Półfinaliści w komplecie

27880081_190633848335603_1621320909807681536_n

Fot. Bildbyrån

Nie tak dawno zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądać Puchar Szwecji w nowej formule, a tymczasem zupełnie niepostrzeżenie przychodzi nam podsumowywać historyczną fazę grupową. Choć nie wykreowała nam ona choćby jednej historii z gatunku cinderella story, które dla wielu kibiców są najpiękniejszym elementem tych rozgrywek, to i tak na nudę i brak emocji narzekać z pewnością nie mogliśmy. Ostatni weekend grupowych zmagań przyniósł nam bowiem między innymi epickie i okraszone pięcioma golami derby Skanii, awans mistrzyń z Linköping na podstawie … ubiegłorocznej tabeli ligowej, czy wreszcie mocno opóźniony lot piłkarek Djurgården do Luleå, w efekcie czego ostatniego półfinalistę poznaliśmy w nocy z niedzieli na poniedziałek. Mało? Zdecydowanie nie, wszak więcej wrażeń tej zimy dostarczyli nam chyba jedynie olimpijczycy w południowokoreańskim Pjongczangu.

Grupa 1

Wszystkie oczy skierowane były na Linköping, gdzie podopieczne Marcusa Walfridssona podejmowały na własnym boisku Göteborg. Przed ostatnią kolejką obie ekipy mogły pochwalić się identycznym dorobkiem punktowym i bramkowym, w związku z czym to bezpośredni mecz miał zadecydować o tym, która z drużyn zajmie ostatecznie pierwsze miejsce w grupie, premiowane awansem do półfinału. Przed przerwą zdecydowanie więcej do powiedzenia miały przyjezdne z Västergötland i to one po trafieniu Rebecki Blomqvist (i ogromnym błędzie Elin Landström) znajdowały się zdecydowanie bliżej celu. Była defensorka Göteborga zrehabilitowała się jednak w najlepszy możliwy sposób i to jej gol w 53. minucie meczu zapewnił aktualnym mistrzyniom Szwecji zwycięski remis. Podział punktów oznaczał bowiem, że to Linköping, dzięki wyższej lokacie na koniec ubiegłego sezonu, wciąż pozostaje w grze o puchar. Czy słusznie? Tę kwestię najpewniej omówimy szerzej w osobnym rozdziale. W drugim meczu tej grupy, pierwszoligowy Limhamn Bunkeflo bez większych problemów poradził sobie z beniaminkiem Elitettan, a po stronie zespołu z Malmö na listę strzelczyń wpisało się aż sześć piłkarek.

01

02

Grupa 2

Derbowy posmak sąsiedzkiej rywalizacji oraz przemożna chęć awansu do kolejnej fazy rozgrywek pozwoliły zawodniczkom Rosengård i Kristianstad stworzyć fenomenalne, piłkarskie widowisko. Pomimo wyjątkowo niesprzyjającej aury, obie ekipy wyszły na murawę Malmö IP z zamiarem walki na sto dziesięć procent i takie nastawienie sprawiło, że zanim upłynął pierwszy kwadrans, na tablicy wyników widniał rezultat 1-1 (na główkę Boye w identyczny sposób odpowiedziała Chikwelu). Przed przerwą raz jeszcze na prowadzenie wyszły gospodynie, ale w początkowej fazie drugiej połowy inicjatywa należała do gości, które za sprawą kolejnego trafienia Nigeryjki z Asaby znów doprowadziły do remisu. O zwycięstwie Rosengård ponownie przesądziła jednak znajdująca się obecnie w fenomenalnej dyspozycji Sanne Troelsgaard, która pokonując Brett Maron mierzonym strzałem tuż przy słupku, zapewniła obrończyniom tytułu dalszą grę o puchar. Z szansami na jego wywalczenie już kilka tygodni temu pożegnały się za to piłkarki z Vittsjö, które na koniec fazy grupowej wysoko pokonały najsłabszy w stawce Qviding.

03

04

Grupa 3

Większość z was z pewnością doskonale zna powiedzenie, że życie pisze zdecydowanie najlepsze scenariusze. W miniony weekend na własnej skórze mógł się o tym przekonać Jonas Björkgren, który w walce o awans do półfinału pokonać musiał drużynę, której zawdzięcza zdecydowanie najpiękniejsze chwile swojej trenerskiej kariery. Na Tunavallen sentymentów jednak nie było i choć Loreta Kullashi tym razem nie znalazła sposobu na pokonanie golkiperki rywalek, godnie zastąpiła ją w tej roli Cornelia Ellefors. Po przerwie, wykorzystując nienajlepsze ustawienie Jenny Wahlén, drugiego gola dla United dołożyła jeszcze Felicia Karlsson i stało się jasne, że to właśnie zawodniczki z Eskilstuny zagrają w półfinale. Efektownym akordem swój udział w pucharowych zmaganiach zakończyły także piłkarki z Uppsali, które po dwóch minimalnych porażkach, odprawiły z bagażem pięciu goli trzecioligowe Älvsjö.

05

06

Grupa 4

Na rozstrzygnięcia w tej grupie musieliśmy czekać najdłużej. Planowo odbyło się bowiem zaledwie jedno spotkanie, w którym to Hammarby pokonało Örebro po golu Almy Nygren. Rywalizacja o pierwsze miejsce w grupie opóźniła się ze względu na problemy piłkarek Djurgården z dotarciem do Luleå. Samolot ze sztokholmiankami na pokładzie wylądował ostatecznie w Norrbotten z siedmiogodzinnym poślizgiem i dzięki temu fani w Arcushallen mieli niepowtarzalną okazję obejrzeć wieczorno-nocny spektakl, którego bez względu na klubowe sympatie długo nie zapomną. Na siedem minut przed końcem regulaminowego czasu gry Nina Jakobsson strzałem z dystansu wyprowadziła Piteå na prowadzenie i w tym momencie to zespół z Laponii mógł szykować się do gry o finał krajowego pucharu. Ostatnia akcja meczu przyniosła jednak kolejny zwrot akcji, gdy do dośrodkowanej przez Malin Diaz piłki wyskoczyła Ingibjörg Sigurdardottir i strzałem głową zagwarantowała swojej drużynie remis na wagę pierwszego miejsca w grupie. To było najlepsze możliwe zakończenie bardzo długiego dnia – powiedział po ostatnim gwizdku szkoleniowiec Djurgården Joel Riddez i patrząc z perspektywy stolicy trudno się z nim w tej kwestii nie zgodzić.

07

08

Losowanie par półfinałowych odbędzie się dziś o godzinie 13:30, bezpośrednia relacja z wydarzenia na stronie Szwedzkiego Związku Piłki Nożnej.

Pięć wniosków po Algarve

BB180226LT028

Fot. Bildbyrån

Ostatnimi czasy tradycją stało się to, że po każdym dłuższym zgrupowaniu reprezentacji tworzyliśmy listę pięciu kluczowych pytań, które przed kolejnymi powołaniami powinien zadać sobie sztab szkoleniowy. Tegoroczny Puchar Algarve okazał się jednak pierwszą od dawna imprezą, która przyniosła nam zdecydowanie więcej odpowiedzi niż znaków zapytania. Pora więc delikatnie zmodyfikować stałą rubrykę i zebrać w jednym miejscu pięć najważniejszych wniosków płynących z niespełna dwutygodniowej wyprawy do Portugalii:

Tak, istnieje życie bez skrzydłowych. O tym, że szwedzka kadra cierpi obecnie na brak klasowych skrzydłowych, doskonale wiemy nie od dziś. Peter Gerhardsson i jego sztab potrzebowali jednak zaledwie sześciu dni, aby przekonać nas, że istnieją przynajmniej dwa ustawienia, w których da się bez ponoszenia większych strat zmaksymalizować potencjał reprezentacji. Pierwsze – z jedną nominalną napastniczką i dwiema fałszywymi dziewiątkami – mogliśmy oglądać w starciach z Koreą Południową i Rosją. Drugie – z trójką stoperek, dwiema ofensywnie usposobionymi wahadłowymi obrończyniami, dwiema środkowymi pomocniczkami i niezwykle mobilną trójką w ataku – pozwoliło nam pokonać Kanadę i miało być przetestowane także przeciwko Holandii. Trudno oczywiście ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że to właśnie jeden z tych wariantów będzie naszym pomysłem na Danię, ale pierwsza próba niewątpliwie wypadła w obu przypadkach obiecująco.

Tak, szwedzkie napastniczki potrafią celnie strzelać. Rok temu liczyliśmy kadrze minuty bez gola, zastanawiając się przy tym, dlaczego wraz z założeniem reprezentacyjnego trykotu, każdą ze szwedzkich napastniczek dopada trudna do wytłumaczenia strzelecka niemoc. Dziś odliczamy kadrze mecze bez porażki, doceniając przy tym skuteczność regularnie trafiających do siatki szwedzkich napastniczek. W starciu z RPA dwukrotnie na listę strzelczyń wpisała się Kullashi, Larsson pokonała golkiperkę z Kanady, Blackstenius znalazła sposób na Koreanki i Rosjanki, a Rolfö tylko podczas Pucharu Algarve aż trzykrotnie mogła cieszyć się z gola. Spośród wszystkich piłkarek ofensywnych w zasadzie tylko Sofia Jakobsson czeka aktualnie na swoją bramkę w kadrze dłużej niż 180 minut. Okazuje się więc, że jednak można.

Tak, rotacja nie gryzie i można ją skutecznie stosować. O tym, że terminarz marcowych turniejów towarzyskich jest napięty do granic możliwości, nie trzeba chyba nikogo specjalnie przekonywać. W poprzednich latach szwedzki sztab szkoleniowy nie wydawał się jednak przesadnie przyjmować tym faktem, w związku z czym niektóre z powołanych piłkarek jechały do Portugalii potrenować, a inne na przestrzeni ośmiu dni musiały rozegrać cztery wyczerpujące mecze. Nie zyskiwały na tym rzecz jasna ani same zawodniczki, ani ich kluby, które coraz głośniej wyrażały swoje w pełni uzasadnione niezadowolenie. Na szczęście, wywodzący się z piłki klubowej Peter Gerhardsson już podczas pierwszej konferencji dał sygnał, że za jego kadencji będziemy mieli do czynienia z zupełnie inną polityką i po pierwszym półroczu możemy potwierdzić, że nie były to jedynie puste zapowiedzi. Podczas zakończonego właśnie Pucharu Algarve każda z 23 piłkarek zagrała przynajmniej 70 minut, a jedynie dwie przebywały na boisku dłużej niż 180 minut. Wystarczyło tylko, że najlepsza w dwóch pierwszych meczach Stina Blackstenius zgłosiła drobny problem mięśniowy, a sztab medyczny w porozumieniu z samą zainteresowaną i selekcjonerem natychmiast podjęli decyzję, że nie ma sensu ryzykować zdrowiem. Możemy sobie tylko wyobrażać, jak głęboko w tamtej chwili odetchnęło z ulgą całe Montpellier.

Tak, młodzieżowe mistrzynie Europy rozwijają się harmonijnie. Hanna Glas, Magdalena Eriksson, Amanda Ilestedt oraz Jonna Andersson w poniedziałek tworzyły szwedzki blok defensywny podczas meczu z Rosją. Te same piłkarki sześć lat temu wspólnie cieszyły się z wywalczonego w pięknym stylu mistrzostwa Europy do lat 19. Co więcej, najbardziej wartościową zawodniczką tamtego turnieju została Elin Rubensson, a Fridolina Rolfö była wówczas jokerką w talii Callego Barrlinga. Jeśli dodamy do tego grona Stinę Blackstenius oraz Filippę Angeldahl, które młodzieżowe mistrzostwo Europy wygrały trzy lata później, a także Zecirę Musovic, której do Izraela z powodu trudnej sytuacji kadrowej nie puścił Rosengård, to mamy już pewność, że wejście dwóch najbardziej wyczekiwanych szwedzkich roczników do seniorskiej piłki odbywa się póki co dokładnie tak, jak powinno. A to z kolei oznacza mniej więcej tyle, że przynajmniej przez najbliższą dekadę będzie na kim budować reprezentację.

Tak, naprawdę możemy za rok pojechać do tej Francji i to nie tylko w roli turystów. Nie zapomnieliśmy jeszcze, że tuż po losowaniu grup eliminacyjnych, perspektywa pierwszego w historii mundialu bez udziału Szwecji wydawała nam się całkiem prawdopodobna. Bezbarwna postawa w kolejnych meczach towarzyskich, fatalny klimat wokół kadry (pamiętne Diazgate czy Banusicgate) i wreszcie przeciętny występ na holenderskim EURO wcale zresztą nie poprawiły nam nastrojów. Sześć miesięcy później znaleźliśmy się jednak w punkcie, w którym nikt nie wyobraża sobie, aby czwarty dzień września upłynął nam inaczej niż na świętowaniu awansu na turniej we Francji. Nie brakuje nawet opinii, że przy dobrym układzie będziemy w stanie zaznaczyć na nim swoją obecność zdecydowanie bardziej niż cztery lata wcześniej w Kanadzie, gdzie nie udało się wygrać choćby jednego meczu. Jasne, niepokonana w siedmiu oficjalnych meczach kadra Petera Gerhardssona wciąż pozostaje w jakimś stopniu niezweryfikowana, ale nie można zaprzeczyć, że jest to drużyna, która daje nadzieję na lepsze jutro. A że jest to efekt od dawna w szwedzkiej piłce niewidziany, to choćby z tego powodu warto ją docenić i jej zaufać.

Go, go, go! Filippa robi show!

jubel_filippa_1_0

Fot. SvFF

Piłkarska reprezentacja Rosji bez zwycięstwa w oficjalnym meczu pozostaje już od niemal ośmiu miesięcy i choć w futbolu statystyki nie zawsze rzetelnie odzwierciedlają stan faktyczny, to w poniedziałkowym starciu z nabierającą rozpędu szwedzką kadrą podopieczne Jeleny Fominy rzeczywiście stanowiły jedynie mało wyraziste tło. Nie licząc jednego ofensywnego wypadu na początku drugiej połowy oraz jednej niezwykle efektownej sztuczki technicznej Mariny Fiodorowej, Szwedki całkowicie kontrolowały przebieg boiskowych wydarzeń od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty i gdyby tylko wykazały się większą skutecznością przy stałych fragmentach gry, końcowy wynik mógł być zdecydowanie wyższy. Okazji na to, aby pokonać Julię Griczenko było bowiem więcej niż grudniowego śniegu na Syberii, a w stwarzaniu sobie kolejnych sytuacji nie przeszkadzał piłkarkom Petera Gerhardssona ani porywisty wiatr, ani brak kontuzjowanej Stiny Blackstenius, która w poprzednich meczach Pucharu Algarve była najbardziej aktywną szwedzką piłkarką.

Mocno odmłodzona szwedzka kadra (jedyną trzydziestolatką w wyjściowej jedenastce była dziś Caroline Seger) potrzebowała wprawdzie kilku chwil na to, aby złapać właściwy rytm, ale gdy już go odnalazła, to Rosjanki niezwykle rzadko opuszczały bezpośrednie sąsiedztwo własnego pola karnego. Świetną partię w drugiej linii rozgrywała Filippa Angeldahl, po której absolutnie nie było widać, że swój debiut w narodowych barwach zaliczyła zaledwie trzy dni temu. Grająca od niedawna w Linköping pomocniczka imponowała nie tylko walecznością i fenomenalnym przeglądem pola, ale także dobrze bitymi stałymi fragmentami i to właśnie perfekcyjnie wykonany rzut wolny pozwolił jej (przy drobnej pomocy wiatru i rosyjskiej bramkarki) otworzyć wynik meczu. Zdobyty gol nie zadowolił jednak byłej zawodniczki Hammarby, która ambicją i determinacją imponowała do ostatniego gwizdka i to właśnie od jej strzału rozpoczęła się akcja, która w 61. minucie przyniosła Szwedkom trzecie tego dnia trafienie. Tym razem na listę strzelczyń wpisała się Fridolina Rolfö, która niespełna kwadrans wcześniej po indywidualnym rajdzie i ośmieszeniu dwóch rosyjskich defensorek również pokonała Julię Griczenko. Znajdująca się ewidentnie w uderzeniu piłkarka Bayernu była zresztą niezwykle blisko skompletowania klasycznego hat-tricka, ale gdy ponownie stanęła oko w oko z golkiperką Rossijanki, lepsza okazała się ta druga. Doskonałą okazję na podwyższenie rezultatu zmarnowała także świetnie obsłużona przez wprowadzoną po przerwie Asllani Sofia Jakobsson, a po główce Amandy Edgren zdezorientowane Rosjanki uratowała poprzeczka. Jeśli dodamy do tego wszystkie sytuacje, w których Szwedki były dosłownie o milimetry od tego, aby skutecznie zamknąć dośrodkowania Angeldahl lub Jonny Andersson, to okaże się, że na stadionie w Parchal rzeczywiście mogliśmy być świadkami pogromu, choć narzekać na zbyt niski wynik w żadnym razie nie będziemy. Tym bardziej, że w większości przypadków do pełni szczęścia zabrakło nam nie koncepcji czy umiejętności, lecz szczęścia.

Wyniki dzisiejszych spotkań oznaczają, że portugalskie zgrupowanie zakończymy starciem z reprezentacją Holandii. Okazja do sprawdzenia się na tle aktualnych mistrzyń Europy jest na ten moment zdecydowanie najlepszą rzeczą jaka mogła nam się przytrafić i to nie ze względu na możliwość wygrania towarzyskiego turnieju, czy domniemany rewanż za przegrane w marnym stylu ubiegłoroczne EURO. Nie zapominajmy bowiem, że prawdopodobnie najważniejszy mecz w tym roku rozegramy 4. września przeciwko reprezentacji Danii, a chyba nie trzeba nikomu przypominać, w którym sektorze boiska sąsiadki zza Kattegatu stanowią największe zagrożenie. Jeśli więc Holenderki zdecydują się w środę rzucić w bój swoją najsilniejszą jedenastkę (co wydaje się wielce prawdopodobne), to będzie to świetna wiadomość dla szwedzkiego bloku defensywnego, a także wysokiej jakości materiał do analizy dla szkoleniowców. W razie ewentualnego niepowodzenia, czasu na wyciągnięcie odpowiednich wniosków będzie naprawdę sporo, choć … może lepiej tych błędów w ogóle nie popełniać? Ta kadra pokazała już przecież, że potrafi zaprezentować się naprawdę korzystnie na tle każdego rywala.

Młoda Szwecja remisuje z Koreą

svff

Fot. SvFF

W dniu ogłoszenia kadry na turniej o Puchar Algarve Peter Gerhardsson zapowiedział, że ze względu na napięty do absolutnego maksimum terminarz rozgrywek, w Portugalii szansę gry otrzyma każda z powołanych przez niego piłkarek. Aż dziesięć nowych nazwisk w wyjściowej jedenastce w porównaniu z środowym meczem z Kanadą było jednak delikatnym zaskoczeniem nawet dla tych, którzy spodziewali się głębokiej rotacji. Niespodzianką nie był za to powrót do ustawienia z czwórką defensorek, wśród których znalazło się miejsce dla debiutującej w kadrze Sandry Adolfsson oraz rozgrywającej w niej swój drugi mecz Anny Oskarsson. Za strzelanie goli odpowiadać miała przede wszystkim Stina Blackstenius ze wsparciem ustawionego za jej plecami mobilnego tercetu Schough – Kullashi – Edgren, a pod nieobecność Caroline Seger opaskę kapitańską założyła Kosovare Asllani.

Od pierwszych minut dało się jednak zauważyć, że szwedzkie piłkarki po raz pierwszy (a niewykluczone, że i ostatni) grają w tym składzie personalnym, a brak automatyzmu w grze sprawiał, że rozmontowanie niezwykle zdyscyplinowanej, koreańskiej defensywy stało się niezwykle trudnym zadaniem. Asllani i Folkesson nie ustawały w staraniach, aby w ofensywnych akcjach drużyny Petera Gerhardssona było mniej chaosu, ale to zawodniczki z Azji sprawiały wrażenie zespołu lepiej poukładanego w drugiej linii. Skoro nie udało się niczego konkretnego skonstruować, trzeba było uciec się do improwizacji, która – jak się okazało – czasami potrafi przynieść równie korzystne skutki. W 19. minucie do wybitej sprzed własnego pola karnego piłki wyskoczyła Kullashi, zgrała ją do wychodzącej idealnie w tempo Blackstenius, a napastniczka Montpellier po samotnym rajdzie na koreańską bramkę, pewnym strzałem pokonała Young Geul Yoon. Stosunkowo szybko zdobyty gol w żadnym stopniu nie przełożył się jednak na to, że od tego momentu szwedzkim piłkarkom grało się na stadionie w Parchal łatwiej. Coraz śmielej poczynały sobie na nim natomiast Koreanki, a ambitna postawa jeszcze przed przerwą nagrodzona została trafieniem wyrównującym. Było ono efektem składnej akcji w typowo azjatyckim stylu, którą wykończyła Mi Na Lee i choć w tym konkretnym przypadku nasze piątkowe rywalki mogły mówić o podwójnej dozie szczęścia (nieodgwizdany spalony i wygrana przebitka), trzeba uczciwie przyznać, że z przebiegu gry remis jak najbardziej im się należał.

Po przerwie na boisku zameldowały się między innymi Fridolina Rolfö, a także kolejna debiutantka Filippa Angeldahl, ale to Stina Blackstenius była najbliżej tego, aby zapewnić swojej drużynie zwycięstwo. Z jej sytuacyjnym strzałem doskonale poradziła sobie jednak Yoon, a kilka minut później trącona przez zawodniczkę Montpellier futbolówka minimalnie minęła koreańską bramkę. W doliczonym czasie gry piłkę meczową miała jeszcze na głowie Adolfsson, ale defensorce Vittsjö także nie udało się ostatecznie wpisać do meczowego protokołu i choć ostatni kwadrans przebiegał całkowicie pod dyktando Szwedek, na zdobycie zwycięskiego gola zabrakło już czasu. Sztuka ta nie udała się także Koreankom, choć niewiele brakowało, aby wyręczyła je wspomniana Adfolsson, która jeden raz tak niefortunnie przecięła koreańskie dośrodkowanie, że o mało co nie zaskoczyła w ten sposób Hildy Carlén.

Średni mecz i średni wynik nie mogą nam jednak przesłonić tego, że kilka piłkarek z pewnością może zapisać piątkowy wieczór po stronie tych udanych. Do tej grupy należą przede wszystkim boczne defensorki, które w komplecie (Oskarsson, Carlsson, Andersson) pokazały się w Parchal z naprawdę dobrej strony. Swoje momenty miała również grająca po raz pierwszy w wyjściowej jedenastce Kullashi, czego najlepszym dowodem może być chociażby fenomenalna asysta przy golu Blackstenius. Niezmiennie cieszyć może ponadto niesłabnąca skuteczność napastniczek, choć agresywny pressing na połowie rywalek tym razem nie przyniósł nam aż tylu wymiernych korzyści, co w starciu z Kanadyjkami. To wszystko warto mieć na uwadze nawet jeśli zgadzamy się co do tego, że w poniedziałek przeciwko Rosji chcielibyśmy zobaczyć zdecydowanie bardziej efektowne oblicze szwedzkiej kadry. Nie obrazilibyśmy się także na zdecydowanie lepsze sędziowanie, gdyż dzisiejszą postawę mylącej się regularnie w obie strony trójki z Afryki najlepiej podsumować wymownym milczeniem.

Raz, dwa, trzy … Kanada odprawiona

rolfo_can

Fot. SvFF

Starcie z Kanadą w wietrznym Parchal miało być przede wszystkim testem dla nowego ustawienia szwedzkiej defensywy, ale to o piłkarkach ofensywnych mówiło się po ostatnim gwizdku zdecydowanie najwięcej. Trudno się zresztą temu dziwić, gdyż od widoku reprezentacji strzelającej trzy gole wyżej notowanemu rywalowi ostatnimi czasy zdążyliśmy się już odzwyczaić. Kadra Petera Gerhardssona od kilku miesięcy przyzwyczaja nas jednak do tego, że każdym kolejnym występem pisze swoją własną historię i choć w zakończonym właśnie meczu straciła pierwszą bramkę za kadencji obecnego selekcjonera, to początek portugalskiego maratonu i tak wypadł jak najbardziej na plus.

Podobnie jak przed miesiącem w RPA, gra szwedzkim piłkarkom nie zaczęła się kleić od razu. Choć Gerhardsson w wyjściowej jedenastce postawił przede wszystkim na znajdujące się w rytmie meczowym zawodniczki z lig zagranicznych, w pierwszych dwóch kwadransach jego podopiecznym ewidentnie brakowało tempa i dokładności. Kanadyjki wprawdzie nie prezentowały się w rzeczonym okresie wyraźnie lepiej, ale to im udało się oddać pierwszy celny strzał, a gdy do ustawionej tuż przed linią pola karnego piłki podchodziła Christine Sinclair, mieliśmy nawet całkiem uzasadnione powody do niepokoju. Z uderzeniem legendy kanadyjskiego soccera bez zarzutu poradziła sobie jednak Lindahl, która po przerwie nie dała się także zaskoczyć Adrianie Leon.

Na pierwszego gola czekać musieliśmy do 43. minuty, a bramkowa akcja zaczęła się od pozornie niegroźnej straty Kanadyjek w środku pola. Raz jeszcze okazało się jednak, że błędy w tym sektorze potrafią być niezwykle kosztowne. Wystarczyły zaledwie dwa podania, aby futbolówka znalazła się pod nogami Sofii Jakobsson i choć sytuację próbowała jeszcze ratować Quinn, to utracie gola zapobiec nie zdołała, a całą akcję ostatecznie sfinalizowała Mimmi Larsson. Bramka do szatni na tyle uspokoiła szwedzkie piłkarki, że niespełna minutę po rozpoczęciu drugiej połowy meczu znów mieliśmy remis. Niezwykle mobilna Nichelle Prince doskonale urwała się spod opieki Magdaleny Eriksson i choć sama nie potrafiła pokonać Lindahl, to w dużym stopniu dzięki niej kilkanaście sekund później zrobiła to Janine Beckie.

Gol napastniczki Sky Blue był pierwszym straconym przez szwedzką kadrę od czasu pamiętnego ćwierćfinału EURO 2017, ale przerwanie tej imponującej skądinąd serii w żadnym stopniu nie podziałało deprymująco na zespół Petera Gerhardssona. Co więcej, niespełna sześć minut później wynik ponownie był korzystny, do czego wydatnie przyczyniła się rozgrywająca swój najlepszy mecz w reprezentacji od przynajmniej dwóch lat Caroline Seger. To właśnie kapitanka szwedzkiej kadry jednym podaniem otworzyła drogę do kanadyjskiej bramki Fridolinie Rolfö, a znajdująca się ostatnio w wybornej dyspozycji zawodniczka monachijskiego Bayernu z zimną krwią zrobiła to, co w tej sytuacji zrobić powinna. Swojego gola w Parchal ustrzeliła również Stina Blackstenius, która w samej końcówce wykorzystała fatalne zagranie doskonale znanej nam z występów na boiskach Damallsvenskan Sheliny Zadorsky, pozbawiając w ten sposób rywalki resztek nadziei na doprowadzenie do remisu. Debiut Duńczyka Kennetha Heinera-Møllera w roli selekcjonera kanadyjskiej kadry miał więc wyjątkowo gorzki smak.

Malkontenci mogą oczywiście twierdzić, że każdy ze szwedzkich goli był bezpośrednim skutkiem indywidualnego błędu jednej z Kanadyjek, ale warto docenić, że po raz pierwszy od dawna mogliśmy oglądać reprezentację, która owe pomyłki potrafi wymusić, a następnie zrobić z nich właściwy użytek. Peter Gerhardsson zdradził po meczu, że wysoki i agresywny pressing miał być jednym z pomysłów na Kanadę, więc do listy dawno nie widzianych pozytywów śmiało dopisać możemy także poprawną realizację dobrze nakreślonego planu. Cieszy również fakt, że wreszcie regularnie na listę strzelczyń wpisują się piłkarki ofensywne; przeciwko RPA dwukrotnie trafiła Kullashi, a dziś Larsson, Rolfö i Blackstenius. Pewne rezerwy z pewnością są jeszcze w grze defensywnej, gdyż współpraca między trójką stoperek nie zawsze wyglądała w środowy wieczór idealnie, ale z drugiej strony trzeba przyznać, że zagrożenie ze strony Sinclair udało się zredukować do absolutnego minimum. Podstawy do optymizmu jak najbardziej więc są, a kolejna okazja do eksperymentów taktyczno-technicznych (oby równie owocnych) nadarzy się już za niespełna 48 godzin. Tym razem na tle rywalek z Korei Południowej.