swojej pucharowej drodze napotykały one wówczas drużyny znacznie ustępujące klasą ekipie z Malmö.

Co słychać w pozostałych parach? Nie zabraknie w nich spotkań dobrych znajomych (Barcelona – Twente, Brescia – Fortuna), a także dwumeczów, w których faworyt jest tylko jeden (Lyon – Zürich). Szczęście tym razem dopisało również PSG. Piłkarki wicemistrza Francji, które w poprzedniej rundzie (nie bez pomocy Sary Persson) uporały się z Lillestrøm, w listopadzie wybiorą się do Kazachstanu. Przed sporą szansą na to, aby po raz pierwszy w historii dotrwać w pucharach do wiosny stanie również monachijski Bayern, który o ćwiercfinał powalczy w Moskwie.


Zestaw par 1/8 finału Ligi Mistrzyń:

Paris Saint-Germain – BIIK-Kazygurt

FC Barcelona – FC Twente

SK Slavia Praga – FC Rosengård

Manchester City WFC – Brøndby IF

ACF Brescia – Fortuna Hjørring

Olympique Lyon – FC Zürich Frauen

Eskilstuna United DFF – VfL Wolfsburg

FC Bayern Monachium – FC Rossijanka